polskie centrum bizarro

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Reklamy

„Łabędzie-wampiry…” by Kornel Mikołajczyk i nasi na Kapitularzu

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 24, 2018 at 12:35 pm

Dziś (i jutro, i pojutrze, i jeszcze przez wiele, wiele dni) zachęcamy do przeczytania najnowszego opowiadania Kornela Mikołajczyka, pod wielce intrygującym tytułem „Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec„. Kto zna twórczość Kornela, ten wie, że spod jego klawiatury wychodzą wyłącznie świetne teksty. Nie inaczej jest i tym razem – „Łabędzie-wampiry…” są dziwne, przewrotne i… mądre. Co ciekawe, pierwotnie ten tekst powstał w języku obcym (czytaj: po angielsku) i zdążył się już rozpanoszyć na Bizarro Central. Kto ma zacięcie translatorskie, ten może porównać obie wersje:

Flash Fiction Friday: Vampire Swans Ate My Office Building

Aha, korzystając z okazji, zapraszamy do Łodzi na Kapitularz 2018, gdzie już za dwa tygodnie niedobroliterkowa ekipa (rzeczony Kornel Mikołajczyk, Kazek Kyrcz, Zeter Zelke, Istvan Vizvary i inne potępione duchy) przeprowadzą dwa panele: o groźnych miastach i równie (o ile nie bardziej!) groźnych kobietach.

A poniżej (wreszcie!) obiecane opowiadanie…

Łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec

Kiedy dotarłem do pracy w poniedziałek, punkt ósma, łabędzie-wampiry przeżerały się przez mój biurowiec. Kołując wokół korporacyjnego drapacza chmur całą chmarą, stadem, białą trąbą, zdołały zedrzeć beton z dwudziestu zwyczajnych i pięciu kierowniczych pięter przy użyciu ostrych jak brzytwy kłów. Łabędzie-wampiry mogą żywić się betonem z jakiegokolwiek źródła, nawet z płyt chodnikowych czy ramp w skateparkach, ale z jakiegoś powodu wolą demolować wieżowce. Dzisiaj wybrały ten, w którym pracuję.

Czy też raczej – pracowałem.

Poza obnażoną hydrauliką i prętami zbrojeniowymi z budynku nie zostało wiele. Obluzowane tafle szkła spadały co rusz na plac, mało nie rozcinając przechodniów na pół, lecz dzięki jakiemuś niesamowitemu stadnemu instynktowi, łabędzie-wampiry omijały je z łatwością, krążąc w poszukiwaniu kolejnego smakowitego kawałka stwardniałego cementu.

Osłoniłem oczy przed słońcem daszkiem z palców i wypatrzyłem aż nazbyt znajome biurko na trzynastym piętrze. Nagle cała konstrukcja jęknęła i wygięła się na bok. Biurko wyfrunęło przez nieobecne okno i rozbiło się tuż przed fontanną. Moja mocno zużyta, piszcząca zabawka antystresowa zipnęła po raz ostatni, przebita przez pierś ołówkiem, i umilkła na zawsze.

Przysiadłem na ławce po drugiej stronie ulicy i wyjąłem drugie śniadanie w plastikowym pojemniku. Przeżuwając leniwie do rytmu wampirzych szczęk, patrzyłem, jak wieżowiec zapada się w kupę gruzu. Rodzina zmumifikowanych fok przeczłapała obok i każda z nich przytuliła mnie niezręcznie, zostawiając na karku mokre odciski bandaży. Kiedy wreszcie przestałem trząść się z obrzydzenia, łabędzie odlatywały w kierunku parku – czarny klucz na tle spranego błękitu nieba.

 

Udałem się do najbliższego baru antygrawitacyjnego. Wylądowałem saltem na suficie i wypatrzyłem kilkoro ludzi z pracy – milczących, bladych, kołyszących się nad szklankami lżejszej od powietrza whisky i odwróconymi butelkami piwa. Mimo to lokal był w większości pusty. Mój szef popełniał właśnie harakiri w rogu sali, używając do tego jedynie parasolki koktajlowej. Nikt nie próbował go powstrzymać, nawet gdy deszcz krwi lunął na wycyklinowany parkiet.

Zamówiłem krwawą Mary i przypiąłem się do siedzenia obok łysiejącego gościa o proweniencji maklera. Wyznałem mu, że łabędzie-wampiry pożarły mój biurowiec. Zrewanżował się opowieścią o tym, jak borsuki-zombi zgwałciły mu drugie śniadanie.

– Zaczęły grasować jakoś w zeszłym tygodniu – powiedział, kontrapunktując zdanie przesadnie długim, odwróconym łykiem taniego piwska. – Jak sobie przyniesiesz obiadek w pudełeczku albo przerzuciłeś się na warzywka, to jesteś kryty. Nieumarłe bydlaki nawet nie nakichają na coś takiego. Ale kto z nas ma czas, żeby gotować w domu, c’nie?

– Pewnie, że tak – zgodziłem się, byleby mówił dalej.

– Siedzę więc w firmowej kantynie i otwieram gębę, żeby wgryźć się w jedną z tych długaśnych superkanapek z ekstra serem, kiedy do środka wpadają one, całym stadem. Śliniące się kwasem, cuchnące jak grób, do którego ktoś naszczał. Szczęki wszystkim zamierają, no bo, bądźmy szczerzy, nikt nie przełknie kęsa, kiedy widzi – i czuje – coś takiego. A potem… potem zaczynają gwałcić. Samce borsuków ocierają się o kant stołu, żeby zabielić ci zupkę chińską. Samice zaspokajają się hot-dogami i ogórkami. Jakiś sadomasochista macza swoje gnijące klejnoty w chili con carne i dźga kogo popadnie plastikowymi sztućcami. Masakra po całości. Ostatnie, co pamiętam, to że na stolik wskoczyła mi parka. On włożył długaśnego fiuta w moją długaśną kanapkę, a ona zaczęła tryskać z piczy prosto na specjalny sos. Straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, ta cholerna buła nadal leżała przede mną. Jakby te mściwe kutafony oczekiwały, że ją zjem po tym, co zrobili! Zbiera mi się na pawia, jak o tym myślę. – Dopił swojego sikacza i wypiął się z uprzęży, żeby pójść po kolejnego.

Kiedy wrócił, zaczął opowiadać o tajnych rządowych laboratoriach:

– To wszystko Oni, nie rozumiesz? To ich Wielki Plan. Skąd, myślisz, wzięły się na świecie te paskudztwa, co? No skąd?

Pokiwałem głową, choć wiedziałem, że się myli.

Łabędzie-wampiry nigdy nie miały pożerać budynków. Ktoś stworzył je, żeby powstrzymać bogaczy przed wypełnieniem świata betonem, przed bezkarnym wjeżdżaniem z buldożerem w naturę. Borsuki-zombi? Pewnie próba zmuszenia ludzi, żeby się zdrowiej odżywiali. Podobnie jak foki-mumie i ich tendencja do przytulania nieznajomych zostały wymyślone po to, żeby walczyć z depresją, przypominać ludziom, że nie są sami.

Ale gdzieś między zamysł a wykonanie wkradł się chochlik. Drapacze chmur zaczęły upadać, coraz więcej posiłków padało ofiarami przemocy na tle seksualnym, ulotne poczucie bliskości stało się przypomnieniem miażdżącej samotności. I musieliśmy zadowolić się tym, co zostało. Światem toczącym się na skraj przepaści, głodnym cudu.

 

Opuściłem bar antygrawitacyjny około dwudziestej, kiedy ciało mojego szefa zaczęło się rozkładać, brocząc z sufitu czarnymi wydzielinami.

Wracając skrótem przez parking centrum handlowego, usłyszałem niewyraźny jęk dochodzący z alejki za niemym kinem. Podbiegłem do ustawionych rzędem kontenerów z mieszaniną niedowierzania i ekscytacji i za jednym z nich znalazłem pokrytą brudem Narzeczoną Frankensteina, całą w falujących czarno-białych włosach i szwach. Owinąłem ją w płaszcz i na wpół zaniosłem, na wpół zaciągnąłem do domu.

W zaciszu mojej piwnicy przedstawiłem Narzeczoną wielkiemu czarnemu baranowi, którego znalazłem na podwórku w zeszłym tygodniu. Siedząc na rozchwierutanych stopniach, patrzyłem, jak z początku nieufne istoty parzą się za stosem zeszłorocznych gazet.

Wkrótce mój nowy pupilek urodzi stado Frankenowiec. Może będą teleportować się do biur i stresować ludzi, szczając na gniazdka elektryczne? Może będą grasować po centrach handlowych, wyżerać karty kredytowe z portfeli i wydalać je na wielką kupę?

A może – tylko może – będą spłacać studenckie pożyczki, wymiotować lizaki na łóżka chorych dzieci i neutralizować łabędzie-wampiry atomowymi ładunkami? Jedyne, co mi pozostało, to czekać i modlić się, i mieć nadzieję; jak tylu ludzi przede mną.

Może tym razem świat zmieni się na lepsze.

„Jazda po piorunochronie. Pierwszy rozdział” by Darek Kuchniak i nasi na Sabacie

In Opowiadania, Patronat on Sierpień 14, 2018 at 11:32 am

Już w najbliższy weekend kilku związanych (niekoniecznie cyrografem!) z Niedobrymi Literkami autorów pojawi się na kieleckim konwencie Sabat Fest (scalonego z Jagaconem). Będą to: Kazimierz Kyrcz Jr, Juliusz Wojciechowicz, Marcin Rojek i autor poniższego opowiadania, dla niepoznaki nazwanego pierwszym rozdziałem, Darek Kuchniak.

Bizarrycznie zapraszamy!

 

Jazda po piorunochronie

Rozdział I

 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem dom, polecony przez najlepszego przyjaciela, nie byłem zachwycony. Drewniana chata pamiętała czasy carskie i wyróżniała się fatalnym staniem technicznym. Dziurawy dach, wypaczone okna i drzwi, zaś o podłodze szkoda gadać. Wartości nieruchomości nie podnosił fakt, iż stała na skraju wsi, a jej bezpośrednie sąsiedztwo stanowiło niewielkie trzęsawisko o nader specyficznym zapachu.

Jedynym człowiekiem, który ukochał to miejsce, był malarz Stefan B. Zarabiał na życie tworząc sceny rodzajowe z nieśmiertelnym jeleniem na rykowisku, ale jego prawdziwym powołaniem był surrealizm. Mieszkał tu od pięciu lat, odkąd wyprowadził się z Warszawy, albowiem atmosfera stolicy nie służyła jego twórczości. Artysta miał czterdzieści pięć lat, mierzył blisko dwa metry, a jego bujna niegdyś czupryna przerzedziła się znacznie.

W przeddzień mojego przyjazdu intensywnie lało, droga do domu stała się błotnista. Na szczęście napęd na cztery koła, którym dysponuje mój wóz, sprawdził się doskonale w trudnych warunkach. Kiedy dotarłem na miejsce, nie zastałem nikogo. Ani śladu żywego ducha. Spenetrowałem dom i najbliższą okolicę, ale bez rezultatu. Zrezygnowany usiadłem na kanapie w salonie. Przez chwilę bawiłem się bezwiednie suwakiem kurtki. Nie miałem najmniejszego pojęcia, co dalej robić. Lodówka była pusta niczym czytelnia w bibliotece gminnej. Sytuację pogarszał fakt, iż miejscowy sklepikarz nie chciał słyszeć o płaceniu kartą kredytową.

Włączyłem telewizor. Amerykański sitcom wprowadził mnie w dobry nastrój.

Przerwa na reklamy. Ziewnięcie, irytująca krosta na tyłku, drapanie, ulga.

Nagle dociera do mnie, że nie jestem sam. Postawny Indianin w garniturze od Gianniego Versace usiadł na parapecie i gapił się na mnie bezczelnie.

– Kim pan jest ? – zapytałem bezwiednie.

– Nazywają mnie Pewien Apacz – odparł. – Stefan jest moim najlepszym przyjacielem i kazał pana przeprosić. Uznał, że rzeczywistość zbyt go uciska i odszedł.

Wbiłem w niego wzrok.

Bredzi, pomyślałem i zacząłem się nerwowo śmiać.

– Co to znaczy, że odszedł?

– Założył plecak, buty. Zaprzągł odpowiednie partie mięśni do roboty i tyle go było widać. Nie mam najmniejszego pojęcia, kiedy wróci.

Odetchnąłem z ulgą. Zyskałem pewność, że pożal się Boże artysta nie stał się, przynajmniej na razie, pokarmem dla dzikich zwierząt. Założyłem nogę na nogę i począłem dumać. Jechać do domu czy do najbliższej knajpy? Co mam do cholery robić?

– Widzę, że jesteś w kropce. Zjedźmy coś i zastanowimy się, co robić dalej – zakomenderował wojownik.

– Bardzo chętnie. Tyle że w domu owym, nie uświadczysz ni grama jadła – odparłem, nie szczędząc ironii.

– Mam na to sposób – oświadczył mój rozmówca i poczułem nagle mrowienie na karku, a po sekundzie siedziałem przy suto zastawionym stole w ogromnym i urządzonym ze smakiem salonie.

Na dębowym blacie znalazły się najlepsze potrawy z całego świata. Nie brakowało także ekskluzywnych alkoholi.

– Musimy pogadać – stwierdziłem natarczywie.

– Świetnie – zgodził się admirator garniturów. – Nawijaj.

– Co to za lokum i jak tu trafiliśmy?

– Najprościej mówiąc, znajdujemy się w chmurze danych. Sferze stworzonej przez ziemskich naukowców w dwudziestym drugim wieku. Ludzie używają tego miejsca nie tylko do archiwizowania plików, ale i do relaksu. Można tu dobrze zjeść, uprawiać niesamowity seks czy przeżyć ponownie przygody z dzieciństwa.

– Aaaa… – wybełkotałem. – Nie miałem zamiaru trzymać fasonu. Sytuacja zupełnie mnie przerosła.

– Coś mi podpowiada, że masz jeszcze wątpliwości – Indianin nie uczynił najmniejszego wysiłku, by ukryć szyderstwo.

Trudno mu się dziwić. Musiałem mieć nadzwyczaj durną minę. Co za dzień! Nabrałem podejrzeń, że tracę rozum, a mój towarzysz utwierdzał mnie tylko w tym przekonaniu. Mam to wszystko w dupie, pomyślałem i usiadłem przy stole. Kolejny kwadrans spędziłem na żywiołowej konsumpcji.

– Wygląda na to, że zaspokoiłeś wreszcie głód – stwierdził Pewien Apacz. – Wypada zatem powiedzieć, czego od ciebie oczekuję.

– A i owszem – burknąłem.

– Mam zamiar, w ciągu najbliższej godziny, dotrzeć do najlepszej knajpy w naszej galaktyce, ale brakuje mi towarzystwa. Płacę dobrze i to w gotówce – usłyszałem, tyle że nie wpłynęło to dobrze na moje samopoczucie.

– Jedyne w czym mogę ci pomóc, to naprawa kranu czy uszczelnienie okna. Jestem, co prawda, bibliotekarzem, jednak nigdy nie zarabiałem zbyt wiele, więc nie gardzę żadną fuchą. Stefan zadzwonił do mnie wczoraj i oznajmił, że przecieka mu zmywarka. A ty wyskakujesz do mnie z zajebistą technologią przyszłości i lotami międzygwiezdnymi.

Wojownik spojrzał na mnie z niesmakiem, po czym zerknął do smartfona.

– Według skanera jesteś obdarzony oryginalnym poczuciem humory. Niestety, Stwórca zapomniał zaopatrzyć cię w jaja.

– Podrażniłeś ambicję samca α tej planety. Pojadę z toby, choćby na koniec galaktyki.

Wojownik nie wyczuł sarkazmu. Po chwili siedzieliśmy w ciasnej kabinie ultranowoczesnego ścigacza i lecieliśmy w niewiadomym kierunku. Rozwój wypadków zaskoczył mnie po raz kolejny. Zwinąłem się niczym embrion na fotelu i modliłem o szybką śmierć. Nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną ciężko oddycha. Odwróciłem się gwałtownie.

– Stefan! – wykrzyknąłem zdumiony.

– Cześć, Darek, miło cię widzieć – odparł malarz. – Widzę, że Pewien Apacz nakłonił cię także do podróży.

– Takim jak on nie sposób odmówić – odparłem. – Co teraz będzie? – zapytałem przejęty.

– Jak to co? Będzie się działo! – rzekł tajemniczo surrealista.

 

*

 

Po kilku godzinach lotu zdobyłem się na odwagę i zapytałem Indianina, a właściwie jego plecy:

– Mogę wiedzieć, gdzie Pan Bóg prowadzi? Pierwszy raz jestem na pozaziemskiej eskapadzie.

– Dowiecie się wszystkiego za kilka godzin.

Nie pozostało mi nic innego jak obserwować sąsiada. A ów spał, jakby nigdy nic. Od czasu do czasu stękał i mruczał coś niezrozumiałego. Dałbym wtedy wiele, by być na jego miejscu. Emocje nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Normalny facet mojego pokroju z wyższym humanistycznym wykształceniem skupia się na wychowaniu dzieci, bilansowaniu domowego budżetu czy konstruktywnej krytyce programy telewizyjnego, a nie podróżowaniu w kosmicznej próżni.

Moje rozmyślania przerwał nagły rozbłysk jednego z ekranów.

– Widzę, że wszystko idzie zgodnie z planem. Przygotuj się do lądowania – oznajmił dojrzały czerwonoskóry mężczyzna, ubrany w tradycyjną koszulę wojenną.

– Witaj Szamanie – odparł nasz pilot. – Miło widzieć ponownie twoją starą, pooraną zmarszczkami i wykrzywioną paraliżem gębę.

– Cała przyjemność po mojej stronie – rzekł starszy z wojowników. – Biali doskonale nadają się na rytualną ofiarę. Wykonałeś kawał dobrej roboty.

Muszę przyznać, że przedostanie zdanie zaniepokoiło mnie nie na żarty. Wyobraziłem sobie od razu naszą dwójkę przykutą do męczeńskiego pala i konsumowanych przez krwiożercze potworów przy wtórze rozrywanego mięsa i łamania kości. Musiałem mieć nieciekawą minę, gdyż Pewien Apacz parsknął śmiechem.

– Z czego rżysz? – warknąłem. – Ciekawe jak byś się czuł, gdyby wydarto ci bijące serce tylko po to, by nasycić apetyt prymitywnej bestii.

– Przestań się trząść ze strachu. Staruch cię wkręcił, nie będzie żadnych tortur czy niepożądanej konsumpcji – odparł wojownik. – Powinieneś wyluzować. Bierz przykład z kolegi – śpi słodko niczym niemowlę.

– Na najbliższym postoju kupię mu smoczek i gryzaczek – mruknąłem.

– Świetny pomysł – skwitował Szaman. – A teraz przygotujcie się do lądowania. Spotkamy się za pięć minut w kapitanacie.

Nigdy nie miałem okazji widzieć kosmodromu. Ogrom miejsca przytłoczył mnie i przeraził zarazem. Jedyne co zrobiłem, to rozdziawiłem gębę i gapiłem się na wszystkie cudowności. Stefan natomiast wydawał się niewzruszony. Owszem, rozglądał się ciekawie, ale nie miał wytrzeszczu oczu, a jego żuchwa wraz z górną szczęką spokojnie przeżuwała gumę, zamiast szorować po posadzce na znak szoku.

– Byłeś tu kiedykolwiek? – spytałem podejrzliwie.

– Raz, może dwa – wymamrotał.

– Bujałeś się w kosmosie z szemranym kolesiem i nie pisnąłeś nawet słowa. Dobry z ciebie kumpel – wykrzyknąłem oburzony. – Wypada założyć solidne, podkute buciory i kopnąć cię z całej siły w dupę. Nie odzywaj się do mnie, zdrajco!

– Śmiem twierdzić, iż uznałbyś mnie wtedy za totalnego świra. Nie chciałem trafić do wariatkowa – odparł całkiem trzeźwo malarz.

Musiałem przyznać mu rację.

W trakcie pouczającej konwersacji opuściliśmy ogromną hale przylotów. Pewien Apacz nie brał udziału w rozmowie, ale pilnował, by nasza trójka się nie rozłączyła. Nie było to łatwym zadaniem, gdyż tłok był okrutny niczym w tokijskim metrze. Tysiące Indian podążało do odpowiednich śluz, a dziesiątki ogromnych jednostek floty, czekało cierpliwie na pasażerów, grzejąc silniki. Wyglądało na to, że potomkowie wodza Cochise’a w kompletnej tajemnicy opanowali galaktykę, gdzieś w głębi wszechświata.

W kapitanacie, który okazał się niewielką salą, zaopatrzoną  w ogromną liczbę ekranów i mrugających kontrolek, powitał nas Szaman.

– Miło was widzieć – zagaił gospodarz i wskazał fotele. – Zerknijcie proszę na centralny monitor.

A ty na mój środkowy palec, pomyślałem, ale nie zdobyłem się na odwagę, by to powiedzieć na głos.

– Domyślam się, że planeta stanowi cel wyprawy. Piękna i tajemnicza. Jak zwykle. Znaleźliście ślady życia? – spytał beznamiętnie Pewien Apacz.

– To będzie wasze zadanie – oświadczył starzec. – Pobierzcie sprzęt i zgłoście się do wejścia numer osiem. Załoga statku jest w pełnej gotowości.

Zerwałem się z fotela. Zupełnie spontanicznie. Jakbym stracił kontrolę nad ciałem.

– Stary, to naprawdę, po prostu nie do wiary. Szkoda tylko, że ja, do kurwy nędzy, nie mam zielonego pojęcia o eksploracji planet. Co ja tu robię? – Nagromadzone przez ostatnie godziny napięcie znalazło drogę ucieczki.

Szaman podszedł do mnie i dotknął delikatnie ramienia. Następnie  powiedział łagodnie:

– Przydasz się do czegoś innego. Wszystko w swoim czasie. Przeznaczenia nie sposób oszukać.

Z czachy zaczęło mi intensywnie dymić, ale szybko doszedłem do wniosku, że dyskusja z leciwym dziwakiem nie przyniesie nic konstruktywnego. Wziąłem kilka głębszych oddechów. Odniosły zamierzony skutek i zdołałem się uspokoić. Postanowiłem popłynąć z nurtem wydarzeń. Inna sprawa, iż brakowało jakiejkolwiek alternatywy.

– Jasna sprawa, poczekam ojczulku – odburknąłem. – W razie czego poproszę o pomoc mego jakże dyskretnego przyjaciela. Wszak posiada stosowne doświadczenie.

– Posiada – włączył się do rozmowy Indianin we włoskim garniturze. – I to całkiem sporo.

Tymczasem Stefan skupił się wyłącznie na kontemplowaniu sufitu. Wszystko wskazywało na to, że myślami wybiegał w przyszłość.

Transportowiec „Geronimo” stanowił dumę sił kosmicznych czerwonoskórych. Człowiek przywykły do urządzeń w ziemskiej skali, nie zdoła nigdy przyzwyczaić się do jego wielkości. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, przyrzekłem sobie, że nie będę wychodził z kabiny. Wizja błądzenia w trzewiach monstrum nie należała do kuszących.

*

Wielu mieszkańców Ziemi chciałoby być na moim miejscu, wznieść ręce i krzyknąć z entuzjazmem: „Jestem panem świata”. Tymczasem ja daleki byłem od entuzjazmu. Rola astronauty kompletnie mi nie odpowiadała.  Jeszcze wczoraj  cieszyłem się, gdy miałem na tyłku czyste gacie, pełną lodówkę i nie musiałem chodzić co miesiąc do wenerologa. Nierzadko podkradałem kanapki koleżankom bibliotekarkom czy wrzucałem granaty dymne do gabinetu kierownika. Tęskniłem do beztroskiego życia. Chłopiec, ukryty w ciele dorosłego mężczyzny, kwilił żałośnie. Zamknięty w stalowym kolosie rozmyślałem o najbliższej przyszłości. Trzeba przyznać, że miałem złe przeczucia. W każdym ze scenariuszy ginąłem zaraz po opuszczeniu statku. Pochłonięty czarnowidztwem nie zauważyłem jak Stefan wszedł do mojej kajuty.  Spojrzałem na niego nieprzytomnie.

– Co jest? – spytał zaniepokojony. – Widzę, że nie służą ci międzygwiezdne wojaże.

– Nic się nie dzieje – skłamałem. – Opowiedz mi lepiej o naszym przewodniku po odległych galaktykach.

– Wyobraźnia Pewnego Apacza nigdy nie należała do cnotliwych. Często podpowiadała mu rzeczy, od których włosy bledną, a ciśnienie skacze niczym brzuch nałogowego konsumenta hamburgerów. Wszystko dlatego, że istota ludzka w samczej postaci, odznacza się częścią mózgu, odziedziczoną po gadach i nie lekceważy spuścizny przodków. Z ewolucją nie wygrasz, ma więcej czasu na wszystko i lepszych adwokatów. Wojownik wyznał mi, że najbardziej ceni sobie ze ssaczej części jestestwa: łaknienie sutka. Przynajmniej ma pewność, że to ludzkie, a nie odziedziczone, choćby po aligatorze. Z drugiej strony, gdyby Indianin posiadał jego skórę, i co jakiś czas ją zrzucał, mógłby szyć gustowne torebki dla wyższych sfer, a uzyskane fundusze wykorzystać do ratowania lisów polarnych. Obawiam się jednak, że to tylko „sen wariata”. W naszym kraju nie wolno się przecież wychylać – nawet w wagonie kolejki podmiejskiej.

Et tu Brute contra me – wymamrotałem. – A teraz bądź tak miły i błyskawicznie opuść pomieszczenie, chyba że wolisz krótszą wersję, którą można streścić jednym słowem – spierdalaj.

Wyszedł bez ociągania, ale jego rubaszny śmiech długo odbijał się echem od metalowych ścian transportowca. Opadłem na łóżko. Po chwili spałem jak zabity. Moje biedne, zmęczone ciało upomniało się o swoje prawa.

Obudziły mnie odgłosy kłótni. Wstałem i poszedłem w kierunku hałasu. Tym sposobem trafiłem do lokum surrealisty. Artysta wymachiwał nerwowo rękami w powietrzu i tarł policzek.

– Wodzu, jesteś zdrowo popaprany – wołał. – Komputer przedstawił właśnie wszelkie dane o tej planecie. Jest kompletnie jałowa. Nie ma sensu na niej lądować.

– Znajdujemy się na orbicie. A ja otrzymałem konkretne rozkazy. Masz godzinę na przygotowanie sprzętu – obstawał przy swoim czerwonoskóry.

– Mam złe przeczucia.

– Jak zawsze.

Kiedy tylko Pewien Apacz oddalił się na znaczącą odległość, rzuciłem Stefanowi pytające spojrzenie.

– Co się gapisz? Zbieraj graty! Wkrótce będziemy eksplorować największą piaskownicę w tej części galaktyki – mruknął kumpel. – Nie zapomnij również o dumie, jaka wypełniać musi serce kosmonauty w każdej sekundzie zaszczytnej misji.0

– Nie wszystko naraz. Przypominam, że mam niewielkie doświadczenie.

Mój rozmówca skrzywił się tylko. Nacisnął przycisk w ścianie. Po chwili w luku windy towarowej zobaczyłem, wszystko co niezbędne do przeżycia nawet na najsurowszym ze światów. Wystarczyło przenieść te cuda na pokład lądownika. Udało mi się z tym uporać w ciągu trzydziestu minut. Dumny ze sprawności, usiadłem na swoim miejscu i w napięciu obserwowałem manewry pilota. Niewiele z tego rozumiałem, ale najważniejszy był efekt końcowy. Wylądowaliśmy bez problemu.

Powierzchnia planety nie zachwyciła. Trudno ją było nazwać inaczej niż ponura i odpychająca. Brakowało roślinności, wszędzie  unosiły się tumany kurzu. Wszechobecna szarość potęgowała niekorzystne wrażenie.

Na szczęście atmosfera zawierała tlen i można było swobodnie oddychać. Wystarczyło założyć maskę przeciwpyłową.

Kiedy tylko założyliśmy obóz, przyszła kolej na rekonesans. Nie musiałem pytać – spakowałem plecak i ruszyłem powoli przez pustynny krajobraz. Wdrapałem się na najbliższą wydmę i z jej wysokości rzuciłem okiem na okolicę. W odległości kilkuset metrów rosło ogromne drzewo. Dech mi zaparło ze zdumienia, albowiem do tej pory sądziłem, iż sekwoje można oglądać wyłącznie na Ziemi.

– Wszystko fajnie, pustynia i piasek – cacy, ale kolos z rodziny cyprysowatych do niczego się nie klei – zameldowałem pozostałym. – Możliwe, że mam omamy, albo dodaliście mi coś fajnego do porannej herbatki.

– To nie są przewidzenia – usłyszałem w słuchawkach głos Pewnego Apacza. – Podejdź bliżej, a sam się przekonasz.

– Może dasz się namówić na zamianę? – zapytałem z nadzieją w głosie. – Nie mam twojej odwagi i doświadczenia. A tym bardziej garnituru.

– Brak tego ostatniego dyskwalifikuje cię znacznie w moich oczach, ale i tak nie zamierzam ruszać się z obozu – odparł wojownik.

Po kwadransie marszu dotarłem do celu. Dotknąłem pnia, licząc, że wydarzy się coś niezwykłego. Nie zawiodłem się.

– Jak się masz, synku? – usłyszałem głos zmarłej dziesięć lat wcześniej babci Marty i poczułem dłoń na ramieniu. – Ugotować ci klusków lanych?

– Cały czas rosnę – odparłem wesoło i pogłaskałem staruszkę po siwych włosach. – Na szczęście nauczyłaś mnie jak o siebie zadbać. Nie brakuję mi niczego.

– A co z moimi wnukami?

– Chłopy jak dęby. Już dawno cię przerosły – rzekłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. – Z czym przybywasz z krainy śmierci?

– Stęskniłam się. Nawet nie wiesz jak trudno dostać przepustkę do świata żywych. Na szczęście pomógł mi przystojny i elegancki Indianin.

– A to ci niespodzianka – udałem zdziwienie. – Ciekawe, czego zażądał w zamian?

Nie usłyszałem odpowiedzi. Seniorka wyciągnęła zza pleców koszyk z moimi ulubionymi owocami.

– Kupiłam trochę truskawek – oznajmiła. – Masz, zjedź parę.

Usiedliśmy na ławce, która zmaterializowała się sekundę wcześniej. Bez skrępowania pochłaniałem przysmaki. Cieszyłem się chwilą. Szczególnie w sytuacji, gdy najbliższa przyszłość była wielką niewiadomą.

– Gdybym spytał, gdzie jesteśmy – zagaiłem – pożałowałbym tego?

– To jedna z nielicznych planet, gdzie można się czuć komfortowo w każdej sytuacji. Wyobraź sobie nasze spotkanie na Ziemi. Obawiam się, że trafiłbyś ekspresowo na oddział psychiatryczny.

– Co teraz? – zapytałem, wstając z ławki. – Zapewne masz w zanadrzu kolejne niesamowite atrakcje.

Kiwnęła głową i uśmiechnęła się ciepło. W tej samej chwili zapadł się grunt i naszym oczom ukazał ogromny, ciemny tunel, który ginął w niezbadanych czeluściach planety. W centralnym miejscu podziemnego korytarza pojawiły się ruchome schody.

– Kiedy byłam małą dziewczynką, bałam się wejść na to ustrojstwo – powiedziała babcia. –  Później  nie miałam okazji. Dzieci, dom i ciężka praca – sam rozumiesz.

– Wszystko jasne. Wsiadamy – zakomenderowałem. – Panie przodem.

Ostrożnie stanęliśmy na najbliższym stopniu. Poszukałem jej dłoni. Z głębi wionęło chłodem i wilgocią. Nabieraliśmy prędkości. Ostatnie doświadczenia nauczyły mnie, że nie sensu tracić czasu na spekulacje. Rzeczywistość przerastała i tak najśmielsze oczekiwania.

Nagłe szarpnięcie. Maszyneria nie wydała z siebie żadnego szmeru czy zgrzytu. Udało mi się jakimś cudem utrzymać równowagę. Mrok uniemożliwiał orientację w sytuacji. Nie miałem zielonego pojęcia jak długo podróżujemy. Nabrałem podejrzeń, iż stałem się obiektem podejrzanego eksperymentu i leżę otumaniony narkotykami w piwnicy nielegalnej kliniki. Lecz wtedy rozbłysły światła. Eskalator zatrzymał się natychmiast, choć nie gwałtownie. Rozejrzałem się nerwowo wokół. Stałem na pustym peronie. Mimo elektrycznego oświetlenia widoczność była ograniczona. Wszystko spowijała gęsta mgła. W niedalekiej perspektywie majaczył charakterystyczny budynek. Dworzec kolejowy, pomyślałem i zacząłem iść w jego kierunku.

Nie wiedziałem jednak, co się stało z jedną z najważniejszych kobiet mojego dzieciństwa.

– Nie martw się o Martę. Wróciła do siebie – usłyszałem w słuchawkach głos Pewnego Apacza.

– Odeszła bez pożegnania. Tak się nie robi – powiedziałem z wyrzutem, przekraczając próg gmachu.

– Z biurokracją nie sposób wygrać. Ciesz się tym, co udało mi się załatwić – ofuknął mnie Indianin. – Za kilka minut ogarnie nas burza pisakowa. Wszelka łączność z obozem będzie niemożliwa. Będziesz zdany wyłącznie na siebie.

– Dzięki za info.

Pierwszy raz miałem okazję zwiedzać wnętrze stacji umiejscowionej głęboko pod powierzchnią planety. Ku mojemu zaskoczeniu nie różniła się zbytnio od tych, które znałem. Natychmiast odnalazłem poczekalnię, informację i kasy. Personel w galowych mundurach czekał w pełnej gotowości, by sprostać moim ewentualnym żądaniom. Obsługa składała się w całości z atrakcyjnych blondynek o niesamowitych figurach i obfitych piersiach. Skojarzenie z Playboyem narzucało się samo. Ktoś gmerał bezczelnie w moim mózgu.

A gdzie prawo do intymności?, pomyślałem.

Podszedłem do stosownego okienka, by kupić bilet.

– Poproszę jeden do Zakopanego przez Albuquerque z przesiadką w Słomczynie – zadysponowałem, przekonany, że piękność w granatowym uniformie udzieli mi ostrej reprymendy.

Tymczasem ona wystukała coś na klawiaturze komputera i drukarka wypluła zadrukowany blankiet.

– Wedle życzenia – powiedziała ciepłym głosem kobieta. – Ma pan kwadrans do odjazdu. Proszę zachować ostrożność w trakcie wjazdu pociągu i odsunąć się od krawędzi peronu.

– Proszę mi zaufać w tym względzie – rzuciłem filuternie. – Jestem wielkim fanem przepisów BHP. W niektórych kręgach, związanych z budownictwem, uchodzę nawet za wyrocznię.

– Serdecznie gratuluję. Do odjazdu składu pozostały dwie minuty – oznajmiła urzędowym tonem.

Po chwili leżałem na wygodnym łóżku w wagonie sypialnym. Zanim oddałem się bezwarunkowo w ręce Hypnosa, uszczypnąłem się po raz tysięczny. Niestety, efekt był taki sam, jak poprzednio. Koszmar trwał w najlepsze.

Kilka godzin odpoczynku podziałało na mnie ożywczo. Zaniedbywany intelekt, zaczął upominać się o należne mu miejsce. Zabrałem się za analizowanie wypadków ostatnich dni.

– Te, Winnetou odezwij się. Wiem, że mnie słyszysz – warknąłem do komunikatora.

– Co jest? Miałeś spać do samego Zakopanego – Pewien Apacz był wyraźnie zaskoczony.

– W tym właśnie rzecz. Nie mam najmniejszej ochoty tam jechać. Kiedy Szaman robił wiwisekcję wnętrza mojej czaszki, źle odczytał niektóre fragmenty wspomnień.

– Zadziwiasz mnie.

– Od początku miałeś mnie za głupka.

– Teraz wiem, iż jest inaczej.

– Rychło w czas, łosiu – prychnąłem. – Zostałem potraktowany niczym szczur laboratoryjny.

– Dogadajmy się. Możemy sobie nawzajem pomóc – odparł czerwonoskóry. – Z twoimi zdolnościami przekształcimy każdą galaktykę w rajski ogród.

– Co proponujesz?

– Dostęp do najnowszej technologii, tabun najbardziej zmysłowych lasek i morze gotówki. Dostaniesz tyle szmalu, że stać cię będzie na kupno Himalajów i połowy Tybetu.

– Kuszące, ale bardziej gustuję w Tatrach. Poza tym będę wkrótce bardzo zajęty. Muszę dokonać zemsty na dwóch dżentelmenach. Kto wie, może wzbogacę się o skalp sławnego wojownika.

Indianin rozłączył się natychmiast. Pozostało tylko wdrożyć szatański plan i cieszyć się z nieszczęścia innych.