polskie centrum bizarro

„Zaatakowany przez Holenderkę” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania, Różne, różniste on Maj 17, 2019 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZastanawia Was czasami, do jakich wniosków dojdą przyszli -lodzy (archeolodzy, socjolodzy, etnolodzy, psycholodzy etc.), usiłujący zrozumieć naturę naszych czasów? Ludziom współczesnym niekiedy ciężko się połapać, o co biega globalnie i lokalnie, znać że -logów czeka niemały orzech do zgryzienia. Poniższy zestaw szortów bywałego już na dworze Paskuda Darka Bednarczyka, pozwoli Wam poczuć się trochę jak taki -log. Niewykluczone, że doznacie olśnienia i pojmiecie sens otaczającej nas matni. Albo zrozumiecie istotę związku bydła rogatego z piłką nożną. Wszak są rzeczy na Ziemi i niebie, które nie śniły się filozofom. Jedną z nich niechybnie jest dwór Jednookiego i wysypujące się ze niego literki. Małe, duże i kudłate…

 

Zaatakowany przez Holenderkę

Neeskens # 1951

Z poważną raną otrzewnej trafił na izbę przyjęć motorowerzysta, którego zaatakowała poruszająca się poboczem Holenderka. Do zdarzenia doszło na drodze między Brzyngdziółkiem, a Sarnim Dołem. Pięćdziesięciotrzyletni motorowerzysta został znienacka zaatakowany podczas prawidłowo wykonywanego manewru wymijania. Sprawczyni przemieszczała się w zajmującej prawe pobocze kolumnie. Nie wiadomo co było przyczyną. Wątpliwe, aby pochodzenie sprawczyni miało jakikolwiek wpływ na przebieg zdarzenia. Czarno-biali przybysze z Fryzji znani są ze spokojnego usposobienia, jednak to przecież bydło i przy bezpośrednich kontaktach zawsze koniecznym jest zachować należytą uwagę.

Podczas wymijania sześciu krów jedna z nich nieoczekiwanie wbiła róg w prawą część podbrzusza poszkodowanego. Ranny, któremu na razie nie zagraża niebezpieczeństwo utraty życia, przeszedł skomplikowaną operację. Policja ustala.

Problem cebuli

Hare Shelter” 2011, nr 1, s. 24.

Roztyła w jędrne ciało cebula jest niezwykle istotnym elementem diety w tamtych rejonach globu. To bez mała surowiec strategiczny, bez niej ani rusz. Kiedy jej brakuje, natychmiast rusza import interwencyjny. Tak się składa, iż najszybsze dostawy przy zachowaniu najkorzystniejszych cen gwarantuje najbliższy sąsiad, a zarazem największy wróg. Pod koniec zeszłego roku braki na rynku osiągnęły taki pułap, iż nadzwyczajny wzrost importu spowodował niesłychaną podwyżkę cen u tradycyjnego dostawcy. Wywołało to powszechne oburzenie w kraju eksportera, albowiem importer podobnie jak za miedzą eksporter, tradycyjnie postrzegany jest jako największe zagrożenie. „Ceny rosną, bo oni żrą naszą cebulę”! – pod takimi hasłami w całym kraju ruszyły masowe demonstracje, skrzętnie wykorzystywane przez opozycję. W ich efekcie wystraszony rząd niezwłocznie wstrzymał eksport. Brak cebuli oczywiście natychmiast wywołał szok cenowy u dotychczasowego importera. Doszło do skokowej inflacji i antycypującej rychłą podwyżkę stóp procentowych paniki na miejscowej giełdzie. Po obu stronach granicy powołano centra antykryzysowe. Aby zapobiec dalszej eskalacji, pojawiły się głosy o pilnej konieczności zwołania bilateralnego spotkania na szczeblu ministrów spraw zagranicznych. Niezależnie od podjętej inicjatywy, siły zbrojne obu krajów postawiono w stan najwyższego pogotowia.

Bardzo krótki przegląd tytułów prasowych # 2014

Dwie dywizje niezgody”

Holocaust i kicz”

Kąsajcie reżim”

Jednak szafot”

Zbrodnia bez kary, klęska sądownictwa”

Proces o wiadro”

Wydawca „Mein Kampf” skazany za naruszenie praw autorskich”

Psychoza”

Umorzone skopane wiadro”

Profesor popełnił plagiat”

Amerykańskie statystyki gwałtu”

Wydawca „Mein Kampf” będzie sądzony jeszcze raz”

Niemcy nie chcą płacić za zbrodnie wojenne”

Osądzone ludobójstwo”

Ciemna strona reggae”

Okupacja bez gwałtu”

Afryka sądzi swoich rzeźników”

Wojownicy i ofiary”

Serce z plastiku”

Reklamy

„Piękny dzień” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 2, 2019 at 6:00 am

Człowiek, to brzmi dumnie… Chociaż nie w najnowszym opowiadaniu Macieja Żołnowskiego. Przypominamy o nieustannym oddziaływaniu entropii; niektóre przykre tego skutki opisane są poniżej dość szczegółowo. Postrzeganie łazienki lub dywanu, czy domu w ogóle, może się po tejże lekturze radykalnie odmienić.

Pewne jest natomiast to, że Adaś Miauczyński byłby dumny, oj byłby…

 

Piękny dzień.

Szczere wyznania stukniętego pedanta z Kędzierzyna-Koźla

7.20

Oglądam „Saunę”, 2008. Dobry film, który zawiera (traktat filozoficzny – to może za dużo powiedziane)… który zawiera rozważania na temat brudu, syfu, ekskrementów, kurzu, pyłu, szlamu oraz błocka.

Szlachetny homo sapiens jest właśnie takim brudem, prochem sypiącym się, kępką włosków porozrzucanych po całej podłodze, kupką łuszczącego się naskórka, gromadzącego się na dywanie, który należy zamieść i wyrzucić do śmieci, a nie jest to wcale takie łatwe z rana i z wieczora, bo czasu mało i trzeba się zawsze gdzieś spieszyć, a człowiek i tak już na dzień dobry jest spóźniony: wszędzie! Trzeba spieszyć się do roboty, do budy, na wesele, na imprezkę, do kościoła… i sam nie wiem, gdzie jeszcze. Tu włosek, tam włosek.

8.00

O godzinie ósmej rano chodzę na kolanach i zbieram wszystko z podłogi, każdy okruszek, wykonując znany dobrze gest pedanta. Na około jest tyle kurzu, błota i syfu innego rodzaju, a tu na dokładkę, no masz ci los, jeszcze ten człowiek ze swoim własnym brudem oraz potem dochodzi, który to człowiek sam też jest sypiącym się z wolna odpadem, rozkładem, próchnieniem, śmierdzeniem, ropieniem, syfieniem, starzeniem, smarkaniem się wszędzie ze wszystkim, a przede wszystkim – chrzanieniem się z samym sobą.

Być brudem albo też żyć w brudzie – och, to jeszcze pół biedy. Gorzej, jeśli jest się przy tym pedantem, a przecież jakoś wytrwać pośród braci śmiertelników trzeba, zanim się pójdzie – powiedzmy – do nieba (mam nadzieję, że elektroluks tam mają). Ale jak tu wytrwać? Jak?! – się pytam. 

8.02

Podnoszę dwa długie włosy z podłogi, bo jestem świrem!

8.06

Znalazłem jeszcze jeden włosek na dywanie i teraz widzę, że muszę szybko odkurzyć pokój, a najlepiej cały dom, przyciąć trawnik w ogródku i wynieść śmieci na zewnątrz. Muszę, bo jestem szajbusem!

A las? Ciii! Teraz będzie o lesie, o borze, mój ty Boże, w którym wypoczywam. To mój ulubiony, wylizany językiem ustęp, czyli akapit. He, teraz będzie najlepsze! No więc tak… Mój las jest czysty, samoregulujący się, samosprzątający, samoporządkujący się. Nie potrzeba mu odkurzacza. Jest świątynią nieskazitelności, moim azylem, ideałem pozbawionym całego tego brudu: włosów gromadzących się w wannie, kawałeczków naskórka i poucinanych paznokci, przybrudzonej resztkami owłosienia pianki do golenia, zaraz po goleniu, i tłustych plam na lustrze w salonie… i plam w ogóle, w kuchni, korytarzyku, na ścianie, dywanie, bo tutaj, w lesie, zwyczajnie nie ma miejsca dla syfu, ekskrementów, kurzu, pyłu, szlamu i błota, zwanego zdrobniale, nie wiadomo dlaczego, błotkiem.

Ech! Szkoda gadać! Lepiej brać się do roboty i wyczyścić powyższy tekst z baboli oraz wadliwych, niechlujnych, niezdarnych sformułowań, takich, że: uuu, fuj!

Piękny dzień. Łoś martwy na szlaku

8.55

W „Delikatesach Centrum” wita mnie znajoma ekspedientka, co uśmiech z rana ma jak śmietana, która notabene jest w promocji w zestawie razem z mlekiem w proszku. Grzeczność ulizanego pedanta nakazuje zagadać do kobieciny, no więc lecę z kulturalnym koksem:

A widzi pani? Tamten grzyb, siniak, jednak mnie nie zabił. Trochę tylko posiniałem.

Posiniał pan?

Nie, nie; wcale. Tak tylko żartowałem, bo chciałem z panią miło pogawędzić.

A co? Wybiera się pan gdzieś?

Tak. Na Orłową.

9.00

Słowo się rzekło. Wędruję więc szlakiem w kierunku Orłowej. Jest dobrze, bardzo dobrze, bardzo, bardzo dobrze. Jest tak (a nie inaczej) zapewne dlatego, że jestem socjopatą, outsiderem, pedantem, maniakiem może nawet. Zimowa aura mi sprzyja, no więc idę, a co mi tam. Śnieg, zalegający w zaspach i poza udeptaną ścieżką, mógłby spokojnie przykryć dorosłego grubą pierzyną. Jednym słowem: nic, tylko piekielna lodowa głębia, złakniona turystów, naiwnych ofiar, agresywnych intruzów, jak u Lovecrafta w „Górach Szaleństwa”.

A po drodze – moc atrakcji. Mój, pogrążony w artystyczno-estetycznym transie, umysł nie nadąża z ich chłonięciem i trawieniem. Już ma wzdęcia i intelektualną czkawkę. Na cholerne zimno też nie ma co narzekać. Zresztą od czego ajerkoniaczek za pazuchą ciepłej, zimowej kurtki w kolorze nieba. Kolorek niczego sobie! Na wypadek lawiny czy nawet lawinki, musi być jaskrawy i rzucać się w oczy.

Tutaj gdzieś po drodze już taki jeden poległ turysta: zamarzł albo co. Kot, Ryś, Żbik czy jakoś tak? Nie wiem. Nie pamiętam. Tabliczkę mu postawili pamiątkową oraz krzyżyk przybili, co wzięte razem wyglądają jak nagrobek dziecka, zombiaka albo wilkołaka – żeby było do rymu i do taktu. Upiorny widok, zwłaszcza, jak nieprzygotowany człek po raz pierwszy na pana Rysia czy też Kota się nadziewa, do tego najlepiej nocą, tak znienacka niczym wampir na pal palownika.

I jeszcze ten warkocz włosów na dokładkę, wyglądem przypominający krwawy skalp bladej twarzy, gdzieś na pobliskiej jodle zawieszony. Powiesić się można od nadmiaru wrażeń. Ludzie pozbywają się różnych rzeczy w górach: włosów, butów, szalików, ręczników, puszek po piwie i oliwie. Wolność, panie, i swoboda!

10.40

Tymczasem sto metrów przede mną coś biegnie dużego, tęgiego, goni szlakiem, pędzi na złamanie karku. Słyszę szelest, widzę cienie, czuję siarkę. Niedobrze! Oj, bardzo źle! I nagle to coś zastyga, nieruchomieje, staje się martwą naturą, jakimś zeschłym krzakiem, jakąś śmierdzącą strasznie sprawą. Mówię do siebie: „w mordę jeża, będzie git chyba”. I pomyśleć, że marzą mi się takie góry, w których tli się życie… i które być może kiedyś znów powstaną z martwych i pójdą sobie het, het, jako ożywione, a ongiś skamieniałe olbrzymy i trolle.

Podobno w tych lasach działy się i nadal dzieją dziwne rzeczy. Słyszało się to i owo, na przykład legendy o grzybiarzożernych kozaczkach, polujących zaciekle na swe ofiary (czemu się nawet i specjalnie nie dziwię, gdyż znam uniwersalną zasadę, która brzmi: „oko za oko, ząb za ząb, pieczareczka za pieczareczkę”).

13.30

Tymczasem przechodzę obok mistera Łosia czy jak mu tam było. Wolałbym już chyba mijać tę starą ambonę w Górkach, w której onanizował się ostatnio myśliwy, i którego niechcący nakryłem, a wcale nie chciałem (i on się wstydu najadł przez to nakrycie siebie, i ja). I myślę sobie: „o, Kot zaraz będzie, Kot”. I odczytuję napis z tego niby-nagrobka, nie-nagrobka: „Łoś, Alojzy Hipolit Łoś: 1955 – 2000”. No pięknie! Tego się nie spodziewałem. A czego? He, wiadomo. Wybucham więc spazmatycznym, gromkim, a nawet głupawym śmiechem, śmiechem szaleńca-psychopaty. Pustą butelczyną po likierze jajecznym cisnę w arktyczną dal, w efektowną śnieżną czapę, w której wszystko ginie jak na zawołanie. Obym tylko i ja nie zaginął!

15.00

Ten radosny dzień dobiega powoli końca (a co sobie będzie robił overtimy, jak nie musi). Pora więc do domu na dobranockę dla dorosłych wracać, ciemne piwko-paliwko schłodzone sobie otworzyć, kogoś dźgnąć nożem w myślach podczas seansu kryminału!

I tak oto wygląda to moje górskie wędrowanie szlakiem tylko dla orłów, a w każdym razie – w stronę Orłowej, w stronę Świniorki, w kierunku Baraniej, w kierunku Pysznej (i tak dalej, i tak dalej, i tak dużo, dużo dalej).

To był zaiste piękny dzień, a ja jestem anormalny, nienormalny, jestem szajbnięty, ale za to szczery.

„Wycieczka do krainy ciszy” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania on Kwiecień 26, 2019 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDzisiaj mamy dla Was szorta pod tytułem Wycieczka do krainy ciszy. A że tytuł jest zbyt krótki, by ktoś go docenił, to w ramach wiosennej wyprzedaży dorzucamy – oczywiście za darmo, faktura przyjdzie pocztą – dwa kolejne szorty. Łączy je osoba autora – Dariusza Bednarczyka.

Zacznijcie, jak Paskud przykazał, od Wycieczki, a po jej należytej kontemplacji i zaczerpnięciu solidnego łyku wysokogatunkowej, bizarrystycznej ciszy, wpadnijcie odwiedzić Krzyżówkę człowieka i orangutana. A jeśli nadal Wam mało, to spuście się swoje oczy jeszcze niżej, ku krótkiej acz zacznej opowieści o tytule PrzyWódce, nasz Akapit – Znakiem Wolności! Nie sądzimy, byście zrozumieli o co w tym tytule chodzi, nam się to nie udało, ale jest przecież szansa, że sam tekst wszystko wyjaśni.

…prawda?