polskie centrum bizarro

„Zakon” by Karolina Orłowska

In Opowiadania on 1 czerwca, 2020 at 6:00 am

Rzeczywistość za oknami (przyjmijmy optymistycznie, że macie okna) staje się coraz bardziej dziwna. Gdyby jednak istniała lupa czy inne urządzenie, dzięki któremu dałoby się zobaczyć rzeczy ukryte… ups, zapewne okazałoby się, że jest jeszcze dziwniej (i straszniej!), niż nam się wydawało.

Wiecie o co chodzi? Jeśli tak, to dobrze. Jeśli nie, nowe opowiadanie Karoliny Orłowskiej – nieprzypadkowo publikowane właśnie dziś – powinno Was lekko naprowadzić…

 

            Zakon

W izbie panował mrok, bo wątły płomień świecy chwiał się i przygasał, wystawiony na działanie przenikającego przez szczeliny wiatru. Chałupina trzeszczała przy mocniejszych podmuchach.

Magrel uderzył dłonią w stół i zerwał się z miejsca.

– Oddaliście? – wrzasnął raczej niż zapytał  i w geście desperacji chwycił się za przydługie włosy, po czym schował twarz w dłoniach i zawył z bezsilności. – Pozwoliliście im zabrać moją siostrzyczkę?

Matka ukradkiem ocierała łzy, milczała. Ojciec kiwał głową, ale wzrok miał wbity w poryty latami użytkowania blat stołu. Magrel uderzył w mebel z całej siły, ale rodzice ledwie drgnęli.

– Zakon podbił całe Księstwo Litne, tym samym naszą wioskę – wyjaśnił ojciec i otarł czoło, choć nie było wcale spocone. – Wprowadzają prawa, wszędzie, nie tylko tu.

– I postanowiliście iść im na rękę? – Magrel odnosił wrażenie, że rzeczywistość stała się koszmarem. – Oddaliście ją zakonnikom na poniewierkę?

Kilkoro dzieci w  różnym wieku spoglądało ciekawie z zapiecka. Cała radość z powrotu brata uleciała i nauczone doświadczeniem wiedziały, że z mieszania się w sprawy dorosłych nic im dobrego nie przyjdzie. Siedziały cicho.

– Zakonnicy nie mają żon i nie chcą u siebie obcych – powiedział ojciec. – Co roku będą brali po jednej dziewczynie ze wsi, żeby im rodziła, jak przystało na kobietę.

– I jak ona w ten stan zajdzie? – Magrel wrzasnął po raz kolejny.

– Nie moja to rzecz – odparł ojciec. – Nie mnie się z prawem wadzić.

– Łatwo ci mówić, synu – załkała matka. – Nie było cię, nie widziałeś.

– Na wojnie walczyłem – syknął Magrel i przytwierdził pas, który zrzucił, witając się z rodziną. – Jakim cudem wybrali piętnastolatkę?

– Jeden wskazał palcem – wyjaśniła matka ledwie słyszalnym głosem. – Blisko sześć miesięcy temu.

Magrel splunął, otulił się płaszczem i wyszedł w ciemną, chłodną noc. Nie zatrzymywali go. Po policzku mężczyzny stoczyła się samotna łza. Uświadomił sobie, że bronił Ingrid, od kiedy nauczyła się chodzić. Nie potrafiłby zostawić jej teraz, gdy najbardziej go potrzebowała. Gdyby przynajmniej jego koń nie padł w niedawnej bitwie. Odetchnął głęboko, wepchnął w kieszeń pajdę chleba, który zabrał rodzicom i ruszył.

Dwa dni zajęło mu przedarcie się przez znany, spokojny las, aż wreszcie stanął na granicy, która od wieków odgradzała ludzką część kniei od tej drugiej, nawiedzonej.

Magrel był zmęczony i zły. Żałował, że nie mógł zostać w domu i wypocząć choć kilka dni, ale w obecnej sytuacji i tak mogło okazać się, że przybędzie za późno. Na samą myśl o losie siostry ból ścisnął mu klatkę piersiową, a oczy zapiekły powstrzymywanymi łzami.

Kiedy podrósł na tyle, że ojciec zaczął liczyć się z jego zdaniem, Ingrid obrała go sobie na przyjaciela i obrońcę. Czy to dlatego, że był starszy o kilka lat, ale najbliższy jej wiekiem spośród reszty rodzeństwa, czy ze względu na posłuch, jaki zapewniała jego postura i charakter? Nie wiedział, ale bronił jej przed rówieśnikami, gdy zaczęła dorastać i ich żarty nabierały wymiaru, który nadwyrężał jego cierpliwość. Pomagał, jeśli w swoje ciężkie dni dostała trudne prace. Obiecał, że nie pozwoli jej wydać za, jak to określiła, starego capa.

Mimo jego starań spotkał ją o wiele gorszy los.

Magrel zawiódł.

Ciemny las przyprawiał go o dreszcze. Jako osoba wierząca zapragnął uczynić znak krzyża świętego, ale ten szybko skojarzył mu się z pseudokatolickim Zakonem, więc poniechał. Poprawił ubranie i wkroczył do zakazanej części boru. Przez pierwszą godzinę nic się nie działo. Magrel pilnował kierunku, pilnie obserwował słońce, ale i nasłuchiwał, trzymając nóż w gotowości. Żywił poważne wątpliwości czy to odpowiednia broń na moce nadprzyrodzone, ale niczego innego nie zabrał.

Nagle, tuż za plecami, usłyszał chrzęst kroków stawianych na ziemi pokrytej suchymi liśćmi i drobnymi patykami. Podskoczył mimowolnie i obrócił się. Las szumiał zupełnie zwyczajnie i Magrel pomyślał, że to strach podsuwa mu omamy.

Ostrożnie zrobił kolejny krok.

Dźwięk uderzył niespodziewanie, brzmiał, jakby ktoś biegał naokoło i chichotał aż Magrel musiał zakryć uszy. Rozszerzonymi w panice źrenicami wodził wokół, w tę i nazad, szybko, aż zaczął kręcić się w kółko i dyszeć, bo ściśnięta klatka piersiowa nie pozwalała nabrać dość powietrza. Chichot przybrał na sile, przyciskanie dłoni do uszu nie pomagało. Fonia wkręciła się w czaszkę, pulsowała, aż Magrel poczuł, że za chwilę rozsadzi mu skronie. Zatrzymał się i oparł plecami o pień. Dyszał ciężko. Chichot brzmiał teraz jak pisk, nadal zmieniał położenie, jakby okrążał drzewo.

Magrel sapał ciężko, zacisnął powieki, bo ciśnienie rozsadzające czaszkę wypychało mu oczy. Otworzył je na powrót akurat w momencie, kiedy tuż przed jego twarzą błysnęło na wpół wyraźne widmo. Zjawa wyszczerzyła pożółkłe zębiska, a potem oblizała wargi i zniknęła. Magrel poczuł smród rozkładu. Zignorował ból głowy i rzucił się pędem przed siebie. Nogi  niosły go szybciej niż mógł rozeznać przytłumioną świadomością. Chichot przybliżał się i oddalał, ale stracił nieco na mocy. Magrel poczuł, jak ból rozrywa mięśnie jego ud, a chwilę potem potknął się i upadł. Odruchowo chwycił się czegoś, rozpaczliwie machając rękami w daremnej próbie złapania równowagi. Stęknął z wysiłku, gdy zauważył, że trzyma się tylko cienkiej gałęzi, która chroni go przed stoczeniem się do wąwozu. Na dnie szumiała woda. Nie zdążył jednak zareagować, bo konar strzelił ostrzegawczo, a potem oderwał się od reszty drzewa.

Magrel wrzasnął. Toczył się z górki, a ostre kamienie raniły ciało. Próbował wyhamować nogami, czy złapać za coś ręką, lecz nie znajdował oparcia. Aż usłyszał plaśnięcie. Świat przestał wirować, uniósł się odór śmierci i rozkładu, gdy zarył nogami w coś miękkiego i lepkiego. Wciągnął głęboko powietrze i jęknął z bólu, bo płuca wypełnił odór zgnilizny. Uniósł się i wyszarpnął stopy ze zbutwiałej masy, która kiedyś mogła być łosiem albo danielem. Nie miał pewności. Podparł się na dłoniach, odpełzł od padliny i zwymiotował.

Minęła dłuższa chwila, zanim doszedł do siebie. Opłukał się w zimnej, rwącej rzece i obrał na nowo kierunek. Ruszył bez ociągania, choć głód i zmęczenie powodowały, że nie przemieszczał się tak szybko, jakby sobie tego życzył.

Mimo to dotarł pod mury zakonu, nim zapadła noc.

Jego oczom ukazał się spory tłum ludzi, którzy koczowali przy ogniskach.

– Niech będzie pochwalony – krzyknął z daleka, żeby ich nie przestraszyć.

– Na wieki wieków – odpowiedziało kilka głosów.

– A czego to nie wchodzicie do środka, dobrzy ludzie?

Dwie kobiety przerwały rozmowę i spojrzały na niego ciekawie. Kilkuletnia dziewczynka uciekła, śmiejąc się głośno, matka zawołała za nią, ale mała nic sobie z tego nie zrobiła. Przemówił jeden z sześciu mężczyzn, pomarszczona twarz wskazywała na jego podeszły wiek.

– Ano – powiedział. – Gdyby się dało, to byśmy weszli.

– Zakonnicy nie wpuszczają? – Magrel zupełnie nie zrozumiał w czym rzecz.

– Kiedyś może wpuszczą – wyjaśnił tamten. – Tu dobrobyt panie, a że nie chcą, żeby się dziadostwo złaziło, to biorą tylko tylu, ilu potrzebują.

Magrel spojrzał chciwie na garnek polewki, który wisiał nieruchomo nad niewielkim płomieniem. Przełknął zebraną w ustach ślinę.

– Można by tak z łyżkę? – zapytał niepewnie i przykucnął.

– Raz tak, boś nowy – odpowiedział mu brodaty mężczyzna w sile wieku i skinął na kobietę. – Ale dalej to radź se sam. Żeśmy dobrzy ludzie, ale i my żołądki mamy.

Magrel odebrał miseczkę z polewką i wypił chciwie.

– Zakonnicy też trochę pomagają – szepnęła kobieta. – Co wieczór przerzucą przez mur, co im z kolacji zostanie, to i nam się zdarzy jakąś kość oblizać.

– Skąd wiedzą, czy wpuszczać nowych? Liczą codziennie tych, których już tam mają? – Magrel nie mógł pojąć w czym rzecz.

– Potrzebują jednego kowala, czterech szewców, kilku stajennych – wyliczył mężczyzna, który poczęstował go obiadem. – Jak im tam za mało pomocy albo który skapieje, to biorą jednego stąd. Ja czekam na miejsce bartnika, ten ich podobno stary – wyjaśnił.

– Nowość to dla mnie – przyznał Magrel. – Zakon wielkości porządnego miasta, a rozwijać się nie chce, ludzi przyjąć?

– Tu dobrobyt, nikomu niczego nie zbraknie, bo zakon równo dzieli, a ma dość z danin – wyjaśnił jeszcze raz brodacz. – Ale nie uświadczysz dziada proszalnego czy żebraka, bo tylko potrzebnych biorą. Tych, których mogą użyć i wykarmić.

– Miłosierdzie dla wybranych – szepnął Magrel i wstał, dziękując za kolację.

Obszedł fragment murów, jednak nie znalazł żadnej wyrwy czy zwyżki, którą mógłby wdrapać się do środka. Ułożył się pod krzakiem żarnowca i choć zmarzł okrutnie to i tak po przespaniu paru godzin czuł się wypoczęty.

Od rana obserwował zwodzony most, prowadzący do bramy i wejścia na teren zakonnej fortecy. W niewielkiej budce, siedziało dwóch rosłych mnichów.  Nie mieli zbyt wiele roboty, bo ludzie zamieszkujący pod murami pytali tylko raz dziennie, czy kogoś w końcu przyjmą.

Wpuszczali natomiast nieliczne wozy z dostawami, prawdopodobnie żywności. Magrel kręcił się wokół, ale tak, żeby nie rzucać się w oczy i rozmyślał. Widział młodą kobietę z dzieckiem na ręku, która po krótkiej wymianie zdań weszła za mur i to dało mu do myślenia. Przystanął i przyjrzał się grupce bawiących się opodal dzieci. Jedna z dziewczynek, ta sama, którą widział poprzedniego wieczoru, podniosła na niego wzrok. Magrel nie namyślał się długo. Kiwnął na nią palcem, po czym udał, że szuka czegoś w kieszeniach.  Dziewczynka podbiegła, a on chwycił ją i uniósł na wysokość oczu.

Zachichotała.

– Mam cały skarbiec cukierków – powiedział. – Chcesz zobaczyć?

Dziecko kiwnęło głową i uśmiechnęło się przymilnie. Magrel przytulił ją do siebie, kryjąc przed resztą osadników i szybkim krokiem podszedł do mostu. Ustawił się zaraz za wjeżdżającym wozem i przybrał usłużną minę.

– Czego tu? – przywitał go strażnik w sutannie, ale z mieczem. – Mówiłem, że nikogo nam nie potrzeba.

– Panie – miauknął Magrel. – Ja nie dla siebie. Tę sierotkę miałem dostarczyć opatowi. Dziewuszka mała, ale sprytna i szybko rośnie. Matka jej pomarła,  ja sam nie wyrabiam.

Narzekał, ile mógł, a gdzieś  z tyłu, w oddali usłyszał głos kobiety nawołującej dziecko. Jej ton niebezpiecznie oscylował na granicy histerii. Magrel umilkł na chwilę i wsłuchał się, wpatrzony w deski mostu. Przytulił dziewczynkę mocniej, bo zaczęła się wiercić.

– Kto po nią posyłał?

– Sam opat, ale dawno. Dopiero co żem się zebrał i postanowił dostarczyć – wyjaśnił. – Litka? – ni to zapytał, ni stwierdził Magrel. Spojrzał na dziewczynkę, a ta kiwnęła jasną główką. – Litka jej na imię, możeście słyszeli wielmożni, jakoby opat wspominał…

– Opat lubi dziewczynki – przemówił drugi z zakonników. – Może to i prawda. Zostaw ją tutaj, my doprowadzimy.

– Kiedy ja sam, przysięgałem…

– Wozy z antałkami jadą. – Pierwszy ze strażników spojrzał na druha i wskazał pulchnym palcem. – Puść tego obdartusa, niech idzie i szybko wraca. My się tu próbowaniem musimy zająć.

– Masz się wynieść przed zmrokiem. – Zakonnik odsunął się i przepuścił Magrela. – Zameldujesz u mnie, że wychodzisz. Inaczej znajdę i pod sąd oddam.

Magrel kiwnął głową i wszedł, a potem czym prędzej oddalił się od mostu.

Dziedziniec był przestronny i czysty. Kręciło się kilkoro ludzi, ale każdy zdawał się być zajęty swoimi sprawami.

Postawił dziewczynkę. Ta poprawiła zmierzwione włoski i spojrzała na niego pytająco.

– Cukierek? – pisnęła.

Mężczyzna wskazał jej najodleglejszy z budynków. Podążyła wzrokiem za jego palcem.

– Tam – powiedział. – Jeśli podejdziesz od tyłu, bardzo cichutko i będziesz dobrze szukała, to znajdziesz cały worek cukierków. Tylko uważaj, żeby nikt cię nie złapał.

Dziewczynka kiwnęła główką i pobiegła we wskazanym kierunku, a Magrel został z nadzieją, że zdobył dość czasu, zanim zwrócą na nią uwagę. Nie wierzył, że oddadzą matce, znajdzie się pewnie dla niej jakieś zajęcie, póki nie podrośnie. Ważne jednak, żeby nie przypomnieli sobie o nim przynajmniej do zmroku.

Wszedł między zabudowania. Rozglądał się, ale jednocześnie próbował sprawiać wrażenie kogoś, kto wie, co robi i dokąd idzie. Mijał ludzi, którzy debatowali, prowadzili rozmowy, kilku nawet popijało w mijanej oberży, ale miejsce, całe miasto nazwane Zakonem, okazało się ciche i spokojne. Nie mógł się temu nadziwić.

Po jakiejś godzinie jego wzrok trafił na spory budynek, ogrodzony niskim murem. Kilka osób minęło go, kiedy stał i przyglądał się wypielęgnowanym grządkom. Ogród zdawał się ledwie zaczynać  w zasięgu jego wzroku. Reszta nikła za załomem ściany.

Przechodnie opuszczali nisko głowy i Magrel miał wrażenie, że przyspieszają, byle szybciej minąć rezydencję. Poczekał, aż nieco się przeludni i pociągnął za rękaw starszą kobietę, która akurat kuśtykała obok.

– Dobra kobieto – powiedział, żeby ją zmiękczyć. – Co tam jest?

Przystanęła, zmierzyła go wzrokiem i wyszeptała:

– Tam są zakonne żłobki i porodówki, chłopcze – wyjaśniła. – Nie wolno zaglądać. Lepiej stąd idź.

Magrel poczuł przypływ nadziei. Obszedł rezydencję, aż nie znalazł miejsca dość odludnego, żeby przeskoczyć ogrodzenie. Budynek nie był strzeżony, zakonnicy widać polegali na swojej reputacji. Magrel wyjrzał zza rogu, wokół było pusto, choć w oddali, między drzewami, majaczyły poruszające się wolno sylwetki, niektóre dość pękate. Zignorował je i skupił się na budynku.

Serce biło mu mocno, a adrenalina wyczuliła na każdy szmer.

Wychylił się, zaraz jednak uciekł za mur, bo przez jedne z drzwi wyszedł mnich. Magrel obserwował go uważnie. Zakonnik poprawił sutannę w okolicy rozporka, otarł twarz i odszedł. Było w jego postawie coś niepokojącego, co zupełnie nie pasowało ani do tego miejsca, ani zawodu.

Magrel poczuł strach. Nienaturalną, podświadomą trwogę. Zadrżał, pewien, że ta przygoda zamknie jakiś rozdział w jego życiu. Bał się momentu, gdy odnajdzie siostrę, choć jednocześnie nie potrafił zawrócić i udawać, że nie istniała. Przygniotła go jednak potęga zakonu, który nie był jedną przerażająca osobą, a całą instytucją. Hierarchicznie zbudowanym ciałem, które ustalało własny porządek i zmuszało ludzi do przestrzegania narzuconych praw. Pomimo faktu, że zupełnie kłóciły się z wyznawaną przez ową instytucję nauką. I kłóciły jawnie, widoczną dla wszystkich hipokryzją, a mimo tego nikt Zakonowi owego zakłamania nie zarzucał. Nie mówiąc już o zwalczaniu go. Chłopaka przygwoździła potęga przeciwnika. Poczuł się wart mniej od robaka, który właśnie wpełzał pomiędzy kępki trawy.

Oparł się o ścianę, dyszał ciężko i kręciło mu się w głowie. Pozwolił sobie na chwilę odpoczynku, po czym ruszył do drzwi, którymi uprzednio wyszedł mnich. Otworzył je, skrzypnęły cicho i zobaczył wąskie schody oświetlone jedynie kilkoma ustawionymi na stopniach świecami. Prowadziły w dół, zszedł powoli, po drodze wyciągnął nóż i stąpając cicho zajrzał do piwnicznej izby, w której kończyły się stopnie.

Pomieszczenie było zimne i wilgotne. Kilka lamp oświetlało je nieco. Magrel podskoczył, kiedy usłyszał chrząknięcie. Uskoczył w kierunku schodów, ale ciekawośc wygrała i rozejrzał się szybko, choć ogarnęła go chęć ucieczki

Wysilił wzrok, a zaraz potem zakrył usta dłonią, by powstrzymać wymioty.

Na środku  pomieszczenia ustawiono dwa stoły. Na każdym leżała kobieta, przywiązana do niego za ręce i nogi, u obu rozstawione nienaturalnie szeroko. Jedna, starsza, sądząc po kształtach, rodząca już wcześniej, patrzyła tępo w sufit. Gdyby nie słaby oddech unoszący jej piersi, można by uznać, że wyzionęła ducha. Druga natomiast, młodziutka, o kształtach dziecka jeszcze, z udami poznaczonymi śladami krwi, a policzkach łzami, wpatrywała się w Magrela z przestrachem. Zrobił krok w tył, a młoda kobieta zawyła, zauważając chyba, że nie jest jednym z mnichów. Przezornie zaklejono jej usta, ale bulgotliwe, błagalne dźwięki goniły Magrela aż na zewnątrz, gdzie zatoczył się i zwymiotował.

Otarł usta dłonią i zaczął biec. Gnał ile sił w nogach, ale makabryczny obraz nie chciał zniknąć z pamięci. Dobiegł do ogrodzenia, złapał za nie rękoma, przymierzył się do skoku i zamarł. Zastygł w  miejscu i próbował uciszyć dyszenie i dudnienie w głowie, bo do jego uszu dobiegł dźwięk.

Melodia.

Znał ją.

To kołysanka, którą nuciła matka, kiedy był mały.

Obrócił się i ruszył w kierunku ławki, od strony której dobiegała muzyka. Nie myślał, nie zastanawiał się, szedł jak zahipnotyzowany. Wpatrywał się w pochyloną postać, której tył głowy majaczył ponad oparciem. Obszedł ławkę na około i stanął przed nią.

Ingrid haftowała, pochylona nad robótką i nuciła. Spuchnięte dłonie poruszały się szybko. Magrel spojrzał na zarys ciążowego brzucha i  upadł przed nią na kolana.

– Ingrid – powiedział, a łzy toczyły się ciurkiem po policzkach. – Siostrzyczko, co oni ci zrobili?

Dziewczyna uniosła wzrok znad materiału i spojrzała na brata, ale jej twarz pozostała stężałą, odporną na emocje maską. W oczach Magrel zauważył  pustkę, jak gdyby świat nie miał dostępu do jej świadomości. Patrzyła, ale nie widziała. Poczuł się tak, jakby rozmawiał z nieboszczykiem. Tyle że Ingrid jeszcze oddychała.

Złapał ją obiema dłońmi za policzki.

– Chodź ze mną – wyszeptał. – Zabiorę cię stąd, wrócimy do domu. Słyszysz?

– Bóg jest dobry, łaskawy – odpowiedziała Ingrid. – Nie wolno się sprzeciwiać.

– Pamiętasz dom? Rodziców? – zapytał. – Chodź. Wracamy. Już nikt cię nie skrzywdzi.

Ingrid odsunęła się, jakby doznała wstrząsu. Potem wyrwała się z jego dotyku, wstała i zrzuciła robótkę z kolan. Wyprostowała się, nabrała powietrza w płuca i zaczęła krzyczeć, a jej twarz wypełniło szaleństwo.

– Bóg! – krzyczała. – On wie, co dla mnie najlepsze. On mnie ukarze i nagrodzi.

– Ingrid, przestań! – Magrel zakrył jej usta dłonią.

Szarpnęła się i ugryzła go tak mocno, że jęknął z  bólu. Poluźnił uścisk, a Ingrid wyrwała się i pobiegła w kierunku budynku, piszcząc tak, że Magrel poczuł, jak dźwięk ten wdziera się do mózgu. Zauważył jeszcze, że drzwi się otwierają i wybiega z nich kilku mnichów, ale wszyscy wydawali się zbyt wysocy, a ich głowy wyglądały na zbyt duże w porównaniu do ciał. Znajdował się za daleko, żeby dokładnie ocenić.

Nie czekał.

Szybkim krokiem ruszył w stronę ogrodzenia, ale Ingrid przestała wrzeszczeć. Zwolnił, gdy głupia nadzieja zakiełkowała w sercu. Trwało to ledwie sekundę, bo Ingrid, dla odmiany, zaczęła histerycznie chichotać, coraz głośniej i głośniej. Upiorny śmiech zjeżył włosy na głowie jej brata.

– Dzieci biegną – wrzasnęła, a  Magrel obrócił się w jej stronę i zauważył, że klaska z zadowoleniem w dłonie. – Wypuścili dzieci.

Przeniósł wzrok na schody, z których zbiegało pięć postaci. Budową ciała przypominały człowieka, ale poruszały się bardzo sprawnie i szybko. Zupełnie nie po ludzku. Ubrane w czarne habity, sięgające im do kostek, stąpały nagimi stopami o nienaturalnie długich palcach.

Magrel przyglądał się, aż usłyszał krzyki i ostrzeżenia z ulicy. Nieliczni ludzie uciekali w popłochu.

I wtedy dostrzegł.

Potwory nie miały oczu i nosów, jednak u kilku ziały puste oczodoły. Połowę ich ogromnych głów zajmowały szczęki, z których wystawały rzędy żółtych, ostrych zębów. Dopiero kiedy dwóch z nich upadło, oparło się na dłoniach i zaczęło do niego biec na czworaka, Magrel odzyskał świadomość. Obrócił się i pognał w  stronę ogrodzenia. Serce tłukło się w piersi, płuca paliły żywym ogniem, a nogi, choć zmuszał je do nadludzkiego wysiłku, ciągle poruszały się zbyt wolno.

Dotarł wreszcie do ogrodzenia, złapał za nie dłońmi, odbił się i poczuł na łydce uścisk, który zmiażdżył mu piszczel.

Potwór szczęknął zębami.

Magrel nie zdążył krzyknąć.

„Jazda po piorunochronie. Drugi rozdział” by Darek Kuchniak

In Opowiadania, Patronat on 23 Maj, 2020 at 6:00 am

Tak to w życiu bywa, że jak coś się zaczyna, musi zostać kontynuowane. Są oczywiście ludzie, którzy posiadają tak zwany „słomiany zapał”. Rozgrzebują coś, a potem porzucają w nieładzie. Startują, ale nie dobiegają do mety. Na szczęście nie należy do nich nasz kolega po piórze Darek Kuchniak. Niedawno na Niedobrych Literkach mieliśmy bizarryczną przyjemność zaprezentować pierwszy rozdział jego powieści. A zasady są jasne i klarowne. Jeśli powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć i „B”. Inaczej może się to skończyć tragicznie. Zapraszamy zatem do lektury.

 

Rozdział I: https://niedobreliterki.wordpress.com/2018/08/14/jazda-po-piorunochronie-pierwszy-rozdzial-by-darek-kuchniak-i-nasi-na-sabacie/

„Szczęście obojga, czyli krótka historia siostry Ludmiły” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 16 Maj, 2020 at 6:00 am

Tak to czasami bywa, że talent objawia się w sposób różny i podłużny. A nierzadko i w całkowicie nadspodziewany. Do tego wszystkiego dochodzą też pytania natury filozoficznej. Bo czy na ten przykład utalentowanym jest pianista, czy tylko jego dłonie? Czy potrafiłyby one grać same, bez udziału reszty ciała człowieka? A gdyby doszyć nogi najszybszego człowieka na świecie innemu przeciętnemu sprinterowi, zacząłby on wygrywać zawody i bić rekordy?

A co z narządami niestandardowymi do danej czynności? Bohaterka najnowszego opowiadania Maćka Żołnowskiego wybrała inne ścieżki losu niż jej utalentowane piersi. Jak to możliwe, że stało się możliwe? I czy wiara przekreśla drogę do kariery? Czort wie, a czort ten siedzi poniżej. To czytajcie, bo czasu szkoda.