polskie centrum bizarro

Trylogia Solarna Jana Maszczyszyna – recenzja by Karol Mitka

In Recenzje książek i publikacji BIZARRO on Grudzień 10, 2017 at 7:28 pm

Mówi się, że wszystko ma swoje granice. Powiat, województwo, państwo, kontynent. Planeta, a nawet wszechświat. A jednak jest jedna rzecz, która, przynajmniej według mnie, granic nie ma… Jest to wyobraźnia człowieka, którego tekst mam przyjemność dziś recenzować. Z twórczością Jana Maszczyszyna zetknąłem się po raz pierwszy na portalu Nowej Fantastyki, gdzie jako „jahusz” zadziwiał wszystkich. Jego opowiadania porażały bogactwem pomysłów. Praktycznie każde trafiało na podium w głosowaniu użytkowników. Dziś chciałbym zaprezentować Wam Trylogię Solarną, czyli steampunk po polsku.

Reklamy

Niedobre literki w Howardzie

In Artykuły i felietony o BIZARRO on Październik 30, 2017 at 6:00 am

Tak, nie pomyliliście się – nie chodzi o Hogward, lecz o czeski zin horrorowy Howard. Najnowszy, dwudziesty czwarty numer Howarda, został w dużej mierze poświęcony (polskiemu) bizarro fiction. A skoro tak, nie mogło w nim zabraknąć przedstawicieli niedobroliterkowej ekipy. Kogo… sprawdźcie samy – wszak pismo można pobrać za darmochę.

Specjalnie na tę okazję Kazek Kyrcz sprokurował przekrojowy tekst okołoniedobroliterkowy. Pewnie niektórzy z naszych czytelników nie znają czeskiego (no dobra, przyznać się – komu nie chciało się go nauczyć, lenie?!), więc specjalnie dla nich art wklejamy w rodzimej wersji językowej. Stay tuned!

Bez pieprzenia, czyli krótko o Niedobrych Literkach

Jesienią 2011 roku grupa pasjonatów powołała do życia pierwszy rodzimy portal poświęcony bizarro-fiction, który zarówno w tamtych czasach jak i obecnie uważa się za najoryginalniejszy i zdecydowanie najdziwniejszy gatunek literacki. Wszystko w nim jest po prostu mega zakręcone: tytuły książek, ich fabuły i okładki, nawet autorzy (jeśli widzieliście Carltona Mellicka III, to z pewnością wiecie o co biega).

Pojawia się pytanie: po co to wszystko? Po co coś robić, skoro można oddawać się bezmyślnej i jakże przyjemnej konsumpcji? Otóż inicjatywa wynikała z tkwiącego w każdym z nas umiłowania do literatury – i ogólnie sztuki – wychodzącej poza typowe ramki.

Po latach, z początkowej ekipy zapaleńców został jedynie Dariusz Barczewski i piszący te słowa. Dopełnieniem (nie)świętej trójcy jest Karol Mitka, poza dokonaniami na niwie literatury znany także ze swego jakże przejmującego nicka „kurwicycek”.

O dokonaniach naszych starszych, ha, ha, kolegów z Hameryki możecie sobie poczytać na Internecie (Bizarro Central się kłania!), my zaś – jako człeki wyjątkowo skromne – podamy tylko najważniejsze informacje. Otóż, na naszym portalu przez lata pojawiło się sporo ponad pół tysiąca aktualizacji, niewiele mniej opowiadań i szortów, mnóstwo galerii autorskich, trochę recenzji i tekstów popularyzatorskich… Ogłaszaliśmy także kilka konkursów. Pokłosiem naszej pracy są (praktycznie będące już białymi krukami) trzy papierowe antologie: „Bizarro dla początkujących”, „Bizarro bazar” i „Bizarro dla zaawansowanych”. O ile pierwsza z tych książek zawierała wyłącznie teksty polskich autorów, tak w dwóch następnych pojawiły się tacy tuzy gatunku jak przywołany wyżej Carlton Mellick III, Edward Lee, Bradley Sands, Cameron Pierce, Sam Pink, D. Harlan Wilson czy Laura Lee Bahr. We współpracy z redakcją Grabarza Polskiego stworzyliśmy numer tematyczny (#38), gdzie także znalazła się masa ciekawych materiałów.

Ponoć w bizarro dozwolone jest właściwie wszystko. Liczy się przede wszystkim kreatywność, chęć stworzenia czegoś niepowtarzalnego i interesującego dla zjadaczy literek. Podążając za tą szczytną ideą, pomimo – a właściwie wbrew – notorycznemu brakowi czasu, wciąż działamy. Na dniach, z okazji pięćset pięćdziesiątej piątej aktualizacji portalu, pojawi się czwarty tytuł z serii Biblioteka Niedobrych Literek – będzie to napisana przez kilkunastu autorów nowela pod nieco tajemnicą nazwą „Edmundopeja”, opowiadająca o przygodach tytułowego Edmunda, przez przyjaciół zwanego po prostu Edkiem.

Ale o tym póki co – sza! Zamówcie, przeczytajcie, dajcie się oczarować.

Jako i my.

 

PS. Zapomnieliśmy o najważniejszym – numer można pobrać tu:

http://www.howardhorror.cz/2017/09/howard-24.html

 

„Granatowa Jesień” by Izabella Gaudyńska

In Opowiadania on Październik 10, 2017 at 6:15 pm

niedobreliterkitxtPodobno polska jesień jest złota. Podobno.

Bywają jednak też inne jesienie. Izabella Gaudyńska proponuje nam granatową od fioletu. W jej krótkim, bardzo zgrabnym opowiadaniu klasyczna baśń splata się nierozerwalnym węzłem z twardym bizarro. Trochę piękna, trochę krwi, dynia i książę – sami przyznajcie: czy taki miks może nie zadziałać?

 

Tutaj działa. Więc zapraszamy do lektury!

h

Granatowa Jesień

– Pamiętaj, że masz wrócić przed północą – przypomniał staruszek, zasznurowując jej mocno gorset.

Nie opowiedziała, była zbyt zajęta oglądaniem swoich drobnych, poplamionych atramentem dłoni. To nowe ciało jej nie leżało. Trudno było się przyzwyczaić, nigdy wcześniej nie była człowiekiem.

– Przed północą – powtórzył pan Józef. – Słyszysz?

Pokiwała głową, zauważyła ten gest u ludzi. Ruch w górę i w dół. W górę i w dół.

Mężczyzna westchnął. Wiedział, że nie wróci na czas. Żadna nie wracała.

Zerknął na granatowe kleksy, które miała na rękach.

– No, moja panno. Widzę, że ruszałaś nie swoje rzeczy.

– Co to „panna”? – spytała.

Ale widać było, że odpowiedź średnio ją interesuje. Przez okno wleciała wielka, tłusta mucha. To na niej skupił swoją uwagę.

Bzz, bzz, bzz.

Jeden ruch i owad był już rozmaślony na ścianie. Wysunęła język i oblizała wargi. Jej mucha, jej.

Staruszek klasnął głośno.

– Co ja ci mówiłem? Jak masz się zachowywać?

Znowu pokiwała głową. W górę i w dół. W górę i w dół.

Wyszli przed papierowy dom. Tu prawie wszystko było z papieru. Z wyjątkiem karocy – prawdziwej dyni. I jeszcze koni, jednego pan Józef zbudował z deszczu, drugiego z liści i jarzębiny.

Powietrze pachniało nadchodzącym mrozem i dymem z ognisk.

– Pora w drogę. – Staruszek poklepał ją po ramieniu. – Pamiętaj, liczę na ciebie.

– Tak, bądź grzeczna, bądź piękna. Wróć przed północą. Tak, tak.

– I?

– I… I zabij księcia! – Była dumna z siebie, że to wszystko pamięta.

Tylko to nowe ciało. Takie niewygodne.

Tymczasem pan Józef otworzył drzwi od karety.

– No… – cmoknął. I gestem zaprosił ją do środka.

Wsiadła, co chwila odgarniając włosy z twarzy. Długie, kasztanowe pukle. Plątały się, przeszkadzały. Chciała je ściąć, ciach, do gołej skóry. Ciach, ciach. Ale staruszek nie pozwolił. Bądź piękna.

Kareta ruszyła. Konie biegły po kartkach, tratowały kopytami słowa. Nagle pojazd się zatrzymał, wyjrzała przez okno. Czyli tak wyglądał słynny pałac. Prawdziwa budowla, nie papierowa, a kamienna.

Z wnętrza dobiegała muzyka. Na schodach, na dziedzińcu pełno było ludzi w maskach.. Pili, rozmawiali. Ktoś tańczył. Bal trwał w najlepsze.

Wyskoczyła z karocy i ruszyła w stronę wejścia. W połowie drogi jakiś lokaj zagrodził jej przejście.

– Obowiązują maski – poinformował oficjalnym tonem.

– Nie potrzebuję maski. To nie jest moja twarz. – Poklepała się po policzku.

– A, to przepraszam – skłonił się sztywno i ją przepuścił.

Niemal wbiegła po schodach. Wiedziała, co będzie dalej. Przekroczy próg, a tam książę, jego wysokość. I będą tańczyć. Wszystkie z nim tańczyły.

Zobaczyła go od razu, po wejściu do sali.

Czekał.

Potrząsnęła głową, znowu włosy jej przeszkadzały, spadały na oczy. A on zbliżył się z uśmiechem. Miał takie białe zęby. Równe, idealne.

– Przysłał cię pan Józef, prawda? – zapytał.

– Pan Józef – potwierdziła.

– Zatańczymy?

– Taniec. Tak. Jestem piękna. Tańcz ze mną.

Roześmiał się i wyciągnął do niej rękę. Podała mu pobrudzoną atramentem dłoń.

Kleksy nie uszły uwadze księcia.

– Bawiłaś się literami?

– Literami. Tak. Dotykałam je.

– Dotykałaś? – Objął ją i przyciągnął do siebie.

Zaczęli wirować w rytm muzyki.

– To jak masz mnie zabić? – książę przybliżył usta do jej ucha.

– Głowa. Urwać głowę.

– Naprawdę?

Czuła jego oddech na policzku.

Było jej gorąco. Nie rozumiała dlaczego. Najpierw to była tylko odrobina ciepła, potem coraz więcej. Zalewało ją falami. Teraz niemal płonęła od środka.

Muzycy skończyli grać i książę przerwał taniec.

– To na co czekasz? Czemu mnie nie zabijasz?

Dobre pytanie. Sama nie znała odpowiedzi.

– P… później – zadecydowała. Głos jej trochę drżał.

– W takim razie, zapraszam do stołu.

Podszedł do patery z owocami i podniósł dorodne czerwono–żółte jabłko.

– Proszę – wyciągnął rękę – jesienne.

Przyjęła owoc z wahaniem. I dopiero po chwili namysłu ugryzła.

Słodki. Słodziutki. Sok pociekł jej po brodzie. Starła go dłonią, a potem zaczęła zlizywać z palców.

Rozpoczęła się nowa melodia. Odłożyła nadgryzione jabłko na stół i zaczęli kolejny taniec. I kolejny. Nie rozmawiali. Świat kończył się na spojrzeniach.

I na dotyku. Czasami dłonie, palce zabłądziły na skórze, nieraz usta mijały się o jeden oddech.

A potem zegar wybił dwudziestą trzecią trzydzieści.

– Chcesz wracać? – Książę się zatrzymał. – Twoja kareta czeka przed pałacem.

– Chcę. Nie chcę. Nie teraz. Zdążę.

– To może mnie zabij?

Gorąco. Dlaczego tak gorąco?

Wyrwała się i pobiegła do stołu.

Książę zbliżył się powoli. Nalał wina, nałożył orzechów na talerzyk.

– Nie… – zawiesił głos. A potem się nad nią pochylił.

Ręce. Co ludzie robią z rękami? Dotknęła włosów, nawinęła jeden kosmyk na palec. Źle, niewygodnie.

Na stole leżały pozłacane sztućce. Widelczyk do ciasta, łyżeczka do herbaty. Nożyk do obierania owoców. Bezmyślnie ułożyła je w trójkąt, potem w prostą linię. Później znowu w trójkąt.

Cofnął się, a ona zostawiła sztućce. Teraz skubała liście z dekoracji, darła je na kawałeczki.

– Nie zatrzymuję cię –powiedział w końcu podając jej kielich.

Przyjęła wino i wychyliła jednym haustem. Dobre. Mocne i czerwone jak krew.

Później już tylko jedli i pili w milczeniu. Aż do końca, do północy.

Skuliła się, kiedy zegar zaczął wybijać godzinę. Zły! Bardzo zły! Niedobry, brzydki zegar. Wyrwać wskazówki, roztrzaskać mechanizm.

– Nie odeszłaś.

Rozejrzała się. Bal trwał, niektórzy zrzucili maski. Widziała teraz pełno szarych twarzy, pustych spojrzeń.

Już nie było gorąco. Czuła chłód bijący od murów. Papier… zatęskniła za papierem, literami.

– Nie odeszłaś – powtórzył.

Spojrzała na swoje dłonie. Kleksy całkowicie wyblakły.

Uniosła wzrok – zobaczyła swój obraz odbity w oczach księcia.

Bądź piękna.

Nie była piękna. Była normalna. Słaba.

– Teraz zostaniesz ze mną.

– Pan Józef. Kazał wrócić.

– Za późno.

Zimno, bardzo zimno. Zgarbiła się lekko i otuliła włosami jak płaszczem. Za późno?

– Chodź – wyciągnął ręce.

Stała bez słowa. W końcu sam podszedł. Otoczył ramionami, musnął wargami czoło.

Nikt nie zwracał na nich uwagi. Szarzy goście ruszali się mechanicznie w rytm muzyki. Nic nie widzieli, nic ich nie obchodziło.

A ona znikała w jego ramionach, coraz mniejsza, drobniejsza. Książę z kolei rósł, jaśniał.

Przynajmniej dopóki nie zaczął kaszleć. I charczeć. I pluć krwią. Na jego ustach pojawiła się różowa bańka. Jedna, druga. Po chwili zwalił się na ziemię.

Tak pięknie wyglądała czerwona, poszarpana linia na jego szyi. Krew kontrastowała z bielą skóry, zdobiła ubranie. Na brzuchu, w okolicy żeber wykwitły cudne okręgi przypominające szkarłatne kwiaty.

A z serca księcia sterczał pozłacany nożyk do obierania owoców.

Tymczasem żaden z gości nie zareagował, wydawało się, że niczego nie dostrzegli.

Zamrugała. Za późno, prawda. Już nie wróci do papierowego domu. Ale pan Józef będzie dumny. Mówił: zabić.

Zabiła. Była grzeczna. Była grzeczna…

Grzeczna…

Uklękła przy ciele. Pusto, dziwnie. Jakaś kropla potoczyła się po jej policzku. Jedna, druga. Łza? Płakała?

Nagle muzyka umilkła i rozległy się oklaski. Ktoś bił brawo. Jedna osoba.

Uniosła głowę.

Do Sali wszedł książę. Jej książę. Był piękny, doskonały. Uśmiechał się szeroko.

Zerknęła na ciało. Nie, nie zniknęło. Ale w porównaniu z nowo przybyłym wyglądało, jak jakaś marna imitacja.

– Brawo – powiedział żywy książę idąc w jej stronę. – Brawo. Gratulacje dla pana Józefa. Jesteście coraz lepsze, piękniejsze.

Wstała.

Teraz wszyscy znieruchomieli i przyglądali im się uważnie.

– Twoje serce – szepnął, kiedy był już naprawdę blisko. – Słyszę je, trzepocze jak motyl.

Zamknęła oczy. Czuła jego oddech na policzku, ustach. Książę dotknął jej twarzy, musnął palcami szyję. Zsunął rękę trochę niżej.

A potem wbił dłoń w ciało. I wyrwał to bijące, już całkowicie ludzkie serce.

*

Pan Józef zatrzasnął książkę i rzucił na ziemię. Ze środka wyciekła odrobina atramentu.

Wszystko było nie tak! Ta przeklęta jesień musiała się w końcu skończyć. Pałac nie mógł być z kamienia, a panny powinny być żywe!

A książę… Staruszek zmarszczył brwi. Już on się zajmie tym fircykiem. Tym razem osobiście.

 

 

KONIEC