polskie centrum bizarro

„Wstyd” by Darek Kuchniak

In Różne, różniste on Styczeń 23, 2019 at 7:00 pm

Nowy Rok rozpoczęty, a Niedobre dopiero przed momentem wytrzeźwiały! Czy to ma świadczyć o tym, że było fajnie, czy wręcz przeciwnie – niech każdy oceni sam. Nam może jedynie być Wstyd. Przy czym „Wstyd” nie byle jaki, albowiem Darka Kuchniaka, a jak Darka, to również pewnego jegomościa, co go zwykle widują w towarzystwie tomahawka. Tamtemu też jest wstyd (jegomościowi, nie toporkowi), ku naszej wielkiej, zbiorowej uldze. Bo zawsze lepiej wstydzić się w kupie niż z osobna! Rozpoczynamy więc Pewnym Apaczem, który jak zwykle jest w formie; w krótkiej formie, ale przecież długość się nie liczy. Liczy się przesłanie, czasem zwane „wnętrzem” lub „osobowością”… Aha, jeśli Wam mało Pewnego Apacza, zapraszamy na bloga onemu poświęconego. Znajdziecie go tu: synowcyki.blox.pl (bez kropki na końcu, co oczywista!).

Wstyd

Rozzuchwalony tym, że zuchwałość nie jest już dzisiaj w cenie, Pewien Apacz otworzył oczy. Następnie pobrał niezbędną liczbę fotonów i wykrzyknął w uniesieniu: „Świecie nasz, jesteś coraz piękniejszy!”

Miałeś wczoraj udany seks – stwierdził Indianin, kiedy spotkał mnie na porannym joggingu.

Po czym wnosisz? – spytałem zdumiony.

Zwykle po schodach, ale dzisiaj skorzystałem z windy, albowiem kręgosłup zagroził, że oskarży mnie o mobbing.

Pytam, skąd ci to przyszło do głowy?

Przyszło do mnie, nie wiem skąd. Zaszumiało w głowie tak dokładnie.

Sam coś wymyśl, a nie podpieraj się tekstem piosenki „Oddziału Zamkniętego” – odparłem z wyrzutem.

Jaryczewski miał do pomocy gandzie.

Też mi tajemnica. Czy to znaczy, że brzytwa Van Gogh’a ma po nim odziedziczyć majątek?

W Europie to nie przejdzie, ale gdyby zechciała przenieść się do Stanów, jej szanse diametralnie wzrosną.

Wystarczyło powiedzieć, że mi zazdrościsz udanego pożycia. Tymczasem rzucasz w twarz gandzią i Van Goghiem. Nieładnie!

Teraz mi wstyd – mruknął Indianin i natychmiast się zaczerwienił.

Następnie obrał przeciwny kierunek.

Reklamy

„Fajkers i magiczny terminal” by Grzegorz Michałowski

In Opowiadania on Styczeń 10, 2019 at 6:00 am

Zbyt rzadko na naszym bizzarowym poletku pojawia się postać równie barwna, co tytułowy Fajkers z opowiadania Grzegorza Michałowskiego. Z pewnością pamiętacie Pewnego Apacza, który zapewne jeszcze kiedyś zajedzie do nas na swym wypasionym mustangu. Fajkers jest zupełnie inny, mocno zakotwiczony we współczesności, pop, kontr i kulturze, a także w technologicznych gadżetach, aczkolwiek nie można mu odmówić pewnej technicznej fantazji. O tym jednak warto przekonać się naocznie, czytając literki pod spodem…

Fajkers i magiczny terminal

Był początek listopada. Fajkers chciał rozpocząć dzień standardowo – od ciepłego piwa kraftowego. W całym domu znalazł jednak tylko wodę mineralną. Ponadto na koncie nie miał żadnej kasy, czego od wielu miesięcy nie mógł zrozumieć. Piwa kraftowe, owszem, kosztowały trochę więcej niż koncerniaki, lecz to nie mogło być przyczyną aż takiej finansowej posuchy. W kieszeni znalazł tylko żółtego bitcoina, zrobionego na frezarce przez znajomego Białorusina, ale za niego nic by przecież nie kupił. Za chwilę miał lecieć zamiatać podwórko swojego szefa, bo służby miejskie nie obsługują prywatnych posesji.

Ale chłop! – pomyślał. – Co ze mnie za informatyk, który musi nosić drewno, zgarniać liście i sprzątać po cudzym psie?

Przed wyjściem do roboty Fajkers postanowił jeszcze wrzucić parę komentarzy do sieci, aby zwrócić na siebie uwagę, i już mógł lecieć dogadzać miastowemu za odpowiednią sumkę.

Czas w pracy zawsze bardzo się Fajkersowi dłużył. Logować się na serwery prawie nie musiał, bo wcześniej dobrze je skonfigurował. Tego dnia nie mógł wciągnąć kabli na słup u nowego użytkownika, bo gniazdo os uniemożliwiło pracę. Zresztą i tak nie miał drabiny. No, i badań wysokościowych. Swoje godziny musiał jednak odbębnić, wykonując inne ważne zadania. Sprzątał więc psie kupy i zgarniał liście na posesji szefa. Robił to z taką gracją i spokojem, że na grabiach przysiadały zmęczone ptaki.

– Co mam zrobić, by uwolnić się od tego wyzyskiwacza? – rozmyślał. Od lat trzymała go tam jakaś niewidzialna siła. Nikt nie wiedział dlaczego, oprócz jego samego. Tę tajemnicę znał tylko on.

Ale dziś wszystko miało się zmienić. Wśród literatury czytanej ostatnio przez Fajkersa był poradnik „Od troglodyty do celebryty” autorstwa internetowego coacha i mówcy motywacyjnego. Wypociny coacha dały Fajkersowi takiego kopa, że postanowił w końcu wziąć się w garść. Katalizatorem zmian był oczywiście brak piwa kraftowego.

– Jesteś zwycięzcą! Jesteś zwycięzcą! – powtarzał sobie w kółko Fajkers. Wtedy właśnie wpadł na pomysł następujący – podpierdolić swojego szefa do sądu pracy i wydębić odszkodowanie za zmuszanie do wykonywania zadań nienależących do zakresu obowiązków. Ukrytym dyktafonem chciał nagrać szefa, aby mieć dodatkowy dowód na to, jak jest poniżany.

Po pracy wybrał się więc na spotkanie z szefem, który jednak tego dnia, korzystając z dobrej pogody, ruszył w miasto na czterech kółkach. Fajkers nie był na to przygotowany. Aplikacja do nagrywania rozmów mu nie działała, więc wiązanki bluzgów, którą szef przerwał jego raport o wykonanych zadaniach, i tak nie udałoby się nagrać.

Mimo że Fajkers przez lata nie był w stanie od szefa-wyzyskiwacza odejść, to był jednak na to odejście dobrze przygotowany, gdyż już wcześniej dowiedział się od Moonera, jak przeżyć tydzień na frytkach z Biedronki.

Mooner to entuzjasta elektroniki i programowania. Mimo tego nie wie, czym są w Pythonie wycinki, dekoratory i listy funkcyjne. Ale gdyby wiedział, to stołowałby się w restauracjach lub przynajmniej barach mlecznych, a Fajkers nie uzyskałby od niego tej cennej wiedzy o frytkach.

Główny plan nie wyszedł, a Fajkers pilnie potrzebował haków na szefa.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana – pomyślał.

Planując w drodze powrotnej z pracy swój modus operandi w stosunku do szefa, zauważył w otwartym oknie sąsiedniego domu kobietę grającą jedną ręką na pianinie. Nie zwrócił uwagi na to, że nigdy wcześniej jej tam nie było. Miał najdroższego smartfona, bo do wszystkich nowości był zawsze pierwszy, więc szybko odpalił właściwą aplikacje, która znalazła ten piękny utwór. Anielska muzyka Eda Sheerana sprawiła, że Fajkers zaczął głośno myśleć.

– Chciałbym to zagrać Ksarze – wydukał o swojej lubej.

Problem w tym, że nie umiał grać na pianinie, a Ksara od jakiegoś czasu miała już męża i dziecko. Poza tym przeniosła się do miasta, a miastowymi Fajkers pogardzał.

W tym momencie coś na niego spłynęło i wpadł na pomysł diabelski – uzyskać dostęp do prywatnych wiadomości szefa! Nie wiadomo, czy pomogłoby mu to odmienić los i przekuć swoją niedolę w sukces, ale próbować trzeba. Może wiedział podświadomie, że w dzisiejszych czasach od pieniędzy ważniejsze są informacje.

A w kwestii inwigilacji specjalistą był Mitnick. Zawsze wiedział, gdzie kto był, co tam robił oraz co kto komu pisał i dlaczego. Nawet strach było użyć jego ksywy, choćby odmienionej przez przypadki i z celowym błędem mającym oszukać filtry, bo Mitnick w sobie tylko znany sposób daną wiadomość zawsze odczytał.

Ten sposób poznał jednak i Fajkers – był to magiczny terminal!

Dawał on wgląd w wiadomości dowolnej osoby. Wiadomo było, że działał doskonale, bo Mitnick wiedział o Fajkersie wszystko. Skąd Fajkers dowiedział się o istnieniu terminala do dziś nie wiadomo, ale na pewno były to wiarygodne i niezależne od siebie źródła. Z innych nie korzystał. Wszystko musiało być dokładnie sprawdzone i udowodnione, jak ma to miejsce w informatyce, gdzie obowiązują zasady logiki. Postawisz dwukropek zamiast średnika i program nie zadziała. Wszystko musiało się zgadzać.

Mitnick używał terminala przeciwko Fajkersowi!

O istnieniu tego magicznego urządzenia szybko dowiedziało się więcej osób, bo jak coś wie Fajkers, nawet w tajemnicy, to za chwilę wiedzą to już wszyscy znajomi. Fajkers starał się zadbać, aby o tym małym urządzonku Mitnicka huczała cała wieś. Niestety, nikt mu nie wierzył, a jego rewelacje były określane mianem wiejskiej legendy.

To tylko kwestia czasu – pomyślał Fajkers. – W końcu od czego są darmowe SMS-y?

Metodycznie epatował więc swoim odkryciem w myśl zasady, że nieznana prawda powtórzona tysiąc razy staje się już znana.

Też chcę być tak potężny i czytać prywatne wiadomości – dumał. I wszystkie je pamiętać, bo Mitnick nigdy się nie myli. Mimo że internetowy coach pisał, że to niemożliwe. Fajkers też nie dawał temu wiary, bo gdy słał po pijaku SMS-y do dziesięciu osób, to później nie pamiętał co i komu wysłał.

Takiego terminala potrzebował teraz Fajkers. To był dla niego Święty Graal. Na Allegro go nie znalazł, a na dostawę z AliExpress i tak by nie chciał czekać ruski miesiąc. Wpadł więc na pomysł przechwycenia terminala! Mógł upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bo oprócz prześwietlenia szefa, terminal pomógłby w rozwiązaniu różnych zagadek, w tym kasy znikającej z konta. Fajkers wiedział, że Mitnick terminal ma zawsze ze sobą i już na dziś planuje wizytę we wsi Fajkersa, która słynie z produkcji najlepszej tradycyjnej włoskiej pizzy! Ustalenie miejsca nie sprawiało problemu, bo działający lokal był tam już tylko jeden. Drugi został zamknięty po donosie Fajkersa do sanepidu, że pizza zawierała kawałki potłuczonego szkła.

Fajkers nie znał godziny spotkania, więc już od zmroku przyczajony w zaroślach i zmarznięty obserwował przeszklony lokal, czekając na pojawienie się Mitnicka z ekipą. Później kolejna godzina obserwacji, jak towarzystwo degustuje najznamienitsze piwa kraftowe i raczy się najlepszą pizzą w powiecie.

Gdy już w końcu Mitnick wyszedł na chwilę do toalety, Fajkers wparował do lokalu w czapce z daszkiem i okularach przeciwsłonecznych dla niepoznaki. Gdy dopadł do stolika, Mooner wygłaszał monolog o bitcoinie, nie zważając na to, że nikt go nie słucha – wszyscy stali w kolejce do baru. Fajkers dowiedział się więc o trendzie spadkowym, który od roku doprowadził do spadku kursu bitcoina o 80%, i że Mooner by zarobił, gdyby tylko miał do zainwestowania kasę, ale tej nikt mu nie chciał pożyczyć. W trendzie spadkowym na wzrostach zarobić może tylko farciarz, a Mooner nie miał ani farta, ani umiejętności tradera.

Kiwając twierdząco głową, Fajkers zwietrzył swoją szansę. Wyciągnął z kieszeni żółtego bitcoina i położył go na stole, totalnie zaskakując tym Moonera, który zawiesił się jak jakiś słaby system operacyjny! Rozmyślając nad sposobem monetyzacji tego metalowego kółka Mooner nawet nie zauważył, że Fajkers w tej samej sekundzie czmychnął z torbą Mitnicka. Torbą, która musiała skrywać magiczny terminal. Co do tego Fajkers miał przekonanie graniczące z pewnością. Przed niemym pożegnaniem wypił jeszcze łyk stojącego na stole browara, który smakował mu jak piwo kraftowe nagradzane na największych konkursach. Taki właśnie ma smak Żubr z sokiem po długim okresie niepicia. Bo tylko na takiego było w obecnym czasie stać Moonera.

Po sprawdzeniu zawartości torby Fajkers popędził do domu tak szybko, jakby właśnie przywieziono mu nowy telewizor. Nie wiadomo, czy z chęci pilnego uruchomienia terminala, czy może z obawy przed pościgiem policjantów z pobliskiego komisariatu. Podniecony całą sytuacją nie zauważył pękniętej dętki w rowerze i w efekcie do domu dojechał później niż doszedłby na piechotę.

Gdy wreszcie dorwał się do komputera i podłączył terminal do portu USB, nastąpiło uruchomienie terminala. Jakaś dioda zaczęła mocno świecić, a na ekraniku wyświetlały się cyferki. Zupełnie jak na filmach z lat 80. o hakerach. Wszystkie je obejrzał, więc od razu wiedział, że tak to powinno wyglądać. Nie wiadomo jak terminal miał działać, ale informatyk musiał to wiedzieć.

Terminal wydawał się działać jednak tylko przez dwadzieścia sekund. Fajkers od razu jednak zajarzył, że to zabezpieczenie przed niepowołanym dostępem! Ponawiał próby, wyciągając wtyczkę z gniazda i wkładając. Aby oszukać system szybko napisał skrypt, który co dwadzieścia sekund na chwilę deaktywował port USB, symulując wkładanie i wyjmowanie wtyczki. Miał też w pogotowiu oscyloskop, epidiaskop i inne urządzenia nieznane zwykłym lamerom.

Po wielu minutach starań naszły go pierwsze wątpliwości. Mimo użycia wszelkich możliwych środków, Fajkers nie zdołał przy użyciu terminala odczytać żadnej prywatnej wiadomości swojego szefa. Po kolejnych dziesiątkach minut i dalszym braku sukcesów pojawiło się zrezygnowanie. Terminal nie umożliwił mu odczytania wiadomości ani szefa, ani Mitnicka, ani nawet jego własnych!

Wtedy Fajkersowi przypomniały się niepotrzebne światu projekty, którymi zajmował się Mooner. Uświadomił sobie, że jeden z nich miał właśnie przed sobą! To nie był żaden terminal, ale lampka, którą Mooner zaprojektował z użyciem superkondensatora. Mitnick kupił ją od Moonera za kilkadziesiąt złotych, aby poratować zadłużonego kolegę. Urządzenie po podłączeniu do USB miało ładować kondensator, który rozładowując się zamieniał energię na światło. Ekranik miał w miliamperach pokazywać pobierany prąd. Jednak Mooner coś źle zaprojektował i prąd pobierany był w amperach, dlatego urządzenie działało bardzo krótko. Nie miało ono żadnego praktycznego zastosowania. Ot, taki księżycowy bajer.

– Zajebe go! Zajebe! Zajebe! – zaczął po kielecku krzyczeć Fajkers, gdy zdał sobie sprawę, że terminal, którego potrzebował, istnieje tylko w jego wyobraźni. Z potężnego wkurwienia cisnąłby o podłogę książką Ziemkiewicza, gdyby to nie był audiobook. Nie dość, że nie udało mu się prześwietlić szefa, to zagadka kasy znikającej z konta pozostanie niewyjaśniona!

Fajkers był zrozpaczony. Gdy to wszystko sobie uświadomił, zaczęło się u niego pojawiać rozgoryczenie połączone ze zdumieniem i przerażeniem, podobnie jak u DiCaprio w ostatniej scenie Incepcji. Fajkers znowu przegrał. Na dodatek dotarło do niego, że nagrał się na monitoring, gdy sikał w krzakach pod lokalem.

Wtedy postanowił ruszyć głową i rozwikłać przynajmniej sprawę kasy znikającej z konta. Jego pierwsza myśl była taka, że musiał być śledzony przez agentkę, którą widział w sąsiedztwie domu. Bo jaka przeciętna wieśniaczka grałaby Eda Sheerana jedną ręką w otwartym na oścież oknie w zimny dzień, będąc w samej koszuli nocnej? Agentka wykorzystując skomplikowany system luster mogła odczytać hasło Fajkersa do konta bankowego!

Natychmiast popędził na miejsce, w którym widział agentkę, ale zastał tam tylko okno zabite deskami i napis „Na sprzedaż”.

Zmyli się – pomyślał. Pewnie dopadłby ich, gdyby nie pęknięta dętka.

Mimo że nie miał założonych szkieł kontaktowych, zza płotu doszukał się tam pozostawionych elementów infrastruktury podsłuchowej. Podejrzewał, że agenci mogli za jej pomocą poznać jego hasło, odczytując znaki z ekranu na podstawie dźwięków wydobywających się z układów elektronicznych monitora. Nie wpadł na to, że odczytaliby tylko gwiazdki. Sfilmować wklepywanych przez niego znaków nie mogli, bo zawsze, gdy wpisywał hasło, nakrywał się prześcieradłem.

Inne teoria była taka, że kobieta nigdy nie istniała, a był to tylko hologram. Najmniej prawdopodobną opcję – że był to efekt jego wyobraźni, należało z góry odrzucić jako statystycznie pomijalną. Wniosek nasuwał się taki, że Fajkers musiał być inwigilowany, bo inwigiluje się tylko ludzi bardzo ważnych. Agenci mogli nawet chcieć porwać Fajkersa i wywieźć w bagażniku! Tego nie mógł całkowicie wykluczyć!

Dowodem była też brakująca kasa na koncie. Fajkers wydedukował, że jedyny sposób, w jaki taki wyciek byłby możliwy do przeprowadzenia, to tysiące mikroprzelewów wychodzących z jego konta. Z powodu ich małej pojedynczej wartości nie dostawałby SMS-owych powiadomień i atak pozostałby niezauważony. To mogło być przyczyną, że nie stać go było na piwo. Ale na mikroprzelewach znał się tylko Mooner. No, i Rysiek Petru. W tym momencie Fajkers już w ogóle nie wiedział, co jest grane. W winę Moonera sam nie wierzył, bo Moonerowi nic się nigdy nie udało. Nie wiedział więc, kogo tym razem posądzić o własną niedolę.

Gdy trochę ochłonął, postanowił posunąć się do ostateczności – sprawdzić historię przelewów na swoim koncie bankowym. Po zalogowaniu okazało się, że płacąc zaległy podatek do Urzędu Skarbowego ustawił zamiast jednorazowego przelew cykliczny! I co miesiąc nadpłacał sporą sumkę! Powiadomienia zawierające ciąg znaków „Urząd Skarbowy” zablokował, bo zawsze, gdy widział ten napis ogarniał go lęk.

Po swym odkryciu Fajkers minę miał nietęgą. Wyglądał jak małpa z długim nosem na memach w Internecie. Nie miał na kogo zwalić winy za niepowodzenia, ale sobie nie miał nic do zarzucenia. Jego plan był dobry, tylko inne czynniki zawiodły. To jednak nie było jego ostatnie słowo. Jeszcze nie raz przypomni światu o swoim istnieniu, a jego pseudologia na pewno mu w tym nie przeszkodzi!

„Bezgłowa żyrafa” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on Grudzień 21, 2018 at 6:00 am

H. G. Wells popełnił swojego czasu „Wyspę doktora Moreau”. Wspominamy o tym tylko dlatego, że poniższy tekst goszczącego od niepamiętnych czasów na Paskudnym Dworze Kornela Mikołajczyka jest bogato nakrapiany (albo cętkowany!), jak na ludzko-zwierzęcy miks przystało. I na tym podobieństwa się kończą, albowiem dzieło poniższe jest własnym wytworem Autora. Jest to bizarro pełną gębą; do tego z dobrym, starym (acz nie leciwym!) morałem, toteż rozsiądźcie się wygodnie, zrelaksujcie i bawcie się przednio. Jako i my się bawiliśmy.

 

 

Bezgłowa żyrafa

Powinien był się zorientować, że Kamila krwawi żyrafą. Teraz, gdy o tym myślał, wszystkie znaki na niebie i ziemi wydawały mu się boleśnie oczywiste. Już na pierwszej randce w tamtej za-drogiej-jak-na-jego-kieszeń restauracji poraziła go niezwykła smukłość jej szyi – cętkowanej uroczymi piegami kolumny, na której wznosiła się czaszka zwieńczona krótko przystrzyżoną, rudą czupryną oraz atrakcyjną, nieco ostrą w rysach twarzą. Nie potrafił się skupić na niczym innym, wpatrzony w gibkie ścięgna spinające jej obojczyk i żuchwę; w gładką, jakby stworzoną do pocałunków skórę. I może dlatego tylko podświadomie zarejestrował, że przeprosiła go wtedy za przełożenie spotkania o tydzień. Że zaplotła kościste palce na torebce od Steve’a Maddena i powiedziała:

– Wypadły mi „kobiece sprawy”. Sam rozumiesz.

O tak – teraz rozumiał. Ale teraz było już stanowczo za późno. Zdążył bowiem zakochać się w tej szyi, w tych ścięgnach, w niej. I żadne zwierzę, nawet to przyczajone w lędźwiach Kamili, nie mogło już stanąć pomiędzy nimi…

Oczywiście byłoby o niebo prościej, gdyby co miesiąc wyła do księżyca albo miauczała pod lodówką, domagając się tuńczyka. To się rozumie samo przez się. Jego kolega z liceum miał narzeczoną, która regularnie przeradzała się w ślimaka winniczka. Gdy nadchodziły „te dni”, chowała się leniwie do skorupy, a on wrzucał jej czekoladę do środka muszli i z otwartym piwem czekał, aż wypełznie ze swojej powłoki. Żyć nie umierać!

Z drugiej strony mógł jednak trafić znacznie, znacznie gorzej. Od dziecka obawiał się, że pewnego dnia może poznać z pozoru miłą dziewczynę i – podobnie jak brat ojca – aż do dnia ślubu nie zorientować się, że pod jej gładką skórą kryje się krwiożercza tygrysica. Wujek tak się przeraził kłów wybranki, gdy uniósł jej welon, że nie ośmielił się nawet zaprotestować. Ksiądz zadał mu swoje brzemienne pytanie, ona zawarczała groźnie, a on, przejęty wizją organów fruwających pod organami, mógł tylko ze strachem wydusić „T-T-Tak!”.

Biedny człowiek… Myślał, że jego narzeczona krwawi kotem, tylko dlatego, że nie odrzuciła oświadczyn z udziałem upolowanego przezeń mruczka. I nawet nie przeszło mu przez myśl, że ukochana, w przebiegłości godnej prawdziwego drapieżnika, mogła go najzwyczajniej w świecie zwabić w pułapkę.

Ale żyrafa…

Żyrafa stanowiła nie lada wyzwanie. Kiedy Kamila po raz pierwszy zgodziła się na spotkanie w jeden ze swoich wrażliwych dni, poczuł niewysłowioną ulgę. Sekret jej jonicznego totemu, skrywany przez tak długi czas, okazał się bowiem z gruntu niegroźny. Strzelająca aż pod sufit szyja i beznamiętne spojrzenie pasowały do wyniosłej natury jedynaczki z bogatego domu, a nogi, jeszcze smuklejsze niż zwykle, dodawały jej hipnotyzującej gracji, gdy krzątała się po mieszkaniu, od czasu do czasu popatrując łakomie na obskubanego fikusa w kącie. Nie bardzo wiedząc, jak odnieść się do jej przemiany, zaproponował, żeby poszli na spacer do miejskiej palmiarni. Szklarniowy żar sprawił, że spocił się jak przed skokiem na bungee w ciemną toń, a dłonie trzęsły mu się tak, że nie mógł jej nawet złapać za rękę, ale Kamila była wniebowzięta. To, co zgodnie z wszelkimi przykazami natury powinno być hormonalną tragedią, zmieniło się w romantyczne chwile we dwoje. Żyrafa szalejąca w łonie ukochanej uspokoiła się, zerwawszy ukradkiem parę listków z egzotycznych drzew i po powrocie do domu usnęła, syta i znużona.

Miłość jego życia wynagrodziła mu to następnego ranka, korzystając z języka, który wciąż jeszcze był długi, lepki i niemożliwie mięsisty.

Dopiero kilka dni później, gdy przyzwyczaił się do myśli spędzenia reszty życia z żyrafią dziewczyną, dotarło do niego, skąd brała się jego nerwowość; skąd pot i drgawki, skoro wszystko szło przecież po jego myśli.

Oświadczyny.

Kiedy twoja dziewczyna krwawiła myszą, podgryzając w złości meble i z piskiem domagając się sera, zastawiałeś pułapkę w piwnicy i wraz z pierścionkiem przynosiłeś jej trofeum: symbol twojego oddania, triumfu nad zdziczeniem płci. Kiedy okres sprawiał, że piersi nabrzmiewały jej mlekiem, a sutki wydłużały się w wymiona, zakradałeś się na pastwisko pod osłoną nocy i podrzynałeś gardło najsłabszej sztuce, tak żeby w trudzie i znoju zaciągnąć zdobycz do samochodu i następnego dnia złożyć ją u stóp wybranki.

A żyrafa? Skąd, do cholery, miał wytrzasnąć żyrafę?!

– Z Afryki – podpowiedział kolega, szczęśliwy partner dziewczyny-winniczka, gdy przy kieliszku zwierzali się ze swoich problemów. – Do zoo nie masz się co pchać, zaufaj mi, chłopie. Znałem kiedyś gościa, taki chudy informatyk, przyjeżdżał do nas do warsztatu naprawiać podwozie. No i ta jego krwawiła słoniem. Tak właśnie kasował sobie auto, bo puchła jak baniak, dostawała kłów i nic tylko nad rzekę by jeździła, robić fontannę trąbą. Cyrk na kółkach, i to całkiem dosłownie… No i myślisz, że co cwaniak zrobił, jak przyszło co do czego? A próbował się dogadać po cichu z opiekunami, żeby pozwolili mu kropnąć którąś z tych bestii prądem. Oferował wszystkie swoje oszczędności, bo wiadomo, tradycja. I co? I teraz siedzi za kratkami jak jakiś Dumbo, a ukochana poszła w sawannę za innym… Nie warto ryzykować, mówię ci. Tylko Afryka, chłopie. Cykniesz sobie fotkę ze zdobyczą, przemycisz dla panny odcięty łeb jako trofeum i jesteś w domu. Nawet ta twoja księżniczka nie będzie mogła wybrzydzać!

Przez cały następny tydzień szukał ogłoszeń o tanich safari. Wydzwaniał do biur podróży i szkół survivalu, wypytywał rodzinę i znajomych. Ale gdzie by się nie zwrócił, wszędzie atakowały go niebotyczne, wielozerowe sumy.

W desperacji zwrócił się o pomoc do ojca Kamili. Dumny, wąsaty mężczyzna, który nie raz już polował na Czarnym Lądzie, przez całą drogę prywatnym odrzutowcem dawał mu do zrozumienia, że – niezależnie od uczuć córki – jej wybranek nigdy nie będzie „jednym z nich”, niby przypadkiem rzucając nazwiska wpływowych polityków, wymieniając nazwy drogich szampanów i rozmawiając z załogą po francusku. Z każdym słowem przyszłego teścia nasilało się w nim poczucie, jakby właśnie sprzedał duszę. Jakby zaakceptował raz na zawsze, że w oczach świata jest i zawsze będzie tylko robakiem.

Odespawszy lot pod ciasnym, jednoosobowym namiotem, przez cały następny dzień przetrząsał sawannę, zdeterminowany, by udowodnić swoją wartość – jeśli nie przed Kamilą czy jej ojcem, to chociaż przed samym sobą. Natknął się na słonia afrykańskiego i stado okapi, na guźca, samotną gazelę i parę zebr. W oddali, przy wodopoju, wypatrzył też lwa, leniwym chłeptaniem zmywającego z brody krew jakiejś biednej ofiary. Ale ani jednej żyrafy. A przecież trudno byłoby nie dostrzec ich wśród karłowatych drzew i krzewinek. Miały po pięć metrów, na Boga!

Gdzie one się podziały? Gdzie? Czyżby ojciec Kamili postanowił sobie z niego okrutnie zażartować? Czyżby zabrał go w miejsce, gdzie żyrafy zwyczajnie nie występowały?

Noc zapadła niespodziewanie, atramentowa i parna. Mimo to odmówił powrotu do obozu. Podążający za nim jak cień czarnoskóry tragarz cisnął jego ekwipunek w trawę i pognał w stronę cywilizacji, gdy tylko dobiegł ich odległy, niezidentyfikowany ryk. Nic to; kroczył dalej przez wysoką trawę jak w delirium, spocony, słaniający się, coraz częściej uciekający wzrokiem w archipelagi gwiazd, jakby któraś z nich mogła mu podpowiedzieć właściwy kierunek. W mroku wokół niego zapalały się groźne lampy oczu i przyglądały się jego wędrówce, niepewne, czemu ta słaba, dwunożna istota nie zamieniła się jeszcze w padlinę. Ale on nie mógł się zatrzymać, nie teraz. Kamila zasługiwała na wszystko, co najlepsze i zamierzał jej to ofiarować. Choćby miał skończyć jako przekąska dla hien.

Wiedział, że stoczyłby się na samo dno rozpaczy, gdyby zwróciła mu pierścionek, mówiąc: „Nie”.

Świt zastał go ledwie żywego, przedzierającego się przez trawę ostrą jak brzytwy. Oślepiony błyskiem światła nad horyzontem, próbował zmienić kierunek marszu, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zatoczył się i sturlał w dół zbocza, gubiąc po drodze myśliwski karabin.

Kiedy uniósł twarz, tuż przed nim stała żyrafa. Z początku myślał, że nie widzi jej głowy ze względu na swoją pozycję, ale gdy dźwignął się na nogi, odkrył, że szyja zwierzęcia ciągnie się aż do firmamentu i ginie w chmurach. Na tle szafirowego afrykańskiego nieba i wypalonej słońcem sawanny wyglądała jak malowany słup.

Niewiele myśląc, poprawił w pochwie nóż Bowie i zdeterminowany, by poderżnąć żyrafie gardło, by nie musiała długo cierpieć, zaczął się wspinać.

Chwytał raz po raz garść rudej szczeciny i podciągał się wyżej, obejmując nogami cętkowaną kolumnę. Nieskończona studnia przełyku poruszała się pod jego palcami, przesuwając pokarm do żołądka. Żyrafa musiała coś skubać, choć żadne drzewo nie rosło tak wysoko. Co to mogło być? Próbował wypatrzeć cel swojej wspinaczki, osłaniając oczy przed słońcem, ale za każdym razem, gdy to robił, zsuwał się w dół o metr czy dwa z wywołującym mdłości szarpnięciem. W końcu przestał i skupił się na równomiernym poruszaniu kończynami, zasłuchany w szum wiatru i pykanie uszu poddających się ciśnieniu.

Po czasie, który wydawał się wiecznością, natrafił dłonią na szorstki wzgórek. Podciągnął się na szczyt i zamarł, z nogami nadal zwisającymi nad przepaścią.

Tym, co wziął za włosie na czubku żyrafiej głowy, była kępa zakurzonej trawy. Rozciągała się we wszystkich kierunkach w kolejną malowniczą sawannę z przesyconym niebem i karłowatymi drzewami. A pośrodku niecki identycznej do tej, do której zsunął się wcześniej, wycieńczony, stała kolejna żyrafa z szyją niknącą w błękicie.

Zacisnął zęby, poirytowany, i wskoczył na grzbiet tej nowej sztuki. A może to była dokładnie ta sama? Może dotarł na sam początek, nie zdając sobie z tego sprawy, niczym pionek na wielkiej planszy bogów? Nie miał pojęcia. Mógł tylko piąć się wyżej i wyżej, póki nie sięgnie celu.

Na szczycie plamistej szyi była kolejna sawanna, kolejne niebo i kolejna żyrafa.

Jeszcze wyżej – to samo.

Nie zmieniało się nic, nawet pora dnia i warunki atmosferyczne. Na które piętro by nie dotarł, nieważne: szybko czy wolno, wszędzie czekał go ten sam krajobraz. Jakby nigdy, od zarania dziejów, nie istniało coś takiego jak żyrafia głowa. Jakby każda nosiła na szyi świat, w którym znajdowało się wszystko łącznie z tą szyją; nie tyle zwierzę, co złośliwy fraktal.

Wiedział, że powinien się zatrzymać. Wbić nóż w serce zwierzęcia i patrzeć, jak ukryte w chmurach światy rozpalają niebiosa deszczem meteorów, gdy padnie ich jedyna podpora. Ale chorobliwy trans znów złapał go w swoje kleszcze. Musiał dostać się na samą górę, musiał wiedzieć, co się tam znajduje, musiał, musiał! Nie było odwrotu. W przeciwnym razie, jak mógłby spojrzeć w oczy Kamili, gdy zaprezentuje jej swoje trofeum? Jak mógłby, wiedząc, że poddał się w pół drogi?

Gdzieś przy trzynastej, czternastej wspinaczce stracił rachubę. Kilka wymiarów później stracił czucie w rękach. Słońce spaliło mu twarz na kotlet, ubrania cuchnęły potem. Nóż zniknął w zaroślach którejś z dziesiątek identycznych sawann. Zatrzymywał się czasem i jak z bocianiego gniazda wypatrywał śladów poszukiwań, ale nie sądził, by ojciec Kamili aż tak martwił się jego losem. Bardziej prawdopodobne, że wsiadł w prywatny odrzutowiec i wrócił do kraju, nie oglądając się za siebie.

Zostali sami. Tylko on i złośliwy, nieustępliwy świat nawinięty na szpule wieczności.

Aż w końcu – gdy był już niemal przekonany, że trafił do prywatnego piekła i że nigdy, przenigdy nie uda mu się wrócić do ukochanej – krajobraz się zmienił.

Przywitało go krwiste niebo poćwiartowane na kwadraty, każdy z neonowym numerem jak na ogromnej planszy bingo. Suche, afrykańskie drzewa pokrzywiły się w spirale i wypuściły owoce. Na jednym z nich wisiały monety o nieistniejących nominałach, na drugim niebieskie róże, na trzecim szmaciane lalki, na czwartym obrazy w złotych ramach i tak dalej, i tak dalej, bez porządku ni logiki. Trawa pod jego stopami, zamiast szumieć, mruczała przeboje Franka Sinatry głosem pozbawionym intonacji.

A pośrodku jak zwykle stała żyrafa. Tym razem jej szyja nie niknęła w chmurach, tylko kończyła się raptownie dwa metry od grzbietu. Zupełnie jakby jakiś szalony naukowiec zdekapitował ją laserem, by sprawdzić, jak długo przeżyje bez głowy.

Tak czy inaczej, była to jedyna żyrafa w okolicy, a on nie zamierzał się poddać.

Ostatkiem sił wskoczył na cętkowany grzbiet i ścisnął boki piętami. Bezgłowy zwierz szarpnął się, wierzgnął, zaczął ryć ziemię kopytami. Z każdym narowem zmieniała się melodia, na którą szemrała trawa. Motörhead… Iron Maiden… Black Sabbath… Wiedział, że musi okiełznać żyrafę; że to jego ostatnia szansa. Ale ból mięśni, wirujący świat, rozłupująca czaszkę muzyka – tego wszystkiego było za dużo, za szybko, za mocno!

Zwolnił chwyt na rudej szczecinie – sam nie był pewny, czy świadomie, czy przypadkiem – i spadał, spadał, spadał; w dół przez wymiary, przez setki identycznych światów, gdzie ani jedna żyrafa nie była dla niego…

Kiedy odzyskał przytomność, leżał u podnóża wzniesienia z ustami pełnymi ziemi. Samotny okapi przyglądał mu się z niedaleka, strzygąc uszami. Niebo poszarzało i straciło swą krystaliczną przejrzystość, a słońce zdawało się świecić o połowę słabiej, jakby przepalała się w nim żarówka. Odniósł wrażenie, że wylądował w świecie jeszcze niższym niż ten, z którego przybył. Może nawet na samym dnie rzeczywistości, ciemnym i brudnym.

Po żyrafie, rzecz jasna, nie było ani śladu.

Powrót do domu zapamiętał wyłącznie w przebłyskach. Jakaś krwawiąca krokodylem matrona z pobliskiej wioski karmiła go smażonymi bananami, szczerząc kły, jakby tuczyła go na później… Telepiąca się ciężarówka na diesel zatrzymała się, by przepuścić przez drogę stado antylop… Uśmiechnięty fałszywie ambasador przekazał mu bilet na samolot do kraju, na wpół żartując, aby nie wracał już więcej na Czarny Ląd… W rodzinnym mieście nic nie wyglądało znajomo: ani ulice, ani ludzie. To naprawdę był inny świat. Czyściec dla wszystkich tych, którzy nie zdołali ujeździć swoich bezgłowych żyraf. Którzy, niegodni, spadli tak nisko, że niżej się nie da.

Minęły trzy dni, nim odważył się zajrzeć do Kamili. Założył swoją najlepszą koszulę (tę od znanego projektanta, którą dała mu na urodziny) i kupił w kwiaciarni najbardziej liściasty bukiet, jaki znalazł. Ale kiedy zapukał do drzwi jej mieszkania w centrum, otworzyła mu nieznana dziewczyna. Miała dziwnie zzieleniałą twarz i brwi odchodzące od łuków zagiętymi czułkami. Na śliskiej dłoni wspartej o futrynę zauważył delikatną szczecinę.

– Tak? – Poprawiła koc owinięty wokół ramion.

Potykając się o sylaby, zapytał, czy to ona.

– Nie, Katarzyna. Nie ma tu żadnej Kamili i… chyba nigdy nie było. Na pewno ma pan właściwe mieszkanie?

Pokiwał głową, jakby dokładnie tego się spodziewał. Gdzieś na wyższym piętrze z głuchym trzaskiem zatrzasnęły się drzwi.

Nie ma i chyba nigdy nie było…

Przeprosił za kłopot i wyciągnął bukiet w kierunku dziewczyny. Przyjęła go, lekko zaskoczona. Odwrócił się, żeby odejść – z sercem ciężkim jak ołów i rozmiękłymi nogami – ale nie uszedł nawet dwóch kroków, gdy zatrzymało go sapnięcie od strony drzwi.

Zielonkawa nie-Kamila trzymała na dłoni gąsienicę, która musiała wypaść spomiędzy kwiatów. Martwą – jak na zaręczyny.

Ich spojrzenia po raz pierwszy spotkały się w pełni. Zrozumiał, skąd wziął się kolor jej cery, skąd brwi-czułki i owijanie się kocem.

Poczuł, że jego policzki zapłonęły purpurą.

– Och nie, nie przejmuj się, skąd mogłeś wiedzieć? – zmitygowała pospiesznie. – Po prostu… Nikt nigdy nie podarował mi mojego zwierzęcia. Nawet zupełnym przypadkiem. – Uśmiechnęła się nieśmiało, skubiąc palcem płatek kwiatu. – Nie powiem, to całkiem przyjemne uczucie.

Przełknął ślinę. W piersi momentalnie zrodziła mu się lekkość, o której nie sądził, że jest możliwa w świecie bez Kamili, świecie na samym dnie.

Ale może… może wcale nie musiał porywać się na wyżyny żyrafich szyj? Może wystarczyło oderwać wzrok od chmur, by przekonać się, że blisko ziemi można znaleźć – tak często ignorowany – mikrokosmos piękna?

Ostatecznie, był przecież tylko małym robakiem. Zupełnie jak ona.

– Nie masz ochoty wejść? – zapytała Katarzyna, otwierając szerzej drzwi. – Zrozumiem, jeśli nie, zupełnie się nie znamy. Ale przydałoby mi się towarzystwo. Wicie kokonu jest zawsze takie samotne.

Wahał się tylko przez chwilę. Skinął głową i z uśmiechem przekroczył próg.

Chciał się przekonać, jak ta miła, owadzia dziewczyna będzie wyglądać, kiedy rozwinie skrzydła.