polskie centrum bizarro

„Drabble Diablo Bizarro” by Rafał Kuleta (2/2)

In Opowiadania on Styczeń 24, 2012 at 6:00 am

Słowo się rzekło: drabble u płota. Dzisiaj część druga – niestety, na jakiś czas ostatnia – Drabbli Rafała Kulety. Tak to już jest, że wszystko co dobre szybko się kończy, nawet jeśli rzecz się dzieje na niedobrych literkach.

Ale bądźcie pełni nadziei, bowiem ciekawych rzeczy u nas jeszcze nie koniec…

 Drabble Diablo Bizarro 2/2

Dziecko-kula

Samotny ojciec toczył przed sobą dziecko-kulę. Mały potrafił się rozpędzić, stracić kontrolę i wpaść na przypadkowych ludzi. Nie było to grzeczne, a już na pewno niezbyt zdrowe.

Spacer jak zwykle. Dziecko-kula toczyło się spokojnie. Nagle rozpędziło się i zderzyło z pewną piękną panią, przebiło jej łono, gdzie się zadomowiło. Pani urodziła je i pokochała jak swoje.

Inaczej było z mężczyzną. Tzn. pani nie była zainteresowana. Pan próbował,

podchody-schody, niemrawo wychodziło. Rozeszli się bezszelestnie.

Dziecko-kula zostało u pana. Dalej toczyło się i odbijało od ludzi. Ojciec wciąż miał nadzieję, że kiedyś znów wpadnie na kogoś, kto odwzajemni jego smutek i żałość.

Sierotka-śniegotka

Tańczyła na skraju czasu, na wyspie lasów bez drzew. Wszędzie pełno rozszumionej ciszy. Co rok na wiosnę umierała, a później przyjmowała najróżniejsze postaci, zawsze tak samo znikome jak oryginał. Nikt się nią nie opiekował, więc szybko umierała, głównie od promieni słonecznych, którymi nie potrafiła się cieszyć.

Pewien Eskimos samotnik, który przysiągł sobie celibat po śmierci ukochanej żony Wielorybicy, spotkał ją konającą w zieleniejącej się, wiosennej trawie. Zabrał

sierotkę-śniegotkę do swojego igloo na skraju zwisającego z przepaści morza.

Oddała mu się całym chłodem i niedostępnym wdziękiem. Urodziła mu kilka miliardów dzieci. Odtąd w okolicy nieustannie padał radosny, dźwięczący dziecięcym echem-śmiechem śnieg.

Elektrociepłownia na Ołowiance

Hala turbin. Nieotynkowana cegła, kute żelazo. Turbiny parowe jeszcze cicho świszczą, piszczą, gwiżdżą, świergocą i szczebiocą. Piece rozgrzewają się do czerwoności, pomarańczowości, białej gorączkowości. Kotły drgają, zgrzytają, podgryzają się, przedrzeźniają. Przeraźliwe krzyki, syki, chaos, hurma hałasu, chichy, ryki. Wszystko się niecierpliwi, panikuje, obłokuje parą kłębiastą, puszczastą, czasami puszczalską, ale czego się nie robi dla sztuki.

Bo już za chwilę ruszą industrialne doznania, wezwania i wyzwania. Na widowni sama śmietanka: instrumenty dęte, wzdęte, nadęte też, niektóre przynajmniej sceptycznie nastawione.

Turbiny, pompy, rury roztoczą błony tonów, dziwnych dźwięków i rozdźwięków, i oczarują wszystkich klasyków, nie tylko melomanów, w tej niezwykłej, neoindustrialnej filharmonii.

Bestialstwo

Na chodniku siedzi gołąb. Chory. Łebek wciśnięty między skrzydła. Uśmiechnięta twarz chłopaka. Wysoki, szczupły, przystojny. Nogi w bojówkach moro, adidasy. Nogi – ale nie chłopak, do którego należą, tylko same nogi – podchodzą do gołębia. Prawy but kopie bezbronnego ptaka, który przewraca się na jeden bok. Drugie kopnięcie, ptak przewraca się na drugi bok. Próbuje uciekać, ale tak bezradnie, bezładnie, bezskutecznie, śmiesznie, bo słychać śmiech gdzieś tam u góry. Nogi w bojówkach nożycują do gołębia. Kopniak trafia w mały łebek. Głowa ptaka odskakuje. Chciałaby się wyrwać. Daremnie. Zadeptany gołąb odlatuje.

Przecież chłopak nic takiego nie zrobił. Jego nogi, ale to nie on.

Moja nowa zabawka

Na kilkunastu poziomach potrójnego pokładu ciągnącego się przez półtora kilometra, znalazło się lądowisko dla dwustu helikopterów, kilkanaście basenów, rzeka z wodospadem oraz naturalne jezioro. Wewnątrz pokładu ukryty jest kompleks jaskiń, które czekają na odkrycie. To była ta niespodzianka, którą mi obiecał armator. Nie będę się rozwlekał o specjalnych obudowach, ekstremalnym systemie obrony-samoobrony, jakichś tarczach ochronnych, czy nawet o systemie antynawigacji albo możliwości stania się niewidzialnym, bo to banały. Wspomnę tylko, że do dyspozycji mam trzy latające wyspy, każda wielkości przeciętnej metropolii.

Wiem, że moja zabawka może nie imponuje rozmiarami, w końcu to tylko zabawka, jednak kryzys ogólnogalaktyczny robi swoje, niestety.

Wybrani bogom

Szedł taki gościu, wysoki, zależy też dla kogo, typu: rządzę, bo mam piękną furę i wypasioną panienę. Szedł spacerkiem, luzik, paniena u boku, coś w sam raz dla zboczków onanizujących się na boku. No i sobie szli, rączka w rączkę, spoczko, fura na smyczy, dla większego lansu, ale żeby nadmiernie nie eksploatować.

Wybrani bogom.

Wybrali ich na ofiarę takiego jednego, któremu wszystko w życiu się popierdoliło i teraz szedł wkurwiony, nabuzowany, z maczetą większą od motyki, którą kilka dni temu przekopał słońce, dlatego klimat taki mroczny, posępny i w ogóle chujowy. Dla pary zakochanych, których maczeta też pokochała.

Bez wzajemności.

Kolejka do lejka z kawałka łakoci

W długim, ciągnącym się jak larwa sklepie „Stonoga”, w rozlazłej, tupocącej jak nogi stonogi kolejce stały indywidua: łysy kolo z czaszką z orzecha włoskiego – jego mózg zasymilował skorupę czaszki i tak to wyglądało; kobieta z sitem zamiast twarzy – jej tapeta wsiąkała i wynurzała się z ledwo dyszących porów; no i on, który stał sam, a potem to nawet usiadł, bo ktoś daleko przed nim kupił krzesło. W każdym razie był tylko on i samotność, która właśnie poszła zrobić sobie zieloną herbatę ze Smoczej Studni. Siedział i oglądał konsumentów konsumujących towary, czas i siebie samych. Przynajmniej w myślach na karcie kredytowej.

Rozmowy o niczym

Jałowe, wyjałowione, wysterylizowane rozmowy pełne banałów, bananów, papki, kaszki, manny z nieba, które pluje jak luje na chodniki wybetonowanych umysłów. Każdy klapa na gałach i miele ozorem, byle mielić, powielać, rozdzielać nawet nie swoimi kwestiami, nic nie znaczącymi gestami, wyświechtanymi – niegdyś świetnymi, dziś stetryczałymi – banałami. Jak dzieci w podstawówce czy gimnazjum: Weronika sika, a Marika znika, Maria to wariat, a Ania do jebania. I to nic, że kiedy Weronika postanawia umrzeć, to Marika się zabije. Maria też potrafi myśleć, a Ania ma uczucia. Tylko dlaczego wciąż krzywdzą innych i siebie nawzajem?

Rozmyte rozmowy zamazują się, zmazują zmazanymi znakami bez znaczeń.

Czarny Dwór

W czarnym Czarnym Dworze jest czarny, czarny dwór. W tym czarnym, czarnym dworze jest czarny, czarny salon, w którym są czarne, czarne drzwi otwarte na czarno, na oścież oraz na czarny, czarny las. W tym czarnym, czarnym lesie jest czarne, czarne drzewo. W tym czarnym, czarnym drzewie jest czarna, czarna ulica, w której topi się czarny, czarny asfalt. W tym stopionym na czarno czarnym, czarnym asfalcie pływa czarny, czarny szkielet czarnej, zwinnej, drapieżnej ryby. I ten czarny, czarny szkielet czarnej, zwinnej, drapieżnej ryby wylądował w czarnym, czarnym sosie w czarnej, czarnej wazie na czarnym, czarnym stole w czarnym Czarnym Dworze.


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: