polskie centrum bizarro

„Szarańcza” by Karol Kłos

In Fragmenty książek on Marzec 3, 2012 at 6:00 am

Dzisiaj niedobre literki zapraszają Was do przeczytania fragmentu nieopublikowanej dotąd powieści „Porwanie„. Autor, Karol Kłos, podzielił się z nami – a tym samym: Wami – całkiem solidnym kawałkiem swojego dzieła. Akcja „Porwania” dzieje się w ogarniętym wojną Iraku, możliwe też, że stanowi zapis gry fabularnej grupy dzieciaków. Głównym bohaterem jest dziennikarz, który z okupowanego Iraku przesyła do kraju swoje relacje, prowadzi śledztwo w sprawie ostrzelania wojskowego patrolu, tłumaczy odnalezioną starożytną księgę, następnie zostaje porwany i uwięziony na pustyni, a wszystko to dzieje się wśród rozlewających się coraz szerzej fal terroryzmu.

Brzmi znajomo? To tylko pozory! Zapewniamy, że nieskrępowana wyobraźnia Autora pociągnie Was w dzikie ostępy waszych umysłów, ostępy, których istnienia nawet nie podejrzewaliście… Ze swojej strony możemy (i chcemy) jeszcze dodać, że po lekturze „Szarańczy” uświadomicie sobie, że elementy bizarro są wszędzie. No, może z wyjątkiem lodówki. Bon apetit!

Szarańcza

Obudziłem się o świcie. Żołnierze już pracowali nad opornymi zaworami przy rurociągu. Strumienie potu ciekły im po twarzach, kapały z nosów, płynęły po policzkach, moczyły koszule, przesiąkały przez spodnie, chlupotały w butach, wyciekały z butów na piasek pod ich nogami, gdzie tworzyło się błoto. Gdyby było ich ze stu, albo dwustu, to można by urządzić sobie wspaniałą kąpiel nieopodal ich stanowiska pracy. Kąpiel ta byłaby może nieco słona, ale po miesiącach spędzonych na pustyni kąpiel nawet w solance byłaby miłym przypomnieniem kąpieli w naszym ukochanym, słonym morzu. Zresztą, solone dłużej trzyma, jak mówią tubylcy znad Morza Martwego.

            Właśnie odlatywał śmigłowiec. To chyba jego hałaśliwy silnik mnie obudził. Jakiś żołnierz podśpiewywał sobie stojąc obok wielkiej skrzyni:

            – Nie wylądował, a jedynie na długiej linie opuścił nam skrzynię – śpiewał. – Skrzynia drewniana, ćwiekami nabijana, sznurem obwiązana była.

            Nie byłem pewien czy dobrze widzę, czy może raczej wciąż jeszcze śnię. Być może senne marzenie ziściło się, więc czym prędzej zabrałem się do rabowania skarbu. Wielkim łomem odwaliłem wieko, łamiąc przy tym kilka desek zabytkowej skrzyni. Zanim pozostali żołnierze przeszli te kilka kroków od zaworu, ona już stała przed nami otworem. Wszyscy wpatrywaliśmy się w nią z szeroko rozdziawionymi gębami. Szczęki nam opadły aż na piasek. Wiatr nawiał mi pół kilo piasku do ust zanim ochłonąłem i je zamknąłem na dobre. Skrzynia była wyładowana po brzegi skarbami. Pełno w niej było konserw mięsnych, słoików z kawiorem, puszek piwa, papierosów, tajemniczych tabletek, tabliczek czekolady i opakowań gumowych rękawiczek i kondonów. Te dwa ostatnie najwyraźniej były w komplecie.

            Podzieliliśmy się sprawiedliwie łupem. Swoją część umieściłem pod namiotem. Potem włączyłem radiostację. W eterze aż huczało. Żołnierze wszystkich okolicznych posterunków przekrzykiwali się nawzajem informując o otrzymanych darach. Kto był darczyńcą na razie nie udało mi się ustalić. Tego dnia postanowiłem odpocząć. Niech sobie rozbudowa posterunku zaczeka do jutra. Leżąc w cieniu popijałem piwo, jadłem czekoladę, paliłem papierosy i co kilka minut połykałem jedną z tych ładnych pigułek. To tak na wszelki wypadek, aby nie zachorować na żylaki odbytu od tego ciągłego siedzenia i leżenia na gołym piasku.

            Żołnierze leżeli całą grupą w pobliżu zaworu. Porozpinali sobie mundury, bo było gorąco i duszno. Teoretycznie byli gotowi w każdej chwili podjąć swoje obowiązki. Radiotelefon chyba jednak się zepsuł, bo zamiast wydawać jak zwykle polecenia ludzkim głosem zaczął nagle szczekać i warczeć jak pies. Zbyt dużo słońca i piasku jak na urządzenie wyprodukowane w klimacie umiarkowanym. Nikomu nie chciało się sprawdzać baterii ani szukać zapasowej radiostacji.

            – A niech sobie skubany szczeka ile wlezie – powiedział kapral i zasnął.

            Potem z zachodu nadleciała szarańcza. Była to tak wielka chmara owadów, że nie było widać nie tylko słońca, ale nawet pobliskiej rury. Nadleciała cichcem, jakby się skradając. Potem nagle coś zawyło wściekle, coś się zakotłowało, a potem zapadł złowieszczy zmrok. Całe szczęście, że miałem namiot. Żołnierzom nie było tak dobrze. Gdy przeszła pierwsza wataha owadów, żołnierze leżeli na piasku nadzy. Gdy przeszła druga wataha owadów, żołnierze leżeli na piasku nadzy i łysi. Gdy przeszła trzecia wataha owadów, po żołnierzach pozostały już tylko same białe szkielety.

            Tak wielkiej ilości owadów jeszcze nigdy nie widziałem. Zjadały w mgnieniu oka wszystko co spotykały na swojej drodze. Miały wielkie żuchwy zaopatrzone w kilka rzędów drobnych ząbków, które raczej przypominały piły niż zęby. Tymi piłami jednak, niczym drwale w lesie, cięły wszystko na małe kawałki, a potem pożerały. Ich kończyny były wyposażone w wiele małych haczyków. Wystarczyło, że zamachały kończyną, a już haczyki wbijały się we wszystko i zagarniały w pobliże otworu gębowego.

            Widziałem jak jeden ze szkodników wbił swoje haczyki w puszkę piwa. Perlisty płyn wylał się z puszki pieniąc się złociście i wypłukał z odwłoku robaka kilkanaście białych jajeczek. Te upadając na piasek rozbijały się z głośnym pluskiem. Szarańcz nadął się jak dynia z wściekłości, zrobił się krwisto-purpurowy na swoim dotąd zielonym pyszczku, a jak zaczął jazgotać przeraźliwie, to trzeba było uszy zakrywać albo uciekać gdzie pieprz rośnie.

            Potem powiał wiatr od wschodu. Przyniósł ze sobą inną wielką chmurę. Było to wielkie stado ptaków. Nadlatywały ze złowrogim szumem skrzydeł. Szarańcza nic sobie z tego nie robiła. Być może nie zdawała sobie sprawy ze zbliżającego się niebezpieczeństwa. Ptaki lotem koszącym zbliżały się do ziemi. Niektóre już z daleka otworzyły ogień z karabinów maszynowych, inne zbliżały się, rosły w oczach, nabierały wyraźnych kształtów z coraz większą precyzją, prędkością, nieuchronnością. Potem wszystko się zakotłowało, zawirowało, aż ziemia pode mną zadrżała, jęknęła głucho, westchnęła żałośnie, po czym zamilkła.

            Najprawdopodobniej straciłem słuch. Nie docierały do mnie żadne dźwięki. Wielka fala ptaków rozlała się na pustyni niczym potop, niczym fala tsunami. Najpierw była średniej wielkości. Wcale nie wyglądała groźnie. Im była bliżej tym bardziej rosła. W końcu skrzeczące ptaszyska zakryły cały horyzont, zasłoniły sobą cały świat. Wielkie, zakrzywione szpony grzebały wśród stosów szarańczy, wielkie dzioby wybierały co bardziej smakowite kąski. Te najbardziej tłuste owady poszły na pierwszy ogień jako pierwsze danie. Nawet nie stawiały oporu. Z dziobów strumieniami lała się krew, lub raczej kleista, lepka, zielona substancja, jakiś sok czy coś takiego, jakaś mieszanina wnętrzności, połamanych kończyn owadzich, skorup ich pancerzy i chyba soków trawiennych. A to łepek jakiegoś owada upadał na ziemię, a to kawałek owadziego skrzydła. Żaden z ptaków nie zawracał sobie głowy tymi resztkami. Nie było potrzeby. Wszędzie wkoło panoszyło się jeszcze całe mnóstwo tłustych ciał szarańczy.

            Gdy podniosłem zbolałą głowę z piasku, ptaków już nie było. Po szarańczy też nie było śladu. Pod czaszką szumiała mi jeszcze fala tsunami, ale powoli odpływała już w dal i nie stanowiła poważniejszego zagrożenia. Był wieczór. Żołnierze siedzieli przy ognisku śpiewając jakąś piosenkę. Powlokłem się do namiotu w poszukiwaniu puszki piwa.

Advertisements
  1. I wtedy nadjechała czereda kotów.

  2. A wszystko przez ładne pigułki… Jak widać nie wszystko, co ładne trzeba od razu brać do buzi 😉

  3. Tak trudno się czasami oprzeć 😀

  4. No, niby tak… Tylko potem brzuch boli, albo i głowa 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: