polskie centrum bizarro

„Różowa Piątka” by Marek Grzywacz

In Opowiadania on Luty 28, 2012 at 6:00 am

Już za chwilę przeminie luty i nastanie marzec. Dzikie gęsi gęgają coś o wiośnie, ale kto by ich słuchał? Kto by w ogóle słuchał czegokolwiek, skoro… jest co czytać ;-). Na przykład nowiutki, świeżutki i różowiutki zestaw bizarro-szortów, sprokurowany dla niedobrych literek przez Marka Grzywacza.

Mamy dla Was aż pięć krótkich tekstów. Sądzimy, że się spodobają. Niechaj nie przerazi Was ilość niekoniecznie słodkiego różu!

A skoro już tutaj jesteście i niecierpliwie przebieracie nóżkami, to korzystając z okazji, pozwolimy sobie subtelnie zasugerować, byście pamiętali o nas w ciągu najbliższych dni. Macie kalendarzyk pod ręką? Nie, nie małżeński! Poszukajcie najbliższego święta (zwanego czasami komunistycznym). Znaleźliście? Świetnie. Zapiszcie zatem: „koniecznie odwiedzić niedobre literki”. Jeśli wystarczy miejsca, dopiszcie też coś o różach dla kobiet w Waszym otoczeniu, ale nie przeginajmy z planami, wszak dzień ma tylko 24 godziny…

Różowa Piątka

Double-drabble for double pink pleasure.

 

Różowe obłoczki

 

Był malarzem z powołania, a powołanie, jak wiadomo, rzecz bolesna. Szukał inspiracji w Naturze, ale wychodziła mu jakaś taka martwa. Przed płótnem stanął z Wielką Wizją. Przepiękny krajobraz w dole, zaś na przygasającym nieboskłonie czerwona tarcza zachodzącego Słońca, kąpiąca się w różowiutkich obłoczkach.

Te chmury doprowadziły go do rozpaczy.

Mieszał farby. Próbował tysięcy kombinacji. I nic. I kaplica. Nie zdołał uzyskać wymarzonego koloru. Wściekłość. Niezbyt artystyczna. Całkiem zwykły wkurw.

Wena się ulotniła.

Przywołał więc Muzę.

Lilia była prawdziwą szamanką. Zaklinała twórcze energie. Już w progu rozpięła guziki, idąc zrzucała z siebie ubranie. Dotarła w samych pończochach. Wpierw zsyłała natchnienie ustami. Potem odwróciła się tyłem i zanurzył się w jej prywatny Parnas.

Doszedł. Do sedna też.

Różowy to barwa pośrednia między bielą i czerwienią.

Nietypowa domieszka dała efekt. Odszedł od sztalug spełniony. Spojrzał na przecięte gardło. Pozyskując farbę zużył całość. Lecz cóż, wszak był artystą totalnym.

Gdyby tak zawsze mogła go wspierać…

Kiedy rano wyszedł z domu, zauważył dziwną pustkę ulic. Spojrzał w górę. Oniemiał. Całe niebo pokryte malowniczo różowymi obłokami. Otulały ogromne oblicze. Posągową twarz Lilii. Oczy jak reflektory szukały go świetlistymi palcami. W głowie zaszumiały mu dzikie inspiracje.

Niepotrzebny świat zniknął. Tylko on i Muza, dwa bieguny czystego natchnienia.

Różowe canoe

 

Mama chciała, żebym robił w modzie. Sama była wziętą projektantką, całe życie mierzyła, dobierała materiały, szyła. Ja talentu nie wykazywałem. Później okazało się, że mam. Taki bardziej anty. Potrafiłem rozpruwać. Szło mi bardzo dobrze. A jaka frajda!

Ale odziedziczyłem wrażliwość na styl. Seryjny morderca musi się wyróżniać, a branża tak przepełniona. Były różne rodzaje masek, worków na głowie, deformacji i innych szałowych kreacji wizerunkowych. Nie mogłem być gorszy.

Mówiłem już, że lubiłem też wykrajać?

Materiał leżał na ziemi (po mojej interwencji). Szyłem i po raz pierwszy mnie to jarało. Maska spoko się prezentowała. Największą cipkę uczyniłem otworem na usta. Dwie mniejsze oczodołami. Zamontowałem nawet różowe diody tuż nad oczyma. Fajowo nocą wyglądały, jakbym miał świecące ślipia.

Mamuśka byłaby dumna. Mój własny projekt, taki ze mnie Dolce & Gabbana (w jednym!) wśród zabójców.

Zastanawiałem się nad ksywką. Cipkotwarz? Sromowy Morderca? Cool.

Wtedy go spotkałem.

Jak znalazłem uciekinierkę zaszlachtowaną, skapnąłem się, że wlazłem na cudzy teren. Wyłonił się z mgły. Wyglądał jak lekarze z czasów Dżumy, ten płaszcz i kapelutek. Tylko to z przodu maski, to bynajmniej nie był dziób.

Jak utrzymał go we wzwodzie? Czysty talent!

Zbliżał się złowieszczo.

Cóż, początki były bolesne, ale okazało się, że uzupełniamy się całkiem nieźle.

 

Różowe rozwiązanie

Renia, zwana także Bejbi lub Nadstaw Dupę, zależnie od sytuacji, miała wszystko jak trzeba. Skórę porządnie opaloną. Włosy tlenione, aż lśniące platyną. Paznokcie (dobra, tipsy) długie. Wszystkie ciuchy w trendy odcieniach różu, może prócz białych kozaczków, różowe usta, pokój i laptopa. Pachniała nawet trochę różowo.

Full perfekcja. Tylko jedna rzecz nie dawała spokoju.

Od czasu do czasu z jej kakaowego oczka wypływały obleśnobrązowe, obłe paskudztwa. Aż rzygać się chciało. I śmierdziały. Nawet jak traktowała je antyperspirantem.

Nie poddała się jednak skali problemu i proszę, rozwiązanie wkrótce znalazło się samo. Chińska czarownica sprzedała jej na bazarku magiczny napój. A może to była wietnamska wiedźma? Bejbi nie miała pamięci do detali.

Nadszedł czas. Trochę się męczyła, ale wreszcie wyszły. W muszli pływały kształtne, pastelowe klocki umaszczenia różowego. Pachniały wypasionymi perfumami.

Były tak śliczne, że oczu nie szło oderwać. Mogłaby patrzeć godzinami.

Gdy ją znaleźli, klęczała przed ścianą, którą smarowała ekskrementami już od tygodnia. Gapiła się tępo na wielkie plamy gówna.

– Boże, jakie to piękne… – powtarzała jak mantrę.

Daremnie stawiała opór, sanitariusze nie cackali się. Nie chcieli przebywać za długo w tym smrodzie.

Od czego jej odbiło?

Żaden z nich nie miał pewności, lecz obaj byli zgodni, że prawdopodobnie miało to podłoże weneryczne.

Różowy lateks

Kochał miejsca takie jak to. Kolorowe lasery co i rusz wyciągały z mroku ponętne kształty, ciasno obleczone w lśniące ciuszki. Blade dominy prowadzały gumowe stwory na smyczach. Ludzie nie-ludzie – poranieni metalem w ciele, zakryci warstwami drugiej skóry, drażnieni obłymi mechanizmami wtłoczonymi we wszelkie otwory – zlewali się w podniecającą jedność.

Takich pragnął.

Kiedy ją zobaczył, dudnienie podlewane żrącym basem osiągnęło apogeum.

Błyszczała jasnoróżowo. Cała w lateksie, na widoku tylko oczy i grubo uszminkowane usta. Na szyi obroża, ale nikt nie przyczepił smyczy.

Przygarnął sukę.

Znalazł więcej niż szukał. Odrzuciła indywidualność. Była maszyną. Seksbotem najnowszej generacji. Cichym mruczeniem i głośnymi jękami witała każde upodlenie. Klęczała przed nim jak do modlitwy.

Gdy wyjmował z jej ust knebel, nabrał chęci, by ujrzeć twarz złaknionego potwora. Zdjął powoli maskę.

Pod nią nie znalazł nic. Pusta polimerowa skorupa opadła na ziemię.

Wrzeszczał długo.

Okradła go z fetyszu. Odtąd miał lateksowstręt.

Tej nocy wielu spotkało różowe widma. Prawdziwa inwazja.

Dekady przed otwarciem klubu w tym miejscu stał żeński zakon. Zmarłe siostry chowano na posesji.

Gdy okazało się, że Boga nie ma, że Raj nie czeka, zakonnice tragicznie się zawiodły. Żal życia zmarnowanego na cnotę.

Aż nadarzyła się okazja…

Trzeba przyznać – zaległości nadrabiały z prędkością światła.

Różowa kolekcja

 

Nowa seria harlequinów zapowiadała się obiecująco. Kolekcja sześćdziesięciu dziewięciu rozpalających romansów. I wszystkie od jednego autora!

Książka wciągała.

Jej usta zaczęły się poruszać. Bezgłośnie recytowała każde zdanie.

 Wkroczyła do kuchni zaspana. Stał przy kuchence w samych bokserkach i smażył naleśniki. Uśmiechnął się.

Rozpoznała go.

Napięcie malowało się na przystojnej twarzy Bena. Zacisnął masywne szczęki i wycedził przez zęby:

 Pragnę cię, Alice.

Ben, we własnej fikcyjnej osobie.

Pytania uwięzły w gardle, gdy zaproponował wspólny prysznic.

Kolejny tydzień, kolejna odsłona Różowej Kolekcji. Ich też przybywało. Był już Jack i Hank, Julian, Ian i Esteban. Tacy wrażliwi, seksowni… W mieszkaniu coraz tłoczniej. Nie miała serca wyrzucić któregokolwiek.

Problemów logistycznych nie było w łóżku. Tom 69 uczcili grupową eksplozją miłości.

Seks w ścisku im zaszkodził. Rano znalazła wszystkich przylepionych do sufitu, zespolonych w jeden organizm porośnięty różowawymi bulwami i wężowymi splotami.

Kiedy macka wślizgnęła się do ust, poczuła, że nic się nie zmieniło. Miłość rozkwitała. Odwzajemniła francuski pocałunek.

Wyjrzała przez okno. Czytelniczki namnażały ich ekspresowo. Idealni kochankowie mijali się, wymieniając porozumiewawcze mrugnięcia okiem.

Chciał tylko zarobić na masowej produkcji. Skąd miał wiedzieć, że ujawni się rodowa przypadłość? Że każde słowo będzie bramą do przedwiecznego szaleństwa?

Nie było odwrotu. Kevin Alhazred musiał salwować się ucieczką.

Advertisements
  1. Nigdy nie przepadałem za różem, ale w takiej wersji… jest ok 🙂

  2. No po prostu perełki.

  3. Jeszcze wilgotne, prosto z oceanu 😉

  4. Te obłe robale wychodzące z dupy – zajebiste. Tekst o nich podobał mi się najbardziej.

  5. Fas, fajnie, że ci się podobało, ale sprostuję – żadnych robali tam nie było, to chodziło o, no, ten, zwykłą kupę, że się tak wyrażę 😉

  6. No mniejsza z tym, ale motyw niezły 😛

  7. Motywów ci u nas dostatek 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: