polskie centrum bizarro

„Warsaw Gore Police” by Marek Grzywacz

In Opowiadania on Luty 8, 2012 at 6:00 am

Mamy dla Was bardzo interesujący tekst. Nie dość, że interesujący, to jeszcze ma fajny tytuł. Warsaw Gore Police to wkład Marka Grzywacza w rozwój naszego serwisu. Wkład – dodajmy – znaczący i cenny. A przy okazji solidny gabarytowo.

Moglibyśmy spróbować streścić ten tekst. Albo wymyślić jakieś super hasło, aby zachęcić Was do lektury, ale… prawda jest taka, że po pierwsze, jest nam zimno (jeszcze nie wiemy co to ma wspólnego z treścią zapowiedzi, ale czujemy podskórnie i śródkrewnie, że coś ma – fakty postaramy się ustalić w kolejnych odcinkach), po drugie zaś: najlepszą reklamą opowiadania Marka Grzywacza jest samo opowiadanie. Serdecznie zachęcamy do czytania.

Warsaw Gore Police

Wycie silników opadania przerwało grobową ciszę. Radiowóz wylądował na Placu Defilad, przypominającym krajobraz po apokaliptycznej bitwie. Pierwszy wyszedł Rysiek. Nie opuścił osłonki hełmu, choć przepisy nakazywały wchodzenie do strefy zamkniętej w pełni zabezpieczonym pancerzu. Lubił wyglądać zawadiacko. Ścisnął mocno elektryczną pałkę. Nigdy się z nią nie rozstawał, prąd i ogień w tych czasach były gwarancją przetrwania. Dał znak partnerowi. Michał, w zbroi prezentujący się jak robot z jakiegoś antycznego filmu science fiction, wyszedł ostrożnie z pojazdu. Po ostatniej akcji złapał trochę cykora. Strzelbę miał już odbezpieczoną. Rysiek uruchomił skaner na nadgarstku.

– Wygląda, że okolica czysta. Nie ma ruchu – stwierdził.

– Myślisz, że naprawdę coś zostało? Po tym jak spalili Metro Świętokrzyska? – dopytywał się Michał. Modulator hełmu nadawał jego głosowi mechanicznego brzmienia, co podtrzymywało skojarzenia.

– Nie sądzę, ale chuchają na zimne. Poza tym chuje z centrali po prostu lubią wysyłać patrole do strefy. Nie wiem, obstawiają zakłady czy aż tak nas nienawidzą – Rysiek wyjaśnił obojętnym tonem.

– Widziałem barierę. Wyglądała aż za porządnie.

– Trzeba sprawdzić, cholera. Jeśli cokolwiek przeszło tunelami, to znaczy, że może się rozpełznąć dalej. Do czystych dzielnic, a tego byśmy nie chcieli.

Zeszli w sztuczną nieckę i zbliżali się do wejścia. Powybijane okna i tony śmieci nie robiły dobrego wrażenia. Syf większy niż u w mnie w kuchni, myślał Rysiek. Z tym, że niemyte gary aż tak nie podjeżdżały zgnilizną, musiał przyznać. Wszędzie walały się porzucone akcesoria rodem z zestawu „Zamieszki dla Początkujących”. Nadepnął na jeden z transparentów ciężkim butem i przeczytał nadmiernie rozbudowane hasło.

„Równość przed śmiercią, równość po śmierci. Czy chcesz, żeby twoje ciało miało prawa?”

Chore dupki, pomyślał, banda lewackich pedryli. Wprawiało go to w kiepski nastrój, więc zagadał niezobowiązująco do kumpla, jakby siedzieli sobie spokojnie na komendzie:

– Mańka już się nie wyprowadza do matki?

– Nie-e – Michał odpowiedział niechętnie. – Wyjaśniłem jej, że te filmy wysłał mi zwyrodniały ziomek z roboty i wcale, ale to wcale nie miałem zamiaru nawet milisekundy obejrzeć.

– He, dobry kit nie jest zły. Ale kurde, bracie, jak ona w końcu naumie się komputery obsługiwać, to się na bank wyniesie.

– Dobrze, że jest staromodna jak meblościanka z Peerelu – przyznał. – A propos, luknąłeś może na to, co ci wczoraj wysłałem? I jak?

Rysiek nie mógł się zmusić i przyznać, że nie odtwarza niczego, co mu kolega podsyła. Pornosy były jedyną radością w życiu Michała i nie chciał gasić entuzjazmu biedaka. Mimo, że to, co oglądał przekraczało wszelkie granice. Pół biedy, gdy przynajmniej ucieszne się trafiały. Jak ta techno-anal-opera na kanwie wiązanki hitów Wagnera, z udziałem pięciu austriackich alpinistek w mundurach SS i owczarka. Niemieckiego, a jakże. To uszło, zwłaszcza, że kobieta o szparce tak… wyćwiczonej, że mieści w sobie głowicę pancerfausta to coś, co każdy prawdziwy mężczyzna choć raz w życiu zobaczyć powinien. Ale Michał brnął w coraz mroczniejsze rejony Pornolandii. Rysiek wytrzymał wiele. Erotyki o pterodaktylach. Dwugodzinne pokazy masturbacji warzywami. Dzikie harce bandy lesbijek przebranych za Poczet Królów Polskich. Przełknął nawet, choć z trudem, azjatyckie perełki z gatunku „macki i wiadro juchy”. Ale gdy po lotnych falach Internetu przypłynęła hardkorowa, gejowsko-harcerska produkcja pod tytułem „Drużynowy jest w(śród) nas”, powiedział basta. Odtąd kasował każdy plik wysłany przez kumpla.

– Wiesz co, no jakoś czasu nie miałem. – Zagrał dyplomatycznie.

– Stary, normalnie coś nowego. I to produkt krajowy, wiesz, totalna amatorka, z komórki kręcona na melinie jakiejś. Ale czegoś takiego nikt nie robił. Tam występują martwi! – Michał podniecał się nadmiernie.

– Myślałem, że nekrofilia ma długie tradycje.

– Nie martwi martwi, tylko dzisiejsi martwi, no kurde. W dodatku kawałki.

Ryśka szczerze to zbulwersowało.

– Michaś, ciebie to już dokumentnie pogrzało? Nie po to latam trzydzieści godzin w tygodniu za tymi pokrakami, żeby potem oglądać, jak dupczą nasze zdrowe, polskie dziewczyny! – wydarł się.

– Może i tak, ale powiem ci, te wypierdki Frankensteina mają spore możliwości. Zwłaszcza mniejsze Składaki, w różne miejsca łatwo wchodzą. – Michał próbował się bronić.

Rysiek milczał. Po części dlatego, że nie miał słów, ale bardziej przez to, że ożył czujnik ruchu. Jak na komendę rozkrakały się wrony, jedyne ptaki, które przylatywały jeszcze w to zakazane miejsce.

– Pierdzielone ptactwo, odczyty mi pierniczy. – Rozzłościł się. – Ty, a na wybory idziesz? – Zmienił temat.

– Rany, to już w tę niedzielę? – Michał wydawał się niezmiernie zaskoczony. – Ale ten czas popyla. Ale wiesz, ja nie idę. Ja bardziej apolityczny jestem.

– Nie grzesz! Powinność obywatelska, no do licha, chcesz, żeby nam jakiś centropedałów wybrali?

– Żartujesz? Nie ma szans.

Tu miał rację. Odkąd świat objęła we władanie plaga, ludzie masowo zwracali się ku słusznej opcji. Jak trwoga, to na prawo. Ryśkowi ten stan rzeczy akurat wielce odpowiadał.

Znów zapadła średnio zręczna cisza.

– Wchodzimy? – Michał zaryzykował pytanie.

– Czekaj no, zaszlugamy.

– No co ty, ja maski nie unoszę.

Zawiódł trzeci raz pod rząd. I Rysiek musiał to podkreślić:

– Michaś, Michaś, czasem to się zastanawiam, kto właściwie wpadł na to, żeby taką cipę jak ty na ulice wypuszczać?

Gdy postawili pierwszy krok na stopniach otoczyła ich ciemność. Zapalili latarki. Schodzili powoli, a gdy znaleźli się na galerii handlowej, Rysiek pokazał, żeby się zatrzymać. Spojrzał na skaner.

– Ruchu brak – stwierdził. – Złożyłeś meldunek?

– Nie mam połączenia. Tak jakby, to mogę go nawet nie mieć odkąd wylądowaliśmy – odparł Michał, a w jego robocim głosie dało się wyłapać nutkę niepokoju.

– Pałac Kultury, jego mać, zakłóca. Nie wiem, co tam mają za nadajniki na górze, ale w takich warunkach się pracować nie da.

– Tylko szum i jakieś bezsensy… na jednym paśmie wyłapałem reklamę proszku do prania. Wi-fi martwe kompletnie.

– Żyjemy w cholernej Przyszłości, a nawet radia porządnego nie mamy. – Rysiek rozglądał się uważnie, ale snop latarki nie wyłapywał niepokojących cieni. – Dalej, ty prawa, ja lewa.

Dawna stacja Metro Centrum wyglądała jak pole bitwy. Bezkrwawej, w miarę, w przeciwieństwie do sfajczonego następnego przystanku. Ale sprawiało to przygnębiające wrażenie, zwłaszcza zdemolowane sklepy o powybijanych szybach witryn, z towarem rozrzuconym po całej okolicy.

Nagle zamarli, Rysiek po jednej, Michał po drugiej stronie pasażu.

– Czy zapomnieliście czym jest godność? Czy człowieczeństwo kończy się w chwili zgonu? – Usłyszeli głos dobiegający gdzieś z dołu, od peronów. Coraz wyraźniejszy.

– Ruch! – wrzasnął Michał.

Bladoniebieska kula blasku znalazła się w zasięgu wzroku. Unosiła się szybciej i szybciej, aż wzleciała na poziom galerii. Wtedy Rysiek zobaczył, czym tak naprawdę była. Świetlistą głową najświętszego Jana Pawła II, wypluwającą z frasobliwą miną hasła chorej rewolucji.

– Co z tego, że wygasł w nich puls? – pytał papież Polaków podniosłymi słowami. – Nadal czują! Co z tego, że wyglądają groteskowo? Nadal mają prawo być wolnymi!

– Spokojnie! – krzyknął policjant. – To tylko kula propagandowa!

Michał nie opuścił lufy strzelby.

Fuck, pomyślał Rysiek, że też takie gówno akurat ostać się musiało. Urządzenie wdzierało się do głowy strasznymi myślosondami (popularnymi także w pubic relations i marketingu), by przybrać postać autorytetu każdej z osobna jednostki w zasięgu. Spersonalizowane, by trafiać w najczulszy punkt, by włożyć podstępny przekaz w usta najbardziej szanowanych przez człowieka postaci.

– Zrozumcie! Otwórzcie oczy! – nawoływał Ojciec Święty. – Dajmy im i dajmy sobie możliwość godnego życia!

Rysiek, jako prawdziwy Polak, najwyższy autorytet mógł mieć tylko jeden. I nienawidził anarchistycznych gnid za świętokradztwo, które musiał popełnić.

– Boże, wybacz – wyszeptał.

Pałka zaiskrzyła się wyładowaniami. Elektryczne pociski wystrzeliły w kierunku latającej głowy, jonizując stęchłe powietrze. Posypały się iskry, bezużyteczne już urządzenie spadło i zaraz gruchnęło o torowisko.

– Pierdolone chińskie gadżety! – Rysiek uwolnił buzującą w całym ciele wściekłość, walnął naładowaną jeszcze pałką o barierkę. – Wszystko spoko? – spytał partnera.

Tamten nie odpowiadał dłuższy czas, zanim rzucił krótkim „Okej”. Jaką formę kula przybrała dla niego? Rysiek wolał nie dociekać, znając wnętrze jego pokręconej mózgownicy.

Zresztą zaraz znalazł się nowy problem.

– Coś się porusza – stwierdził. – Niech mnie, jest nikły odczyt z dołu.

– Musimy? – spytał się Michał. W ciszy, która zapanowała po zestrzeleniu perfidnego bota, wypowiedź zwielokrotniało złowieszcze echo.

– Dajemy! – Zadecydował Rysiek.

Zeszli od dłuższego czasu nieruchomymi ruchomymi schodami. Na peronie w stronę Młocin znaleźli jeszcze większy bajzel niż na galerii. Czasopisma dla znużonych podróżnych, kieszonkowe wydania promowanych w mediach autorów, damskie torebki, reklamówki z logami najmodniejszych sklepów, smartfony, inteligentna biżuteria, eleganckie wibratory, fragmenty szykownej lub/oraz awangardowej garderoby. Niezbędne dobra materialne pozostawione w panice przez tłum nienawykłych do zadym w swym naturalnym środowisku mieszkańców Warszawki. Gdy horda lewoskrzywionych barbarzyńców natarła na metro, nie wiedzieli którędy spierdalać. Ryśkowi myśli o tych dantejskich scenach wydały się nawet przyjemne, bo opływających w dostatek lansero-managerów nie cierpiał tylko odrobinkę mniej od ubranych w parki świrów z dredami na łbie. Urocze wizje uleciały jednak z głowy, bo skaner zaczął irytująco pikać. Michał zmienił tryb strzelby na zapalający.

Nie mogli wyjść ze zdumienia, kiedy zobaczyli co właściwie się poruszało.

Nadgryziony kotlet z hamburgera podrygiwał i trzepotał jak ryba wyrzucona na ląd. Nie przemieścił się daleko od zielonkawych resztek bułki, w którą niegdyś go włożono. Ktoś musiał wyrzucić go uciekając. Ale żeby nawet zmielone, naszprycowane chemią i przyrządzone mięso ożyło? Nie śniło się filozofom.

– W Macu naprawdę nie przykładają się do dobijania przed podaniem. – Zdziwił się Michał.

– Świetnie, ten patrol ma jednak jakiś sens. Policja dzielnie potwierdza miejskie legendy.

Odsunęli się. Pocisk opuścił z sykiem lufę strzelby i usmażył hamburgera na węgiel. Lecz gdy tylko płomień przygasł, czujnik ruchu znów zaczął wydawać alarmujące dźwięki.

– Co u licha? – Michał przeniósł snop światła na torowisko.

– W tunelu. Ciekawe? Może reszta zestawu? Zombie-frytki i zombie-cola, to by było coś…

– Nie rób sobie jaj. Może się wycofamy, centrala pewnie czeka na update…

– Musimy to sprawdzić. – Rysiek był stanowczy. – Dawaj, schodź na tory. Nie bój nic, trzecia szyna już dawno nie pod prądem.

Wnętrze tunelu niemal absolutnie czarne. Gdzieś dalej migała od czasu do czasu lampka z instalacji jednej z hi-tekowych barier, odgradzających od siebie stacje. Częstotliwość pikania rosła. I zaraz dołączył inny dźwięk, złowieszczy jak dług publiczny. Trzepot skrzydeł.

Obaj policjanci wstrzymali oddech w momencie, gdy maszkara wleciała na stację.

To był drobny, ludzki tors, chyba nastolatki. Bez kończyn i głowy. Za to z trzema parami wielkich, gołębich skrzydeł, nadającymi mu wygląd serafina z otchłani Piekła. Zamiast sutków w małe piersi wtopiono po oku.

Rysiek przeklął w myślach. Właśnie to było najgorsze, Składaki. Nie dość, że żadne martwe mięso na Ziemi nie pozostawało długo martwe, nie dość, że tajemnicze zjawisko nadawało żywotności nawet pojedynczym częściom oddzielonym od ciał, to jeszcze luźne kawałki same pełzały ku sobie, przyciągały się, a nieznana siła spawała je w odrażające potwory. Jakby tworzył je upośledzony, ale niezwykle kreatywny Bóg, choć taka idea byłaby bluźnierstwem.

Michał strzelił, zanim kolega naładował elektryczną broń. Latające obrzydlistwo zajęło się żywym ogniem, przeleciało jak smrodliwa kometa nad rzędem banerów reklamowych i spadło na sąsiednie torowisko.

Urządzenie na nadgarstku nie przestało hałasować, a niebawem wyło już ogłuszająco. Co mogło oznaczać jedno. Ilość obiektów, które zerwały się w stronę funkcjonariuszy w jednej chwili, szła w setki.

– Ławica! – wrzasnął Rysiek, a potem opuścił osłonkę hełmu. W samą porę, bo paszcza tunelu wyrzygała pierwszą falę potworów. Głowy śmigające na mackach z kręgosłupów, pojedyncze ramiona oraz dłonie. Nieumarłe szczury i zdekompletowane pieski. Węże zlepione z długich sznurów jelit, niektóre zakończone bijącym sercem, inne kompozycjami z posiekanych płuc lub wątrób. Chmara losowo pozlepianych istot przemknęła obok nich i pod ich nogami, nic specjalnie nie robiąc. Rysiek zdziwił się tylko, gdy niemal otarł się o pędzący na szczudłowatych nogach, umorusany fekaliami tyłek bez reszty człowieka.

Nie mieli czasu zorientować się dokąd pędzi groteskowe stado, bo pojawiła się fala druga. A raczej wyleciała z gardzieli tunelu, wydając z siebie skomlenia, gardłowe bulgoty, inne paskudne, niemożliwe do nazwania okrzyki bojowe.

Michał dostał napadu bohaterstwa. Odrzucił na bok strzelbę. Wybiegł przed zaskoczonego partnera, osłaniając go niczym żywa tarcza. Z przedramienników zbroi wyskoczyły długie, ząbkowane ostrza. Zaświeciły się mechanizmy wspomagania mięśni. Gdy spadła na niego eskadra uskrzydlonych głów, torsów i mniejszych skrawków, dowodzona przez upiorną krzyżówkę noworodka, myszołowa i ratlerka, zaczął śmiercionośny taniec. Przecinał, szatkował, rozkrawał na części pierwsze z taką gracją, jakby nie miał na sobie ciężkawego pancerza. Choć strumień światła latał na wszystkie strony, Rysiek widział, że powietrze wokół Michała wypełniły strzępy mięsa, bryzgi i strumienie sikającej krwi.

Zaraz było po wszystkim. Policjant opuścił ręce. Zbroję miał zapaskudzoną ciemną juchą i bardziej obleśnymi płynami ustrojowymi, od stóp do głów. Niedobitki Składaków uleciały w górę, ukryć się pod sklepieniem.

– Brawo, stary! – krzyknął z uznaniem Rysiek, gdy tylko otrząsnął się z szoku nagłego ataku. – Pełna profeska, normalnie full wypas – pogratulował. Potem rozejrzał się, sprawdził odczyty i oznajmił: – Pora się wycofać. Nie wiem, skąd się te draństwa wzięły, ale wymaga to sporej ekipy czyszczącej. Nic tu po nas.

– Czekaj. – Przerwał mu nagle Michał.

– Co?

– Podejdź i spójrz – powiedział i skierował snop światła na leżącą nieopodal, ostatecznie nieżywą uskrzydloną łepetynę.

Rysiek nie mógł się nadziwić. Na łysej czaszce potwora coś wytatuowano. Jakby emotikon, przedzielony na pół niebieską wstęgą. Połowa „twarzy” po lewej różowa i uśmiechnięta, ta po prawej raczej zgniłozielona, a jej część ust była smutną kreską. Widział kiedyś ten symbol, w telewizji, czy coś.

– Harmonia Mięsa – podpowiedział Michał.

– Że co?

– „Mięso żywe i mięso umarłe, razem w pokoju, razem przeciwko wszystkim” – wyrecytował.

Coś zaświtało. Historia o tajemniczej bojówce, prawdziwych terrorystach ery żywych trupów. Najradykalniejszej z radykalnych zwolenników pokojowej koegzystencji, pragnącej obalić światowy porządek za wszelką cenę i zbratać ludzkość z chorymi wytworami plagi.

– Ale ich wybito! Wypchnięto z Europy, CIA wypleniło ich w USA, ruscy pozamykali w gułagach. Tutaj? Kurwa, skąd…

Nie dokończył. Gdzieś u góry zapaliło się bowiem kilka mocnych reflektorów, rozświetlając zdewastowaną stację. Do iluminacji dołączyła ścieżka dźwiękowa w postaci upiornych popiskiwań detektora ruchu. A na górze, po obu stronach galerii, pojawiły się sylwetki.

Nie tylko ludzkie.

Rysiek wiedział, że ma ich na muszce co najmniej pięć osób. Widział lufy karabinów. Dyskretnie rozglądał się więc, oceniając szansę. Szybko wystawił notę „nikłe”.

Jak oni wszyscy się tu znaleźli, pytał się w myślach, jak to możliwe?

Fakt, polska policja cechowała się żenującym wskaźnikiem wykrywalności, ale żeby nie wykryć pieprzonej bandy anarchistów zadekowanej w samym środku stolicy, w strefie zamkniętej i zakazanej? Ab-sur-dal-ne.

Wiedział za to, jak ich podeszli. Spryciarze. Wykorzystali ławicę Składaków, by ukryć własne ruchy w nadmiarze odczytów.

Rysiek skupił się na sytuacji. Przez bramki przeszedł bowiem olbrzym z połową głowy wygoloną na łyso, drugą obrośniętą pozlepianymi kudłami. I w koszulce z podobizną legendarnej już divy rodzimej wokalistyki, Beaty Kozidrak. Ryśka, mimo wszystko, bardziej martwił trzymany przez nadchodzącego kałasznikow.

I „osoby” towarzyszące.

Schodami obok stąpała martwa, w miarę kompletna jednak laska. Ot, z jedną dziurą wielkości piłki lekarskiej w brzuchu. Spod blond grzywki wyrastała smukła dłoń o czarnych paznokciach, co i rusz drapiąca nosicielkę po nosie lub wsadzająca palce w usta. W porównaniu z konstrukcją, która schodziła po poręczy wzorem pająka, była jednak całkiem normalna. Osiem muskularnych rąk służących za chwytne odnóża. Tors pełnił rolę, raczej naturalnie, korpusu. Z tym, że przód, z gęstymi włosami na klacie, służył tu za grzbiet. Sterczący w wieczystej erekcji penis za ogon. Stwór merdał nim zresztą, na tyle, na ile pozwalała sztywność organu. Głową potwora była goła, gdzieniegdzie tylko pokryta czerwonymi plamami mięsa czaszka, trzymająca w przerośniętych szczękach pół rudego kota, już nieżywego, jeszcze miauczącego.

Forpoczta odmieńców znalazła się na peronie. Stanęła rządkiem naprzeciwko policjantów, którzy udawali gotowych do walki, choć powinni szukać drogi ucieczki. Wyglądało to trochę, jakby szykował się westernowy pojedynek.

– Alleluja! – wrzasnął fan Beaty. – No proszę, oh lucky day, trafiła się parka gestapowców! Mieliśmy was zwabić, a tu proszę, sami się napatoczyli!

– Kim jesteś? – zapytał Rysiek.

– Wojną. Przyszedłem zrobić porządek, bo porządek musi panować w Warszawie. Tłuczecie moich braci w mięsie, zamykacie, palicie? Mielicie korpusy naszych bliskich, którzy otrzymali dar drugiego życia? A takiego wała, tera my się pobawimy!

Michał chciał zrobić krok w przód. Gdy tylko oderwał stopę od podłoża, odezwał się damski, kuszący głos:

– Kałasznikow 3000 Deluxe Edition to broń dla prawdziwych facetów. Klasyczny, zweryfikowany przez historię design, innowacyjne systemy elektroniczne zaprojektowane przez czołowych rosyjskich naukowców i, tylko teraz, urządzenie dawkujące narkostymulanty, które stukrotnie wzmocnią to piękne uczucie towarzyszące rozerwaniu ciała wroga przez setki naboi. Tysiące terrorystów postawiło na sprawdzoną markę! Ulubiona broń na Bliskim Wschodzie i w afrykańskich dżunglach! Musisz go mieć!

Fan Beaty parsknął, zniesmaczony.

– Aby dowiedzieć się więcej, skontaktuj się z naszym konsultantem lub odwiedź naszą stronę na Facebooku – dodała niewidoczna kobieta.

– Widzicie, co zrobiliście ze światem!? – wydarł się bojówkarz. – Nie mogę nawet odbezpieczyć kałacha, dopóki nie wysłucham pieprzonej reklamy! I za co? Za miliony monet, ale spokojnie, spłoniecie nim odpalę lont! To koniec, dziwki korporacji i polityków! I have the power!

– Myślałem, że cioty takie jak wy wolą pokojowe metody! – odpowiedział hardo Rysiek.

– Nie gadaj z nim – ostrzegł Michał. – To świr.

– Pokojowe? A wy preferujecie humanitarne tłumienie naszych protestów, suki? Gumowy pocisk, który utkwił w ciele tak głęboko, że trzeba go wyciągać chirurgicznie to nie humanitaryzm! Armatki strzelające wodą zmieszaną z chemikaliami! Rażenie prądem! Bicie! Deptanie po niewinnych stworzeniach, bezmyślna eksterminacja! Wypowiedzieliście wojnę, wojna nigdy się nie zmienia, a my ją skończymy! Widzieliście, ilu braci w mięsie ruszyło na was? A jest ich więcej, tu, ze mną! Nie zostanie kamień na kamieniu, aż nastanie wolność i braterstwo! Harmonia! Harmonia, bejbe!

Martwa dziewczyna zaczęła klaskać dłońmi, jęcząc w jakiejś parodii mowy. Dłoń na czole machała entuzjastycznie. Fan Beaty zbliżył się do truposzki i zaczął całować. Namiętnie. Z języczkiem. Odruch wymiotny niewyjęty.

Michał postanowił wykorzystać moment. Chyba biegł po porzuconą wcześniej strzelbę.

Rysiek nie zdążył go powstrzymać. Jego partner rozpoczął szarżę, serwomotory zbroi zasyczały jakby uwalniały nagromadzone ciśnienie. Zaczęli strzelać, waliły serie z kałaszy. Rysiek spojrzał, wahał się sekundę, ale odwrócił się i pobiegł w przeciwną stronę, schować się za załomem ściany. Michał unikał strzałów dzięki elektronicznym wspomaganiu, ale i tak kilka huknęło o pancerz. Gdy Rysiek znalazł się w ukryciu, wyciągnął ze schowka na udzie mały, dużo za mały pistolet podręczny. Wychylił się, strzelił w  najbliższego z napastników na górze. Fartem trafił w ramię. Michał zatrzymał się na chwilę, chyba pocisk przebił zbroję. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Przywódca bandy, zamiast użyć karabinu, machnął ręką i gwizdnął. Po czym ukrył się z towarzyszką za najbliższą namiastką osłony. Składak-pajęczak też zniknął.

Brak czasu na reakcję.

Z góry opadła głowa babci o pomarszczonej twarzy. Nietoperze skrzydła, wyrastające w miejscu uszu, trzepotały z szaleńczą prędkością. W ustach trzymała coś kulistego.

Rysiek wiedział, że to lekki granat.

– Uwaga! – krzyknął, zanim deszcz pocisków zmusił go do schowania się.

Michał nie miał szans. Z bronią palną mógł jeszcze wygrać, ale na eksplozję żadna policyjna zbroja nie pomoże. W dodatku maszkara usiadła mu na hełmie. Głowa partnera Ryśka wybuchła z ogłuszającym, podbitym echem hukiem, posyłając we wszystkie strony kawałki tworzywa, kości, mózgu i martwego ciała. Gdy ciało upadało, z ogromnej wyrwy w miejscu szyi wciąż tryskała jasna krew.

Rysiek zawył rozpaczliwie. Był twardy, ale też nie miał wielu przyjaciół. Być może stracił jedynego.

Zapadła cisza. Na chwilę.

Potem kakofonia nieludzkich wrzasków.

Bojówkarze chyba nie mieli pełnej kontroli nad pupilkami. Albo nie przewidzieli, że Składaki też można spłoszyć. Ze wszystkich otworów, z tunelów i innych ciemnych szczelin wylatywały wszelkiej maści koszmary. Stację Metro Centrum wypełnił harmider, chaos zderzających się i pikujących pokrak, smród zgnilizny. Oraz strzały, zapewnie na oślep. Światła gasły, fruwające paskudztwa rozbijały reflektory anarchistów.

Rysiek zrozumiał, że to jego szansa. Nie chciał zostawić zwłok Michała w tym piekle, ale ręce poległego już zaczynały się poruszać, dłonie zdawały się szukać czegoś po omacku. Innego wyjścia nie było, naszedł czas ratować własną skórę.

Podbiegł w stronę wyjścia na Plac Defilad, ku wolności, opędzając się od nacierających Składaków. Stado przerzedzało się, ale okazało się, że to z powodu nadejścia większej ryby. Pajęczak pędził z góry, prosto na policjanta, wskoczył na peron bokiem, aż uderzył z impetem o ścianę. Rysiek zasadził mu solidnego kopa, prosto w odsłoniętą czaszkę. Utwardzane buciory nie zawiodły i tym razem. Stare kości pękły, prysły w drzazgi. Kreatura zaczęła się miotać, co wykorzystał, by przemknąć się obok i wbiec na schody.

Widział już światło dzienne.

Wtedy na szczycie pojawił się pryszczaty gnojek z arafatką na szyi. Nie miał broni, tylko nóż sprężynowy, którym niezdarnie wymachiwał. Ryśka napędzała jednak święta furia. Rzucił się w stronę domorosłego terrorysty i sprawnym ruchem obalił go na ziemię. Równie szybko odczepił pałkę od paska i wepchnął prosto w usta wyrywającego się przeciwnika. Ładunek elektryczny był potężny. Wystarczyło parę sekund, by wypłynęły roztopione oczy małolata, kilka więcej, by skórę pokryły bąble, by zaczęła skwierczeć. Wreszcie głowa eksplodowała fontanną szkarłatnej breji.

Nienawiść odpłynęła wraz z resztkami sił. Stróż prawa padł na ziemię, tuż obok podsmażonego trupa. Zamknął oczy i nagle usłyszał syreny. Radiowozy na sygnale wyzwalały się gdzieś ponad nim z uścisków ciemnych chmur. Nadspodziewanie szybka odsiecz, lecz tragicznie zbyt wolna…

Wściekłość wróciła wraz z niedowierzaniem. Parszywe trupolubne chuje, ze łbami pełnymi czerwono-liberalnych bzdur. Niszczący wszystko, co dobre i właściwe. Zabrali go. Zabili Michała dla popieprzonych, wpajanych na studiach dla gogusiów idei. Ukatrupili go walcząc o prawa dla zlepków resztek. Sama świadomość, że ktoś mógł czegoś chcieć pomagać tym… rzeczom, napełniała niemożliwą do ogarnięcia grozą.

Nie chciał żyć już na takim świecie. Za to pragnął wyłącznie jednego. Niszczyć ich, wytępić co do jednego, zrzucić na nich atomowy arsenał wszystkich mocarstw razem wziętych, jeśli trzeba. Prosił Boga, by pozwolił mu to zrobić.

Usunąć ścierwo.

Rysiek naoglądał się już dość relacji z akcji oczyszczania stacji Metro Centrum, wystąpień polityków i specjalistów, a przemawiający właśnie z płaskiego ekranu, czerwony jak burak Komendant Główny Policji to wybitnie działał mu na nerwy. Buc nawet na pogrzeb się nie pofatygował. Właściwie mało kto przyszedł, albo reporterów i kamer nagromadziło się tak dużo, że ciężko było wyłowić żałobników wzrokiem. Rysiek płakałby, nie, ryczałby jak owdowiała histeryczka, gdyby nie dbał o wizerunek. Z obsmarkanymi wąsami nie wypadało się dobrze w świetle fleszy. Teraz, gdy siedział w czterech ścianach, mógł się rozklejać do woli. Ale odkrył, że niespecjalnie umie. I czuł się źle, jakby nie potrafił oddać hołdu poległemu.

Zmienił kanał.

Niczym nie zdołał się pocieszyć. Ani pasjonującym programem popularnonaukowym o brawurowej próbie skonstruowania broni masowej zagłady wykorzystującej kościelne zaśpiewy zgrzybiałych dewotek. Nie pomógł też radosny japoński show, w którym sfrustrowanych osiemnastogodzinnym dniem pracy biznesmanów wpuszczano z bronią sieczną do budynku wypełnionego nagimi licealistkami. Bólu i poczucia winy Ryśka nie ukoił nawet świetny odcinek „Stawki większej niż życie”, lecący na jego ulubionym kanale TVP Powtórka.

W ofercie programowej nie znalazł nic, co mogłoby wypełnić pustkę. Wyłączył więc telewizor i zaczął rozglądać się tępo po pokoju.

Jego wzrok zatrzymał się na tablecie trzynastej generacji, leżącym sobie grzecznie na półce, tuż przy obrazku Świętej Maryi Wielce Strapionej.

Przypomniał sobie, że ma w sumie pamiątkę po przyjacielu. Szczęśliwie nie zdążył jej się pozbyć i teraz wzywała go bezgłośnie.

Rozsiadł się w fotelu i włączył tryb HD-3D. Blask wysokiej jakości niemal wypalał oczy. Pokój z filmiku był brudny i ubogi. Ale nie zwracał na to uwagi, skoro po tapczanie biegało kobiece krocze na dwóch kurzych nóżkach. Następne ujęcie. Laska rozwalona na tapczanie, golusieńka jak Bóg przykazał. Zgrabna też, choć twarz jak z teledysków disco polo. Kamera zwróciła się w stronę drzwi, w których zjawił się ciemnoskóry karzeł. Dziewucha zajęczała z rozkoszy nim zdołał do niej doczłapać. Zapewnie na widok ogromnego prącia, które dyndało w miejscu, gdzie powinien być nos umarlaka. Wyglądał jak surrealistyczny słoń, zwłaszcza z tymi wielkimi uszami.

Musiał przyznać, to było dość ciekawe.

Rysiek rozpiął rozporek, wyciągnął co trzeba i zaczął pracować nadgarstkiem.

Gdy wytrysnął, poczuł się naprawdę oczyszczony. Wręcz natchniony. I zrozumiał, że znalazł perfekcyjny sposób na uczczenie pamięci Michała. Przewinął i włączył od początku.

Owszem, takie ohydztwa w ogóle nie powinny chodzić po Ziemi. Ale skoro już chodziły, czemu nie miałyby dostarczać przynajmniej odrobiny zdrowej, męskiej rozrywki?

Advertisements
  1. Budująca lektura na poranek 🙂 Ciekawa wizja, fajne zombie Tyle zmian, powiedziałabym wręcz szokujących… tylko Mężczyzna się nie zmienił 😀
    Dobrze, jakiś element trwały w otoczeniu pozwala odzyskać grunt pod nogami w tym oszalałym świecie. Gratuluje wyobraźni.

  2. Podobały mi się plastyczne opisy tych wszystkich stworów… no i świetnie dobrana sceneria, która idealnie nadaje się dla historii grozy. Oby tak dalej 🙂

  3. Wow! Jedno z lepszych opowiadań na NL. Wykreowany świat jest na tyle ciekawy, że zachęcam autora, aby napisał coś jeszcze w tym uniwersum. Bo pomysłów na składaki chyba nie da się wyczerpać 🙂

  4. @ewapfeifer

    Ten element stały akurat chyba stałym zawsze pozostanie 😉 Choć tutaj jeszcze jeden zawrzeć chciałem – głupie konflikty ideowo-społeczne, w których obie strony są tak samo straszne i narwane (wydarzenia w Metrze Świętokrzyska miały być nawet usunięciem ruchu „Okupuj Metro”, ale uznałem, że a) nie pasuje b) aż taka łopatologia niepotrzebna :D) W każdym razie, jak widać, zmienia się wszystko, tylko nieprzyjemnostki niezmienne.

    @Kazek

    Dzięki!

    @Dokato

    Dzięki! A jeśli chodzi o coś więcej, to cóż, zapotrzebowanie na byle jak złożone monstra szybko nie zmaleje… to temat rzeka 🙂

  5. Hehe, może byle jak złożone potworki nas otaczają (choćby na scenie politycznej), ale dobrych tekstów na ten temat nigdy za wiele 🙂

  6. Dobre. I wcale nie takie długie. Tolerancja otrzymała właśnie nowy wymiar ;).

  7. zacny tekst, podoba mi się… aż wstyd, że ze względów różnych czytałem go na etapy ;-). Najważniejsze jednak, że w końcu udało mi się doczytać… i przy okazji proszę o bis!

  8. Opowiadanie smakowite, również z powodu potwornej zawartości. Protagoniści antypatyczni, po lekturze było mi żal, iż tylko jeden z nich padł. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: