polskie centrum bizarro

„Serce na dłoni” by Ola Zielińska

In Opowiadania on Marzec 23, 2012 at 7:30 am

Komu niestraszne są prosektoria, sekcje i klimaty okoliczne, ten z pewnością doceni najnowszą literacką zdobycz niedobrych literek. Oto, prezentujemy Wam świeżutkie opowiadanie Aleksandry Zielińskiej. „Serce na dłoni” sprawia może wrażenie bardzo lajtowego tekstu, ale… dajcie mu (i sobie) szansę.

Odwagi! I oczywiście miłej lektury!

—   

Serce na dłoni

— 

– No i która to?

– Blondynka, w okularach, nie widzisz?

– Jak mam widzieć? Ropucha mi zasłania!

Rzeczywiście, Ropucha wypełniła cały korytarz swym obłym ciałem. Ledwie zaczęły się studia, a już dorobiła się miana najbrzydszej dziewczyny na roku. Jakim cudem dopinała na sobie fartuch, nie wiedział nikt. Gdzie w ogóle znalazła fartuch w takim wielorybim rozmiarze – to dopiero tajemnica. Studenci z trudem przeciskali się tuż przy samych ścianach, byle tylko dostać się do właściwej sali. Na wdechu rzecz jasna, bo Ropucha roztaczała równie atrakcyjne wonie.

– Weź, kurwa, idź bądź gruba gdzie indziej!

– O, tam, właśnie wchodzi do jedynki! Blondynka!

– Chyba już weszła. I ciszej, bo zaraz wszyscy się dowiedzą, w kim się zakochałeś.

Artur tylko zacisnął szczęki. Trudno, następnym razem pokaże kumplowi kobietę swego życia. Pal licho, że się jeszcze za dobrze nie znają, ba – nawet nie zamienili słowa. Był pewien, że prędzej czy później wylądują na wspólnej imprezie dla medyków, a potem w łóżku. Była tą jedną jedyną. No, przynajmniej na ten semestr.

– Chodźmy, bo wypadną nam miejsca pod zlewem i zobaczymy wszystko.

– Idę, Tomek.

Rzeczywiście wślizgnęli się do sali jako ostatni. Nie licząc Ropuchy, która zaklinowała się w drzwiach. Studenci tłoczyli się przy oknie, byle tylko złapać resztki świeżego powietrza, zanim płuca wypełnią opary formaliny. Kilka osób nakładało już rękawiczki, trwał handel wymienny wszelkich dóbr na pęsety, każdy liczył na pierwszy prawdziwy kontakt z trupem. Nareszcie zacznie się prawdziwa anatomia, koniec z obmacywaniem kości, szukaniem zgrubień i liczeniem szwów w czaszkach. Czas na mięso i krew!

Czuć było podniecenie.

– Jezu, ciekawe, który asystent do nas przyjdzie.

– Tak bardzo chciałabym potrzymać mózg!

– … wiem, że jest z dwunastej grupy. Ma na imię Kaśka, wołają ją Kardio, jeszcze nie wiem, gdzie mieszka, ale dzisiaj spędzę pół nocy na facebooku i się dowiem.

– Czekaj, ja o niej słyszałem, Artur.

– Serio?

– Tak, Kardio, średnia pięć, matura zdana na same setki, twierdza niezdobyta, if you know, what I mean.

– Och, ja już się postaram, żeby rozłożyła nogi w procę…

Do sali w końcu wlała się Ropucha.

– Krewetka – wydyszała, ocierając litry potu z czoła – idzie do nas Człowiek Krewetka.

Wszyscy studenci wstrzymali oddech.

– Jezu, tylko nie on!

– Najgorszy asystent!

– Przerobi nas wszystkich na preparaty!

– Teraz to już na pewno, kurwa, nie zdam – westchnął Tomek. Wszyscy znali Człowieka Krewetkę, straszyło się nim pierwszoroczniaków, wywoływał strach nawet u starszych, z krzykiem budził absolwentów w środku nocy. Postrach katedry.

W korytarzu rozległy się kroki. Mawiało się, że ma buty podkute żelazem, a kilku niegrzecznych nosiło odcisk tych podeszew na tyłku do końca życia.

Człowiek Krewetka, tak studenci nazywali go za plecami, jeśli ktokolwiek rzucił mu to w twarz, to na pewno już nie żył. Skąd się wzięło tak wyszukane przezwisko? Od dłoni, powykręcanych we wszystkie możliwe strony od artretyzmu. Jak on trzymał w nich skalpel, nie wiadomo.

Pewnie wkroczył do prosektorium. Za nim wjechał stół z preparatem, pchany przez Endriu, znienawidzonego przez studentów technika. To on przygotowywał materiały do ćwiczeń. Zawsze dbał, żeby kości były wytarte, połamane i najmniej przydatne do nauki. Wyglądał jak syn Frankensteina, ponoć smarował sobie łysą głowę formaliną. Dla urody.

Człowiek Krewetka zajął się sprawdzaniem obecności. Ale wszyscy studenci i tak patrzyli na stół sekcyjny. Gdzieś pod tymi foliami spoczywał trup. Ich pierwszy własny trup!

– Tomaszewski! – wrzasnął Krewetka. – Obecny?

– Obecny, przepraszam panie doktorze – Tomasz aż skurczył się w sobie ze strachu.

– Co za czasy, żebym musiał powtarzać dwa razy – asystent uniósł oczy ku niebu i rzucił dziennik na biurko. Pogładził czarną folię, która tylko z grubsza przyjęła w miarę ludzi kształt. – Zaczynamy. Pewnie spodziewacie się cudów, ale szału nie będzie. Jakoś nikt nie chce oddawać ciał dla dobra nauki, więc czeka was praca na bezdomnych sprzed wojny.

Wszyscy wstrzymali oddech, gdy Krewetka złapał za brzegi i pociągnął, aż zafurkotało. Ropucha westchnęła głośno. Ale nie, jeszcze nie. Czarna folia odsłoniła kolejną, tym razem białą.

– Boże, wykończy mnie to napięcie.

– Panie Tomaszewski, mówił pan coś?

– Nie, przepraszam, panie… doktorze.

Tomasz o włos nie dodał „panie Krewetko”.

Krewetka złapał w krzywe palce kolejną warstwę i odsłonił to, na co wszyscy czekali. Przez grupę przelała się fala rozczarowania i obrzydzenia. Ciało wcale nie wyglądało jak jedno z tych, które pokazywali w CSI na Polsacie.

– Ale macie miny, jakbym wam co najmniej ukradł prezent gwiazdkowy i podłożył zamiast martwą ropuchę.

Ropucha kaszlnęła, najwyraźniej powstrzymując torsje.

A trup wyglądał jak kupa lekko nadpsutego mięsa. Gdzieniegdzie wystawały kości, ale większość zajmowały splątane jelita i kłębki wszelkiego rodzaju naczyń. Wszystko w niezdrowym brązowawym kolorze. Twarz przykrywała szmatka. Nie tak jak w atlasach anatomicznych. Żal.

– Prawdziwy anatom musi być nieustraszony!

Ropucha nadal walczyła z nudnościami.

– Dziś zaczynacie prawdziwą przygodę z medycyną! Każdy z was musi przejść chrzest! Bez tego nigdy nie zostaniecie porządnymi fachowcami. A już na pewno nie uzyskacie u mnie zaliczenia, co chyba jest bardziej motywujące w dzisiejszych czasach.

Po czym Krewetka zanurzył jeden palec w kłębie wnętrzności, rozległo się mokre plaśnięcie. I ów palec oblizał.

Ropucha zwymiotowała do kosza. Wszyscy jęknęli.

– Proszę bardzo, każdy po kolei, proszę podejść do naszego szanownego preparatu i zrobić to samo.

– Jezu – bełkotał Artur. – Mówili, że Krewetka jest tak twardy, że przy minus piętnastu to się opala. Ale żeby coś takiego…

– Pan z tyłu! Tak, pan, koło Tomaszewskiego! Pan pierwszy!

– Kurwa…

– Dwa razy.

Trup smakował jak zgniła ziemia.

– To idiotyczny pomysł – Tomasz łapczywie popijał miętową herbatkę z automatu. Ponoć miało pomagać na nudności, ale Ropucha zwróciła resztę monstrualnego żołądka, gdy tylko ktoś jej podstawił kubek pod nos. – W życiu się nam nie uda!

– Nie chcesz tam iść? – zapytał Artur zdziwiony. Przecież wszyscy chcieli. Nawet Kardio tak bardzo się już nie liczyła, szło o coś większego. – Każdy marzy o wizycie w podziemiach!

– Cicho! Bo Endriu usłyszy! – Tomasz pociągnął kolegę pod marmurowe schody. Tuż obok przeleciała grupa z fizjoterapii, która właśnie skończyła wykład i biegła nacieszyć się piątkowym wieczorem. – Jak nas przyłapią to leżymy, obaj. Krewetka obedrze nas ze skóry i zrobi sobie abażur.

– Przestań, wiesz co sądzę o tych twoich żartach.

– Widelec – żydelec!

– Zamknij się!

A jednak obaj chichotali. Wprawdzie niemrawo, bo smak trupa wciąż nie opuszczał, ale zawsze to coś.

– Chodź, schowamy się w kiblu.

Na placach zakradli się do łazienki, tuż obok sal prosektoryjnych. Robiło się coraz ciemniej, ostatnie grupy opuściły katedrę anatomii, zajęcia się skończyły. Zaraz pracownicy zbiorą się do domów, będzie pusto. I coraz straszniej, ale Artur nie dawał po sobie poznać, że trochę się boi. Przecież to tylko zwłoki.

– Masz plan, Romeo? – skrzywiony Tomasz zamknął kabinę, z której dobiegał fetor wymiocin. Nie wszyscy wygrali walkę z własnym żołądkiem.

– Ależ tak. Bardzo prosty.

– Słucham.

– Żadna filozofia, zjedziemy windą, tą samą co Endriu, kiedy przywozi preparaty i już. Będziemy na miejscu. W przygotowalni. Gdzie, jeśli wierzyć legendom trzymają największe cuda patomorfologii, najbardziej zdeformowane organy, baseny pełne ludzkich mózgów! – Arturowi aż się oczy zaświeciły. Tomasz tylko prychnął.

– Jasne, te baseny to na pewno.

– Nie wierzysz? Słyszałem, jak goście z czwartego roku o tym mówili. Mózgi w basenie, wiadra pełne płuc. I serca. Całe pudła serc. No powiedz, czy to nie wspaniała przygoda? Będziemy pierwszymi studentami, którzy zobaczą to na własne oczy! Tak, na pewno mają beczki pełne oczu!

– Może był tam ktoś przed nami, tylko przerobili go na preparat?

– Głupoty gadasz.

A tym razem była to prawda.

Tomasz przyłożył palec do ust, gdy podsłuchiwali pod drzwiami toalety.

– Jak ja nienawidzę studentów.

– Nic tylko przeszkadzają, nie wiem, po co dziekan w ogóle ich tu przysyła.

Krewetka i Endriu, spacer wokół sal prosektoryjnych. Technik pewnie sprzątał po zajęciach, a asystent? Co on robił o tej porze?

– Przynajmniej utrudniam im życie jak mogę.

– Wspaniale, panie doktorze, dzisiaj po parę osób z każdej grupy modliło się do sedesu, zwracając drugie śniadanie.

Upiorny śmiech.

– Och, ten mój chrzest anatomiczny! Przeprowadzam go od lat, a te tłumoki jeszcze się nie nauczyły, że w trupich bebechach maczam palec wskazujący, a oblizuję środkowy!

Artur wyszeptał jakieś niecenzuralne słowo odnośnie Krewetki i jego metod nauczania.

– Co pan teraz, panie Andrzejku, robi?

– Właśnie zwiozłem wszystkie preparaty na dół, muszę ogarnąć jeszcze salę wykładową, bo fizjoterapia zostawia po sobie taki syf, że aż strach.

– No, to może strzelimy potem po jednym na rozgrzanie? Muszę dokończyć tę nogę co wczoraj zacząłem.

– O, nowy preparat?

– Tak, świeżutki.

Kroki zaczęły się oddalać. Jeśli teraz nie, to kiedy? Artur bez słowa chwycił Tomasza za fraki i wyciągnął na korytarz. Krewetka z Endriu zniknęli. Wydział był pusty, zostały tylko przygaszone światła. Wszystko to wyglądało bardzo creepy po zmroku.

Drzwi windy były na tyle szerokie, by zmieścił tam stół prosektoryjny. A starsze chyba niż sam dziekan. Z framugi obłaziła farba, całość trzeszczała niemiłosiernie, bo mechanizm, który windą kierował do najnowszych też nie należał.

– No to w drogę – drżącym głosem rzekł Artur.

– Ahoj, przygodo – dodał bez entuzjazmu Tomasz.

Drzwi windy otworzyły drogę do podziemi katedry anatomii.

– Jezu, ale oczy szczypią.

– Formalina, trudno. Trochę sobie popłaczemy i tyle.

Pomieszczenie było ciemne. Nie widać niczego, nawet własnych dłoni. Za ich plecami zamknęły się drzwi, z trzaskiem winda wróciła na powierzchnię.

– Ty, ona nie powinna tu zostać? Jak się potem wydostaniemy?

– Nie panikuj, pewnie tak jest zawsze – mruknął Artur, ale uleciała z niego cała odwaga. Zwiedzanie trupiarni straciło blask, nawet Kardio przestała być warta zachodu.

– No jak tu już jesteśmy, to zaczynajmy.

– Najpierw światło.

– Światło.

– A potem serce. Dla Kardio.

– Niech ci będzie.

Tomasz po omacku obmacywał ścianę, szukając włącznika. Artur niepewnie ruszył przed siebie. Trzasnął w szafkę, czoło wybuchło bólem.

– Żyjesz?

– Jeszcze się ruszam, kurwa – westchnął, rozmasowując rosnący siniak. – Co z tym światłem? Szukaj. Jesteśmy chyba w jakimś korytarzu.

– Zauważyłem, Einsteinie.

W końcu zapaliły się lampy, a ściślej nagie żarówki wiszące pod sufitem. Widać bieda uniwersytetu sięgała tak głęboko. Ale akurat nie to odebrało im dech w piersiach.

– Dżizas.

– Lepiej niż w muzeum.

Katedra anatomii posiadała własne muzeum, ale najlepsze eksponaty trzymali tutaj. Za szkłem stały słoje pełne cudów. Cóż, cudów jak cudów, po prostu studenci medycyny mieli inne poczucie estetyki. Gabloty ciągnęły się wzdłuż ścian aż do głównej sali. Zaczynało się od początku, czyli od płodów. Przekrój przez wszelkie możliwe wady. Bezmózgowie, małomózgowie, przepuklina mózgowa, rozszczep kręgosłupa. Artur miał słabsze nerwy, odwracał twarz. Wolał zniekształcone kości, które leżały po drugiej stronie.

– Patrz, fokomelia i amelia.

W formalinie unosiły się kadłubki bez kończyn.

– Że też rodzice nie sprawdzają, skąd pochodzi imię dla ich dziecka.

– Zostaw, chodźmy. Potrzeba mi serca.

– No i co zrobisz? – Artur wzruszył ramionami. – Wyniesiemy stąd serce, po czym ofiarujesz je tej małej, żeby poszła z tobą do łóżka? Doprawdy, wiele wysiłku kosztuje cię ta przygoda. Chyba, że głównie szło o to? – wskazał dłonią preparaty.

– Jedno i drugie.

– Patrz.

Natrafili na półki pełne potwornych serc. Jedne skurczone, inne wręcz przerośnięte, jedno uchwycone z pasożytami wewnątrz. Podziurawione zastawki, pomylone przegrody, komory zamienione z przedsionkami, okropności.

– No i co? Są za szybą.

– To pokazówki. Poszukajmy tych, które przynoszą na zajęcia. Tych normalnych.

Dotarli w końcu do drzwi, wahadłowe jak w salach operacyjnych.

– Artur, popatrz! Ekhm… hymen. A ponoć ta, którą trzymają u góry w muzeum jest ostatnia w Krakowie! – śmiał się Tomasz. – Ciekawe, czy ta twoja Kardio jeszcze ją zachowała między nogami…?

– Zamknij się.

W nowym pomieszczeniu też było ciemno. Zaczęli szukać przełączników.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł z tym światłem. A jak ktoś zauważy?

– Daj spokój.

Wykrakał.

– Nie zgasił pan, panie Andrzejku?

– Niemożliwe, zawsze się pilnuję!

Zatrzeszczała winda, gdzieś u początku korytarza. Rozległy się kroki.

– Kurwa – tylko tyle był w stanie wyszeptać Artur. – Chowajmy się, szybko!

– Szlagszlagszlagszlag – mruczał Tomasz, biegając po omacku. Obaj gorączkowo szukali kryjówki.

– Uwielbiam pracować nocą, cisza i spokój – mówił Krewetka, coraz bliżej. – Dobrze, że mi pan pomoże z tą nogą.

– Wywieziemy nogę na powierzchnię.

– Wystarczająco moczyła się w formalinie, w końcu dokończę preparowanie. Wie pan, jak to teraz jest. Świeże zwłoki i od razu radość na katedrze. Nie tak jak kiedyś, gdy pchali się drzwiami i oknami. To były czasy.

Niewiele myśląc Tomasz wskoczył za rząd czegoś, co w ciemności wyglądało na szafki, po czym wylądował obok rzędu wiaderek do mycia podłóg. Ponoć w nich asystenci przynosili narządy wewnętrzne. Gdzieś zachlupotało, to Artur.

Krewetka pchnął wahadłowe drzwi, Endriu zapalił światło.

– No to łowimy?

– Łowimy.

Tomasz wepchnął pięść do ust, żeby nie zwymiotować. Nie wiedział, czy patrzeć, czy odwrócić wzrok. Krewetka krążył wokół wielkiego basenu, podczas gdy technik przysuwał sobie drabinę. W dłoni dzierżył czerpak. Przez szklane szyby widać było, co też unosiło się w litrach formaliny. Splątane ciała, zagubione kończyny, pojedyncze mięśnie. Czyli starsi studenci mieli rację, o Jezusie.

Endriu zaczął mieszać w basenie.

– Która to ta pana noga?

– O, ta! Męska, najbardziej owłosiona – Krewetka wskazał zdeformowaną dłonią na obły kształt, który zaplątał się między pachami dwóch trupów. W formalinie unosiły się małe robaczki.

Nie, matko. To palce.

– Wspaniale, Andrzejku.

Noga trafiła do czerpaka, stamtąd na mały stół prosektoryjny, który Krewetka sobie przepchał niewiadomo skąd. Tomasz myślał, że zwymiotuje. Najciszej jak się dało, uchylił pokrywkę najbliższego wiadra. Nic z tego, w środku na dnie leżało serce. No, chociaż tyle.

Zamknął usta dłonią i rozpaczliwie rozejrzał się po sali. Nie powinien, bo basen z trupami nie był jedyny.

Kolejny był mniejszy, sięgał Krewetce do bioder. Wewnątrz ociężale pływały ludzkie mózgi, z długimi wstęgami rdzeni kręgowych. Jak meduzy. Sam ten widok nie byłby najgorszy, gdyby nie Artur, który siedział na dnie, omywany przez mózgowe macki. Cały czerwony na twarzy, bo nie mógł dłużej utrzymać oddechu, na dodatek formalina paliła skórę.

– Jezu – wyszeptał Tomasz.

Artur otworzył bezgłośnie usta do krzyku i wyskoczył na powierzchnię. Krewetka i Endriu zaniemówili. To była jedyna szansa. Wybacz przyjacielu, myślał Tomasz, wyciągając serce z wiadra i kierując się do wahadłowych drzwi. Trzeba uciekać, póki te potwory mają zajęcie.

– A cóż to? – zaczął powoli Krewetka, porzucając nogę na stole. – Czyżby jeden z trupów nam zmartwychwstał, panie Andrzejku?

– Widocznie tak – technik zszedł na podłogę, dłonie zacisnął na czerpaku. – Wydaje mi się, że trzeba go przywrócić do poprzedniego stanu.

– Nie, błagam, panie doktorze, ja przepraszam, ja nie chciałem – Artur wyglądał żałośnie. Drżał, z zimna, ze strachu, z obrzydzenia, bo mózgi łaskotały po nogach. – Proszę nie robić mi krzywdy.

Tomasz biegł korytarzem do windy. W rękach ściskał stare serce. Gonił go przerażający krzyk Artura i śmiechy anatomów.

Świeże zwłoki i od razu radość na katedrze.

Kaśkę obudził dzwonek do drzwi. Natarczywy, kilkukrotny. A przecież noc, środek nocy, Jezusie człowieku, zegarek na komórce wskazywał trzecią nad ranem. Na łóżku obok lokatorka tylko przekręciła się na drugi bok. Idź i otwieraj, Kaśka, na pewno do ciebie.

Jasne, pomyślała, wlokąc się przez kawalerkę w samym tshircie.

– No idę – warknęła, ktoś na klatce musiał usłyszeć, bo dzwonek umilkł.

Najpierw zajrzała przez judasza, tyle się teraz słyszy o włamywaczach. Nikogo, tylko światło wciąż się paliło. Uchyliła drzwi na cal.

I wrzasnęła.

Na wycieraczce leżało ludzkie serce. Specjalnie dla niej.

Advertisements
  1. Jak widać na załączonym przykładzie, nie warto studiowania łączyć z ciekawością 😉

  2. Czyż miłość nie jest piękna? 🙂
    Fajne opowiadanie, ale… to nie jest bizarro 🙂

  3. Fakt, bizarro to to nie jest, co nie zmienia faktu, że tekst i tak super. Motyw z oblizywaniem palca na kanwie starego kawału, ale podany w odświeżonej formie i wciąż zabawny.

  4. Też zwróciłem uwagę na ten stary dowcip:) Opowiadanie bardzo fajnie, przyjemnie się czytało. I ciekawe czy Kardio przyjęła serduszko:) Chciałbym zobaczyć to Muzeum Anatomii w Krakowie, ale to trzeba mieć coś wspólnego z medycyną:(

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: