polskie centrum bizarro

„Punkt wyjścia” by Dawid Kain – ekskluzywnie i premierowo

In Opowiadania, Różne, różniste on Luty 24, 2012 at 6:00 am

Miło nam poinformować, że już dzisiaj, a więc 24 lutego 2012 ma miejsce premiera najnowszej powieści Dawida Kaina „Punkt wyjścia„.

Dawid do ostatniej chwili nie chciał zdradzić szczegółów swojego nowiutkiego dzieła, ale ostatecznie złożył daninę dla niedobrych literek. Aby uczcić premierę i docenić czytelników blogu, przygotował fragment tak ekskluzywny, że jedyną szansą na przeczytanie go gdzieś jeszcze, poza niedobrymi literkami, jest… zakup książki. Do czego Was przy okazji serdecznie zapraszamy.

Punkt wyjścia

– Zaraz się zacznie – powiedziała, włączając latarkę.

Nie wiedziałem, czy chodzi jej o fazę, czy o coś jeszcze innego, co właśnie zbliżało się do nas korytarzami, w moment sprawiając, że rozmowy i krzyki wokół dosłownie zamarły, a salę wypełniła cisza wręcz gęsta.

Schab – ten sam, co wpuścił nas do lokalu – prowadził tu teraz na smyczy nagiego mężczyznę w papierowej torbie na głowie, przewiązanej gratisowo sznurem, tak gdzieś na wysokości gardła, chyba po to, żeby mu nie spadła, nie odsłoniła nagle twarzy. I wtenczas skierowały się na nich rozedrgane światła latarek. Wewnątrz wyciętych w papierze dziur zobaczyć można było przekrwione ślepia i wąskie usta. Facet był w chuj otyły, zwały tłuszczu to mu ciążyły centralnie do ziemi. Szedł jak jakiś ciężko spasiony pies, jamnik-gigant czy coś, na rękach i kolanach. Jego skurczony ze strachu fiutek przypominał jakiś absurdalny order ze skóry, specjalne odznaczenie za głupotę i wysoki poziom testosteronu, jakie się w tym lokalu przyznaje co wybranym popaprańcom.

Ludzie wokół zaczęli szczekać, śmiać się i tupać.

Świetlne zajączki kicały energicznie po suficie i ścianach, momentami ujawniając przede mną całą ohydność tego miejsca: spękany, pożółkły od dymu tynk, gdzieniegdzie zżerany dodatkowo przez grzyby przeróżnego rodzaju, ściany pokryte zdjęciami profanującymi wszystkie znane świętości, zgaszone lampy o wyraźnie zbereźnych kształtach, czy też symbole, co ich znaczenia nie chciałem się nawet domyślać, żeby mi się potem nie śniły po nocach aż do całkowitego zwariowania.

– Kto to?! – spytałem Klaudii, wrzeszcząc jej do ucha, żeby przebić się przez panujący hałas.

– Uwierz, że to tylko kundel, który zesikał się na twój dywan! Tak go traktuj, okej?! Albo lepiej, że się zesrał! Jeśli to cię bardziej wkurzy, dobra?! Niech cię wkurzy maksymalnie, bo na tym właśnie polega ta gra!

Nie miałem pojęcia, o czym ona nawija, ale wszyscy dokoła z każdą sekundą faktycznie stawali się coraz bardziej agresywni względem nagiego kolesia. Jakby im coś zrobił. Popełnił jakieś straszne przestępstwo.

Zaczęło się od przekleństw. Później, jak dotarł już na środek sali, otoczony, zaszczuty, przegrany, pluli w niego, niczym do ruchomego celu. Kulił się, drżał. Dżiiiz. Jaka żenada przez wielkie Żet. Nie mogłem uwierzyć, co widzę. Migotanie latarek, krople flegmy na skórze, krzyki, coraz głośniejsze krzyki. Absurd, groteska i kabaret. Niczym wydawany na moich oczach wyrok, publiczne linczowanie. Ale za co, no za co? Co on mógł zrobić, że wszyscy tak go znienawidzili w ciągu dosłownie paru sekund na krzyż?

Zanim się spostrzegłem, sam włączyłem latarkę i skierowałem bladożółty promień prosto w mordę ofiary. A raczej w torbę, tkwiącą centralnie w tym miejscu, naczy się. Papier z wyciętymi otworami. Omiotłem wzrokiem jego ciało. W niczym już nie przypominał człowieka, przynajmniej na moje oko. Prędzej wygolonego na łyso, wyjątkowo spasionego psa. Co napaskudził w samym centrum sali balowej. Klaudia miała rację. To nie było ludzkie, w żadnym razie. To wzbudzało najgorsze instynkty, najstraszniejsze uczucia. Pogarda zastąpiła już wtenczas resztki litości. Byłem przecież od tego skurwionego czegoś tysiąc razy lepszy. Nigdy nie dałbym sobą aż tak pomiatać. Co za śmieć pierdolony! Upaść na takie dno. Dla czyjejś chorej rozrywki. Jak tak można w ogóle? Za grosz szacunku dla siebie. Myśli, że jak schowa gębę, to już jest kompletnie anonimowy, stuprocentowo bezpieczny? To już może robić, na co ma ochotę? Co za gówno! No nie mogę. Dać się prowadzić na smyczy dla czyjejś radochy. Skurwysyn jeden. Co jak co, ale takiego upadku, takiego nurzania się po same brwi w szambie, to ja tolerować nie będę. Miałem wtenczas szczerą chęć mu wpierdolić. Wykopać zęby na amen z tej psiej mordy. Naprawdę. No centralnie. Obić ten tępy ryj do nieprzytomności. Za taką głupotę trzeba jakoś zapłacić. Nie na darmo stwórca przenajświętszy obdarzył nas piąchami.

Klaudia jakby czytała mi w myślach.

– Chcesz się tym na serio nacieszyć, to chodź!

To poszłem.

Chociaż nie przypuszczałem nawet, w jakim celu, a ten nie był szczytny, bynajmniej.

Ktoś z tłumu wsunął mi w łapę coś, co w pierwszym wrażeniu skojarzyło mi się z ogromnym dildo, śliskim od ściskania w spoconych rękach, a może od wciskania w miejsca, o których nie chciałem już wtenczas wiedzieć. Półmrok utrudniał ocenę, co takiego to może być. Luknąłem niepewnie na moją towarzyszkę. W ciemnościach widziałem głównie jej usta, zęby i oczy. Bo światła latarek skakały po nas wściekle, nie pozwalając zatrzymać wzroku na choćby jednym określonym punkcie, gdyż ten zaraz znikał pod zasłoną cienia. Panował chaos trudny do opisania, więc lepiej było się nad tym nie zastanawiać, dać się ponieść spiętrzonej fali nienawiści.

– Popuść wodze fantazji! – krzykła.

Stanąłem obok byczka ściskającego smycz, na specjalnym takim podwyższeniu. Śmierdział jeszcze bardziej, niż tam przy wejściu. To wszystko wkurwiało mnie już coraz mocniej. Było jak na scenie. Rażące światła latarek. Wrzaski, które chyba do czegoś mnie zachęcały. Koniec po prostu świata, gdzie nagle trafiłem w oko cyklonu, samo centrum uwagi wszystkich zebranych tu palantów.

Znowu zerkłem na trzymany przedmiot. I w moment wszystko stało się klarowne. Teraz pojąłem. To był pejcz. Wielki i twardy jak ze stali. Niczym dosłownie w pornosach z dominami, co raz jeden taki widziałem, nie ukrywam, była tam między innymi zakonnica, pies, nastolatek z rudą szopą i domek na prerii w tle, co się potem odkleił, okazując się zwykłym plakatem, a pod tym była pełna rur, industrialna taka bardziej ściana, o którą bohaterowie się oparli, co by nie upaść, jak już zaczęła się właściwa już akcja, oral, anal, cum-shot i nietęgie lanie.

Uderzenie grubasa było czystym odruchem…

Advertisements
  1. Dawid potwierdza moja koncepcję o „roli społecznej” horroru, bizarro, jak zwał tal zwał (odmawiam ograniczania tego ostatniego do amerykańskiego pierwowzoru, który uważam jednak za intelektualną porażkę, ale przy odrobinie dobrej woli ma owa porażka szansę przerodzić się w coś niezwykłego :)).
    W tym akurat – co widzę nie po raz pierwszy – DK wydaje mi się bardzo bliski Patricka Senecala. Ocena wartości społeczeństwa jako całości i wybranych w nim jednostek nie jest pochlebna. Co mnie osobiści nie dziwi i całkowicie ją podzielam. Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej obrzydliwości, do której człowiek nie byłby zdolny.

  2. To prawda, ta książka jest bardziej psychologiczna od moich wcześniejszych. A że Senecal mocno w psychologii bohaterów siedzi, faktycznie ten tekst ma z jego dziełami trochę wspólnego 🙂

  3. Przyznam szczerze, że czytanie fragmentów powieści mnie wkurza… to trochę jak jedzenie kawałka ciasta, kiedy ma się okazję na całość. Trochę trąci to masochizmem. Na szczęście „Punkt wyjścia” już wyszedł 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: