polskie centrum bizarro

Niedobry Dzień Kobiet, czyli kilka szortów z okazji Okazji

In Akcje Literackie, Opowiadania on Marzec 8, 2012 at 6:00 am

I stało się: nastał ten dzień, zresztą jak co roku o tej samej porze. Dzień Kobiet, znaczy się.

A że wpojone wszyscy mamy, coby dzień święty święcić, jakżeby nie można uświęcić dnia takiego jak ten? Nie można! Tak więc w poczuciu jakże przyjemnego obowiązku, ekipa niedobrych literek wsparta przez godnych zaufania sojuszników, raz jeszcze przygotowała dla Was krótki maraton tekstowy. Hasłem kluczowym jest kobieta. Między innymi.

Zapraszamy Was do lektury opowiadań sprokurowanych przez Kazimierza Kyrcza Jr, Dawida Kaina, Krzysztofa Maciejewskiego, Marka Grzywacza, Karola Mitkę, Krzyśka T. Dąbrowskiego, Marka Grzywacza i Darka Barczewskiego. Miłego czytania. I nie zapomnijcie o kwiatkach… nie, nie dla nas ;-).

Krzysztof Maciejewski – Zombie Marcowe

 

Ach, jak snuł się ten marcowy wieczór! Mężczyzna biegł w narastających ciemnościach. Jego twarz wykrzywiał dziwny grymas, ciężko dyszał, ale wiedział, że nie może się zatrzymać. Zdał sobie z tego sprawę znacznie wcześniej, gdy miotając się w panice wylatywał jak karabinowy pocisk ze swojego pustego mieszkania. Czasu zostało bardzo niewiele. Dlatego teraz truchtał wśród wydłużających się cieni, przecinał industrialny krajobraz nierównym rytmem stóp uderzających o trotuar. One jeszcze się nie pokazały, lecz przeczuwał, że dawało to tylko fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Lepiej przyjąć, że kryją się tuż za rogiem, że śledzą go wymalowanymi i bystrymi oczyma.

Nagle złowił uchem podejrzany odgłos dochodzący z niezbyt odległej kępy drzew. Szybko zerknął w tamtą stronę. Na szczęście, to tylko jakiś psiogłowy demon pożerał martwe dusze uformowane w kształty kotów. Uciekinier odetchnął z ulgą.

Wkrótce odnalazł bratnie dusze mieszkające poza głównym nurtem miasta. Już kilkunastu mężczyzn ogrzewało tyłki przy ognisku rozpalonym w półcieniach starego mostu. Co chwila któryś podskakiwał dołączając do korowodu kręcącego się wokół migotliwych płomieni, a wtedy jego zniekształcona facjata wykrzywiała się złowrogo. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Bo na łów wyruszyły one.

Ogniskowa sielanka nie trwała długo. Posuwistym krokiem nadeszły odziane w sukienki postacie. Każda nich dotknięta byłą jakąś widoczną ułomnością, skórę szpeciły otwarte, gdzieniegdzie wręcz gnijące, rany. W pewnym momencie jedna z dotkliwiej nadgryzionych zębem czasu niewiast zaczęła tańczyć trzymając w dłoniach rozwijające się girlandy jelit. Wnętrzności spadły na brudną ziemię jak pęknięte baloniki, ale kobieta wydawała się kompletnie nieświadoma rozwoju sytuacji, wciąż stawiając nieporadne kroki imitujące taniec. Inne, znacznie mocniej posunięte w rozkładzie, nie były w stanie wydobyć z siebie zrozumiałych komunikatów. W nieskładnym chórze tylko jedno słowo powtarzało się z niepokojąco dużą częstotliwością:

– Faceci…

Zgromadzeni przy ogniu mężczyźni nie próbowali uciekać. W końcu to były ich żony, siostry lub córki. Na szczęście, Dzień Kobiet powoli dobiegał końca

Dawid Kain & Kaz Kyrcz Jr. – Danie Dnia

— 

Banda zjebów, ćwoków i zboków, pomyślała Sandra, lustrując wzrokiem wnętrze pubu „Pod zmiętym pingwinem”. W lokalu było pustawo, tylko przy kilku stolikach przesiadywała garstka najwyraźniej stałych bywalców. Same zakazane mordy, jedna wstrętniejsza od drugiej.

Sandra, co warto zaznaczyć, nie należała do tych lesbijek, które wybrały swoją orientację seksualną z musu, bo były zbyt szkaradne, by zbliżył się do nich jakikolwiek facet. Przeciwnie. Śliczna niczym z obrazka, wręcz ikona stylu i gracji… Mogłaby przebierać w samcach, gdyby tylko chciała. Zresztą w zakładzie fryzjerskim, gdzie pracowała, ciągle opędzała się od napalonych klientów.

– S okasji dnia… dnia kobiet… szyczę szanofnej… pani… fszystkiego, co… – Usmarowany tanim alko frajer gibał się przed nią jak klaun na sprężynie, który właśnie wyskoczył z pudełka.

Koleś był odrażający, ale miało to znaczenia. Dziś chodziło bardziej o zemstę niż o przyjemność. Skoro Andżela postanowiła zdradzić Sandrę, zabawiając się zwykłym roznosicielem ulotek – do tego w ich wspólnym łóżku! – ona też mogła bez wyrzutów sumienia pójść na całość z byle menelem.

Zaciągnęła go do kibla, gdzie w jednej z kabin kazała mu się rozebrać, a potem zamknąć oczy.

– Csso teras? Weśmieszzzszz mi do… buzi?

Sandra wzdrygnęła się słysząc tę propozycję, ale gdy przypomniała sobie, co zrobiła z tamtym przeklętym roznosicielem ulotek Andżela, wzdrygnęła się jeszcze bardziej.

Klęknęła na zimnej podłodze. Jedną dłonią przytrzymała menelowi członka, a drugą z leżącej obok torebki wygrzebała nożyczki.

Ciach-ciach. Wprawne fryzjerskie cięcie.

Obcięte jądra plasnęły na podłogę jak woreczek pełen ślimaków.

Koleś zawył głośno, ale był chyba zbyt zalany, by od razu skumać, co się dzieje.

– Tak to mi jeszszzz… cze szadna… szadna nie robiła.

– A tak ci robiła? – spytała Sandra, wbijając kolesiowi ostrze w krtań.

Z serii bulgotów, jakie wydał z siebie delikwent, nie dało się wywnioskować jednoznacznej odpowiedzi.

***

Doprowadziwszy się do porządku, Sandra wyszła z knajpy prosto w rozgwieżdżoną, nurzającą się w świeżości noc.

Wróciły wspomnienia. Wciąż pamiętała ich pierwszy wspólny występ. Późna jesień, listopadowe ulewy, parasolki przechodniów próbujące wykłuć ci oczy i głos dziewczynki, szarpiącej matkę za rękaw płaszcza: „mamo, mamo, zobacz, jakie te panie są zmokłe!”.

Dobrze, że było ciemno i kobieta nie zorientowała się, że Sandra i Andżela są mokre od krwi, a nie od deszczu.

Wszystko układało się cudnie. Aż do wczorajszego wieczoru, gdy Sandra przyłapała swoją dziewczynę, jak ta za pomocą wiertarki trepanowała czaszkę roznosiciela ulotek. W łóżku, w ich wspólnym łóżku! Tak jakby nie przysięgały sobie wcześniej, że zawsze będą działały w duecie!

– Cholera, zasyfiła nam całą kołdrę – wyszeptała sama do siebie, a potem beknęła głośno.

Jądro menela na surowo smakowało trochę jak krewetka. Nic specjalnego, naprawdę. Sandra zdecydowała, że drugie najpierw przyprawi czosnkiem i podsmaży, a dopiero wtedy zapiecze mozarellą. A potem da Andżeli. Na zgodę. W końcu Dzień Kobiet nie zdarza się codziennie.

Karol Mitka – Lala mi do

— 

Cholerny amerykański wymysł… – mruczał Staszek na widok mężczyzn, którzy z bukietami kwiatów lub bombonierkami w dłoniach pędzili do swoich żon, matek, narzeczonych czy koleżanek.

Nawet miejscowi menele zrywali z trawnika pierwsze wiosenne mlecze, z zamiarem podarowania ich czekającym w melinach cichodajkom.

Cały świat celebrował Dzień Kobiet.

Stanisław, zgryźliwy stary kawaler, zatwardziały przeciwnik wszelkich świąt, przyspieszył kroku. Nie mógł się doczekać spotkania ze swoją damą. Damą, trzeba przyznać, wyjątkową. Miała na imię Leokadia i nie potrzebowała tych wszystkich głupich rytuałów – wręczania róż oraz bombonierek, całowania w rękę, szeptania do ucha czułych słówek, obchodzenia imienin, urodzin, Walentynek – by być chętną i gotową. Rozkładała nogi na zawołanie, bez marudzenia i grymasów. Lubiła każdą pozycję. W usta, w kakao, w nos, na pieska, pomidorka, misjonarza… Nie protestowała, gdy Stasiu bił pejczem lub włączał do zabawy psa. Jednym słowem – ideał. Gumowy ideał, kupiony przed kilkoma miesiącami w pobliskim sex shopie.

Staszek wpadł do mieszkania i podniecony myślą o dzikim seksie z ukochaną od razu zrzucił z siebie ubranie. Poczuł jak ejakulat obficie wypływa mu z nabrzmiałego członka.

Rozgrzany niby piec, wparował do pokoju, w którym ją zostawił. Leokadia siedziała przy stoliku, z papierosem w jednej ręce i drewnianym tłuczkiem do ziemniaków w drugiej.

– O k… kurwa! – bąknął, zaskoczony tym widokiem.

– Jak mnie nazwałeś? – spytała, mierząc go spojrzeniem plastikowych oczu.

Głos miała chrapliwy, jakby chlała non stop przez tydzień.

– Eee… ten, tego, no… – dukał Staszek, szczypiąc się nerwowo w nadgarstek.

Miał nadzieję, że to tylko sen.

– Gdzie kwiaty? – zaskrzeczała, wstając.

– Ni ma – Stanisław wzruszył ramionami.

– Jak to ni ma?! Co to znaczy ni ma?! A co ty sobie, kurwa, wyobrażasz? Że ci za darmo bede nadstawiać? Że możesz mnie pierdolić, kiedy cię najdzie ochota? Napełniać spermą jak jakąś gumową lalę? O, twoje niedoczekanie, ty jebako od siedmiu boleści! Może byś jeszcze chciał, żebym twoje osrane gacie prała? Zmywała naczynia i sprzątała w tym cuchnącym chlewie? A ty byś mnie posuwał jak pierwszą lepszą spod latarni, hę?! W dupę przy zlewie, w japę pod ławą! A takie gówno! Takie gówno! Takie gówno!!! – zaczęła wrzeszczeć i na oślep okładać zszokowanego Staszka tłuczkiem.

Próbował się zasłaniać, jednak na próżno. Po otrzymaniu potężnego ciosu w szczękę wypluł kilka zębów i stracił przytomność.

Gdy odzyskał świadomość, zobaczył nad sobą jakąś czarną postać z nożem w dłoni oraz wibratorem przyczepionym taśmą klejącą do podbrzusza. Chciał wstać, jednak gruby sznur krępował mu ręce i nogi.

– To mój ukochany. Ma na imię Romualdo – usłyszał złowieszczy syk Leokadii. – Nauczy cię, jak powinno się obchodzić z kobietami, niewyżyty skurwysynu.

Gumowy murzyn kucnął przy Staszku.

– To żeby ty dobrze patrzeć, jak my bunga-bunga – warknął łamaną polszczyzną, obrywając nieszczęśnikowi powieki.

Nie omieszkał odciąć też fiuta.

Krew bryzgnęła na dywan, a wykastrowany Staszek zaskowyczał jak raniony pies. Przez chwilę szarpał się i wił, lecz w końcu osłabł. Półprzytomny z bólu, oglądał rozgrywającą się w pokoju niesamowitą scenę.

Romualdo wręczył Leokadii bukiet tulipanów. Następnie oboje zaczęli parzyć się niczym króliki. Na oczach dogorywającego Stanisława przerobili całą Kamasutrę.

Krzysztof T. Dąbrowski – Sekretny świat kobiet

1. WNĘTRZE BIURA – DZIEŃ:

Ewelina Pipitipi (30), schludnie ubrana sekretarka siedzi przed komputerem wstukując tekst. Po drugiej stronie, tyłem do Eweliny siedzi druga pracownica biura.

EWELINA (trajkocze jednym ciągiem, jednocześnie coraz mocniej stukając w klawiaturę):

I wiesz i wiesz i wtedy on złapał ją za tyłek no normalnie mówię ci i no i z przerażeniem  stwierdził, że ona ma tam włosy, no włosy tam w tyłku, czaisz? I nie żeby tam jeden dwa, co to to nie! Wyobraźnij sobie tylko, że ona tam se warkoczyki zaplotła. Noo! Czujesz to czujesz? A wiesz, że podobno przyodbytnicze warkoczyki to teraz ostatni krzyk mody! Noo!

Do biura wchodzi Katarzyna Kogielblowjobmogiel (27).

Ewelina nie przerywa stukania w klawiaturę, a robi to coraz energiczniej, mimo że zauważyła Katarzynę.

EWELINA (radośnie, nadal tłukąc w klawiaturę):

Ach kogóż to me oczęta widzą!

KATARZYNA:

Ach dziubasku mój kochany, puci puci ti ti ti, przechodziłam tu obok i pomyślałam, że ci nudno i cię odwiedzę.

Nagle na twarzy Eweliny pojawia się przerażenie (ale nie  przestaje tłuc w klawiaturę, robi to wręcz jeszcze energiczniej).

EWELINA (głośno, bo stukanie w klawiaturę ją zagłusza):

Kurka wodna kochaniunia, ależ ty masz trądzik!

KATARZYNA:

O Jezu! Serialnie?

EWELINA (przekrzykując grzmocenie w klawiaturę):

Noo! Ale nie peniaj stara mam na to sposoba!

Uderzenia w klawiaturę są tak silne, że aż pojedyncze klawisze zaczynają wystrzeliwać w powietrze jak prażona kukurydza. Jeden z klawiszy trafia Katarzynę w czoło, ale ta nie zwraca na to uwagi, tak jest zaaferowana tym co mówi Ewelina.

EWELINA (krzyczy waląc pięściami w zmasakrowaną klawiaturę):

Bo tego no bo słyszałam, że Victoria Beckham pozbyła się trądziku w bardzo prosty sposób.

KATARZYNA (krzyczy, pochylając się):

O, a jaki?!

EWELINA (krzyczy, nadal grzmocąc):

Zrobiła sobie

Ewelina dwa razy bardzo mocno uderza czołem w ekran komputera (nie przestając krzyczeć). Z czoła Eweliny spływa stróżka krwi i skapuje na łomoczące w resztki klawiatury zaciśnięte do białości pięści.

EWELINA (KONTYNUUJE – krzyczy):

maseczkę z odchodów słowika! To znaczy były w niej enzymy…

Katarzyna uszczęśliwiona przerywa Ewelinie.

KATARZYNA:

Cudownie! Cudownie, kochaniutka, bardzo ci dziękuję! No to ja już lecę. Pa pa, cmokaski! Lecę!

Katarzyna podbiega do otwartego okna i wyskakuje przez nie.

Biurowa koleżanka Eweliny zrywa się na równe nogi.

KOLEŻANKA:

Łolaboga! Ona naprawdę poleciała!

Koleżanka ostrożnie podchodzi do okna.

KOLEŻANKA:

Jezusie Chytrusie, a co ona tam robi?

Ewelina krwawiąc, z rozbitego nosa i rozciętego łuku brwiowego, też podchodzi do okna

2. TRAWNIK PRZED BIUREM – DZIEŃ:

Widzimy uradowaną Katarzynę Kogielblowjobmogiel. Jej twarz jest wysmarowana brązową mazią.

KATARZYNA (krzyczy):

Słowiczego nie znalazłam ale na szczęście psie się trafiło! Może być co nie?

Marek Grzywacz – Tylko dla niej

— 

Poznał ją w Internecie. Miała nick lady_bug i była prawdziwą damą. Gdy spotkali się w realu, przepadł. Pokochał bezgranicznie nie za kusząco okrągłą figurę, delikatne czułki czy chitynową, przepięknie czerwoną pelerynkę w kropki. Bardziej za spontaniczność, pasję, niezależność. Owszem, najlepiej czuła się latając godzinami nad betonową łąką, ale póki wracała, nie miał jej niczego za złe.

Prezent musiał być wyjątkowy. Szykował się całą zimę, pracując intensywnie z profesorem Formicą. A okoliczność? To wszak ich dzień, a ją uważał za esencję kobiecości.

Wróciła do domu późno i od razu zauważyła, że w mieszkaniu jest wyjątkowo ciepło. Zaciekawiona podleciała do sypialni. Leżał na łóżku. Naświetlony. Zesztywniały. Zbrązowiały. Był świeżą łodyżką, tu i ówdzie wypuścił wiosenne listki. Na całym ciele przytulały się do siebie tłuste, bąbelkujące spadzią mszyce.

Spodziewała się banalnych kwiatów, czekoladek, może kolacji. Dostała dowód prawdziwej miłości, pełne poświęcenie.

Łzy wzruszenia ściekały jej po policzkach, gdy brała się za pierwszy smakołyk.

Marek Grzywacz – Naturalny sojusz

— 

Radek spojrzał na kalendarz w smartfonie. Kurwa – pomyślał – to dziś? Pierdolone relikty komunizmu. Uspokoił się. Miał dzień przed sobą, a byle wiecheć można zgarnąć dosłownie na ulicy. Anki zresztą za wymagającą nikt by nie uznał, weźmie kwiatka rozradowana i jeszcze laskę mu zrobi w ramach podziękowań.

Nie to co tamta sucz.

Uświadomił sobie, że pozbył się jej właśnie ósmego. Najgorszy typ. Nawet jak się ją tłukło, i tak tylko domagała się… czegoś tam. Kto by słuchał?

No i dostała idealny podarek na Dzień Kobiet. Zdruzgotaną czaszkę.

Pan Emil szlochał. Rozryczał się i nic nie mogło powstrzymać łez. Zniknęły. Co do jednego. Po zarobku. Zamiast zwyczajowego utargu totalna finansowa pustka.

Jedno pytanie. Kto, na Boga, potrzebował tylu goździków?

Zenon Kąpała, hobbystycznie dziad cmentarny, uznał, że oczy płatają mu figla. Żeby jeden, to by jeszcze zrozumiał. Ale co najmniej pięć grobów dosłownie zasypano różnokolorowymi kwiatami, solo i w bukiecie.

– Ki chuj? – Tyle był w stanie wydukać.

A gdy zaczęły rozsadzać pomniki, gdy pojawiły się… Zawał serca. Zenek zmarł na miejscu.

Radek siedział na łóżku. Popijał Jacka Danielsa, zirytowany. Anka zapowiedziała, że spóźni się o pół godziny, a on potrzebował akurat odstresowania. Punkt ujemny. A zdobyć taki u niego? To nie rokowało zbyt dobrze.

Zdziwił się, słysząc skrobanie. Jeszcze bardziej, gdy zlokalizował hałas zza ściany na wysokości plamy, którą kiedyś po prostu zamalował.

Ślad krwi po jej rozwalonej głowie zresztą zaraz wrócił.

Odsunął się, przywarł plecami do szafy i przerażony obserwował powiększający się, szkarłatny krąg. Później wyszła z niego ona. Chyba zakopał dziwkę w dobrym miejscu, bo zachowała się niepokojąco świetnie. Ciemna, tyczkowata mumia dreptała powoli w jego stronę, a Radek nie mógł nic zrobić.

– Julka, no co ty! – wrzasnął tylko. – Ja nie chciałem!

Z wyrwy w czaszce wytrysnęły specyficznie podłużne listki.

– To był wypadek! – zarzekał się rozpaczliwie.

Z czerni pomiędzy rzędami odsłoniętych zębów wyrósł czerwony goździk.

– Skarbie, najdroższa, przecież możemy się dogadać!

Upiór zatrzymał się.

– Dogadać? – Rozległ się piskliwy, złośliwy głosik. Jakby nawdychała się helu, z tym, że nie ruszała szczękami. Mówiło coś innego. – To jest zemsta, nie klub dyskusyjny. Od tylu lat, dekad wybijacie nas tysiącami. I po co? Żeby wręczyć jakiemuś biedactwu w nadziei, że przez resztę roku będzie wam wybaczało każde świństwo. O nie, to koniec. Pomścimy je wszystkie i nadamy sens poświęceniu naszych braci!

– O czym ty, kurwa, mówisz!? – wydarł się wniebogłosy.

Nie odpowiedziała/ło. Truposz ruszył na swojego eks tak szybko, że nie było szansy się obronić. Radek poczuł tylko dotyk kościanych palców, potem dziwny, kwiatowy zapach, a później urwał mu się film.

Obudził się. Pierwsze, co zarejestrował to fakt, że jest nagi. Zimno. Potem, że leży na czymś niewygodnym, drażniącym. Pomacał. Zorientował się, że rozłożono go na kupie kwiatów. Wyczuwał dłońmi goździki, tulipany, róże pokłuły mu łydki kolcami. Obrócił głowę w prawo, w lewo. Choć wzrok miał jeszcze zamglony, zorientował się, że obok, na całym placu, ktoś usypał wiele takich kwiecistych łóż. Budziły się na nich nagie, piękne, zdezorientowane dziewczyny.

Oblał go zimny pot.

Spojrzał. Pomacał. Wrzasnął. Nie pomylił się, niestety, coś go zmieniło. Miał piersi. Tak kształtne i jędrne, że aż sam nie mógł rąk oderwać. Skupił się, dłonie skierowały się niżej. Jego najlepszego, wiecznie nienasyconego przyjaciela też już nie było. Zamiast niego to cudnie wilgotne, ciepłe miejsce, do którego tak lubił go wkładać.

Krzyczał, krzyczał i krzyczał.

Gdy zabrakło pary w płucach wstał, zachwiał się, spróbował przejść kawałek. I zobaczył ich. Gapiów zebrało się sporo. Nie byle jakich. Sami napaleni neandertalczycy o tępych pyskach. Sondowali go spojrzeniami, nie, poprawka, pożerali. Czuł ich wzbierające podniecenie, wydzielany testosteron, rychłą eksplozję spermy. Więcej, nawet widział rosnące erekcje przez materiał spodni kilku z nich. Mieli wszechpotężną, agresywną ochotę na niego.

Radkowi żołądek podszedł do przełyku, bo właśnie ogarnęła go niezmierna, nie pozostawiająca pola dla nadziei pewność, że cokolwiek by nie zrobił i gdziekolwiek by nie uciekł, tak już będzie zawsze. Albo gorzej.

Okazał się dużo słabszy niż prawdziwe kobiety. Od razu oszalał.

— 

Darek Barczewski – I dzień kobiety będziesz święcił…

 

Taksówka zatrzymała się przy samym krawężniku. Kierowca zadbał, by uzbrojone w wysokie szpilki nogi nie musiały wdepnąć w kałużę. W swojej dobroczynności posunął się nawet dalej. Ledwo auto znieruchomiało, wyskoczył na ulicę, obiegł czerwonego opla vectrę i doskoczył do drzwi przedziału pasażerskiego. Otworzył je z czarującym uśmiechem na twarzy.

Na ogół tego nie robił, ale na ogół nie miewał takiego szczęścia do klientów.

Już wcześniej lusterko w kabinie ustawił tak, by zamiast przestrzeni za taryfą, ukazywało szczupłe łydki w czarnych pończochach, okryte aksamitem bordowej sukni. Niesforny materiał miał skłonność do umykania – wbrew grawitacji – ku górze i odsłaniania apetycznych koronek. To jednak był tylko wstęp do finału, który właśnie się dział. Kierowca – ciągle trzymając otwarte drzwi – miał dobry widok na nogi i to, co pomiędzy nimi. Wysiadając z auta, nie da się nie pokazać pewnych rzeczy. Nie, jeśli ktoś bardzo chce je zobaczyć. A on chciał. Miła chwila, dobre ukoronowanie dnia. Niemal zapomniał poprosić o zapłatę za kurs, o napiwku nie pomyślał w ogóle.

Zresztą, dostał go w nieco innej formie…

Popatrzył na wysoką, zgrabną postać, wystukującą obcasami ścieżkę do drzwi eleganckiej kamienicy. Zanurzył się w z powrotem we własne życie dopiero sekundę później, kiedy uleciał już zapach fiołkowych perfum (z nieco kwaśną nutą cynamonu), a grube ściany budynku ostatecznie wchłonęły w siebie staccato kobiecych kroków. Westchnął, podrapał się po kroczu i szybko wskoczył do taryfy. Ruszył z piskiem opon.

*

Szpilki stuknęły kilka razy na włoskich płytkach w przedpokoju, później wbiły się w miękką materię dywanu w sypialni. Zatrzymały się przed toaletką. Trzy sekundy później zostały zsunięte ze stóp.

Dłoń, szczupła, lśniąca bielą, przez chwilę ugniatała okolice kostek, następnie łydki. Niewielka ulga dla zmęczonych nóg, ale przywitana cichym westchnięciem.

To był dość… interesujący dzień.

Dłonie przerwały masaż i powędrowały w okolice dekoltu. Jeden, drugi, trzeci guzik – wysunęły się ze szlufek po kolei, sprawnie jak żołnierze wyskakujący z okopów.

Ile to par oczu próbowało dzisiaj zajrzeć pod karmazynową bluzeczkę?

Ile przykleiło się do lśniącego nylonu pończoch?

Nogi odkopnęły buty, dłonie rozpięły pasek spódnicy. Materiał opadł swobodnie i bez przystanków.

A dłonie? Ileż niby przypadkowych dotyków, muśnięć, tknięć.

Być kobietą w Dzień Kobiety!

Szkoda, że takie dni nie zdarzają się częściej…

Dłonie wróciły do masowania nóg, na moment wsunęły się pomiędzy uda. Byłoby przyjemnie skończyć to w ten sposób. Myśli umykają łatwo, oczy zamykają się same, palce przyśpieszają ruch, ale nagle, bez uprzedzenia: metaliczny klekot klucza w drzwiach.

Tafla nastroju pęka od razu. Przez ułamek sekundy: panika. Następnie spokój. Dobrze skalkulowany spokój. Dłonie porzucają przyjemne obowiązki, ruszają do boju. Jak na ćwiczeniach. Pończochy, koronkowe figi, biustonosz – trzy sekundy, trzy procesy, trzy sztuki odzieży spadają na podłogę. Sekunda czwarta: peruka. Długie, czarne włosy odsłaniają łysą czaszkę. Już niepotrzebne, lądują w szufladzie.

Dłoń chwyta ubrania i wciska je do kolejnej szuflady. Nawilżony, jednorazowy ręcznik papierowy usuwa w kilku gwałtownych, pełnych mocy ruchach ostatnie resztki tego dnia: szminkę z ust, makijaż rozsypany po twarzy i cienie z, i spod, powiek. W przedpokoju: kroki – znajomy stukot obcasów. Innych obcasów. Inny rytm ruchu.

Sekundę później docierają do sypialni. Jedna, ostatnia sekunda na zdarcie tipsów. Do pomieszczenia wsuwa się kobieta. Uśmiecha się.

– Jak dzień, kochanie?

– Bardzo udany, skarbie.

Mężczyzna uśmiecha się i podchodzi do swojej żony. Ściska ją. Wciąga w nozdrza zapach skóry atrakcyjnej brunetki: fiołki z tajemniczym podtekstem sandałowca. Wymieszany z jej potem jest najpiękniejszą wonią świata.

– Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet – szepcze do ucha.

Myśli wypełnia mu już plan na najbliższe godziny. Szybki prysznic. Garnitur. Restauracja. Dzisiaj jest Dzień Kobiet. Jakżeby go nie uczcić… jeszcze raz?

Reklamy
  1. Piękne prezenty. Widzę, że Niedobre literki rozkwitają 🙂

  2. No to wszystkiego najlepsiejszego z okazji Dnia Kobiet, Kobiety 🙂

  3. Aaaaa i chciałam jeszcze dodać, że logo z okazji Okazji bardzo wypiękniało 🙂

  4. Takiego wysypu dobrych tekstów nie było od czasów Mojżesza! A może i od czasów dinozaurów! (jeśli pisały one shorty)

  5. Dinozaury pisały szorty i dlatego wymarły. Bo pisały bardzo powoli i nie miały już czasu na konsumpcję (tę i tamtę 😉

  6. Strach pomyśleć co by było, jakby pisały powieści – tak im by czasu nie stykało, że nawet wyewoluować by nie zdążyły 😉

  7. Przeurocza menażeria 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: