polskie centrum bizarro

Dwa kęsy w ramach aperitifu, czyli wstęp do tego co jutro…

In Akcje Literackie, Opowiadania on 7 marca, 2012 at 6:00 am

Co ma być jutro to… będzie, nic tego nie odmieni. Ale po co czekać do jutra, skoro już dzisiaj może być ciekawie? Nie czekajmy zatem! Do dzieła!

W ramach bardzo rozbudowanej zapowiedzi jutrzejszej akcji mamy dla Was dwa wypasione opowiadania. Na pierwszy rzut poszli Bartosz Orlewski i Miłosz Górniak. Mamy nadzieję, że ten mocny akcent wstępny zachęci Was do odwiedzenia niedobrych literek także jutro. Będzie co czytać, oj będzie!

Bartosz Orlewski – Frittata

Moja siostra płakała w pokoju, a ja przygotowywałam frittatę. Pyszną frittatę, w sam raz na szybki numerek… w kuchni, przy desce do krojenia, z patelnią w dłoni. Przygotowywałam ją ze mściwą miną i gniewem w sercu. Moja siostra, najukochańsza siostra, cierpiała z podręcznikowego wręcz powodu. Z winy mężczyzny. Nie dość, że Marek ją zdradził i pobił, to jeszcze okazał się egzemplifikacją paskudnego archetypu męskiej, szowinistycznej świni w wydaniu deistyczno-ewolucyjnym.

Drań nie pozostawił nam wyboru.

Mieszkanie posprzątałyśmy na błysk, wypolerowałyśmy sztućce, a noże naostrzyłyśmy tak, że samo patrzenie na ich lśniące ostrza z nierdzewnej stali sprawiało nam bolesną przyjemność. Bez wątpienia byłyśmy przygotowane do zaaplikowania Markowi końskiej dawki zemściwości – tego bękarta sprawiedliwości i zemsty. Pozostała nam tylko jedna rzecz do zrobienia. Frittata.

Marek uwielbiał frittatę, co było dość zaskakujące zważywszy na to, że dupek uważał siebie za prawdziwego mężczyznę. Prawdziwym mężczyzną miał być samiec z naszego gatunku, które żyje w zgodzie z własną naturą, zaprojektowaną i ukształtowaną ewolucyjnie, za pomocą mutacji genetycznych i selekcji naturalnej, przez… Matkę Naturę vel po prostu Naturę. Sądziłam, że jako współczesne wcielenie mężczyzny z pradziejów podwójnie sapiensiej ludzkości, Marek powinien – tytułem sprostania wymogom własnej natury – przejawiać ogromne zamiłowanie do mięsa. Najlepiej słabo wysmażonego. Najwyraźniej jednak nawet paleologiczne samce miewały mniej lub bardziej wstydliwe słabości.

Tak czy inaczej, Marek wierzył, że jesteśmy dziełem Natury, że to Ona nas zaprojektowała i wytworzyła w procesie ewolucji gatunków, i że jako mężczyźni i kobiety posiadamy odmienne natury – czyli zróżnicowane płciowo esencjalne cechy – w jednym tylko celu: abyśmy, realizując przypisane nam role, podtrzymywali nasz gatunek. Jakie role? – zapytacie. Według Marka, odpowiedź była jedna i oczywista: mężczyzna jest esencjalnie wojownikiem, a kobieta – delikatnie mówiąc – jego własnością. Aby zasłużyć na miano prawdziwego mężczyzny, samiec z naszego gatunku musi postępować jak wojownik. Zawsze i wszędzie. Natomiast kobieta może stać się kobietą prawdziwą, o ile zwiąże się – przede wszystkim seksualnie – z prawdziwym mężczyzną. Kobieta fałszywa i jej męski odpowiednik są istotami godnymi pożałowania.

Wiadomo, co ktoś taki jak Marek mógł sądzić o wielu współczesnych kobietach. Miał je za istoty perwersyjne, wynaturzone, które żyją wbrew wymogom swojej kobiecej natury, nie robiąc tego, do czego zostały zaprojektowane i ewolucyjnie przystosowane przez Naturę. Marek gardził takimi kobietami. Prawdę mówiąc, gardził nami wszystkimi. Żywił głęboką wiarę w to, że kobieta jest istotą gorszego rodzaju z powodu swej kobiecości. Z drugiej strony, Marek nie stronił od wdzięków kobiet, które w jego mniemaniu wiodły wynaturzone życie. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że zdradzał moją kochaną siostrę na prawo i lewo. Kiedy przyłapała go in flagranti, wzruszył ramionami i powiedział, że przez cały ten czas, sypiając z innymi kobietami, postępował w zgodzie ze swoją męską naturą, nie robił więc niczego złego.

Poglądy Marka były zadziwiająco bzdurnym misz-maszem quasi-ewolucyjnego myślenia, adaptacjonistycznych historyjek o życiu na sawannie i starych, atyfeministycznych memów.

Pewnie zastanawiacie się, jak doszło do tego, że moja kochana siostra zakochała się w takim dupku? Cóż, Marek – jak przystało na prawdziwego mężczyznę chcącego uwieść współczesną kobietę – ukrywał swoją tożsamość. Ujawnił się dopiero wtedy, gdy moja siostra była już w nim beznadziejne zakochana. I nie zrobił tego od razu. Nic z tych rzeczy. Marek odkrywał karty stopniowo, umiejętnie dawkując swoją prawdziwą męskość. W końcu jednak, pobiwszy moją siostrę, przekroczył granicę, za którą byłam już tylko ja, napędzana gniewem i żądzą zemściwości, oraz frittata, pyszna frittata.

Przygotowanie frittaty nie jest trudne. Cała operacja – zaręczam, że krótka – wymaga jednak pewnej dozy sprawności, ale o tym za chwilę. Najpierw fundamenty: po pierwsze, lodówka, najlepiej sprawna; po drugie, składniki: mrożony szpinak w śmietanie, ser grecki, oliwki, suszone pomidorki, jajka, tarta bułka, mały jogurt naturalny, oliwa; po trzecie, narzędzia: deska do krojenia, nóż, patelnia, kuchenka gazowa, sami wiecie co, wszak dorosłe z was zwierzaki. Dalej jest w zasadzie tak (w zasadzie, bo składniki można zmieniać, wyżej podałam swoje ulubione): w garnku, na małym ogniu, rozmrażamy szpinak (450 gram), aż wyparuje z niego woda, potem przelewamy go do miseczki, studzimy przy otwartym oknie, dodajemy pięć roztrzepanych wcześniej jaj, pięć-sześć czubatych łyżek bułki tartej, wlewamy mały jogurt, wszystko to przyprawiamy pieprzem i solą (i czym tam jeszcze chcecie), i mieszamy. W każdym razie otrzymana masa ma być gęsta. Na małej patelni, na oliwie, formujemy szpinakowy omlet, podsmażamy go od spodu, tak, aby dało się drania przewrócić na drugą stronę, zanim jednak go przewrócimy, sypiemy na wierzch startą fetę, pokrojone drobno oliwki i suszone pomidory (i co tam jeszcze chcecie) – dopiero potem przewracamy omlet (właśnie to wymaga pewnej dozy sprawności). Podsmażamy. I przekładamy na talerz. W ten sam sposób przygotowujemy kolejny placek. I następny. I tak dalej. Aż uznamy, że mamy dosyć. Na koniec to wszystko zjadamy, lampka wina (nie jedna) mile widziana. Proste, szybkie i cholernie smaczne. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami.

Tamtego dnia, kiedy czekałyśmy na Marka, przygotowałam frittatę według powyższego przepisu. Dodałam jednak kilka składników, o których nie wspominają zwykłe książki kucharskie. Zdobycie ich nie było trudne, choć wymagało złożenia drobnej ofiary. Marek przyszedł o siedemnastej. Zaprowadziwszy go do salonu, ruszyłam do łazienki, mówiąc, że muszę dokończyć makijaż. Skinął głową i włączył telewizor. Nie wiedział, że moja siostra siedzi w sypialni za zamkniętymi drzwiami. Był przekonany, że w końcu uległam jego urokowi. Cóż, miał prawo tak myśleć, gdyż zaproponowałam mu przez telefon dwa w jednym: smaczny obiad i ostre rżnięcie. Dla kogoś takiego jak on byłby to idealny Dzień Kobiet.

Z łazienki wyszłam pachnąca, seksownie ubrana. Marek wodził za mną wzrokiem. Słyszałam, jak przełyka głośno ślinę. Świnia. Pewnie już miał erekcję. Siedział przy stole, gdy przyniosłam z kuchni ogromny talerz z frittatą. To wszystko dla nas? – zapytał. Nachyliłam się tak, aby mój obfity biust doprowadził jego wyobraźnię do stanu wrzenia i, oblizawszy językiem wargi, wyszeptałam, patrząc mu prosto w oczy: Przede wszystkim dla ciebie, kochaniutki. Potem się pocałowaliśmy.

Nienawidziłam faceta. Bez dwóch zdań. Nie tylko za męski szowinizm. Również za deizm ubrany w fatałaszki ewolucjonizmu (ze szkodą dla tego ostatniego). Cholerny kultysta Natury. Wielu ich było. Nie każdy był szowinistycznią świnią, ale łączyło ich jedno: wiara w to, że posiadamy taką a nie inną ewolucyjną przeszłość z powodu planów Natury. Nawet jeden z najsłynniejszych specjalistów od ewolucji ludzkiego umysłu popełnił w swojej bestsellerowej książce żenująco błędny fragment:

Was the human mind ultimately designed to create beauty? To discover truth? To love and to work? To harmonize with other human beings and with nature? The logic of natural selection gives the answer. The ultimate goal that the mind was designed to attain is maximizing the number of copies of the genes that created it. Natural selection cares only about the long-term fate of entities that replicate…1

Litości! Natura nie posiada przekonań, pragnień i zamiarów, a tym samym żadnych planów i celów. Gdy słyszę deistyczną gadkę o Naturze i ewolucji, selekcji naturalnej i genach, spuszczam ze smyczy słowa klasyka:

Fiddlesticks. The human mind wasn’t created, and it wasn’t designed and there is nothing that natural selection cares about; it just happens. This isn’t Kansas, Toto2.

W przypadku Marka spuściłam coś innego. Coś o wiele bardziej groźnego. Ukryłam to we frittacie. Szpinakowy omlet, który postawiłam przed nim na stole, miał ponad metr średnicy i pół metra grubości. Zużyłam na niego cztery opakowania szpinaku, piętnaście jajek, trzy słoiki oliwek, cztery puszki suszonych pomidorów i pięć opakowań greckiego sera. Pracowałam w pocie czoła. To już nie był szybki numerek przy desce do krojenia, z patelnią w dłoni, lecz kilkugodzinne swingowanie! Byłam zmęczona, ale nie mogłam pozwolić sobie na chwilę słabości.

Ciągle się całowaliśmy. Ręce Marka wędrowały po moim tyłku, plecach, brzuchu i piersiach. W końcu musnęłam językiem jego usta. Raz, drugi, trzeci. Wszystko w ramach dywersji. Ciężko oddychał. Rozpiął spodnie i wyswobodził z bokserek członka. Sterczał jak kijek od chorągiewki. Długi i cienki. Weź go do ust, powiedział. Nie wzięłam. Rzekłam za to z uśmiechem: Zaraz. Jednocześnie cofnęłam się, odsłaniając stygnące w misce danie. Chwyciłam Marka za szyję i z całej siły popchnęłam do przodu, zanurzając jego twarz we frittacie. Potem odskoczyłam do tyłu. Frittata zacisnęła wargi wokół szyi mężczyzny i zaczęła wsysać w głąb miski. Marek próbował wstać z krzesła, ale z omletu wystrzeliły cztery zakończone szponami macki i przytrzymały go w miejscu. Moja siostra stała w drzwiach do sypialni, z rękami splecionymi na piersiach. Na jej twarzy pląsał figlarny uśmiech.

Frittata, choć żarłoczna, była dość wybredna – ubranie Marka wypluła. Kiedy było już po wszystkim, umyłam w łazience ręce i zęby. Szorowałam je długo i dokładnie, jakbym zmywała z siebie coś więcej niż zapach znienawidzonego mężczyzny. Następnie nakryłam stół. Siostra rozlała do kieliszków wino. Kalifornijskie, półwytrawne. Wzniosłyśmy toast. Za świat bez dupków. Potem pokroiłam frittatę. Smakowała wybornie. I to nie tylko z powodu pierwszorzędnych składników w rodzaju szpinaku, oliwek, pomidorków i fety oraz kilku tajnych dodatków, do dostania wyłącznie po drugiej stronie lustra, po złożeniu stosownej ofiary. Swój wyborny smak frittata zawdzięczała również martwej męskiej szowinistycznej świni.

1 Steven Pinker, How The Mind Works, W. W. Norton & Company, 2009, s. 93.

Miłosz Górniak – Przedwiośnie

Kurwa. Znów to się stało… Wpierw moim oczom ukazało się niebo i błyszczące w oddali gwiazdy, które być może i były świetlikami? Skoro czułem się jak na karuzeli, nie trudno o pomyłkę, prawda? Zamknąłem powieki z nadzieją, że mi się śni, jednak spazmy w żołądku i smak alkoholu w ustach był nazbyt prawdziwy. Otworzyłem oczy i znów te świetliki. Albo niebo? Co za różnica. Spojrzałem w lewo – nic – jakieś drzewo w oddali. Przekręciłem głowę w prawo – „Wspomnienia nie umierają nigdy”. Że co? Słowa były wyraźne. Może dlatego, że czytałem je codziennie od jakiś dwóch tygodni? Skąd one są? Nie wiem, ale Edyta wciąż je powtarzała. Przetarłem twarz, brudząc ją resztkami śniegu, które do reszty przywróciły mi świadomość. No chuj! Znów się ochlałem i obudziłem tu – na tej zabłoconej ziemi, obok jej grobu. Opierając się na łokciach przysunąłem do nagrobka siadając do niego plecami. Gdybym mógł tylko otworzyć głowę i przewietrzyć myśli. Spojrzałem raz jeszcze na  mogiłę rozścieloną zniczami i świeżo ściętymi kwiatami. Na jednym z bukietów ktoś napisał „Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet”. Chwila, to już dziś ósmy marca? Przynajmniej mam jakieś usprawiedliwienie, co tutaj robię. Co prawda to mało pocieszające, ale jednak. „Wszystkiego dobrego mała” – powiedziałem na głos, lecz wiatr porwał mój niewątpliwy bełkot na strzępy. Pięknie… No i co teraz? Nic. Jeszcze chwile i już sobie pójdę. Tylko jeszcze wytrzeźwieję, poczuje się lepiej o ile to w ogóle jest możliwe…

Nagle na ramieniu poczułem czyjś dotyk – to znów pewnie grabarz, pomyślałem. „Cześć kwiatuszku” – usłyszałem za uchem, po czym czyjeś dłonie splotły mi się u szyi i wydawało mi się, że zawiązują w kokardkę. Przechyliłem głowę w tył i nasze spojrzenia znów się spotkały. Edyta? To naprawdę ty? Ciepło jej pocałunku zarumieniło mój policzek. Nie, to nie może się dziać – wygarnąłem, ale nim zdążyłem cokolwiek dodać, wtedy ona znów mnie pocałowała, tym razem w usta. Soczyste wargi smakowały jak prawdziwe – a jednak! „Chodźmy – powiedziała – tam, za drzewem”. Za drzewem? – spytałem lecz zamiast odpowiedzi pociągnęła mnie za rękę, a ja z trudem udźwignąłem się do pionu. Wciąż zataczając się jak lump nawalony w trupa maszerowałem niczym przedszkolak na spacerze. Wiatr głaskał mnie jej zapachem i uwielbiałem te świeżość. „To tu” – powiedziała półgłosem pokazując kwitnące obok drzewa przebiśniegi. Było ich setki, a może i tysiące, rosnąc jeden obok drugiego przypominały pościelone łóżko. „Połóż się na roślinach, proszę” – usłyszałem. Zawahałem się. Kucnąłem i wpierw pogłaskałem dla pewności rosnące kwiaty, które były wyjątkowo miękkie w dotyku, po czym dopiero usiadłem, a następnie położyłem się na ich kremowych płatkach. Czułem się jak na łóżku wodnym, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo nigdy nie miałem okazji go nawet zobaczyć. „Rozbierz się, musimy porozmawiać” – uśmiechnęła się, a ja słyszałem, że serce łomocze mi coraz szybciej. Pośpiesznie ściągnąłem ubranie zostając już tylko w bieliźnie i ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie czułem chłodu. To dziwne – leżąc tu, na przebiśniegach, na wpół nagi z na wpół żywą Ewą. A może na wpół żywym mną, biorąc pod uwagę, że nie pamiętam nic od czasu pogrzebu. Jednak najwyraźniej jak na trupa wciąż tętniłem życiem. Mój członek nabrzmiał, napierając na szorty. „Cześć koleżko, tęskniłeś” – zachichotała, patrząc na tętniącą pod bielizną formę, która teraz wydawała się być o dwa numery za mała. „No przecież wiesz, maleńka” – wydobył się stłumiony głos spomiędzy mojego krocza – „chodź do tatusia”. Wtedy po raz ostatni pocałowała mnie w usta, po czym powoli zaczęła zsuwać się niżej i niżej, zostawiając po drodze błyszczącą kożuch swojej śliny. W końcu objęła odciśnięty na bokserkach kształt ustami, spomiędzy których wydobył się cichy pogłos zadowolenia – „mmmrrrr…”. Odchyliła materiał, a koleżka puścił jej kilka całusów zalotnie przy tym merdając w górę i w dół. Objęła go dłonią szepcząc przy tym coś niezrozumiałego, po czym oplotła wilgocią wnętrza swoich ust. Ciepło rozpłynęło się po moim ciele, aż w końcu zabrzmiało w głowie. Szare komórki znów zaczęły bawić się w berka i było to miłe. Tak – miłe, bardzo. Krew płynęła coraz szybciej znajdując ujście w kroczu. Edyta wciąż oblizywała mojego bohatera a w jej iskrzących z rozochocenia oczach można było wyczytać, że sprawia jej to wielką frajdę.

Płacząca wierzba, pod którą leżeliśmy z wolna zaszeleściła gałązkami. Może od wiatru, a może…? Spróchniałe konary zgrabnie wygięły się tak, jakby wróciło do nich życie. Zamiast pęknąć i zasypać nas korą i setką drzazg, spoglądały na dół, zabawnie się przy tym gimnastykując. „Już czas” – szepnęła Edyta oblizując usta. Stanęła nade mną zrzucając z siebie sukienkę w groszki, która z przyjemnym szelestem ocierającej się o ciało bawełny upadła na ziemię. Wyglądała olśniewająco. Na mlecznej cerze rozsypane były pojedyncze pieprzyki – na stopach, udach, po lewej stronie brzucha, tuż pod piersiami i na szyi, na pupie, pomiędzy łopatkami. Przypominały wskazówkami, a ja zawsze zastanawiałem się, od której zacznę. Cipka Edyty na widok mlaskającego na mającą nadejść rozkosz penisa, zaczęła głośno przełykać ślinę – miała apetyt. Po chwili przestała jednak walczyć z pragnieniem i dwie zwilgotniałe sznurówki przyjemności zaczęły spływać spomiędzy jej ud. Doskonale…. Edyta usiadła na mnie a nasze ciała zlepiły się jak rozgotowane ciasto. Koleżka nie potrzebując pomocy niczyich dłoni samodzielnie wskoczył do ciepłego gniazdka, po czym rytmicznie pomlaskując rozpoczął poruszać się w górę i w dół.

Zawiośniało. Płacząca wierzba, która dryfowała nad nami w jękach ekstazy zaczęła rodzić pąki. Jeden po drugim. W trudach, w znojach, z przyjemności. Radość kwitła. Nawet gwiazdy przyleciały zajmując miejsca na gałęziach widowni i w moment zebrała się cała sala. Drzewo nad nami w końcu puściło soki. Słodkokwaśne krople spadły na nasze ciała wyparowując jak rzucone na rozgrzane kamienie. Kap, kap – miłość. Kap, kap – pożądanie. Kap, kap – jedność. Kap, kap… Edyta wyprężyła ciało odchylając głowę w tył. Strumień ciepła zalał pana strażaka pnąc się jak zakwitła winorośl po kręgosłupie do mojej głowy i odbił się echem w czaszce.

– Przepraszam – powiedziała.

– Co?

– Przepraszam!

– Hej, wszystko w porządku, Dla…

– PRZEPRASZAM!!!

Ni stąd ni zowąd lodowaty deszcz zwalił mi się na twarz, a światło oślepiło zabierając całą przyjemność, rozkosz i uciechę. Przyjemne w dotyku przebiśniegi nagle zapadły się pod ziemię i wylądowałem w ochłapach zamokłej i zimnej ziemi. Edyta, która przed chwilą wyginała się z rozkoszy do tyłu, teraz z przerażeniem patrzyła na mnie. Jej oczy traciły blask i zapadły się w oczodołach. Kości policzkowe nienaturalnie wytrzeszczyły a zęby, jeden po drugim, zaczęły wysypywać się na błoto. Gęste blond włosy nagle przerzedziły się, by w końcu zaświecić zmarszczoną łysiną.

– PRZEPRASZAM!!! HALO?!

– E… Edyta?

– Edek – nie Edyta, jeśli już. Człowieku, jesteś zalany w trupa. Wstawaj z tej ziemi.

Twarz Edyty momentalnie zgasła, zmieniając się w gębę ohydnego dziada bez zębów. Łysego, chudego jak szkapa, z pustymi oczyma manekina.

– Przynajmniej się zazieleniło… – wymamrotałem do grabarza zbierającego moje zwłoki, spod których wystrzeliły pojedyncze przebiśniegi.

  1. Dobre 🙂 ciekawa jestem co to będzie jutro?

  2. I jutro nastąpiło… W całej krasie.
    A teksty całkiem całkiem, aż serce rośnie, że w niedobrych obrodziło tyle talentów 🙂

  3. Wypełzły jak dżdżownice 🙂 Mam nadzieję, że teksty sprostają wszystkim zboczonym gustom!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: