polskie centrum bizarro

Przesilenie zimowe by Kain i Kyrcz

In Opowiadania on Listopad 13, 2011 at 6:00 am

Dzisiaj mamy dla Was niewielką niespodziankę – opowiadanie napisane przez współautorów bloga, a mianowicie Dawida Kaina i Kazimierza Kyrcza Jr. Zapraszamy do lektury.

Przesilenie zimowe 

Rafałowi najbardziej doskwierało przekonanie, że obraca się wokół własnej osi, w niepotrzebnym zapętleniu, przypominającym drogę krzyżową składającą się raptem z trzech stacji: domu, pracy i knajpy. W chwilach coraz rzadszego buntu zaczynał wypatrywać nie tyle Szatana, co jego nieoczywistych przejawów, sytuacji i ludzi, w których wszechmocny Władca Much ukrywał się pod warstwami uprzejmości.

Rafał od lat kolekcjonował impresje chłodu i mroku, tworzył mapę negatywnych doznań i emocji; wszystkiego, co mogłoby pomóc w odnalezieniu właściwej drogi, przybliżyć go do celu, którego co prawda jeszcze nie znał, ale za którym zdążył zatęsknić.

Wnikanie w prawdziwą naturę rzeczy było czymś w rodzaju obserwowania zaćmienia słońca zza przydymionego szkiełka: przez iluzoryczną osłonę przebijała nieposkromiona siła, zdolna spopielić wszystkich i wszystko. Rafałowi nie pozostawiono jednak wyboru – nikt nie pytał, czy ma ochotę w tym uczestniczyć. Po prostu to kochał. Uwielbiał. Zaszczepiono mu tę miłość tak dawno, że z tamtego zdarzenia w jego umyśle pozostały jedynie mętne wiry, nieomal przeźroczyste, niemożliwe do zinterpretowania klisze nakładające się jedna na drugą w szalonym staccato.

Wiele razy dostrzegał ukryte pod naskórkiem rzeczywistości znaki, czytelne i przeznaczone wyłącznie dla niego. Fragmenty piosenek splatały się w nierozerwalną całość z sekretnymi wyznaniami i nakazami. Zgłębiając teksty takich zespołów jak Dimmu Borgir, Gorgoroth, Marduk, Morbid Angel, Mystic Circle, Naphasth, Old Man’s Child, Regnarok, Rotting Christ, Setherial, Spawn Of Satan, Urgehal czy Marilyn Manson, sam sobie przykręcał śrubę, mimowolnie stawiając się w pozycji planktonu, czegoś z samych nizin łańcucha pokarmowego. Paradoksalnie, wcale nie czuł się z tego powodu gorzej. Im niżej upadał, tym większą dumą go to napawało.

Pragnął przekroczyć granicę pomiędzy wszechobecnym banałem i prawdziwym życiem, życiem pełną piersią. Chciał czerpać garściami z drzewa poznania dobra i zła…

Nigdy nie był fanem sportów ekstremalnych, lecz dojmująca nuda codzienności sprawiała, że coraz częściej obawiał się o resztki swego zdrowia psychicznego. Czasami dopadało go przekonanie, że mknie gdzieś rozpędzonym, pozbawionym możliwości manewru bolidem.

Jedzie na spotkanie… No właśnie – czego?

*

Na odpowiedź musiał czekać aż do Sylwestra. Stary rok dogorywał przy dźwiękach rozbrzmiewających zewsząd kolęd, nowy dopiero miał się pojawić, lecz Rafał już od jakiegoś czasu odbierał pierwsze sygnały nadciągających zmian. Lekkie drętwienie palców, niecierpliwe kołatanie serca, wrażenie, że powietrze, którym oddycha, zostało wzbogacone o jakiś tajemniczy składnik…

Nie miało to nic wspólnego z narkotycznym odlotem, raczej z dojrzewaniem do czynu, wyostrzeniem percepcji pozwalającym dostrzec coś, co dotąd czaiło się na obrzeżach świadomości, pojawiało się i znikało szybciej niż mrugnięcie powieką.

Tydzień wcześniej postanowili z Marianem, to znaczy z Mariem, że nie będą organizować żadnej imprezy, po prostu wybiorą się na Rynek. Posłuchają dennych kawałków, ponabijają się z fascynujących się tą sieczką debili, wypiją co nieco i może – jeśli trafi się okazja – wkręcą się na jakąś domówkę. Nie do żadnej knajpy! Ni hu hu, no way, no fucking way!

Tego wieczoru od Skarbonki przez Adasia aż po Empik jak zwykle zgromadziły się tysiące ludzi.

– Plebs, zwykły plebs – powtarzał Rafał, z nieskrywaną odrazą wodząc spojrzeniem po roześmianych gębach, osaczających ich jak Morze Czerwone, które rozstępowało się wyłącznie po to, by za moment z tym większą furią spaść na nich i wciągnąć w swe odmęty.

– Te, stary, a oblukaj tamtych! – przerwał mu nagle Mario, wymierzając palec w kierunku zgrai emo-dziwaków.

Rafał chciał właśnie podsumować ich kolejnym ironicznym komentarzem, ale wśród członków bandy wypatrzył dwie naprawdę blade i naprawdę piękne dziunie, co skłoniło go do trzymania języka za zębami. Nie chodziło nawet o to, że dziewczyny wyglądały jak czołowe zderzenie supermodelek z fankami Zmierzchu. One były… identyczne. Fantastyczne bliźniaczki, w samym środku zgrai oszołomów, łudzących się, że trochę czarnego lakieru na paznokciach i eyeliner z każdego niedojdy uczynią pieprzonego Księcia Ciemności.

– Tam są jakieś zajebiste syjamy, czy mi styki przepaliło? – Chłopak nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Nie syjamy, tylko bliźniaczki. One dwie i nas dwóch… Chodźmy!

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Na scenę wparowali właśnie pierwsi wykonawcy, a publika dosłownie oszalała ze szczęścia. Wszyscy wokół podskakiwali i wyli, skandując tekst zionącego banałem refrenu. Wyjątkiem był jakiś dzieciak w czapce z daszkiem, który niespodziewanie przyklęknął i zaczął wymiotować na jaskrawoczerwono.

– Nieźle koleś porządził! – zawyrokował Rafał, przekrzykując szalejącą wokół pandemoniczną wersję popu. Ale gdy Mario spytał, o kogo chodzi, chłopak zniknął, pozostawiając po sobie jedynie błyszczącą odblaskowo plamę, którą kilku idiotów radośnie rozdeptywało.

Ja pierdolę, mam zwidy, pomyślał Rafał, ale nie powiedział tego na głos.

W następnej sekundzie znowu dostrzegł tamtego szczyla w czapeczce, kucającego między nogami tańczących. Tym razem nie rzygnął. Zamiast tego uniósł głowę i wtedy… Wtedy Rafał zobaczył jego twarz: przerytą zmarszczkami, żółtawą skórę, wąskie usta, haczykowaty nos i czarne oczy, bardziej ptasie niż ludzkie.

Dziwacznym zrządzeniem losu wszystkie oświetlające Rynek światła zgasły na moment, a kiedy znów rozbłysły, gość po prostu zniknął.

Mario tymczasem zdołał wyprzedzić kumpla i z rozpędu uderzył do boskich bliźniczek, gestykulując jak dyrygent, któremu przed koncertem ktoś natarł dziąsła fetą: takiej energii nie da się przecież wykrzesać z siebie na trzeźwo.

Podjarał się, uznał Rafał, w duchu przyznając, że były ku temu powody. Obie dziewczyny zdawały się istotami z innej planety. Planety zwanej Miódwgębie. Nieziemsko zgrabne, zachęcająco uśmiechnięte i najwyraźniej napalone. Ich słodkie buzie, potraktowane naprawdę wyzywającym makijażem, obiecywały nie tyle przyjemność co nieznośną wręcz rozkosz.

– …mój ziomal… co potrafi… wyjątkowo… – Do jego uszu docierały ledwie urywki nawijki przyjaciela, ale sądząc po rozanielonych minach bliźniaczek, było jasne, że niejedna agencja piarowa mogłaby się od Maria uczyć.

– Cześć – przywitała się ta mocniej wymalowana. – Jestem Milena. A to – wskazała swą towarzyszkę – moja siostra, Lena.

– Miło mi – wymamrotał, speszony niczym gimnazjalista na randce. – Rafał. Ja…

– Dla przyjaciół Raffi – wtrącił swoje trzy grosze Mario. – Bo przecież zostaniemy przyjaciółmi, prawda?

– Nie ma innej opcji – odezwała się Lena, błyskając zębami nieporównywalnie bielszymi od zalegającego na krakowskich chodnikach śniegu. – Podoba wam się ta muza?

– Ten syf?

– Trafnie to ująłeś – Milena uśmiechnęła się, poprawiają burzę kruczoczarnych włosów, które natapirowaną palmą ocieniały jej oblicze. – Jak macie ochotę na coś mocniejszego, zapraszamy do nas.

– A wasi znajomi? – spytał Mario, omiatając niechętnym spojrzeniem dwudziestoosobową grupę emosów, która najwyraźniej przygotowywała się do popełnienia zbiorowego samobójstwa. – Też są zaproszeni?

– Ta banda? – zdziwiła się jedna z dziewczyn. Podczas rozmowy kilka razy zmieniły się miejscami, więc Rafał nie był już pewien, która jest która. – Nie będą nam potrzebni…

– Do niczego – uściśliła druga siostra. – Weźmiemy tylko Maliznę, on jest w porządku.

Niespodziewanie, zupełnie jakby wystrzelił spod płyty Rynku, między bliźniaczkami zmaterializował się chłopak w bejsbolówce, ten sam, którego Rafał nie tak dawno wypatrzył wśród tańczących.

Tym razem wyglądał w miarę normalnie. Na jego wymoczkowatej gębie nie został nawet ślad starczego uwiądu. Zmarszczki zniknęły, zamiast nich na rozdzielonych przez haczykowaty nos policzkach pojawiły się dzioby po ospie.

Chłopak bez słowa wyjął z plecaka butelkę szampana, odkorkował i nalał do blaszanego garnuszka. Najpierw podał go jednej z dziewczyn. Ta upiła łyk, zatrzepotała ciężkimi od tuszu rzęsami i przekazała naczynie siostrze.

Potem przyszła kolej na chłopaków. Obaj woleli konkretniejsze trunki, jednak nie wypadało odmówić poczęstunku.

– Gdzie mieszkacie? Zanim przyjedzie taryfa, to będzie, kurwa, środek lutego – całkiem przytomnie zauważył Mario.

– Dwa kroki stąd – zapewniła Milena, prowadząc ich przez tłum w stronę kościoła Mariackiego.

Rafał odniósł wrażenie, że ludzie nieco zbyt chętnie robią im przejście. W pewnym momencie doszło nawet do szarpaniny, bo młodzian o wyglądzie za bardzo starającego się być punkiem punka, tak szybko zszedł im z drogi, że władował się w ekipę wygolonych sterydziarzy i ich przypominających blond mopy towarzyszek.

Zaraz kolesia zajebią – pomyślał Raffi, bez zdziwienia stwierdzając, że ma to gdzieś. Czekała ich super zabawa z bliźniaczkami, więc resztę świata mógł nawet trafić szlag.

– Pedałujemy od godziny… Daleko jeszcze? – westchnął Mario, choć chyba zdawał sobie sprawę, że to kompletny absurd, bo nie minęło więcej niż dziesięć minut.

Dziewczyny chyba nie usłyszały pytania, bo żadna nie pofatygowała się, by odpowiedzieć.

W końcu udało im się przedrzeć przez watahy imprezowiczów i ruszyć Sienną ku nieco luźniejszej przestrzeni.

– Nigdy tu nie byłem – wypalił ni z tego ni z owego Mario, a Rafał zaczął się poważnie zastanawiać, czy jego kolega nie zgubił na Rynku piątej klepki. Przecież przemierzali tę ulicę setki, a może nawet tysiące razy. Zresztą jak każdy mieszkaniec tego cholernego miasta.

Próbując powstrzymać śmiech, rozejrzał się wokół. Kilku kamienic kompletnie nie kojarzył, nie przejął się tym jednak. Ani trochę.

Pewnie je odremontowali, skonstatował. Gdy dziewczyny poprowadziły ich w stronę Plant, obejrzał się, bo zdziwiło go, że muzyka i okrzyki sylwestrowiczów ucichły jak ucięte nożem.

Nie zobaczył jednak tłumów na Rynku, ani nawet Siennej. Była tam tylko ponura, niemal opustoszała ulica, po której przechadzały się przygarbione indywidua, przystające niekiedy pod przypominającymi zagięte szpony latarniami i zamierające w nienaturalnych pozach. Jedynym wytłumaczeniem, jakie przelotnie zaświtało mu w głowie, było to, że czas zatrzymywał się albo chorobliwie zwalniał, więżąc ich w sobie niczym owady w bursztynie.

Ja pierdolę, pomyślał, biorąc kilka głębszych oddechów. Co było w tym szampanie?

Wentylowanie płuc pomogło. Maszkary zniknęły i znów widział to, co powinien: skrzyżowanie Westerplatte z Wielopolem, za którym stroszyła szarawe piórka tynku Poczta Główna. Dziewczyny, wraz z nieodstępującym ich Malizną, przebiegły na drugą stronę ulicy i wskoczyły na schody prowadzące do budynku, jakby bały się, że te rozpłyną się jak cukier w herbacie.

W sylwestrową noc chyba tylko idiota liczyłby na to, że poczta będzie czynna, jednak chcąc nie chcąc Rafał i Mario pospieszyli za nimi. Malizna nacisnął klamkę i naparł na masywne, wahadłowe drzwi. Ustąpiły podejrzanie łatwo, zupełnie jakby ktoś z drugiej strony pociągał za niewidzialne sznurki.

W obszernym holu jak zwykle nie było niczego poza stęchłym powietrzem. Pokonali następne drzwi i ich oczom ukazało się pomieszczenie z półokrągłym stolikiem, otaczającymi go ławkami, kasami i warującymi przy wejściu automatami drukującymi numerki – nie tyle szczęśliwe, co te określające twoje miejsce w kolejce.

Jedyne oświetlenie stanowił zwieszony pod sufitem wyświetlacz, pulsujący wesoło niczym choinkowe ozdoby. Nadawało to całości tandetnego blichtru i idealnie pasowało do dzisiejszej daty.

Malizna w milczeniu zasiadł za stolikiem, wyłuskał z plecaka kolejnego szampana, otworzył butelkę i nalał pieniący się napój do dwóch metalowych kubków. Zerkał przy tym na dziewczyny, widocznie spodziewając się, że wyjaśnią, co dalej.

– Kolo jest niemową? – zainteresował się Rafał. – A może mnichem, który złożył śluby milczenia?

Wyższa z sióstr, ignorując pytania, wzięła jeden z kubków, drugi podając wciąż dąsającemu się Mario.

– Skoro mamy zostać przyjaciółmi – przypomniała, obrzucając chłopaka powłóczystym spojrzeniem. – Powinniśmy wypić brudzia…

Mario nie protestował, gdy dziewczyna podała mu kubek, po czym wpiła się w jego usta z desperacją wygłodniałej modliszki. Pocałunek trwał o wiele dłużej niż to przyjęte w podobnych sytuacjach. Tak długo, że Lena, najwyraźniej znudzona czekaniem na kubki, wyjęła je z dłoni zajętej wymianą śliny pary. Malizna napełnił je usłużnie, wciąż nie wypowiadając nawet sylaby.

Nie minęło nawet sześćdziesiąt sekund, a Rafał dławił się językiem Leny.

*

Nagle poczuł niewyobrażalny ból w klatce piersiowej i między nogami. Jakby ktoś oblał go wrzątkiem. Chciał się skulić, ale nie był w stanie. Spróbował otworzyć oczy. Bez powodzenia.

Kurwa, co one z nami robią?

W pierwszej chwili dopadła go myśl, to jeden z tych słynnych przekrętów – laseczki uwodzą frajerów, a potem jacyś spece kroją ich na plasterki, żeby sprzedać organy na czarnym rynku.

Ból nasilił się.

Rafał zawył.

– Wycinają to ze mnie! – jęknął, przerażony. – Wycinają mi serce bez znieczulenia!

I wtedy wszystko odpłynęło, łagodnie niby cofająca się fala.

Wreszcie mógł otworzyć oczy. Jakiś facet pochylał się nad nim z miną konesera szacującego wartość najnowszego okazu swej kolekcji.

Omal nie dostał zawału, gdy dotarło do niego, że tym facetem jest on sam, że to jego klon przygląda mu się, marszcząc czoło w zadumie.

– Fajne ciałko – tonem znawcy stwierdził tamten, obmacując sobie klatkę piersiową, brzuch i krocze. – Takiego jeszcze nie miałam.

– Co się dzieje? – spytał ktoś po prawej.

Rafał odwrócił głowę i zobaczył, że jakiś metr od niego na wyłożonej kafelkami podłodze leży naga Milena, poruszająca dłońmi w tę i we w tę, jakby nie docierało do niej, co to takiego i czemu właściwie wyrasta z jej ramion.

– Kiedyś miałam wielką ochotę zerżnąć samą siebie – przyznał się Mario. Jak gdyby nigdy nic stał obok Rafała-nie Rafała i masował sobie policzki opuszkami palców. – Ale chyba ci odpuszczę. Rok to niewiele, a mam do załatwienia od groma spraw.

Rafał spróbował się podnieść, co okazało się niewykonalne. Ciało miał całkiem zdrętwiałe i dziwnie… ciasne. W zaaferowaniu, podejrzliwym wzrokiem obrzucił swe nogi, ręce i – na rany Chrystusa! – piersi!

Niemożliwe! Nie, to nie może być prawda!

Utkwił w ciele Leny! Te maniaczki jakimś sposobem zmieniły ich obu w kobiety…

– Co? Jaki rok? – wykrztusił wreszcie. Z przerażenia zęby stukały mu na podobieństwo rozstrojonych kastanietów.

– Czytałeś Piekło pocztowe Prachetta? – pytaniem na pytanie odpowiedział mu on sam, to znaczy Lena, której najwyraźniej bardzo się w jego ciele podobało.

– Nie. A bo co? Ty czytałaś?

– Też nie. Ale fajny tytuł.

– O co, kurwa, chodzi z tym rokiem?! – włączyła się do dyskusji Milena, w której uwięziony był Mario. – Uwolnijcie nas, bo jak nie, to wam…

– Nie denerwujcie się tak – uspakajał Raffi alias Lena. – Co, chłopaki, nie marzyliście przypadkiem o Piekle?

– Co to ma wspólnego…?

– My obie tam pracujemy, co – trzeba przyznać – jest dość męczące, więc w końcu załatwiłyśmy sobie u szefa urlop.

– Roczny, dla poratowania zdrowia. A wy nas w tym czasie zastąpicie.

– Zajefajne z was chłopaki, sorki: laski… – Mario delikatnie pogłaskał Milenę po szyi. – Macie szansę wykazać się w najbardziej odjazdowych burdelach Piekła. Nie będzie łatwo, bo demony ruchają, aż zajeżdżą kogoś na śmierć, a później wskrzeszają i ruchają dalej.

– O idzie Malizna, nasz… eee… opiekun – zauważył niby-Rafał, komentując wyłaniającą się z mroku zwalistą postać z wyrastającymi z łysej czaszki rogami i muskulaturą godną Arnolda Szwarceneggera.

– Nie chrzań – burknął niby-Mario. – To przecież nasz alfons. Zajmie się wami i wszystko wyjaśni. Uważajcie, bo czasem rzyga siarką… Zjadł tyle dusz, że ostatnio wpadł w bulimię. Każdemu może się zdarzyć, no nie?

Rafał chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. Jednocześnie nawiedziło go graniczące z pewnością przekonanie, że nie przetrwa tych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni.

Nie wiedzieć czemu, przypomniało mu się zasłyszane niegdyś hasło, że człowiek nie zna granic swojej wytrzymałości, dopóki ich nie przekroczy.

Bał się, że teraz będzie musiał je poznać.

Advertisements
  1. Hehe, sprawdzam tylko czy komentarze działają 😉

  2. Przeczytawszy. Fajskie, znaczy się, fajne. Nie wiedzieć czemu, motyw bliźniaczek makes it all look pretty. Zawsze chciałam mieć siostrę bliźniaczkę. Taką siostrę od świętego ognia i ładunków wybuchowych. Byłaby z nas para. Albo świeca dymna.

  3. Motyw bliźniaczek to fetysz, co tu dużo gadać 😉 Jak cudnej urody pielęgniarka albo gliniarz byle jedno i drugie w uniformie. Podejrzewam się o to, że bałabym się bliźniaczki, ale chciałam o czymś innym. Otóż pomyślałam sobie, że ta historia równie dobrze mogłaby sie wydarzyc w raju. I byłaby równie straszna 😉

  4. A to się chłopaki zdziwili. Nie ma co, wesoła perspektywa przed nimi:)

  5. Ale ja tak nie z fetyszowych względów. Nie tym razem, przynajmniej. Po prostu czasem targną mną tak narcystyczno-mizantropiczne odchyły, iż jedyną godną mej kompani istotą wydaję się sobie ja sama. No i Bożyszcze Prawdziwe, rzecz jasna, którym jest wredna kotka moja (choć zaimek dzierżawczy jest tu trochę jakiś na wyrost, bo kto tu czyj jest nie zawsze wydaje mi się jasne). 😉
    Wracając jeszcze do opowiadania: nie wiedzieć czemu (tzn. wiem czemu, ale tak się przyjmuje mówić, gdy chce się stwarzać POZORY), skojarzyło mi się z „Fear and Loathing in Las Vegas”, Hunter’a S. Thompson’a. Ktoś był na dwudziestu paru różnych pigułach, kiedy to pisał?

  6. Hehe, tym razem ja wziąłem więcej, to znaczy trzynaście, a Dawid dwanaście. W opakowaniu było 25 sztuk, podzieliliśmy się po połowie, a o ostatnią rzucaliśmy losy 😉

  7. Przez to, że wziąłem tylko dwanaście, źle się czułem cały dzień 😦
    Dlatego to opowiadanie przesycone jest smutkiem i nieokreśloną tęsknotą 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: