polskie centrum bizarro

„Drabble Diablo Bizarro” by Rafał Kuleta (1/2)

In Opowiadania on Styczeń 17, 2012 at 6:00 am

Dzisiaj przedstawiamy Wam próbkę twórczości Rafała Kulety. „Drabble Diablo Bizarro” to odważna wyprawa na gorące pogranicze światów Bizarro i Drabbli… Ale czy rzeczywiście istnieje pomiędzy nimi jakaś granica? Czy nie jest tak, że prawdziwe Drabble i równie prawdziwe Bizarro mają ze sobą wiele wspólnego? Przekonajmy się. Materiału do eksperymentu dostarczył profesor Drabblistyki Stosowanej, facet, który o Drabblach wie więcej, niż one same. Brzmi zachęcająco? To zapraszamy do lektury. Warto!

Poniżej część pierwsza. Kolejna nastąpi wkrótce.

 Drabble Diablo Bizarro 1/2

Ogólnie pochmurno z nielicznymi rozchmurzonymi przebłyskami

Rozprute worki chmur chmurzą się, pochmurne pierze rozsypuje się po skórze, chmury znów w humorze, nurzają się w nieboskłonie, pokłonione przeżyciom wyższym, ekstatycznym.

Rozniosło się gromem gromów po ogromie groźnym, zimnym, mroźnym, zaśnieżonym. Poniosło lawiną grzmotów, falą błyskawic, ścianą elementarnej rozpaczy. Niebo skuło swą szeroką gębę lodem. Zamarzła ziemia. Zamarł ruch na chorej, wykrochmalonej planecie. Przyszedł deszcz i pozbierał trupy, truchła zakonserwowane na struchlałych obliczach nielicznych tych, którzy przeżyli przejście ze stanu stałego, przez ciekły do ulotnego. Z nich właśnie żywioły uformowały nowe życie. A potem gnicie, rozkład, bezład, ponowne narodziny, chrzciny ku nieokreślonej przyszłości, która nigdy się nie rozchmurzy.

Próby samoregulacji

Obudził się rozregulowany. Punkt zaczepienia wymykał się, przeskakując z jednego chaotycznego momentu na drugi. Chciał poskładać choć jedną sensowną myśl, lecz te unikały wszelkiej kontroli umysłu.

Wzrok rozbulgotany. Podniósł głowę, jednak ta czynność sama się sparodiowała i sklonowała. Nie dość, że poczuł, jakby podnosił kilkadziesiąt swoich głów na raz, to jeszcze odczuł dyskomfort trudnej do określenia bezsilności, że zamiast wstawać, wciąż tylko bezładnie spadał. Naprawdę pojebane uczucie.

Wzrok stoczył się na podłogę wyłożoną złożonym położeniem: uduszona poduszka usłana lepkim, gąbczastym, krwiście krwistym żwirem, pozostałością po mózgu, który przyśnił mu się w koszmarze wyśnionym w innym koszmarze, którego również nie przeżył.

Spasiona miotem ciężarówka

Jechała taka wielka, spasiona, dumna, ciężarna ciężarówka. Ciężarowcy zazdrościli szczęśliwemu koledze, szesnastokołowemu tirowi, przyszłemu ojcu, a sami po cichu, w nieśmiałych wyziewach spalin, wzdychali do swoich własnych ciężarówek marzeń, lśniących i śmigających po autostradach na dalekim, odległym horyzoncie rozjazdu.

Ciężarna ciężarówka zmachała się, spociła, przegrzała. Stanęła na poboczu, żeby odsapnąć. W środku wszystko ją łaskotało, gilgotało, drapało, swędziało. Szczeniaki wierciły się niecierpliwie, gotowe na start po własnej, nowej autostradzie życia.

Chyba już nadszedł czas. Ciężarówka postanowiła, że urodzi na następnym postoju. Niech się gówniarze sami zaczną martwić o tankowanie, galwanizację, przeglądy techniczne, takie tam odjazdy. Samej też będzie jej lżej.

Butelka ze szkła kuloodpornego

Stefan-Staszek dopił piwko. Zadowolony otworzył górną szczękę kosza na śmieci. Ta już się śliniła. Butelka wpadła z brzękiem odbijanego szkła. Śmietnik ścisnął gardło, mięśnie gotowe do przełknięcia, ale zaraz charknął, warknął, wykaszlał butelkę, która wcale nie miała zamiaru skończyć w trzewiach śmieci. Wyskoczyła, potoczyła się rytmem szkła szeleszczącego, szeptanego, szemranego. Zaskoczyła Stefana-Staszka, znęcającego się nad kolejną butelką. Bunt. Niedopita, wyrwała się z łapsk, rozlała złocisty trunek. Stefan-Staszek w szał. Kop w butelkę. Specjalnie hartowane szkło kuloodporne odbiło kopnięcie, które czkawką przetoczyło się przez trzewia mężczyzny. Zdziwiony zatoczył się, roztoczył i wytoczył z siebie litr czystych gazów eksplodujących na wysokości oczu.

Zdążyć, no, muszą zdążyć, no!

Kolejka-pielgrzymka do kasy biletowej długa na jakieś kilkanaście kilometrów, plus minus kilkadziesiąt. Może zdążą z budową taboru! Roboty wrą całą parą, choć nie robią kolei parowej, lecz pospieszny na miarę naszych możliwości.

Montują ostatnie elementy, jazda próbna i będzie stykać!

Styka. Kolejka podchodzi do kasy w momencie, kiedy świeżo zmontowany tabor wyjeżdża na szyny. Parę dni zajmuje zakup biletów. Teraz już tylko szybko na dworzec! Pociąg właśnie podjeżdża. Kolejka wbiega na peron… którego nie ma!

Pociąg w stresie. Wjeżdża właśnie na dworzec, kolejka z biletami wbiega też, a oni wciąż budują peron! No nie ma takiej opcji, żeby nie zdążyli!

Krzesła

Krzesło usiadło na krześle i wzięło na kolana drobne krzesełko. Rozkrześlone wykrześlnie krześlątko przysnęło krzesławo. Krzesło z niepokojem zerkało przez krzesłokno.

Zakrzesłane i rozkrzesłane krzesła wspinały się po drabinie z krzeseł aż do dziesiątego piętra krzesła wykrzesłowanego z dwudziestu pięciu pięter usłanych krzesłami, filcowanymi nogami, siedzeniami i oparciami. Na dziesiątym piętrze bawiły się liczne krzesła tańczące na krzesłopłytkowej podłodze. Jedno z krzeseł pokłóciło się z drugim krzesłem i wyskoczyło na główkę oparcia, roztrzaskując się na asfaltowym krześle wyłożonym brukowanymi krzesłami. Podkrzesłowały inne krzesła. Skrześliły się i rozeźliły. Rozlazły się, wybrakły, z farby zblakły, zbladły, przysnęły na krzesłowężniku. Krześlątko wykrzesłowywało krzesłosny.

Biegnie człowiek z ciężkim wiadrem

Wiadro się chybota, dygota, łopota na wszystkie strony. Nagle człowiek ślizga się i upada. Wiadro wylatuje mu z ręki i wpada pod nogi innego biegnącego człowieka z wiadrem, który koziołkuje przez zawartość własnego rozlanego wiadra. Kolejne wiadra same potykają się o siebie, toczą, łoskoczą, rączki furkoczą na wietrze. Coraz więcej mężczyzn ślizga się na rozlanej zawartości z wiader, upada, o glebę chlaszcze, klaszcze kończynami, rozlewa się płynami ustrojowymi z wiader ciał.

Biegną fantomy z mężczyznami w widmowych łapach. Każdy mężczyzna trzyma wiadro z płynną duszą. Fantomy ślizgają się i upadają, rozsypując mężczyzn, wiadra i siebie na duchy bez duchowej zawartości.

Wieloryb o kaloryferowatym sercu

Złożonokręgosłupowatość i rozłożonowyłożeniowatość, skomplikowanowykładniowatość wielorybiego, kaloryferowatego serca przewyższała strukturalność logicznoprzyczynoskutkowozachowawczej sinusoideowooscylatorowatości serc innych bioetyloindustrialnych wielorybów z jego grupy zespołów podwielozbiorowych, które wpływypływapłynęły po nadpodpowierzchni możliwościowatych, opornooportunistycznych wyfalowań oceanu źrenicowatych oczu. Płynął więc wpływając w płynny płyn płonnych płomieni wypłowiałego płótna, które trawił wyfontannowatymi sokami wytryskującymi ze spermy trawiennowatości.

Wyżłobione ze żlebu kaloryferowate serce wielgachnego wieloryba nie pragnęło, nie garnęło się, nie ogarniało gigantyczności, wielkości, do której stworzyła je kreatura skretyniałej natury. Ale biło, tłoczyło, bełkotało, wiało, dęło, wzdęło, wodziło, przewodziło mieszankowatą krwionośność głównego nośnika krwi.

Wieloryb wielorybił się, transując na wiele wielowatości, fiszbinowatych ości, ostrygowatości, rozgwiazdowości, zośmiorniczeń, udziwacznień i zdziecinnień.

Analność orgiastyczna okładek książek

Na owłosionym łonie półki, na łożu kurzu mechatego, jak futro przyjemnego, stał rządek napalonych książek. Wszystkie praktykujące lesbijki. Zdarzały się związki hetero, ale te należały do rzadkości. Bywało, że album z książką niespodziewanie łączyli się w parę gorącą, namiętną, ale to naprawdę wyjątki. Zadowolone zaspokajały się okładkami i stronicami. Czytelniczkowate orgie trwały całymi latami. Zaspokajały treści i szeleszczące doznania. Okładkowy glitter i glamour, błyszczyk i elegancja.

Na 69-tej stronie kwitły obrazy liczne, znamienite. Brały i lizały, wycierały się piersiami o anal, jedna z drugą zaznajamiając się, zapoznając i robiąc sobie dobrze w zakresie pozycji i treści najbardziej odpowiadającym ich gustom.

Zabierzcie mnie do szpitala na skraju urwiska!

Muszę dostać się do szpitala na skraju urwiska zwisającego z gloniastej rzęsy lewitującego parzydełka gigantycznej meduzy, pod której parasolem schroniły się wyspy zawiedzenia i zranionych, rozgwiazdowatych serc.

Wiszę na krawędzi parapetu spiralnej trąby słonia morskiego. To mój tymczasowy azyl, schronienie przed hordami napierdalającej ze wszystkich stron ośmiornicowatej adrenaliny, której macki penetrują wielorakie otwory wewnątrz mnie i na zewnątrz mojej rozdwojonej, potrojonej, sześcianowatej, kubistyczno-dadaistycznej jaźni.

Nie mam żadnych szans. I tak mnie dorywają, skurwysyny, patroszą, szarpią szczątki, poniewierają, poniżają, gwałcą i uśmiercają, raz za razem, jak jakieś gównowarte, chujowate automaty. Wizja szpitala odchodzi, jak wizja mnie samego, rozjebanego doszczętnie w środku.

No to lecimy dalej

Mogłem zmetamorfować się w dowolność, przyjmując jej bezkształtność, świadomość, osobowość, duchowość, sumienie, wszelkie aspekty personalizacji, i wcale nic nie tracąc z człowieczeństwa, przeciwnie – jedynie zyskując. To zajebiste uczucie móc się zmieniać w cokolwiek, zachowując przy okazji wszystkie cechy siebie. Dokładnie jak we śnie. Tyle że w snach zmieniałem się w monstra, więc jednak wolałem jawę.

Żeglowałem po niebie żyrafą z szyją w ciele pytona. Inni ludzie latali słoniami, patyczakowatymi lotniami, jeden człowiek unosił się ptasznikiem o głowie muchy.

Chmara chmur przede mną. Cykady. Mnóstwo cykad. To kobiety. Przepiękne, przezroczyste. Zagłuszają anachoretyczne tęsknoty, pozwalają zapomnieć o sobie w oderwaniu od bezosobowości.

Aż dwa sześciopaki

Szedł sobie kolo, wielki taki, bardziej szeroki niż wysoki, okrąglutki, pulchniutki, z bebzonem pękatym, dumnie obnoszonym wszem i wobec.

Magazyny – metroseksualne żurnale – trzepotały zażenowanymi kartkami. Dyktujemy trendy, modę, styl bycia, nawet wydalania, wszystko musi być bezwzględnie fotoszopowane, ulepszane, upiększane, wymodelowane, wymakijażowane. A ten? Wstyd i hańba.

Grubas z puszki strzelił, przechylił, beknął. Chwycił pierwszy lepszy magazyn za fraki, i – mimo protestów strojnisia-pięknisia – otworzył bebechy. Wysypały się flaki reklam. Grubas zarechotał. W artykule zdjęcie z ciachem o wyrzeźbionym sześciopaku. Wzruszył ramionami. „Ja mam dwa sześciopaki. Jeden tu,” pogładził bebzon, „a drugi w lodówce.” Lolnął czasopismo i zadowolony z siebie poczłapał dalej.

Advertisements
  1. hehe, a ja mam trzy sześciopaki. Przynajmniej w planach 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: