polskie centrum bizarro

„Deser” by Michał Górzyna

In Opowiadania on Październik 31, 2019 at 6:00 am

Z wielgachną przyjemnością obwieszczamy bizarro-światu, że z dawien dawna nie widziany na naszych łamach Michał Górzyna wreszcie powraca z nowym opowiadaniem, o przewrotnie słodkim tytule. Jednak nie dajcie się zwieść – zarówno Wy, którzy egzystujecie w stałych związkach, jak i Wy – szczęśliwcy, którzy wciąż hasają na wolności.

DESER

Stefan pociągnął łyk ciepłego piwa (ciepłe, ale mocne!). Z wyrazem zadumy na twarzy zaciągnął się śmierdzącym petem, skręconym z taniego tytoniu (ruscy na targu mają całkiem dobry, szkoda przepłacać). Lubił palić, lubił pić. Niestety, musiał to robić w ukryciu przed żoną. Zawistny babsztyl zabraniał mu tych niewinnych przyjemności, rzekomo w obawie o jego zdrowie. Ale Stefan wiedział swoje. Stara jędza robiła mu na złość! Od trzydziestu lat uprzykrzała każdy dzień jego życia (a miało być tak pięknie…). Jak nie zupę przesoliła, to kotlet przypaliła albo niedosłodziła herbatę (cukier też mu ograniczyła). Ciągle coś chciała: przynieś, napraw, wynieś, zrób to, tamto, owamto, ani chwili spokoju. Zrzędziła przy tym dwadzieścia cztery godziny na dobę, nawet przez sen (normalni ludzie chrapią, a ona nawet śpiąc próbowała wydawać polecenia). A on chciał jedynie usiąść przed telewizorem i napić się piwka. Ech, nie w tym życiu. Stefan dopił piwo (szkoda, że po zakupach zamelinował tu tylko jednego browarka), zgniótł puszkę w dłoni i rzucił w kąt pomieszczenia. Zrezygnowany chwycił wiadro z ziemniakami i ruszył w kierunku schodów. Nagle usłyszał jakieś szmery dochodzące z głębi pomieszczenia. Pewnie szczur, trzeba przegnać szkodnika – zawyrokował.. Wybrał pokaźnych rozmiarów kartofla i zaczął skradać się w kierunku źródła hałasu (takie małe polowanko). Po kilku krokach wdepnął coś miękkiego i kleistego. No nie, znowu jakiś menel nasrał w piwnicy, będę musiał wyczyścić kapcie przed wejściem do mieszkania – zdążył pomyśleć.

***

Gdzie ten nieudacznik – zastanawiała się Grażyna. Pół godziny temu wysłała go po ziemniaki do piwnicy i do tej pory nie wrócił. Pewnie spotkał któregoś ze swoich zapijaczonych koleżków i żłopią piwsko (albo coś gorszego). Ona sobie żyły wypruwa, żeby wyżywić siebie i tego darmozjada: pierze, gotuje, sprząta, a on z własnej woli nic. Tylko by chlał i spał. Niedoczekanie jego! Jej dom – jej zasady! Żadnego picia i wylegiwania się przed telewizorem (no, chyba że jakiś życiowy serial!). Zawsze się w domu coś do roboty znajdzie. No właśnie, coś mi się za tę dzisiejszą robotę należy – stwierdziła. Oblizała mięsiste wargi. Otworzyła lodówkę i… miejsce, gdzie powinien stać plastikowy pojemniczek z różową zawartością, ziało pustką. Jak mógł mi to zrobić? Dobrze wie, że nie wolno ruszać mojego KISIELU! (najlepiej niczego niech nie rusza).  Nie daruję, wyrwę z gardła (albo z brzucha) mój deserek śmierdzącemu żarłokowi! Wściekła zarzuciła wytarty szlafrok (dawno, bardzo dawno temu prawdopodobnie białego koloru), chwyciła latarkę (na wypadek, gdyby się ukrywał w jakichś ciemniejszych zakamarkach), zatrzasnęła drzwi mieszkania i skierowała się ku piwnicy. Starała się stąpać cicho, żeby nie spłoszyć winowajcy. W jednej z odnóg korytarza usłyszała mlaskanie i siorbanie (je jak świnia!). Aha, zajada się moim deserkiem – rozsierdziła się kobieta. Wyskoczyła zza załomu muru, dla wzmocnienia efektu kierując światło latarki w miejsce skąd dochodziły dźwięki. Stefan siedział oparty o ścianę. Dobrał się do kisielu (tego się spodziewała). Z jego ust wylewała się różowa maź. Coś jednak było nie tak. Oczy mężczyzny były wytrzeszczone, nabiegłe krwią i nieruchome (pewnie się zadławił). Martwym wzrokiem wpatrywał się w różową papkę oblepiająca jego tors. Nagle substancja zaczęła drgać i bulgotać, kisielowate gluty wiły się po ciele Stefana niczym przypiekane dżdżownice (tego się nie spodziewała). Kobieta otworzyła usta, ale zamiast krzyku, z jej sparaliżowanego strachem gardła, wydobył się tylko cichy skrzek. W tym momencie oślizłe, różowe macki wystrzeliły w kierunku jej twarzy. Zanim straciła przytomność, poczuła, jak kisiel wypełnia jej usta i przełyk. Pierwszy raz w życiu nie sprawiło jej to przyjemności…

THE END

Przy okazji, zainteresowanych filmową stroną aktywności Michała, zapraszamy do zapoznania się z dokonaniami grupy Lisołaki: https://www.youtube.com/channel/UCIjvj1ZNWgDmD6P73vO61AA

a także grupy T.R.E.P.

„Rymowanka Mizantropiczna” by Zeter Zelke

In Poezja on Październik 18, 2019 at 10:32 pm

Jak wszem i wobec wszystkim wiadomo, bizarro jako gatunek jest niezmiernie szeroki. Jego szerokość jest niezmierzalna i niepoliczalna, co czyni go bardziej niezmierzalnym i niepoliczalnym niż wszechświat. Co za tym idzie, bizarro nie tylko opowiadaniami stoi. Stoi też malarstwem, kreskówkami, filmami i o czym, za sprawą znanej wszystkim (ktoś k… nie zna?!) Zeter Zelke, możemy się przekonać, także i poezją.

Rymy nie są nam obce, a co za tym idzie, przedstawiamy szerszej publiczności wiersz pod jakże wiele mówiącym tytułem „Rymowanka Mizantropiczna„. Zapraszamy.

„Martwy wieloryb na wycieraczce” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Wrzesień 24, 2019 at 8:58 pm

Piejo kury piejo… Paskud też pieje, tyle, że z zachwytu nad najnowszym opowiadaniem naszego redakcyjnego kolegi Kornela Mikołajczyka. Żeby było jasne – nie jest to bynajmniej tekst wesoły, ba, nie jest nawet zabawny. No chyba, że kogoś bawi udręka. Tym niemniej zdecydowanie warto poświęcić kilka minut na przyswojenie sobie tej potężnej dawki cierpienia. Dlaczego? Właśnie dlatego, że potężna i piękna.

 

Martwy wieloryb na wycieraczce

 

Wychodząc rano do pracy, potykam się o płetwę wieloryba.

Wieloryb to zdecydowanie największe zwierzę, jakie kiedykolwiek zastałem na swojej wycieraczce. Trudno zresztą wyobrazić sobie większe. Za pierwszym razem była to polna mysz, potem antylopa gnu, maskonur, kot, słoń, waran z Komodo, kuna; bez porządku i logiki. Kiedy pojawił się okapi, musiałem sprawdzić w encyklopedii, czym jest to pręgowane do połowy dziwactwo. Niezależnie jednak od rozmiarów, gatunku, płci czy stopnia zagrożenia wyginięciem, wszystkie okazy, jakie lądują na moim progu, są martwe.

Przeciskam się obok cielska szczelnie wypełniającego korytarz. Śliskie boki cuchną jak wodorosty i nasienie, ale nie sposób wyczuć nawet nutki zgnilizny. Tak jest ze wszystkimi zwierzętami. Dwa tygodnie temu odważyłem się rozkroić nożem kuchennym łanię, by ocenić, kiedy mniej więcej umarła. Nie zalęgło się w niej żadne robactwo, organy – na ile potrafiłem określić – wyglądały na zdrowe. A jednak nie żyła. I w jakiś sposób wylądowała na mojej wycieraczce, podobnie jak dziś wylądował król oceanów.

Jestem już koło płetwy ogonowej, gdy otwierają się drzwi sąsiada. Jak zwykle zdaje się nie dostrzegać nic dziwnego w zwierzynie leżącej pokotem na moim progu, nawet gdy musi przeciskać się przy samej ścianie jak w zatłoczonej knajpie. Zaczynam go przepraszać, bo czuję, że zwariuję sam z tym problemem; bo liczę, że może powie: „Pan się nie przejmuje, mój kuzyn miał podobnie. Minął rok i przeszło jak ręką odjął”. Ale on odpala tylko papierosa pomimo zakazu i bezwiednie wzrusza ramionami.

– Tak już widocznie musi być – mówi. – Widocznie tak musi być…

Wychodzę i ruszam do pracy (pieszo, to po drugiej stronie parku). Rozpaczliwie próbuję znaleźć sens w tym, co dzieje się z moim życiem. Skąd biorą się te martwe zwierzęta i dokąd znikają? Nie spałem kiedyś całą noc, wyglądając przez dziurkę od klucza, zdeterminowany, by odkryć prawdę o źródle ich pochodzenia. Niestety – nastał świt, a milczący kruk nadal leżał tam, gdzie zostawiły go niewidzialne dłonie. Nie mogąc dłużej wytrzymać, pobiegłem do toalety i prędko załatwiłem potrzebę. Kiedy wróciłem, kruk zniknął. Zamiast niego zastałem włochatego bawoła, z kopytami komicznie wyciągniętymi ku sufitowi.

Kto zabijał te istoty i z taką wydajnością porzucał na moim progu? Czy to wszystko jakaś chora gra? Test? Pokuta?

Czy istnieje zbrodnia, którą można sobie zasłużyć na podobną karę?

W pracy nie mogę się skupić na klawiszach, które wciskam. Wypełniam formularze danymi nieistniejących klientów. Janusz Wieloryb. Bogumiła Mysz. Artur Żuk-Gnojarz. Uśmiechnięty kolega krąży od stanowiska do stanowiska, pokazując zdjęcia nowonarodzonego dziecka. Spoglądam na nie bez zainteresowania. Narzuta pod tycim zawiniątkiem ma taki sam kolor jak moja wycieraczka. Wyobrażam sobie, że berbeć leży na moim progu, martwy. I sam już nie wiem, co o tym myśleć.

 

– Sam już nie wiem, co o tym myśleć – mówię do niej tego wieczoru, gdy spotykamy się w restauracji.

Podnosi kieliszek i zwilża usta białym winem. Przypatruję się temu z uwagą, poświęcając każdej sekundzie należny czas. Chciałbym być tym kieliszkiem i delikatnie rozchylać jej wargi. Chciałbym być winem i wsączać się ogniście-owocowo w ten wiotki język. Chciałbym być mieniącym się brokatem kolczykiem, wiecznie uczepionym jej ucha.

– Jak możesz nie wiedzieć? – pyta, gdy mijają eony. – Coś takiego nie zdarza się na co dzień. Ab initio. Kiedy po raz pierwszy znalazłeś martwe zwierzę na wycieraczce?

– Czy to ważne? – Zaglądam jej głęboko w oczy. – Parę miesięcy temu?

– Przed tym, jak zaczęliśmy się spotykać? Czy zaraz po?

– Kto by to pamiętał…

Odwraca wzrok, jak prędzej czy później odwraca go zawsze. Mars wstępuje na jej czoło.

– Przestań. Albo ze mną rozmawiasz, albo gapisz się jak cielę. Zdecyduj.

– Wybacz, przy tobie nie potrafię inaczej. Jesteś taka piękna…

Czuwający przy stoliku policzkarz bierze zamach i uderza ją z płaskiej w twarz.

Mam ochotę rozerwać go na strzępy. Wbić mu w oko widelec i pchnąć tak głęboko, aż własną gałką oczną zobaczy najciemniejszy zakątek swego mózgu: wszystkie fobie, lęki i koszmary. Wiem jednak dobrze, że to bezcelowe. On przecież tylko wykonuje swoją pracę. Jak niegodziwa by ona nie była.

Przysuwam jej kieliszek whisky, w którym roztapiają się kostki lodu. Przykłada go do czerwonego znamienia na policzku.

– Wcale nie jestem piękna – mówi, nie patrząc na mnie. – Mam małe piersi, niekształtny nos, jestem za chuda. Nie mów tak. Wiesz, co się wtedy dzieje.

Kiwam głową, przełykając protesty.

– Wiem. Przepraszam.

Kelner przynosi nam zamówienie, życząc smacznego. Zaczynamy jeść w milczeniu. Z każdym przełknięciem, każdą sekundą ciszy mam wrażenie, że pogłębia się przepaść między nami, tak że nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie ją przeskoczyć. Jedyne, co mogę zrobić, to rzucić się w ciemność i liczyć, że wyląduję niepoobijany.

Poznałem ją pół roku po tym, jak się rozwiodła. Już pierwszego dnia opowiedziała mi dokładnie, co się wydarzyło. Znalazła dowody na zdradę męża i oskarżyła go wprost. Oburzył się, twierdząc, że kocha tylko ją, ale z defensywnego prędko zrobił się agresywny. Uderzył ją, podbijając oko. Później, gdy ochłonął, przepraszał na kolanach i rwał sobie włosy z głowy; łkał, że jeśli go zostawi, będzie musiał ruszyć na krótki spacer po torach. Udała, że mu wybacza. Ale w filiżance earl greya, którą z fałszywym uśmiechem zaserwowała wieczorem, rozpuściła garść tabletek nasennych.

Kiedy się ocknął, siedziała na nim okrakiem z brzytwą w ręku (pompatyczny, łazienkowy gadżet „prawdziwego mężczyzny”). Jego nagie ciało zdobiły wycięte w skórze słowa. Nie obelgi, a przypadkowe terminy. FANTOM na bicepsie. INKASENT nad sercem. SZTUCZKA na lewej dłoni. Mało nie wyłupał sobie oka o ostrze, gdy zaczął się rzucać po łóżku. W następnej chwili przybiegli zwabieni krzykiem sąsiedzi i nigdy nie dokończyła napisu BYNAJMNIEJ na jego zwalistym czole. Zapytana na rozprawie o to, czemu to zrobiła, odpowiedziała po prostu: „Sprawiło mi to radość”.

Teraz, zgodnie z nakazem sądowym, nie wolno jej czuć żadnych pozytywnych emocji. Dlatego przy stoliku asystuje nam milczący mundurowy w metalowym hełmie z czujnikami. I za każdym razem, gdy w jej ciele wydzieli się choć kropla serotoniny, policzkuje ją jak psa. Jest aniołem z płomiennym mieczem broniącym wstępu do ogrodów szczęśliwości.

– W przyszłym tygodniu mam kilka dni wolnego – mówię, mimo że wcale nie planowałem urlopu. – Moglibyśmy polecieć gdzieś razem, daleko. Albo blisko, wszystko jedno. Wyrwać się stąd na dłużej.

Szarozielone oczy przyszpilają mnie jak owada. Jestem motylem cytrynkiem leżącym na wycieraczce w zeszły poniedziałek, o mały włos nie rozdeptanym na miazgę.

– Polecieć jako kto? – pyta. – Wiesz, że nie jesteśmy razem.

– Jako ktokolwiek – mówię. – Dwoje znajomych? Spotykamy się przecież.

– Nie wiem, co będę robić w przyszłym tygodniu – odpowiada, zanim skończę mówić. – Ani w żaden następny… Nie wystarczy ci, że teraz jesteśmy razem?

Nie wystarczy. Chciałbym być pierścionkiem na twoim palcu, mrugającym zalotnie fioletowym oczkiem.

Nie mówię tego na głos. Zamiast tego, jak skończony idiota, mówię jej po raz pierwszy:

– Kocham cię.

Cios policzkarza słychać chyba nawet na ulicy. Nie wiem, czy przeklinać się za to, że znów sprawiłem jej ból, czy czuć ulgę, bo moje słowa jednak – jednak! – wywołały w niej radość. Zaaferowany, biegnę do baru i czym prędzej przynoszę więcej lodu.

Kiedy dochodzi do siebie, wolno dopija wino i zamawia kolejne. Potem mówi wiele rzeczy. Że kompletnie ją zaskoczyłem tym, co powiedziałem. Że jest złą, wredną kobietą-potworem i nikt nie powinien jej kochać, bo na to nie zasługuje. Że znajdę sobie kogoś lepszego, pewnego dnia. Że jest mi wdzięczna i że to bardzo miłe – być kochaną. Ale nie mówi tego, co chciałbym usłyszeć.

Przypominam sobie, że w drodze na dworzec widziałem srokę siedzącą na kapliczce. Tak dawno nie natknąłem się na żywe zwierzę, że z miejsca przyciągnęła mój wzrok. Gniewnie nastroszona, biła dziobem o blaszany daszek, usiłując dostać się do jakiejś upatrzonej wcześniej błyskotki. Niestety, jej próby z góry skazane były na zagładę. Nie mogła się przebić do niewielkiego sanktuarium i wykraść pozłacanej ikony czy krucyfiksu, choćby poświęciła na to resztę swego sroczego życia. A jednak nadal uparcie uderzała, raz po raz, raz po raz, licząc, że może przy następnym ciosie, może już za chwilę wreszcie jej się uda.

 

Wieczorem kochamy się w jej mieszkaniu. Każde moje pchnięcie, delikatne czy mocne, wywołuje w niej dreszcz rozkoszy, więc policzkarz na pełne ręce roboty. Stoi milczący u wezgłowia, profesjonalnie bez wyrazu, i uderza ją do rytmu, który narzucają moje biodra. Jesteśmy dziwnie splątani w tym akcie: ja, ona oraz jej widmowy prześladowca.

Próbuję zastawiać mu drogę. Nachylam się i całuję jej szyję, wchodząc wprost na linię ognia. Przygryzam kształtne ucho. Biorę jej twarz w obie ręce i całuję długo i namiętnie. Mężczyzna czeka cierpliwie, aż skończę pieszczoty. A gdy tylko daję mu możliwość, uderza jeszcze mocniej. Za karę, że udało mi się przemycić do jej organizmu kilka mizernych okruchów szczęścia.

Kończę jak zwykle – pospiesznie, nie mogąc dłużej znieść widoku jej sinych policzków. Leżymy przez chwilę, dysząc ciężko, pod konstelacją lampek choinkowych, które rozwiesiła nad łóżkiem. Pytam, czy było dobrze. Odpowiada, że tak, ale coś w jej głosie powstrzymuje dalsze pytania. Nie dociera jeszcze do mnie, co się za chwilę wydarzy, bo wolę wierzyć naiwnie, że wszystko będzie dobrze; że pewnego dnia ona zobaczy, jak wiele chcę jej dać i pokocha mnie za to równie mocno, co ja zdążyłem pokochać ją.

– Kiedy byłam mała, mój brat zamknął mnie w szafie – mówi nagle.

Unoszę głowę z poduszki i patrzę w jej kierunku. Leży tyłem do mnie, zwinięta embrionalnie. Zupełnie jak ta martwa wiewiórka, którą znalazłem na progu trzeciego czy czwartego dnia.

– To była wielka szafa w pokoju rodziców, antyk po prababci zamykany na złoty klucz. Płakałam i biłam piąstkami o drewno, ale on poszedł gdzieś na podwórko, zaczął się bawić z kolegami i zapomniał o swoim żarciku na młodszej siostrze. Sama nie wiem, jak długo siedziałam w mroku, wyglądając przez dziurkę od klucza w nadziei, że pojawi się któreś z rodziców. Dla mnie, subiektywnie, minęła całą wieczność. W samotności zaczęłam tworzyć własny świat. Płaszcze, palta, kożuchy i koszule były mieszkańcami mojej krainy ciemności. Przystojny centaur w marynarce ojca i dwóch parach garniturowych spodni. Rusałka wabiąca wędrowców w koszuli nocnej matki. Widziałam ich wszystkich tak wyraźnie, jakby istnieli naprawdę. Ale gdy chciałam dotknąć któregoś z nich, przytulić się do ciepłego ciała, znajdowałam tylko cuchnące naftaliną ubrania. Kukiełki z powietrza i materiału. I kiedy w końcu brat litościwie wypuścił mnie z szafy, grożąc, bym nic nie mówiła rodzicom, straciłam ochotę, by dotykać prawdziwych ludzi. Z obawy, że i oni okażą się fałszerstwami.

Przełykam ślinę, czując nerwowy ścisk w żołądku. Zawsze trudno mi było wykrzesać z siebie odpowiednią reakcję. Zwłaszcza w przypadku nas dwojga – blisko siebie, a jednak nie do końca razem.

Powinienem być czulszy? Czy może bardziej niewzruszony?

Wyciągam dłoń, by przytulić ją ostrożnie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale ona kuli się w sobie, jakby szóstym zmysłem przeczuwała mój zamysł.

Czego się boi? Przecież wie, że nie jestem kukiełką. Nie mam na sobie nawet kawałka ubrania.

– Chcę zostać sama – mówi cicho.

Sens dociera do mnie powoli. Nie chodzi jej tylko o dzisiejszą noc.

Widzę brzytwę, która przyciska się do mojej skóry i od czoła aż do stopy ryje słowo NIEWYSTARCZAJĄCO.

– Jesteś pewna? – pytam.

– Nie. Nie jestem – odpowiada.

I na tym kończy się nasza znajomość.

Zbieram swoje ubrania z poczuciem klęski. Może są jakieś słowa, które mógłbym teraz wypowiedzieć – magiczne zaklęcia łatające dziury w sercu, cofające czas. Może są, ale ja jak na złość nie znam ani jednego. Nigdy nie znałem nic poza tą prostą, bolesną prawdą: ja kocham ją, a ona nigdy nie pokocha mnie.

Ten piękny obrazek od początku wisiał krzywo. A ja przekrzywiałem tylko głowę, by wmówić sobie, że wisi równo. Aż do bólu.

Uciekam z jej mieszkania cicho jak złodziej. Gdy przywołana winda dociera na piętro, opuszcza ją pięćdziesięcioletnia kobieta w metalowym hełmie. Drzwi za mną otwierają się po raz kolejny i na korytarz wychodzi znajomy policzkarz. Mijają się w progu. Widocznie nadszedł czas na drugą zmianę.

Zjeżdżamy windą we dwóch: ja i jej oprawca. Mundurowy ani na chwilę nie zmienia wyrazu twarzy, mimo że właśnie skończył służbę. Wiem, że czuje gniew uchodzący ze mnie w chrapliwym, nosowym oddechu; że widzi w lustrze świat moich fantazji, w którym duszę go gołymi rękami, przegryzam tętnicę, wystawiam łeb za automatyczne drzwi i pozwalam im zatrzasnąć się na szyi… Żadna z tych rzeczy nie zmieniłaby jednak faktu, że świat nie pozwoli jej zaznać szczęścia, choć zasługuje na nie bardziej niż ktokolwiek, kogo znam. Dlatego w pokoju docieramy na parter, opuszczamy windę i rozchodzimy się każde w swoją stronę.

W drodze na dworzec mijam dwa koty i ani jednego człowieka. Jest trzecia. Miasto śpi albo wymarło niepostrzeżenie, gdy kochałem się z nią po raz ostatni.

Wyobrażam sobie wszystkich mieszkańców rzuconych na złotą wycieraczkę przed bramami Raju; świętego Piotra potykającego się o nich w drodze do pracy, gubiącego klucze. Może tak właśnie wygląda każdy dzień jego życia po życiu. Pokot śmierci na progu i żadnego sposobu na niebie i ziemi, żeby go odegnać.

Tak już widocznie musi być.

 

Kiedy nad ranem wracam do kamienicy, wieloryb nadal leży na mojej wycieraczce. Leży właściwie na wszystkich wycieraczkach, których sięga jego cielsko, ale nie mam wątpliwości, że zostawiono go właśnie dla mnie.

Przykładam czoło do chłodnego boku zwierzęcia i zamykam oczy. W mojej głowie rozlega się krzyk: nieustający, oparty na jeden nucie. Jak długo tam był? Kilka godzin? Czy może zaraz od pierwszego dnia, kiedy ją poznałem? Tak bardzo przywykłem do tłumienia go w sobie, że nie jestem w stanie określić.

Drzwi do mieszkania są tuż obok – wystarczy zrobić krok nad płetwą. Jednak gdy wreszcie się poruszam, idę w głąb korytarza i staję przed lekko rozwartą paszczą.

Może to dziecko, które widziałem na zdjęciu kolegi, pojawi się na wycieraczce, gdy zniknie wieloryb? Ludzie zaniosą je, gaworzące, do mojego mieszkania, ono zaś wolno acz nieuchronnie przejmie moje życie. Może będzie je żyło lepiej ode mnie. Z drugiej strony, może nie będzie już nic.

Rozwieram paszczę i przez fiszbiny, śluz i martwe organy wczołguję się do środka mięsistym kanałem. Rankiem wieloryb zniknie z mojej wycieraczki, by nigdy nie powrócić. A ja zniknę razem z nim.