polskie centrum bizarro

„Rycerze w opresji” by Krzysztof Maciejewski

In Opowiadania on 22 listopada, 2011 at 6:00 am

Dzisiaj mamy dla Was opowiadanie Krzysztofa Maciejewskiego. Jest zakręcone, jest mocne, jest… cholernie dobre. Zdaniem naszym i czynników zbliżonych do obiektywnych. Czy rzeczywiście? Oceńcie sami! Zapraszamy do lektury tekstu pod tytułem Rycerze w opresji. I niech sowa będzie z Wami!

Aha, tak na marginesie. Ci z Was, którzy w miarę dokładnie śledzą rozwój polskiego bizarro, zapewne odkryją w poniższym kawałku literatury parę znanych akcentów.

Rycerze w opresji 

Siostry, zaczynamy uroczystość…

Zimne światło księżyca padało na dziedziniec i grupkę zakapturzonych postaci zebranych w jego centrum. Pohukiwanie sowy unosiło się między krużgankami, czekając na odzew, lecz kamienne gargulce milczały. Lubiły po prostu wkurwiać to stare ptaszysko.

– Witamy dziś nowe członkinie naszego Obrządku – głos jednej z odzianych w habit postaci poszybował wysoko nad ziemią, przepłaszając samotną sowę.

– Zgodnie z odwiecznym rytuałem musicie teraz odpowiedzieć na trzy pytania – kontynuował głos nieświadom wrażenia wywołanego na okolicznej faunie. – Po pierwsze: kto jest waszym idolem?

– Boski Księżyc, o matko – odpowiedział nieśmiało chór kandydatek.

– Po drugie: czym jest nasz Zakon?

– Jesteśmy Siostrami Księżycowego Pyłu.

– I wreszcie trzecie, najważniejsze pytanie: co jest głównym celem naszego zakonu?

– Ratowanie rycerzy w opresji.

Matka przełożona rozejrzała się, ale samotna sowa wracała już do swojej przystani na gałęzi dębu. Nie muszę tego zdradzać, ale właściwie czemu nie? Dusza matki przełożonej była chronicznie zaspermiona, właśnie dusza a nie trzewia. Każdy ma jakieś problemy natury duchowej, czyż nie?

***

Zaiste, powiadam wam – nasze miasteczko wygląda zupełnie jak nowe. Na koronach drzew wzdłuż uliczek prężą się żółto-czarne wilgi jeszcze ociekające farbą. Trawa zielona jak onegdaj, w dzień Zarania, zachęca przechodzących handlarzy do wycierania zakurzonych ciżemek. Nad wszystkim unosi się dyskretny zapach pieniądza i słodka woń formaliny. Już jutro rozpoczyna się turniej.

W tym roku w szranki stanie tylko dwóch pretendentów. Jedynie oni zapewnili sobie odpowiednie poparcie w przedbiegach oraz odpowiednie finansowanie na poziomie subatomowym. Skryba Jonach z pobliskiego zamku uważa, że podobnie jak w latach poprzednich, pojedynek zakończy się remisem.

Edgar, Kawaler Szarego Ogona, odziany jest w zbroję komponującą się znakomicie z barwą jego fioletowej twarzy. Na głowie tkwi szyszak uwieńczony emblematem bractwa. Gdy rycerz idzie, jego obuwie wydaje dziwne odgłosy przypominające rżenie konia. Ale nie jest to jedyna ekstrawagancja Edgara… Jednak żeby poznać inne przymioty rycerza trzeba wejść za nim do alkowy – to, po prawdzie, niezbyt dobry pomysł.

Drugi z pretendentów jest barbarzyńcą z północnych rubieży. Jego imię skrywa całun tajemnicy – urząd wojewódzki w rodzinnym mieście spłonął doszczętnie podczas zamieszek wiele lat temu. Dla ułatwienia nazwijmy go po prostu Zdzisławem.

Obaj wojownicy mają się potykać na ubitej ziemi. Niezbyt wyszukany sposób spędzania niedzieli, jednak średniowiecze ma swoje prawa.

***

Edgar odwrócił się tylko po to, aby dostrzec zakapturzoną figurę, która przed chwilą zwróciła się do niego po imieniu. Tajemnicza postać znała jego prawdziwe miano, pod którym znali go jedynie rodzice. Edgar nie mógł na to pozwolić. Z trzaskiem dobył miecza z tkwiącego na plecach futerału.

– Jestem tu po to, aby ci pomóc – krzyknęła osoba w kapturze.

– Skąd znasz moje imię? Odpowiadaj i to szybko!

– Ważniejsze jest to, że jutro masz walczyć o nagrodę – odparł zakamuflowany głos, który bez wątpienia należał do młodej kobiety.

– Co z tego?

– Ofiarowuję ci pomoc. Moim zadaniem jest służyć rycerzom w opresji. Grozi ci śmierć…

– A ty znasz zaklęcie, które mnie przed nią uchroni…

– Mam coś lepszego. To polisa.

– A cóż to takiego?

– Jeżeli umrzesz, to twoi bliscy dostaną odszkodowanie.

Edgar wpatrywał się w ciemność skrytą pod kapturem. Ciemność wpatrywała się w Edgara.

– Mówiłaś, że chcesz mi to ofiarować?

Kobieta w habicie zawahała się.

– To tylko… taka figura stylistyczna… Musisz wpłacić składkę na konto Zakonu Księżycowego Pyłu.

– Ile powinienem przelać na wasze konto?

– Dwanaście oboli. Ale twoja rodzina otrzyma po twojej ewentualnej śmierci równowartość dziesięciu tysięcy…

Edgar nastroszył brwi, a jego błękitna twarz zmarszczyła się jak zmięty banknot.

– Zgoda.

***

Zdzisław wpatrywał się w ogień. Na jego obliczu uwidocznił się wysiłek umysłowy – a może była to tylko gra świateł. Nagle podskoczył na odgłos kroków. Do ogniska zbliżała się zakapturzona postać.

– Mam dla ciebie polisę…

– Hee?

– To wielkie zaklęcie…

– Hee?

Skryty przed ludzkim wzrokiem osobnik wzruszył ramionami.

– Masz… Podpisz tutaj.

***

Brzdęk! Łubudu! Brzdęk! Brzdęk!

Obaj przeciwnicy zderzyli się w śmiertelnym uścisku. Widownia z zapartym tchem śledziła ich poczynania. Gdy kurz opadł, oczom zgromadzonych ukazały się dwa ciała. Jakże malowniczo splotły się błyszczące łańcuchy ich jelit, wydobyte nagle na światło dzienne! Jakimi refleksami migotały kałuże krwi u ich stóp! Sielski, anielski widoczek.

Żadne z ciał nie poruszało się. Zaległa cisza, w której słychać było tylko pospieszne kroki medyków biegnących w stronę rycerzy. Po chwili wszystko stało się boleśnie jasne – pojedynek, podobnie jak tyle wcześniejszych, zakończył się remisem. Skryba Jonach zadumał się nad swoją przenikliwością. „Życie przypomina czasami scenariusz kiepskiego filmu” – pomyślał, by za moment dotarł do niego bezsens tych rozważań. „Co to znaczy scenariusz?” – zachodził w głowę, a ptaki kreśliły w górze zygzaki podpowiedzi.

***

Do wrót klasztoru dobijali się reprezentanci rodzin Edgara i Zdzisława. Zza murów dobiegł ich krzyk odźwiernego.

– Odejdźcie stąd, z łaski swojej, dobrzy ludzie.

Masywny młodzieniec ze złością machnął toporem.

– Przyszliśmy po nasze odszkodowanie!

– Oddajcie nasze pieniądze! – zawtórowali ludzie pod bramą.

– Powtarzam – odejdźcie. Siostra przełożona zdecydowała, że

odszkodowanie nie należy się.

Szmer głosów podniósł się do górnych rejestrów, a potem przebił się ponad ścianami klasztoru.

– Mamy polisy, z których wynika, że wasz zakon jest nam winien dwadzieścia tysięcy oboli – wrzasnął krewki młodzian.

– Siostra przełożona uznała, że ubezpieczeni złamali zasady umowy. Pojedynkowali się…

Przed klasztorną furtą zawrzało.

– Przecież obaj byli rycerzami – a wy właśnie macie wyciągać rycerzy z opresji – krzyknęła dama w futrze z poliestrów.

– Ogólne warunki ubezpieczenia zakazują rycerzom pojedynkować się, walczyć ze smokami i wiatrakami, jak również w inny sposób narażać życie – ciągnął nieubłagany głos odźwiernego.

Jednak zgromadzeni przed klasztorem nie słuchali tych argumentów. Dopiero po kilku godzinach, gdy straż miejska ostrzelała ich strzałami z gumowych łuków, rozeszli się do domów.

***

Dwie nowicjuszki w ciszy modliły się przed ołtarzem Boskiego Księżyca. W monotonię pacierza wkradały się strzępki rozmowy.

– Nie jestem pewna, czy rozumiem to wszystko. Mamy przecież ratować rycerzy w opresji. Takie hasło wpajają nam od początku. Tymczasem…

– Ale przecież próbowałyśmy wszystkiego, co w naszej mocy. To nie nasza wina, że ludzie są tacy, jacy są.

– Czyli jacy?

– Nienaprawialni. Daliśmy im szansę, z której nie skorzystali.

– Ale nie kiwnęłyśmy palcem, aby im pomóc…

– To tylko kwestia interpretacji. Podpisanie polisy ma przecież na celu to, aby zastanowili się nad własnym postępowaniem. Nie można podawać mężczyznom prostej odpowiedzi, jak na złotej tacy.

– Mimo to nie jestem pewna, czy…

– Nie wszystko da się załatwić zaklęciem. Pamiętaj – jesteś drogowskazem, a nie drogą.

– Ale zakon w tak nieuczciwy sposób zdobywa pieniądze…

– Uczciwość też jest kwestią interpretacji.

Po modlitwach obie młode zakonnice oddały się gwałtownemu porywowi lesbijskiego seksu, lecz miał się on nijak do naszej opowieści.

***

Nad klasztorem powoli gasły światła gwiazd. Sowa wracała z polowania, a na jej dziobie pozostały resztki kolacji. Och, czy to nie skrawek jelita cienkiego Zdzisława? Tak, rozpoznałem go po specyficznym zapachu. W powietrzu unosił się dym, który układał się w wielkie znaki zapytania. Sowa jednak poznała już wszystkie odpowiedzi, szczerze mówiąc miała je w dupie, a teraz po prostu wracała do domu.

  1. Ekstra kontynuacja tego co dałeś w „Bizarro dla początkujących”… uśmiałem się 🙂

    • Ja też się śmiałem pisząc – co niedobrze wróży, he he.. To tak, jak z gościem, który śmieje się opowiadając własny kawał…

  2. Więcej już nie podsuwaj takich pomysłów i bez nich łupią nas z każdej strony, a w obliczu gwałtownej potrzeby poszukiwania „rozwiązań” na czas kryzysu, należy się pięć razy zastanowić, bo a nuż przegłosują 😀

  3. Pozakręcane indeed. 🙂

  4. z poślizgiem ale… przeczytałem ;-). Szkoda, że nie znalazłem czasu wcześniej. Bardzo zgrabny szorcik, ale powiem Ci, że pewne wątki musisz rozwinąć. Koniecznie w nowym opowiadaniu 😉

  5. Tak, tak, zdecydowanie proszę o jeszcze 🙂

  6. Trochę mnie zasmuciło, że lesbijski seks miał się nijak do opowieści… Moim zdaniem, był on ważny i godzien opisu! 😀

  7. Święte słowa 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: