polskie centrum bizarro

Opowiadanie „Maltanek” by Bartek Orlewski

In Opowiadania on Styczeń 4, 2012 at 6:00 am

Nowy Rok zapukał do niedobrych literek i przyniósł wiele obietnic. Że będzie lepiej, choć jest dobrze. Że to, że tamto. Ale my wiemy swoje i bez tego pana. A co konkretnie wiemy? Wiemy, że się dobrze dzieje. Bardzo dobrze. Zwłaszcza w temacie zakręconych, zbizarrowanych tekstów. Na dowód powyższego twierdzenia gotowi jesteśmy jeden wyciągnąć z kapelusza. Lub rękawa. Lub królika. No dobra, to ostatnie było cokolwiek makabryczne, ale sami rozumiecie: bizarro zobowiązuje.

Dość tej gadki. Pora na prawdziwe słowa. Dzisiaj pora na opowiadanie spoza konkursu. „Maltanek” Bartka Orlewskiego spodobał się nam na tyle, byśmy właśnie tym tekstem zainaugurowali rok 2012. A już wkrótce kolejne wartościowe odsłony – jeszcze się nie rozliczyliśmy z konkursu. Czekajcie zatem. I drżyjcie. Niekoniecznie z zimna (chyba że mieszkacie poza subtropikalną Polską).

Maltanek

Dashiell odkłada gazetę na stół i dopija zimną kawę. Za kilka minut wsiądzie do samochodu i przekręci kluczyk. Ryk potężnego silnika zleje się z hałaśliwą codziennością wielkiego miasta. Za kilka minut Dashiell rozpocznie ucieczkę. Minie rogatki, zjedzie na autostradę, przepadnie w głębinach biegnącej nad pustynią estakady. Za kilka minut Dashiell znów będzie głównym bohaterem swojego życia. Na razie jednak mężczyzna czuje się tak, jakby został wyrzucony z pędzącego samochodu prosto na kamieniste pobocze.

Dashiell wsuwa zwiniętą gazetę pod pachę i, zostawiwszy kelnerce suty napiwek, podchodzi do siedzącej w najciemniejszym kącie sali egzemplifikacji mafijnego szefa. Wygląd Alfredo Boncianno jest zadziwiającą  mieszanką elegancji i złego smaku. Grubas w szytym na miarę garniturze roztacza wokół siebie intensywny zapach drogiej wody po goleniu. W mięsistych ustach, które sterczą z nalanej twarzy, znikają wstążki makaronu. Jaszczurczy jęzor zlizuje z górnej wargi serowy sos. Szefie, odzywa się Dashiell. Szef odkłada na talerz sztućce i mrużąc powieki uśmiecha się do jednego ze swoich najlepszych kierowców. Dashiell odwzajemnia uśmiech. Gdy tak szczerzą się do siebie, ktoś puszcza z szafy grającej „Heading For Disaster” Leash Eye. Przesterowany bas wpada do wnętrza sali niczym stado piekielnych mustangów. Dashiell wie, że Boncianno jest jednostką, a nie platońskim archetypem, dlatego zachowanie szefa nie dziwi go nic a nic. Mafiozo zaczyna kiwać rytmicznie bawolą głową. Siedzący obok ochroniarze – Luigi i Fernando – wybijają rytm o blat stolika.

Tydzień wolnego, mówi Dashiell, sprawy rodzinne. Alfredo Boncianno szerokim uśmiechem komunikuje zgodę. Zanim wyjedziesz, dokończ to, co zacząłeś, odzywa się, gdy Dashiell rusza ku drzwiom. Dobrze, odpowiada kierowca, ale przekroczywszy próg zapomina o słowach szefa. Z narożnej budki telefonicznej dzwoni pod numer, który otrzymał ponad dwadzieścia lat temu od cuchnącego gównem pijaka. Nie spodziewa się cudu. Po kilku sygnałach w słuchawce rozlega się znajomy głos. Dashiell wstrzymuje oddech. Kurwa, myśli, to działa. Wróciła, mówi w końcu. Nie uwierzysz, ale wróciła. Wierzę, odpowiada pijak zadziwiająco trzeźwym głosem, i czekam. Wiesz, gdzie.

Ryk potężnego silnika zlewa się z hałaśliwą codziennością wielkiego miasta. Samochód mija rogatki. Zjeżdża na autostradę. Pędzi estakadą, której cienie deformują pustynny pejzaż.

*

Przeciągły dźwięk klaksonu budzi Dashiella. Jadący z naprzeciwka samochód mruga światłami. Mężczyzna szarpie kierownicą w prawo. Kurwa, kurwa, kurwa, klnie pod nosem. Serce wali mu jak wściekłe. Zimny pot spływa ciurkiem w dół pleców. Zegarek w desce rozdzielczej wskazuje północ. Dashiell ma za sobą dwanaście godzin jazdy. Muszę gdzieś się zatrzymać, myśli. Zwalnia i nastawia głośniej muzykę. Deska rozdzielcza wibruje od tłustych gitarowych riffów.

Bar nazywa się „Kraniec Świata” i sąsiaduje ze stacją benzynową oraz motelem „Zatracenie” pośrodku niczego. Wewnątrz siedzi rudowłosa dziewczyna. Szpakowaty barman drzemie przy ekspresie do kawy. Zielone oczy dziewczyny śledzą tekst z tomiku opowiadań Cortazara. Dashiell, posiliwszy się dwoma tostami z bekonem i wypiwszy dwie filiżanki podwójnego espresso, posyła rudowłosej uśmiech, od którego przed dwudziestu laty zaczynał podryw. Mimo upływu czasu uśmiech wciąż działa. Być może dlatego, że Dashiell wciąż cieszy się wyglądem przystojnego trzydziestolatka. Przysiada się do stolika dziewczyny. Rozmawiają raptem przez kwadrans. Potem lądują w motelowym pokoju. Rudowłosa ma na imię Nancy. Jest córką Johna Margolisa. Tego Margolisa? – upewnia się Dashiell. Tak, jestem córeczką władcy paliwowego imperium, uśmiecha się dziewczyna, a potem rozpina mu pasek od spodni. Dashiell ściąga jej bluzkę i uwalnia ze stanika sutki marchewkowego koloru. Nancy pieprzy się wybornie. Do ostatniej kropli potu.

Gdy odpoczywają, dziewczyna wyjaśnia Dashiellowi, że uciekła z college’u w poszukiwaniu samej siebie. Chce zostać pisarką. Najlepiej poetką. Czyta namiętnie opowiadania Cortazara i literackie hybrydy Borgesa. Twoja ręka, mówi w pewnej chwili do Dashiella, przypomina Dg, bohaterkę opowiadania „Sezon ręki”. Mogłaby ją zagrać w filmie. Dashiell nie wie, co odpowiedzieć, więc, zmieniając temat, dzieli się z Nancy wieścią o śmierci przyjaciela. Mike Raft – oszust, złodziej i kasiarz, dodaje w duchu Dashiell – padł ofiarą rytualnego mordu. To straszne, stwierdza dziewczyna. I wpija się w jego usta.

O świcie Dashiell posila się w barze. Nancy zniknęła. Zaspany barman twierdzi, że nie obsługiwał wczoraj rudowłosej dziewczyny o zielonych oczach. Dashiell zostawia mu napiwek i wsiada do samochodu. Zauważa wtedy dwie rzeczy. Skórzany rzemyk na prawym nadgarstku oraz dobiegające z bagażnika pukanie w klapę. Cholera, klnie w myślach i pstryka palcem w podczepiony do przedniego lusterka breloczek z figurką sokoła. Miałeś przynosić mi szczęście, dodaje na głos. Maltanek milczy, dyndając tam i z powrotem.

Dashiell nie wraca na szosę. Jedzie na pustynię. Gdy zarys baru, stacji benzynowej i motelu znika z bocznych lusterek, Dashiell zatrzymuje samochód i podchodzi do bagażnika. W prawej dłoni trzyma naładowany rewolwer. Otwiera klapę i odskakuje do tyłu. Mężczyzna nie śmierdzi. Choć bez wątpienia wygląda na martwego. Przedwczoraj, z samego rana, Dashiell wpakował mu kulę w łeb. Miał go zakopać zaraz po śniadaniu, gdzieś za miastem, ale zapomniał, zaszokowany informacją o śmierci przyjaciela. Pieprzony kapuś. Gapi się teraz na Dashiella martwymi oczami. Starte do kości palce zaciska na krawędzi bagażnika i wyskakuje na zewnątrz, jakby nie istniało coś takiego jak rigor mortis. Cholerna klątwa, myśli Dashiell. Musiała wrócić akurat teraz. Strzela truposzowi w twarz. Potem w szyję i jeszcze trzy razy w klatkę piersiową. Następnie dekapituje delikwenta łopatą.

Dla pewności.

Pół godziny później truposz spoczywa sześć stóp pod ziemią pośrodku niczego. Dashiell mknie na południe. Pali szluga za szlugiem. Woń tytoniu miesza się z kokosowym zapachem odświeżacza i aromatem kawy cappuccino. Breloczek z figurką sokoła dynda pod przednim lusterkiem. Na południu są góry. W górach zapadła mieścina. W zapadłej mieścinie dzikie psy i koty. I pijak-cudotwórca, który nie zawsze był pijakiem. Specjalista od klątw i przegranego życia. Jedyna nadzieja Dashiella na względnie normalne życie.

Dashiell trzyma się z dala od miast i miasteczek. Unika też cmentarzy i zakładów pogrzebowych. Powzięte środki ostrożności jedynie odsuwają w czasie nieuniknione. Cholerna klątwa. Przyciąga martwych jak światło ćmy. Nie da się jej usunąć. Można ją co najwyżej wyłączyć. Bez gwarancji, że ktoś inny nie włączy jej ponownie. Zmieniła Dashiella w latarnię morską dla mieszkańców zaświatów.

Pojawiają się po godzinie jazdy. Obłoczki kurzu na uciekającym w głąb lusterek horyzoncie. Dashiell wciska mocniej pedał gazu. Dodge Challenger – czerwone monstrum ze wczesnych lat siedemdziesiątych, napędzane siedmiolitrowym silnikiem V8 – dorzuca kilka groszy do globalnego ocieplenia. Trzy samochody. Od konkurencji – zielony Plymouth Barracuda (rocznik 1970, stwierdza Dashiell), zaraz za nim – czarny Pontiac GTO (prosto z 1966 roku, uśmiecha się Dashiell), na końcu niebieski Chevrolet Camaro (tylko o rok starszy od Pontiaca). Trzy ryczące V-ósemki. W każdej, za kierownicą, jakiś umarlak. Uciekł z kostnicy bądź z cmentarza. Może nawet wyskoczył z trumny podczas ceremonii pogrzebowej. Tak czy inaczej, wsiadł do najdzikszego auta w okolicy i wiedziony magią klątwy ruszył na spotkanie z przeznaczeniem w osobie złodzieja, który popełnił ten błąd, że okradł kogoś, z kim dla własnego dobra nie powinien zadzierać.

Klątwa działa.

Pontiac i Barracuda doganiają Challengera. Jadą zderzak w zderzak. Camaro siedzi mu na ogonie. Pontiaca prowadzi trup kobiety. Blondynki. Całkiem świeży. Dashiell wyjmuje z kabury pod pachą rewolwer. Kule kruszą szkło i wbijają się w ciało uwolnione od pośmiertnego stężenia. Kawałki mięsa i kości fruwają w szoferce. Truposz blondynki uderza głową w kierownicę – Pontiac tańczy niezgrabnie na poboczu i znika z hukiem w rowie. W tym samym czasie kierowca Barracudy skręca gwałtownie w lewo. Barracuda uderza bokiem w Challengera. Dashiell wypuszcza broń. Rewolwer spada na podłogę. Barracuda ponawia atak. Kolejne uderzenie jest mocniejsze. Dashiell odpłaca tym samym. Raz, drugi, trzeci. Niestety, sukinsyn w Barracudzie trzyma się mocno. Nie odpuszcza. Dlatego Dashiell postanawia pójść na całość. Zamierza wycisnąć z ryczącego pod maską ośmiocylindrowego silnika całą dostępną mu moc.

Dobra, Maltanku, mówi Dashiell, życz mi szczęścia. Maltanek nie odpowiada, jest przecież figurką doczepioną do breloczka. Natomiast zawartość Maltanka spełnia prośbę człowieka.

 Zawsze. Jest. Gdzieś. Jakiś. Pociąg.

 Zdumiony Dashiell przeciera oczy. W oddali, z nagłego błysku oślepiającego światła, wyłaniają się tory kolejowe i sunący po nich pociąg towarowy. Jest też przejazd. Dashiell nie ma czasu na przeanalizowanie tego, co właśnie ujrzał. Wyciska z Challengera ostatnie poty. Monstrualny pochłaniacz paliwa ryczy jakby był smokiem zionącym ogniem. Barracuda i Camaro zostają w tyle. Pociąg jest coraz bliżej. Też ryczy. I gwiżdże do rytmu. Potężną lokomotywę dzieli od przejazdu raptem kilkanaście metrów. Z rozdziawionej gęby parowej bestii sterczą zakrzywione siekacze i długi, gruby jęzor, rozsiewający dookoła brunatną ślinę. Spłaszczone ślepia tętnią żółtym blaskiem. Dashiell zamyka oczy. Nie chce tego widzieć. Ani potwornego pociągu, ani momentu zderzenia. I nie widzi. Challenger, podskakując na torach, przejeżdża tuż przed świńskim ryjem lokomotywy. Ląduje twardo po drugiej stronie przejazdu. Barracuda i Camaro mają mniej szczęścia. Oba samochody wbijają się w wagony rozpędzonego pociągu. Stalowa bestia, mimo wykwitłych w niej eksplozji, pędzi dalej, by zmieniwszy się w niewyraźną plamę ścigającą horyzont zniknąć w obłoku światła.

Dashiell spogląda spode łba na Maltanka. Przychodzi mu po raz pierwszy na myśl, że ma przed sobą coś więcej niż tylko figurkę, którą dwadzieścia lat temu ukradł pewnej kobiecie. Przez moment chce nawet pójść tropem tej myśli. Zobaczyć, dokąd go ona zaprowadzi. Ale uświadamia sobie, że nie ma na to czasu. Klątwa wciąż działa. Niedługo pojawią się inni zmarli we wspaniałych maszynach. Wzrusza więc ramionami i wrzuca pierwszy bieg.

Dodge Challenger kieruje się ku górom.

            *

Góry są górami. Zapadła mieścina – zapadłą mieściną. A noc – ciepła, bezksiężycowa noc – nocą. Tautologiczność okolicy przytłacza Dashiella. Wyciska z niego resztki entuzjazmu, nadziei i odwagi. Zapomniał już, jak bardzo przygnębiającym miejscem jest nieformalne królestwo Hermana aHahHaysa.

Herman Hays. Poznali się przypadkiem, w okolicznościach, o których Dashiell wolałby zapomnieć. Nadal miewa koszmary o oślizgłym plugastwie, które wypełzło z podszewki rzeczywistości, aby zabić Hermana. Bez wątpienia Dashiell uratował mu wtedy życie. Potem Herman zneutralizował klątwę. Już wtedy był pijakiem, w dodatku na bakier z higieną. Cuchnął gównem i z nostalgii za czasami świetności pakował się w kłopoty. Dashiell nie poznał szczegółów jego historii. Wiedział jednak, że jeśli istnieje jakiś mag, to jest nim Herman Hays.

Dom Hermana znajduje się na wzgórzu, na końcu dzielnicy pełnej zrujnowanych i wyludnionych amerykańskich snów. Dwupiętrowa rudera, której czasy świetności skończyły się w późnych latach siedemdziesiątych. Do zarośniętego bluszczem domiszcza nie pasuje żółty Dodge Charger, zaparkowany przy krawężniku. Wszystko dookoła nosi ślady ptasich gówien. Wszystko poza samochodem. Rocznik 1966, ocenia Dashiell. Cacko. Zatrzaskuje drzwi Challengera i podchodzi bliżej. Kręci z podziwem głową. Charakterystyczna żółć na zewnątrz, w środku – czerń. Silnik siedmiolitrowy. Obowiązkowe osiem cylindrów. Potwór. Legenda. Symbol czasów, których prawdopodobnie nigdy nie było. Dashiell uśmiecha się do swoich wspomnień. Jeździł kiedyś takim samochodem. Razem ze swoim najlepszym przyjacielem. Pojechali nim nie tylko do piekła i z powrotem. Dotarli również na drugą stronę lustra. I, pomijając klątwę rzuconą na Dashiella, wrócili cali i zdrowi. Potem jednak coś się między nimi zepsuło. Czasy przyjacielsko-złodziejskiej prosperity minęły bezpowrotnie. Każdy poszedł własną drogą. Mike Raft porzucił przestępczy fach. Dashiell – wręcz przeciwnie. Zaczął pracować dla mafii. A teraz – ta myśl odbija się echem w brudnym wnętrzu Dashiella – Mike Raft nie żyje. Został zamordowany. Być może od osoby, która przyjechała Chargerem, Dashiell dowie się przez kogo. Bierze głęboki wdech i podchodzi do drzwi rudery. Naciska klamkę i zamiera w połowie ruchu.

Przyszłość kłębi się w progu.

Powiadają, że papier przyjmie wszystko. Nieskończona rzeczywistość, zdolna pomieścić wszelkie możliwe historie, przyjmie jeszcze więcej. Dashiell wie, że jedną z nich jest jego historia. Historia człowieka, który niespodziewanie wyszedł z baru. Nie był pierwszym, który to zrobił. Nie był też ostatnim. Znalazł się jednak w gronie osób, które w ten sposób rozpoczęły wyścig z własną przeszłością. Ale tylko Dashiell zakończył go w mieścinie, która dawno temu zniknęła z wszelkich map. W domu, którego właściciel również został zabity.

Herman Hays siedzi w fotelu w pokoju pełnym brudu, śmieci i pajęczyn. Nie śmierdzi gównem, lecz czymś gorszym – rozkładem. Potykając się o porozrzucane na podłodze puste butelki, Dashiell nachyla się nad zwłokami. Ktoś poderżnął Hermanowi gardło. Od ucha do ucha. Niemalże odciął mu głowę. Uwagę Dashiella przykuwa jakiś hałas przy drzwiach. Odwraca się ku nim, unosząc rewolwer, a wtedy zimna dłoń zabitego zaciska się na jego lewym nadgarstku. Truposz zrywa się z fotela, drugą ręką chwytając Dashiella za gardło. Głowa zmarłego, trzymana resztkami skóry, mięśni i kości, kołysze się w przód i w tył, kłapiąc chudymi szczękami, pełnymi pożółkłych zębów. Dashiell wymierza zwłokom potężny cios w czoło. Pokiereszowana głowa odrywa się z trzaskiem od trzymających ją resztek i spada na podłogę. Trzy kule, jedna za drugą, rozrywają brzuch ożywieńca na strzępy. Umarlak puszcza Dashiella, zatacza się do tyłu i zalega bez ruchu na fotelu.

Witaj, za plecami kierowcy rozlega się znajomy acz dawno niesłyszany głos. Dashiell wykonuje szybki półobrót z jednoczesnym przyklękiem, pół sekundy poświęca na wycelowanie, następnie pociąga lekko za spust. Za wolno – gdy kobieta gwiżdże, skórzany rzemyk na prawym nadgarstku Dashiella zaciska się boleśnie. Dashiell wypuszcza mimowolnie rewolwer. Powiedziałam „Witaj”, powtarza kobieta.

Wciąż oszałamia urodą.

*

Spotkali się dwadzieścia lat temu. Dashiell bardzo dobrze pamięta tamten dzień, a raczej tamtą noc.

Było mroczno i ciemno. Po obu stronach lustra. Wskaźnik prędkości Dodge’a Chargera (rocznik 1966) oscylował wokół 100 mil na godzinę. Przednie reflektory wykrawały z namolnych ciemności świetlisty szlak. Mike Raft, przyjaciel i partner Dashiella, inkantował pod nosem tekst starożytnej modlitwy. Dashiell ściskał nerwowo kierownicę. Teraz przyśpiesz, szepnął Mike. Dashiell wcisnął mocniej pedał gazu. Rzeczywistość przed przednią maską zafalowała. Rozbłysła snopem iskier. Zza rozdarcia w jej teksturze wyjrzał obcy księżyc. Dashiell spojrzał w przednie lusterko – ich rodzimy świat oddalał się w zastraszającym tempie. Z leśnej drogi zjechali na usiane kamieniami dno wyschniętego jeziora. Udało się! – krzyknął Mike. Na urwisku górującym nad przeciwległym brzegiem wznosiła się monstrualnych rozmiarów wieża. Na tle granatowego nieba, w trupim blasku dwóch księżyców, sprawiała wrażenie odlanej w chaotyczny sposób z wosku. Mamy godzinę, przypomniał Mike. I miał rację. Sześćdziesiąt minut na dostanie się do wieży, wyeliminowanie strażników, odnalezienie skarbca, zapakowanie fantów i powrót do samochodu. Sześćdziesiąt minut na ustawienie się na resztę – oby długiego! – życia.

Kiedy weszli do wieży, oślepił ich promień czerwonego światła. Mike strzelił trzy razy w kierunku jego źródła, a Dashiell zasłonił oczy…

…gdy znów je otworzył, ujrzał wnętrze ciasnej, cuchnącej szczynami i wilgocią więziennej celi. Nie zagrzał w niej miejsca. Kwadrans później w wieży wybuchła rebelia. Ktoś uwolnił i uzbroił więźniów. Dashiellowi wciśnięto do ręki miecz o poszczerbionym ostrzu. Dashiell nie znał tych gniewnych, hałaśliwych ludzi, nie rozumiał ich skrzeczącego języka, ale domyślił się, że chcą, aby walczył ze służącymi wiedźmie wojownikami, którzy wyglądali jak barbarzyńcy z opowiadań Howarda. Złodziej wykorzystał najbliższą okazję, aby wymknąć się do pozostawionego u podnóża urwiska samochodu. Z bagażnika zabrał śrutówkę i wrócił po Mike’a.

Odnalazł go w podziemiach, na końcu plątaniny zdradzieckich korytarzy, w ogromnej świątyni, poświęconej jakimś plugawym bóstwom. Nie poszedł tam sam. Podążał za rebeliantami. Ich przywódca – ponury gigant o rudych włosach, wywijający z łatwością ogromnym toporem – wiedział, gdzie przebywa wiedźma. Dashiell przypuszczał, że zastanie z nią przyjaciela. I nie pomylił się. Kiedy rebelianci wtargnęli do świątyni, atakując z furią barbarzyńskich wojowników, Dashiell ujrzał wiedźmę. Stała na podwyższeniu zajmującym centralne miejsce sali, tuż przy kamiennym ołtarzu, na którym leżał roznegliżowany Mike. Biedak był nieprzytomny. Wiedźma wznosiła nad jego piersią nóż. Cóż, kobiety miały słabość do Mike’a. Wszystkie kobiety – nawet jeśli nosiły zapinany pod szyją czarny płaszcz, skromną przepaskę biodrową, sięgające do kolan skórzane buty oraz symboliczną biżuterię okrywającą wzgórki obnażonych piersi.

Przez salę przetoczył się huk wystrzału. Roznegliżowaną wiedźmą szarpnęło do tyłu, zachwiała się i spadła z podwyższenia, prosto pod nogi przywódcy rebeliantów. Dashiell przeładował śrutówkę i podbiegł do przyjaciela, który zaczął odzyskiwać przytomność. Nie czekali na rozwój wydarzeń. Gdy tylko Mike doszedł do siebie, wymknęli się bocznym korytarzem. Na zewnątrz, do samochodu i do domu. Na właściwą stronę lustra.

Wiedziałem, że przeżyłaś, mówi Dashiell. Wiedźma unosi brwi. Naprawdę? – odpowiada. Klątwa, bardzo zmyślna, wyjaśnia mężczyzna. Wiedźma uśmiecha się tak samo, jak wtedy gdy wznosiła nad piersią Mike’a ofiarny nóż. Dashiella przechodzą ciarki. Nie podoba mu się ten uśmiech. Ani to, że wiedźma, mimo swej olśniewającej urody, wygląda dość zwyczajnie – seksowne buty, skromną przepaskę biodrową, fikuśną biżuterię i czarny płaszcz zastąpił szykowny strój biznesowy. Nie rzuciłam na ciebie klątwy, kochaniutki, odpowiada wiedźma. Dashiell zaciska zęby. Jest nieco zbity z tropu. Jak to? – pyta i uświadamia sobie, że kobieta w bardzo naturalny sposób posługuje się językiem angielskim. To nie byłam ja, lecz… zawartość figurki, którą ty i twój przyjaciel ukradliście kurierowi. Istota uwięziona w figurce spełnia życzenia. Być może wypowiedziałeś w jej obecności „Niech będę przeklęty, bo coś tam coś tam”, a ona wzięła twoje słowa za życzenie. I klątwa gotowa. 

Tym razem to brwi Dashiella wędrują w górę. Jakiemu kurierowi? – w jego głosie rozbrzmiewa histeryczna nuta. Uśmiech wiedźmy jest łagodny. Pełen słodyczy. Jej dotyk elektryzuje. Dashiell wzdryga się, gdy kobieta chwyta go za podbródek. Na północy mojej krainy leżą góry, w ich głębinach rozciągają się podziemia, pozostałość po jakiejś upadłej cywilizacji. W podziemiach znajdował się posążek sokoła. W posążku… już wiesz co. Najęłam kilku awanturników, by zdobyli dla mnie ten posążek. Ale ty i twój przyjaciel zabiliście i ograbiliście ostatniego z nich. Ukradliście mu posążek. Chcę go odzyskać.

 Maltanka? – upewnia się Dashiell. Wiedźma spogląda na niego przez dłuższą chwilę, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała. Wreszcie rozpromienia się i kiwa głową. Tak, Maltanka. Twój przyjaciel powiedział, że to ty go wziąłeś. Miał rację? Dashiell milczy. Uśmiecha  się hardo. Więc wiedźma pstryka palcami. Raz. Drugi. Trzeci. Rzemień wrzyna się w skórę. Dashiell nie powstrzymuje łez. Zabiłaś Mike’a, stwierdza łamiącym się głosem. Wiedźma wzrusza ramionami. Kierowca nie słyszy jej odpowiedzi. Nie dlatego, że jest mu już wszystko jedno, bo nie jest. Nic z tych rzeczy. Po prostu terkot karabinów maszynowych, który wypełnił pokój, zagłuszył wszystko. Nawet skotłowane myśli Dashiella. Luigi i Fernando, ochroniarze Alfreda Boncianno, szatkują wiedźmę rytmicznymi seriami z Kałasznikowów. Kobieta podryguje jak szmaciana lalka. W końcu, gdy karabiny milkną, jej zwłoki zalegają na podłodze w kałuży krwi. Luigi i Fernando wymieniają zużyte magazynki na nowe.

Kurwa! – krzyczy Dashiell. Też się cieszymy na twój widok, dupku, odpowiada Luigi. Pan Boncianno przesyła pozdrowienia, dodaje grobowym głosem Fernando. Jak mnie odnaleźliście? Luigi uśmiecha się szelmowsko. GPS w twoim samochodzie, odpowiada, pan Boncianno chciał mieć cię na oku.

Ochroniarze szefa noszą szyte na miarę garnitury i błyszczące buty ze skóry. Każdy z nich ma na sobie kilka tysięcy dolarów. I korowody grzeszków za uszami. Są groźni. Dashiell podnosi swój rewolwer i wsuwa go do kabury pod pachą. Co teraz? – pyta. Teraz, odpowiada  Fernando, oddasz nam Maltanka. I wrócisz na przerwany urlop. Przez moment Dashiell myśli, że gangster żartuje. Na twarzy Fernando nie ma jednak cienia uśmiechu. Jedynie posępna powaga. Może o tym nie wiesz, ale pana Boncianno interesują takie przedmioty, wyjaśnia Luigi. Dashiell kręci z niedowierzaniem głową. Ryzykuje pytanie. Rozumiem, że nie mam wyboru? Luigi przewraca oczami. Fernando głaszcze karabin. Cholera, myśli Dashiell, gdy nie dostaje innej odpowiedzi. Nie ma wyjścia. A chce żyć. Wychodząc z pokoju, spogląda po raz ostatni na zwłoki wiedźmy.

Wkrótce ogień pochłania dom Hermana Haysa. W powietrzu unosi się ostra woń benzyny. Płomienie widać z odległości kilku kilometrów.

 *

Szybciej. Przed siebie. W ciemność. Koła połykają asfaltową nawierzchnię. Dashiell stuka palcami w kierownicę. Głośna muzyka powstrzymuje sen. W oddali rozbłyska niebieski neon przydrożnego motelu. Za motelem widać stację benzynową i bar. Silnik Challengera gaśnie na parkingu. Noc jest chłodna. Księżyc w pełni. Gwiazdy migoczą. Dashiell wynajmuje pokój. Kiedy wraca po swoje rzeczy do samochodu, zauważa zaparkowanego przed barem żółtego Dodge’a Chargera. Spogląda na okna baru i dostrzega przy jednym ze stolików rudowłosą dziewczynę. Dziewczyna czyta jakąś książkę i wcina hot-doga. Dashiell wchodzi do środka. Dźwięk dzwonka przy drzwiach odrywa Nancy od lektury. Rudowłosa marszczy brwi i nosek. W końcu rozpoznaje Dashiella. Uśmiechają się do siebie.

Dwie godziny później Nancy budzi się w motelowym pokoju, zsuwa nogi z łóżka i podchodzi do okna o podniesionych roletach. Jej szczupła sylwetka odcina się od jasnego nieba krzywiznami piersi, brzucha i bioder. Dashiell obserwuje dziewczynę. Leży nagi w skotłowanej pościeli. Nancy przyciska do chłodnej szyby sutki. Drży. Gwiazdy gasną. Chmury zasnuwają księżyc. Nie powiedziałam ci prawdy o moich rodzicach, odzywa się Nancy. John Margolis i jego żona nie są moimi biologicznymi rodzicami. Adoptowali mnie, gdy miałam dwa lata. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam do ich domu. To bardzo dobrzy ludzie. Wiele im zawdzięczam. Ale jeszcze więcej zawdzięczam mojej biologicznej matce. Widzisz, Dashiellu, ona wcale mnie nie  porzuciła. Była ze mną przez cały ten czas, który spędziłam tutaj, w waszym świecie. Oglądała wasz świat moimi oczami. Poznawała go razem ze mną. W pewnym sensie ponownie przeżyła dzieciństwo, dojrzewanie, bycie nastolatką, młodą dziewczyną. Wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze, Dashiellu?

Mężczyzna nie sili się na  odpowiedź. Celuje starannie. Nie chce spudłować.

Niedawno poznałam mojego biologicznego ojca. Okazał się fascynującym człowiekiem. Niestety, zmarł kilka dni po naszym pierwszym i ostatnim spotkaniu. Był twoim najlepszym przyjacielem.

Palec Dashiella zamiera na spuście.

*

Szybciej. Przed siebie. W ciemność. Koła połykają asfaltową nawierzchnię. Nancy stuka palcami w kierownicę. Głośna muzyka stymuluje wydzielanie adrenaliny. W oddali rozbłyska niebieski neon przydrożnego motelu. Silnik Chargera nie gaśnie na parkingu. Samochód pędzi dalej. Nancy kończy rozmawiać przez telefon. Tak, mamo. Tak, zabiłam tych Włochów. Nie, nie było z tym żadnych problemów. Tak, będę na pewno. Zadbaj o siebie. Dwie rytualne ofiary i będziesz jak nowo narodzona. Spotkamy się w posiadłości Margolisów. Pa. Komórka ląduje na siedzeniu pasażera, obok kartonowego pudełka, z którego dobiega skrobanie. Nancy przeszukuje stacje radiowe w poszukiwaniu jakiejś ze swoich ulubionych piosenek. Z głośników płyną pierwsze takty „Nah neh nah” Vaya Con Dios. Pod przednim lusterkiem kołysze się breloczek z figurką sokoła, a w pudełku odcięta męska dłoń przebiera nerwowo palcami.

Wewnątrz dłoni rozbrzmiewa krzyk Dashiella.

Advertisements
  1. dobre to, nawet bardzo dobre 😉
    przeczytałem z przyjemnością i nawet brak happy endu wybaczam 😉

  2. Cóż, historia dobrze się kończy, choć nie dla wszystkich 😉
    A tekst bardzo bardzo udany 🙂

  3. Pomysły w tekście bardzo udane, ale polemizowałabym z formą. Nie dlatego, że zaparłam się na formy klasyczne, tylko dlatego, że to jest coś w rodzaju streszczenia historii. Na całą historię zbyt monotonne i przez to męczące, a w konsekwencji trzeba się doszukać tego, co dobre. Forma gubi treść, która jest warta … lepszej formy 😉

  4. Świat przedstawiony, postaci, problemy i fabuła – miodzio. Niemniej czytając te hiper-krótkie zdania, w pewnym momencie czułam się jak perso-nifi-kacja-ma-szyny-do-szy-cia. Takie KRÓTKIE ZDANIA bywają toksyczne; zwłaszcza dla ludzi z dużą wyobraźnią (nie chwaląc się ;-)). Eksperymenty z narracją w czasie teraźniejszym – po „Piaskunie” stwierdzam, że da się, więc jestem otwarta na takie sztuczki, toteż gdyby nie TE KRÓTKIE ZDANIA, byłoby wybitnie cudownie. Mam jeszcze wątpliwość co do frazy „Było mroczno i ciemno” ;P. Poza tym (zwłaszcza TYMI KRÓTKIMI ZDANIAMI), lektura fascynująco makabryczna. Wiedźmy rulez, że o zombie nie wspomnę.

  5. Dziękuję za pochwały i uwagi krytyczne. Pisząc „Maltanka”, miałem w pamięci styl niektórych opowiadań Claude Lalumiere’a i noweli Kirsten Alene pt. „Love in the time of dinosaurs”. Zwięzły, treściwy, oparty na krótkich zdaniach. Nie kryję, że lubię taki styl. Chociaż „Maltanek” jest dopiero moim drugim lub trzecim opowiadaniem napisanym w taki sposób. Zdania w pozostałych są zdecydowanie dłuższe. Np. w „Krokach w kuchni”:

    http://heavy66metal.blogspot.com/2011/09/bez-tytuu.html

  6. […] zeszłym tygodniu zostawiłem na stole plik kartek z opowiadaniem „Maltanek”. Gdy wróciłem z łazienki, zrelaksowany prysznicem, kartki były puste. Literki uformowały dwie […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: