polskie centrum bizarro

Walentynkowe niedobre literki – niech się dzieje miłość

In Akcje Literackie, Opowiadania on Luty 14, 2012 at 6:00 am

I stała się światłość… a przynajmniej Dzień Świętego Walentego. Dobra to okazja, aby z miłymi gośćmi Niedobrych Literek podzielić się efektem naszej tytanicznej pracy twórczej. Już sto, a może dwieście lat temu przewidzieliśmy, że kiedy pieśń miłości zapłonie pośród zmrożonych łąk, pól i miast naszej udręczonej ojczyzny, niejeden mąż i niejedna niewiasta zechcą rozgrzać się przy dobrym opowiadaniu.

Wiadoma to rzecz: przy fajnej lekturze przyjemniej czas płynie. Przy lekturze bizarro zaś najprzyjemniej. Jesteśmy niemal pewni, że zrobiono już badania, potwierdzające ten wniosek, ale póki nie zostaną opublikowane, pozostaje przekonać się organoleptycznie o owej prawdzie…

A zatem, drodzy Goście, zachęcamy Was do rozkoszowania się kilkoma tekstami (i jedną grafiką), które powstały specjalnie z myślą o dzisiejszym dniu. Mało tego: powstały z myślą właśnie o tym wpisie.

Miłej lektury i całego oceanu miłości (o ile potraficie pływać)!

— 

Krzysztof T. Dąbrowski – Płomienny romans trawienny

— 

Jelito cienkie splątało się z grubym w miłosnym uścisku.

Trawione oślizgłą namiętnością drżały spazmatycznie burcząc.

Raz po raz wstrząsały nimi rozkoszne ruchy robaczkowe.

Ach, cóż to była za miłość! Cóż za namiętność!

Naraz rozwarły się spowite mrokiem niebiosa jamy brzusznej!

W światłości ukazało się bóstwo z zieloną maseczką na twarzy.

Karząca dłoń zbrojna w stalowy pazur brutalnie przerwała amory.

Ów okrutnik wyciął fragment jelita grubego i niebiosa się zstąpiły.

Od tego czasu – choć obok siebie – jelita łkają z tęsknoty.

A ich pałające ogniem namiętności trwają w jakże smutnej beznamiętności.

Zaś Stefan, miłosnej pary nosiciel, nigdy już więcej nie zaznał skrętu kiszek.

— 

Kazimierz Kyrcz Jr – Sekrety mrocznego Mareczka

— 

Koleś, który w mojej parafii gra na organach, to prawdziwe BMW: brzydki, mały, wstrętny. Co mszę wali w klawisze niby w bęben, a na jego gębie pojawia się rozanielony grymas, mający pewnie świadczyć o tym, jaka to z niego uduchowiona istota. Ja tam wiem swoje. Byle pustak mógłby pochwalić się ciekawszym życiorysem wewnętrznym niż ten cwel.

Tyle, że pustak nie zaliczył tylu lasek.

W tym akurat jest mistrzem.

Jakim cudem mu się to udawało, do cholery?

Rzecz jasna mógłbym spytać gościa o co kuna kamon, ale ma człowiek swoją dumę, zgadza się? Postanowiłem więc pozyskać informacje drogą ukierunkowanej obserwacji. W tym celu załatwiłem sobie w fabryce tydzień wolnego, no i w poniedziałek z samego rana, obstawiony stertą gazet i zaopatrzony w dwa browary z Biedronki, zasiadłem na ławce przed jego blokiem. Udając, że czytam, czatowałem.

Muzykant ma na imię Marek. Marek, Mareczek, łowca durnych ci… pi pi… Nieważne. No więc Mareczek długo kazał na siebie czekać. Wylazł ze swojej nory dopiero przed jedenastą. Podkrążone gały, nastroszona czupryna i ziemista cera świadczyły niezbicie o tym, że chędożył z pół nocy, jeśli nie całą. Hak mu w smak.

Nie podejrzewał chyba, że ktoś go śledzi, bo nie oglądając się za siebie pognał prosto do zdziczałego parku zwanego przez okolicznych mieszkańców Wiśniowym Sadem. Poetycka nazwa przylgnęła do tego zakątka z racji sporego zagęszczenia drzew owocowych. Są tam bananowce, figofagowce, morele, chlebowce, pistacjowce, pitajowce, nieśplikowce, jabłonie, i oczywiście grusze.

Organista przystanął właśnie pod gruszą, po czym sięgnął do rozporka, by wyjąć swój organ.

Ukryty za niezbyt wysoką papają, z przejęciem wypatrywałem dalszego rozwoju wypadków. Będzie sikał? Zgwałci schowaną w dziupli kukułkę? A może zrobi coś innego, coś co wyjaśni tajemnicę jego miłosnych sukcesów?

Niestety, nie zdążyłem zobaczyć nic więcej. Z nieba spadła bowiem olbrzymia kurtyna, skutecznie zasłaniając mi cały widok.

I tak oto sekrety organisty już na zawsze pozostały dla mnie tajne przez poufne.

— 

Krzysztof Maciejewski – Walentynka

— 

Zostań moją walentynką, ale nie martw się, nie chcę, byś przemieniła się w Walentynę Tierieszkową, to już nie ten ustrój. Żyjemy w wolnym kraju, tak wolnym, że za niczym nie nadąża; mamy kokakolopodobnych staruszków na Boże Narodzenie, dyniowe strachy w listopadzie, no i różowe serduszka w połowie lutego. Mamy swoje memy, swoich idoli, w których kochamy się na zabój (lub ewentualnie za nabój, chociaż niektórzy cenią się wyżej). A w tym całym bogactwie zatraciliśmy świadomość celu, nasze marzenia dawno pogrzebano pod stertami ulotek, pod gruzami życia. Nie pozwólmy, aby atrofia zwyciężyła (nawet jeśli gole strzelone na boisku przeciwnika liczą się podwójnie). Powiem to tylko raz – kocham cię, mała. Więc zostań moją walentynką, nie chcę od razu iść do łóżka, na dobry początek strzel mi gałę na zapleczu. Ja będę miły i grzeczny, pogłaskam cię po główce, a potem…

No nie, kurwa, nie napiszę przecież, co się potem wydarzy. Żaden ze mnie Michel de Nostredame. Bradem Pittem też nikt mnie raczej nie nazwie. Ale mimo tych braków powinnaś docenić, że cię o coś proszę. Mógłbym przecież to wszystko dostać bez wpadania w błagalny ton, mógłbym bez problemu zmusić cię do posłuszeństwa. Bo przecież to ja dzierżę klucze do kłódek na łańcuchach skuwających twe piękne ciało. To w mojej piwnicy na kompletnym odludziu mieszkasz już dziewiąty miesiąc. To ja cię dokarmiam… O kurwa, ostatnio przyniosłem ci jedzenie w październiku! Pamiętam, że drzewa przybrały wtedy różnokolorowe suknie, niebo było błękitne jak twoje oczy. Od tak dawna ich nie otwierasz, nie odzywasz się do mnie, nie domagasz się wcale, bym cię uwolnił…

Zostań moją walentynką… Przytulam się do ciebie, całuję twe zielone usta, ale ty nie oddajesz pocałunku, jesteś też jakaś sztywna. Chyba jednak trafiła mi się jakaś oziębła suka…

— 

Rafał Kuleta – Rżną się i żną

— 

Przy każdym łóżku kosa. Nie taka na pole, tylko specjalna, bardziej wyrafinowana. Równouprawnienie, więc kto pierwszy dojdzie do orgazmu, ten pierwszy ma prawo ściąć głowę drugiej osobie. Taka rozszerzona wersja naturalnego zachowania modliszek. A później dodatkowa konsumpcja. Przyjemności co niemiara.

Adam i Agata stanowili idealną parę. Wszędzie razem, wszędzie zgodni. Orgazmy przeżywali równocześnie, dokładnie w tym samym momencie. Między nimi panował więc wieczny rozejm. Kosa obok ich łóżka była symbolem, niepisaną koniecznością, niezobowiązującym obowiązkiem.

Którejś nocy Adam nie wytrzymał napięcia, pierwszy doszedł do rozkoszy. Nie chwytał jednak za kosę. Agata doszła na szczyt tuż po nim. Ona się nie wahała.

— 

Rafał Kuleta – Dobra robota!

— 

Zaszła w ciążę. Radości i miłości co niemiara. Zaraz koleżanki się sfrunęły, zleciały jak z gałęzi sensacji, przyleciały głodne plotek, godne języków kumotek, zaraz zaświergotały trelami wzruszonymi, zaczęły wychwalać stan błogosławiony i gładzić ją po lekko wzdętym nowym życiem brzuchu.

– Gratulacje! – śpiewały jedna przez drugą w wymieszanej ze sobą radośnie kakofonii.

Wszedł przyszły tatuś. Trzpiotki w fazie – zaraz się na niego rzuciły. W mgnieniu oka ściągnęły mu spodnie, prawie rozerwały majtki. O mało co nie doszło do siostrobójczych walk. Każda chciała pierwsza pogładzić jego penisa. W końcu każda dostała szansę. Gładząc, głaskając, a nawet całując członka, wołały radośnie: – Dobra robota!

— 

Rafał Kuleta – W grocie nietoperzyc

— 

W barze ze trzydzieści panien, jak nie więcej. Szybkie, ostre, zygzakowate, połamane, nawiedzone ruchy, latały dookoła, chłonęły sprzęty, stoły, krzesła, to tu i tam, żwawe, ruchawe, anektowały wszelką swobodę, przestrzeń, częstowały całusami na prawo i lewo, wręcz tuczyły, wpierw gestykulowały, szturchały, potrącały, wszędzie ich pełno, ale jeszcze bardziej, więcej, mocniej, szybciej… No i jeszcze ten śmiech: seryjnozabójczy, karabinowaty, takie krótkie, szybkostrzelne, zaraźliwe salwy.

Atmosferę wytwarzały zabawową, ludyczną, feeryczną, atmosferyczną, magiczną. A potem już czyste szaleństwo: rozpasanie, wyuzdanie, kręcenie pośladkami, biodrami, piersiami, głowami, włosami. Wiły się wokół wijących się przyrodzeń. Klientów zębami bodły, gryzły, dźgały, krew wysysały. Zamówiły, zapłaciły, więc wymagały…

— 

Dariusz Barczewski – Wszystko dla…

— 

Kolejne Walentynki upłynęły w cieniu zbrodni Walentynkowego Potwora. Złoczyńca zaatakował po raz piąty […].

Ależ ten czas leci. Po raz piąty? A mam wrażenie, jakby mój pierwszy ruch nastąpił ledwo wczoraj. To już pięć lat, odkąd nazwano mnie Walentynkowym Potworem. Łezka w oku się kręci.

Pierwsza ofiara Walentynkowego Potwora – Ryszard B. – została obezwładniona na podjeździe własnego domu. Mężczyzna wyszedł z auta, podszedł do bramy garażowej i sięgnął po klucze. To prawda. Nie dostrzegł mnie aż było za późno na cokolwiek poza cichym „kurwa”. Paralizator przekonał go, by grzecznie upadł i nie stawiał oporu podczas załadunku do bagażnika własnego auta.

Następna na mojej liście, Weronika Z., druga ofiara szaleńca, napotkała swoje przeznaczenie dwie godziny później. Stało się to po drugiej stronie miasta, na dużym i syfiastym osiedlu betonowych odprysków braku wyobraźni. Nic na to nie poradzę: nie lubię architektury miejskiej. Ale przecież nie to zdecydowało o nominacji Weroniki. Szczęściara jak co dzień wyprowadzała psa, notabene: głupiego jak stos ziemniaków yorkshire teriera. Kiedy psopodobny kłębek sierści wydeptywał tę samą co zawsze ścieżkę i oblewał moczem te same co zwykle koła samochodów, ja już czekałem – schowany za vanem, wtopiony w tło, gotowy na skok. Drobne kobiece ciało poddało się argumentom prądu o napięciu 114 000 V, kolejnądawkę tegoż przeznaczyłem dla psa. W zasadzie nic do niego nie miałem, ale… pewnie i tak byśmy się nie polubili. Walentynkowy Potwór odjechał, uwożąc dwie niewinne ofiary (one zawsze są niewinne, to podnosi sprzedaż gazet) i zostawiając za sobą truchło bestialsko zamordowanego psa. Czyk!

Trzecia ofiara oprawcy, Zygmunt G., została napadnięta, kiedy wracała ze sklepu, objuczona zakupami dla ciężko chorej żony. Zagadka stulecia: jaką chorobę leczy się żołądkową gorzką? Zygmunta dorwałem, kiedy obsikiwał latarnię – chwiał się niebezpiecznie, lekko już pijany, w jednej dłoni trzymając siatkę z pięcioma czy sześcioma butelkami, w drugiej zaś… wiadomo co. Złapałem go nim upadł w kałużę własnego moczu – była to drobna uprzejmość pod własnym adresem. Nie chciałem czuć smrodu uryny przez tych kilka godzin, które mieliśmy wspólnie spędzić.

Walentynkowy Potwór wyjechał z miasta, wywożąc trzy niewinne ofiary (o tym nie można zapomnieć, o tym trzeba przypominać: były niewinne). Skierował się do pobliskiego lasu, cieszącego się wśród okolicznych mieszkańców złą opinią. Jaka by nie była, teraz z pewnością nie stała się lepsza. Kiedy ofiary doszły do siebie, były już przywiązane do drzew. Zgodnie z sztuką, choć muszę przyznać, że to – nomen omen – rozwiązanie pozostawia pewien niedosyt. Okrutny porywacz przez wiele godzin (dokładnie cztery godziny i osiem minut, czas to pieniądz: spóźnisz się, to nie obejrzysz serialu) pastwił się nad niewinnymi ofiarami (ect.), upokarzając je, wielokrotnie raniąc nożem myśliwskim (jaki tam myśliwski? Zwykły. Kuchenny. Niemiecki.) i obrzucając inwektywami, parokrotnie też udając, że zamierza je zamordować. Dobra gra aktorska jest zawsze w cenie. Bez niej nie zrobi się żadnego show! W pewnym momencie, z niewiadomych przyczyn, Walentynkowy Potwór rzucił się na Zygmunta G. i poderżnął mu gardło. Zgodnie ze scenariuszem. Odwiązałem ciało od drzewa, a kiedy je zakopywałem, Weronika Z. i Ryszard B. wykorzystali nieuwagę porywacza, rozplątali liny i uciekli w głąb lasu. Zmęczeni i wystraszeni niemal na śmierć od razu zabłądzili. Przeżyli makabryczną noc, kuląc się z przerażania przy każdym hałasie, w każdym cieniu i ruchu gałęzi dostrzegając obecność Walentynkowego Potwora. Niesłusznie, bowiem mnie tam nie było.

Walentynkowy Potwór uciekł ponownie. Ma już na sumieniu pięć ofiar śmiertelnych i dziesięć niedoszłych. Kogo zaatakuje w przyszłym roku?

Tego jeszcze nie wiem ja sam. Ale mam kilka kandydatur.

Na razie obserwuję efekty swoich działań. Minęły trzy tygodnie. Ryszard i Weronika spędzili je razem. Połączyły ich tragiczne okoliczności, oboje na chwilę zanurzyli się w tunelu wiodącym na drugą stronę życia. Czy ich związek przetrwa? Czy miłość zrodzona w ekstremalnych warunkach, w cieniu wyroku śmierci, ma szansę? Ja wiem, że tak.

Nie bez przyczyny ich wybrałem.

Wybrałem? Tak, oczywiście… wybrałem ich dla miłości. Dla niej to wszystko. Trochę bólu, jakaś nieistotna śmierć. Kolce przy róży. Tak to działa. Myślicie, że jestem kimś złym, prawda? Ale spójrzcie na to z innej strony: dałem światu coś wspaniałego, pięć eksplozji najwznioślejszego z uczuć. Czy możecie powiedzieć to samo o sobie?

No właśnie.

Zresztą, kto wie, czy w przyszłe Walentynki nie odwiedzę właśnie was. Ciągle jeszcze nie obstawiłem, kto w moim małym przedstawieniu zagra bohatera numer trzy.

 

Podobało się? Mamy nadzieję. Ale na tym nie koniec. Ostatnią perełką w walentynkowej koronie jest ilustracja przedstawiająca wkurzonego Pennywise’a, który na żadną Walentynkę liczyć raczej nie może. Grafę specjalnie na tę okazję przygotowała Ola Zielińska. Oto ona:

Reklamy
  1. Wszystkich zatkało 😉

  2. Przez Was ludzie przestaną się zakochiwać i skończymy jak te mamuty!

  3. Aleją gwiazd idziemy, he he… hłe… hłe…

  4. Z lekkim opóźnieniem, ale nadrabiam. Aż strach pomyśleć, co mi się stanie w umysł, kiedy wchłonę za jednym zamachem taką dawkę literackiego dziwactwa. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: