polskie centrum bizarro

„Cała wstecz” – fragment książki „Grobbing” by Krzysiek Dąbrowski

In Fragmenty książek on Marzec 27, 2012 at 6:00 am

O powiązaniach Krzyśka Dąbrowskiego z nurtem bizarro nikogo przekonywać już nie musimy. Gdyby jednak znalazła się taka zabłąkana duszyczka, której potrzebne byłoby wsparcie w tej materii, to… dziwnym zbiegiem okoliczności mamy coś, co z pewnością rozwieje wszelkie możliwe obawy. I kilka niemożliwych.

Już wkrótce będziecie mogli kupić nową antologię Krzyśka. Nosi ona tytuł – jakże frapujący – „Grobbing” i jest tak bizarro, jak tylko bizarro może być pojedyncza książka.

Poniżej znajdziecie interesujący fragmencik z tejże antologii. Życzymy Wam miłej lektury. A jeśli się spodoba, to nie zapomnijcie wrócić na niedobre literki w ciągu najbliższych dni, bowiem będzie powtórka z rozrywki.

Cała wstecz 

Szybka śmierć nie jest niczym złym. Za to taka odroczona w czasie, jak najbardziej – jest torturą. I to o tyle bolesną, że człowiek uświadamia sobie, jaki (mimo wszystko) był do tej pory szczęśliwy i ile jeszcze mógł przeżyć. Świadomość tego, co się traci, nabiera niebywałej wręcz jaskrawości, zalewa serce gorzkim sokiem goryczy i smutku. Czekanie na śmierć, gdy nie ma już nadziei, jest znacznie gorsze od samej śmierci.

Jak trwoga, to do Boga. Jakże wielu ateistów okazało się jednak ludźmi wiary w chwili, gdy ich zdrowie bądź życie było poważnie zagrożone. Ludzie na co dzień nie zastanawiają się nad tym, co ich czeka po drugiej stronie. A przecież tak cienka granica odgradza nas od tamtego wymiaru. Nawet zwykłe żucie gumy może być śmiertelnie niebezpieczne – wyobraź sobie, że poruszasz rytmicznie paszczęką, zapominając, że masz cokolwiek w ustach, prawie wyżułeś już smak i nagle coś cię wystraszy czy westchniesz w zachwycie i guma wpada do tchawicy… i co? I kaplica! Jeśli w pobliżu nie ma nikogo, kto potrafiłby wykonać tracheotomię, a wierz mi – takie prawdopodobieństwo jest naprawdę znikome, to najzwyczajniej w świecie wyciągasz kopyta, stając się ucztą dla robactwa. Jeśli się nad tym zastanowić, to okazuje się, że śmierć prawie każdego dnia głaszcze nas po policzkach, myśląc o tym, czy już aby nie nastała TA pora. Pora na to, by Kostucha wzięła nas w swe czułe objęcia. Na szczęście (dla nas oczywiście) najczęściej dochodzi do wniosku, że jeszcze nie czas – a to kosa za tępa, a to ma akurat wyrobione sto procent zaświatowej normy.

Szczęśliwie, gdy nastanie TA chwila, wielu z nas zdaje sobie sprawę, że TO JUŻ, i ma szansę przekonać się, co w nim tak naprawdę siedzi. A siedzi najczęściej człowiek w COŚ wierzący – w takiej chwili większość tak zwanych ateistów zaczyna nagle błagać Boga o darowanie życia. Zaklinają się, co to oni nie zrobią i jak bardzo się zmienią, jeśli tylko dostaną szansę. Sam widzisz, możesz się zarzekać na wszelkie świętości żeś ateista, a ja ci i tak nie uwierzę. Możesz sobie nie zdawać z tego sprawy, ale w coś na pewno wierzysz – może to być Bóg, Allach, Budda czy też Wielka Energia Stwórcza, nieważne.

Ja sam jeszcze do niedawna miałem wrażenie – tak, wrażenie to dobre słowo – że w nic nie wierzę, ale… ale może lepiej będzie, jak po prostu opowiem wam o tym.

Nazywam się Marek. Wyprodukowano mnie w 1980 roku. Model: homo sapiens. Typ: samiec (egzemplarz niepozbawiony usterek i wad ukrytych – niestety, żadne reklamacje nie będą rozpatrywane). Moje wady to: zdecydowanie słaby wzrok, który przystroił mi twarz okularami o szkłach tak grubych jak denka od słoików. Oczywiście teraz noszę soczewki, ale kiedy okulista wydał wyrok śmierci na moje życie towarzyskie, byłem oczywiście jeszcze dzieckiem. W związku z tym dość szybko zyskałem jakże budujący przydomek: Słoik. Cóż, jakby na to nie patrzeć, taka ksywka musiała się przełożyć na zerowe powodzenie u dziewczyn. Dziękuję ci, o Matko Naturo, za twe hojne dary, ech!

Na skutek tej przykrej przypadłości nie miałem też kolegów, „nie licząc dwudziestu w paczce papierosów” – jak to drzewiej niejaka Nosowska zaśpiewała. O koleżankach już oczywiście nie wspominam…

Wielkie szkła stały się przyczyną kompleksów i nieśmiałości. Wyszła na wierzch pierwsza ukryta wada – słaba konstrukcja psychiczna. I niestety nie pomogło to, że z czasem wymieniłem znienawidzone „słoiki” na soczewki, ani to, że gdy dorosłem, wyprzystojniałem i niewieści ród dorobił mi nową „gębę”, określając mnie mianem „ciacha”.

Cóż mi z atrybutów zewnętrznych, gdy przeklęta nieśmiałość robiła swoje, budując wokół mnie niewidzialny mur? Nie, mur to złe określenie. To było wręcz jak jakieś niewidzialne pole siłowe, odpychające każdą kobietę, która znalazła się w polu rażenia. Wystarczyło, że jakaś dziewczyna okazała choć trochę zainteresowania, a już wypacałem nieśmiałość, tworząc wielkie kręgi koszulowo-podpachowe; już mi siadała biologiczna karta graficzna, wypuszczając nadmiar życiowych soków na policzki; a niewidzialna nić skutecznie sznurowała usta. Jaka dziewczyna wytrzymałaby choć kilka minut w towarzystwie takiego egzemplarza?

Z czasem postanowiłem założyć zbroję i ruszyć na wojaczkę z wewnętrznymi demonami. Miotałem się jak szalony siekąc ostrzem desperacji marudną codzienność, walcząc zaciekle o lepszy byt. Nieraz chybiłem, zdarzało się ponosić poważne rany, ale koniec końców, kierując się zasadą „Jeśli się czegoś boisz, to po prostu to zrób”, odniosłem zwycięstwo. Nie, nie pozbyłem się bestii zwanej nieśmiałością, ale udało mi się zapędzić ją w kozi róg i uwięzić w mentalnej klatce – gdzie mogła się wić i miotać do usranej śmierci (mojej oczywiście). Czasem, gdy nieśmiałość bardziej się wysiliła, udawało jej się jeszcze dosięgnąć mnie szponami i paskudnie drapnąć, ale poza wywołaniem chwilowej słabości już jakoś tak poważniej zaszkodzić mi nie mogła.

Jestem pewien, że to właśnie na skutek całego tego handryczenia się z nią, życia w nieustannym stresie nabawiłem się kolejnej dolegliwości – zespołu jelita drażliwego. Nie życzyłbym tego nawet najgorszemu wrogowi (no, może z jednym wyjątkiem). Wyobraź sobie, że jesteś z dziewczyną na randce. Jest pięknie, wiosna, słońce, żyć nie umierać i nagle łapie cię silny, tępy ból podbrzusza. Po chwili rozdyma cię tak, że masz wrażenie, że twoje bebechy to wielki, napompowany do granic możliwości balon. Cała zabawa polega na tym, że lada moment, choćbyś miał zaraz odśpiewać hymn narodowy przed delegacją cywilizacji z innej planety, musisz się wypróżnić. Po prostu musisz i już. Pół biedy, gdy jesteś w mieście, gdzie możesz wyskoczyć do pierwszej z brzegu knajpki czy pubu, ale co gdy jedziesz autobusem lub jesteś na randce w parku, który jest toaletową pustynią? Zresztą, nawet jak się poszczęści i przechodzisz akurat obok jakiejś knajpy czy pubu, to najczęściej musisz się liczyć z tym, że i tak czekają cię solidne męki. Wypróżnianie się z tyłkiem wiszącym kilkanaście centymetrów nad deską nie należy do przyjemności. Ręka drętwieje, mięśnie drgają jak szalone, ale puścić się nie możesz, bo pod tobą zalana moczem, lepiąca się deska. A co, gdy ręka się poci? Masakra! Nieraz bałem się, że nie podołam i klapnę zadkiem na ten syf. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze dość wątpliwe przyjemności, takie jak wdychanie smrodu i podziwianie wynurzeń Kółka Kiblowych Literatów: „Wszystko jest do dupy, tylko pasta jest do zębów”, „Gdy życie ci zbrzydło i stało się piekłem, włóż głowę do klopa i walnij się deklem” czy „Sosnowiec żąda dostępu do morza!” – ech, ileż się tego w życiu naczytałem… Z pewnością są tacy, co lubią czytać tego typu teksty – z tego, co kojarzę, King napisał nawet opowiadanie o facecie, który kolekcjonował taką twórczość, pieczołowicie spisując ją w notesie – ale ja się do nich zdecydowanie nie zaliczam.

Dobra, ale pewnie myślicie: „E tam, pierniczysz, każdego czasem ściśnie, czym się tu podniecać?”. Wydaje się wam, że to tak raz na jakiś czas, prawda? No, to teraz lepiej usiądźcie: tego typu sytuacje zdarzały mi się kilkanaście razy dziennie…

I co? Jak tu normalnie funkcjonować? Ile razy w pracy można latać do Wieży Ciśnień (tak zwykłem twórczo rozwijać skrót WC)? Ile razy, będąc na randce, można rzucać żartobliwy tekst: „No, król Jerzy musi do wieży” i pędzić do najbliższego Salonu Królewskich Medytacji?

Jak widzicie, sporą część życia spędziłem w miejscu, z którego każdy chce jak najszybciej wyjść. Co dziwne – w tym oto miejscu dowiedziałem się o sobie ciekawej rzeczy. Jakiej? Ano takiej, że jednak jestem człowiekiem wiary. „Jak trwoga, to do Boga” – zgadza się! Co prawda uważam, że Bóg to raczej taka wielka energia stwórcza, coś na kształt superumysłu niż postać kreowana przez Biblię, ale najważniejszym jest dla mnie to, że uświadomiwszy to sobie, poczułem ulgę – jakby niewidzialny kamień spadł mi z serca. Dzięki temu uwierzyłem, że śmierć nie jest końcem ostatecznym.

Myślę, że Bóg jest takim Wielkim Żartownisiem i specjalnie wykreował tyle różnych religii. Chociaż, z drugiej strony, może to być taki sprawdzian, który my, jako ludzkość, notorycznie oblewamy, wszczynając wciąż nowe święte wojny i strzelając do innowierców tylko dlatego, że podobnie jak my ośmielają się twierdzić, że tylko oni mają rację, że tylko ich religia jest prawdziwa. O ileż by było spokojniej na świecie, gdyby nie konflikty o podłożu religijnym?

Ale wracając do tematu, przestałem być ateistą we własnym domu, w ubikacji…

Toaleta. Czy w takim miejscu można stracić życie? Owszem. Nie wnikajmy teraz, czy jestem duchem, czy też jakimś cudem ocalałem, najważniejsze jest to, że chcę wam opowiedzieć moją historię, a dokładniej – jej bardzo dramatyczny i ś-m-i-e-r-d-z-ą-c-y wycinek. Jeśli właśnie jecie śniadanie lub obiad, lojalnie ostrzegam: moja opowieść może doprowadzić do napadu wstecznego ruchu robaczkowego.

Mimo nieśmiałości i nękającej dzień w dzień przykrej dolegliwości jakoś sobie to życie w końcu poukładałem (choć, jak pewnie się domyślacie, nie było to łatwe zadanie). Jeśli chodzi o kontakty z płcią przeciwną, postanowiłem zostać singlem – wiele jest dziewczyn, które nie chcą wiązać się na stałe, a że czasami doskwiera im samotność…

Spotykałem się więc z paroma singielkami; czasem ja wpadałem do nich, innym razem zapraszałem którąś do siebie, ale na co dzień funkcjonowałem sam, otoczony czterema ścianami. Oczywiście od czasu do czasu moja dolegliwość bardzo utrudniała te spotkania, ale szczęśliwie zdarzało się to naprawdę sporadycznie – udawałem wtedy, że: „O Jezu! Kuchenki nie wyłączyłem! Przepraszam, muszę lecieć!”, zamawiałem taksę i cierpiąc niemożebnie, pędziłem do domu, na tron, żeby pokrólować sobie trochę.

Czasami marzył mi się stały związek, ale wiedziałem, że z tym muszę poczekać do momentu, aż się wyleczę – bo tak naprawdę szczerze wierzyłem, że kiedyś w końcu taki moment nadejdzie. Tym bardziej że nie było dnia, bym nie przeczesywał cyfrowej puszczy internetu w poszukiwaniu nowych metod walki z nadwrażliwymi jelitami. I nie było tygodnia, bym nie próbował jakiejś nowej metody. A to piłem mieszanki oczyszczające, na przykład olej zmiksowany z sokiem z cytryny i aloesu (obrzydliwe, mówię wam!). A to stosowałem różne mordercze diety (typu: „Ach, żegnaj, pizzo!”). A to medytacje wyciszające i egzotyczne ćwiczenia fizyczne mające ponoć „zbawienny wpływ” na zbuntowane flaczki.

Niestety, do tej pory wynik meczu wynosi 10:0 – zespół jelita drażliwego skopał mi tyłek, dosłownie i w przenośni, ale nie można się poddawać – trzeba żyć wiarą, że kiedyś w końcu strzeli się tego pierwszego gola.

Z życiem zawodowym też oczywiście nie było łatwo, ale koniec końców, ponieważ łebski jestem facet, opanowałem trudną sztukę tworzenia stron internetowych i tak zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Potem zakopałem się w poradnikach dotyczących inwestowania na giełdzie i małymi kroczkami, starając się przesadnie nie ryzykować, powoli pomnażałem stan posiadania. Dzięki tym posunięciom udało mi się wreszcie wynająć mieszkanie (wreszcie, bo jak długo można siedzieć rodzicom na głowie, zwłaszcza jak ma się już dwadzieścia parę lat…). Nie było za różowo – większość kasy zżerały mi czynsz, opłaty i podatki (oczywiście Brat VAT też musiał wtrącić swoje dwadzieścia dwa grosze). Z czasem w mej głowie zaczęły się lęgnąć nieprzyjemne myśli. Na przykład, że chyba już do końca życia będę skazany na taką wegetację, a gdy jeszcze zsumowałem to z nękającymi mnie klimatami typu w-Jelitkowie-wielki-ruch, pomyślałem, że jeśli okazałoby się, że reinkarnacja jest faktem, to… cóż, w poprzednim wcieleniu musiałem naprawdę ostro sobie nagrabić.

Kiedy już niemal straciłem nadzieję na losu odmianę, w mym życiu nagle zadziałał przypadek – pewnie każdemu choć raz udało się coś wygrać lub czegoś dokonać, choć nie dawał sobie żadnych szans na sukces. Jedni nazywają to przypadkiem, inni statystyką, ale fakt jest niezaprzeczalny – takie rzeczy się po prostu zdarzają.

Wydarzyło się to pewnego przeszarego zimowego dnia – w totku była kumulacja kumulacji kumulacji, znaczy się do wygrania była taka kasa, że głowa mała. I choć zawsze uważałem, że granie w totka jest wyrzucaniem pieniędzy do śmietnika, to jakoś skuszony magią niekończącej się ilości zer postanowiłem zaryzykować. Nie wiem, co mną pokierowało, ale pokierowało dobrze. Nie żebym wygrał jakieś grube miliony, co to, to nie, ale udało mi się wykroić z tego tortu maleńki kawałeczek – ot, raptem trzysta tysięcy złotych. Co to jest, prawda?

Ludzie różnie reagują na dużą wygraną. Są tacy, którzy zrobią trwającą pół roku imprezę i sproszą na nią pół osiedla, są tacy, którzy zaczną jeździć po świecie i w kilka miesięcy wszystko przeszastają, a są i tacy, którzy mądrze zainwestują.

Ja wybrałem tę ostatnią opcję – postanowiłem zainwestować we własne mieszkanie, by ciężko zarabiana krwawica była wreszcie MOJA, a nie rozpływała się co miesiąc w powietrzu (w większości wędrując do kieszeni najemcy dotychczasowego mieszkania). Zdecydowałem się na dwupokojowe lokum na parterze dopiero co wybudowanego nowoczesnego kilkudziesięciopiętrowego apartamentowca. Dlaczego parter? Szczerze mówiąc, tylko na tyle było mnie stać… No ale szczęśliwie osiedle było otoczone ogrodzeniem, naszpikowane kamerami i oczywiście chronione przez firmę ochroniarską. Dzięki temu poczułem się na tyle bezpiecznie, że nawet krat w oknach nie zamontowałem (o roletach antywłamaniowych nie wspominając). Zresztą u mnie złodzieje w zasadzie nie mieliby czego kraść, bo i co ja mam? Stary, rozsypujący się pecet, rzężąca po nocach lodówka, pralka, która podczas używania wydaje takie dźwięki, jakby była co najmniej startującą właśnie rakietą. Nawet telewizor był już w zasadzie do wymiany – stary kineskopiak, któremu coraz bardziej bladł obraz na ekranie. Tak, wiedziałem, że z czasem to wszystko powymienia się na tak zwany „nowszy model”, ale teraz najważniejsze było to, że wreszcie byłem na swoim. Pan na włościach, TADAMMM!

Ogólnie rzecz biorąc, zanim wydarzyło się to, co się wydarzyło, los zaczął mi sprzyjać. Moje opowiadanie miało się właśnie ukazać w antologii fantastycznej szykowanej przez jedno z większych wydawnictw na rynku… No tak, zapomniałem wspomnieć, że noszę w sobie niespokojną artystyczną naturę, która wciąż szuka pretekstu, by wyżyć się twórczo. Kiedyś chciałem rysować komiksy, ale okazało się, że dupa blada, nie dorastam do pięt choćby średniej klasy rysownikom (a co dopiero mówić o wyjadaczach z wyższej półki). Myślałem też o malarstwie, ale okazało się, że ja i pędzel to niezbyt dobrana para. Koniec końców naszło mnie na pisanie – jak zwykle powiedziałem sobie: „Spróbuj, co możesz stracić?”.

Spróbowałem, raz, drugi, trzeci. Oberwałem po głowie raz, drugi, trzeci. Tu uznali, że BE, tam, że BE, a siam stwierdzili, że jeszcze wiele klawiatur muszę rozklekotać namiętnym stukaniem, nim do czegoś dojdę. W końcu trafili się tacy, którzy skwitowali moje wypociny stwierdzeniem: „Może coś z tego będzie, ale musisz dużo pracować”. Z początku zniechęciłem się, bo i jakżeż by inaczej, ale z czasem stwierdziłem, że może i jest jakaś szansa, może faktycznie jak ostro popracuję, to coś mi w końcu wyjdzie?

I wyszło! Opłacało się nie składać przedwcześnie broni – po kilku kolejnych knotach stworzyłem „perełkę”, która spodobała się na tyle, że przysłano mi umowę do wypełnienia i zapytanie, czy mam więcej tego rodzaju tekstów. Więcej TEGO RODZAJU TEKSTÓW niestety nie miałem, ale podbudowany silną dawką optymizmu uznałem, że (DRŻYJCIE, NARODY!) będę ich miał jeszcze całkiem dużo. Jedna z koleżanek singielek podsumowała to po swojemu: „No, stary, to jest jednak wielkie MIAUK!” i miała rację, to było wielkie MIAUK!, a przynajmniej dla mnie.

Wielu domorosłych autorów publikuje się co roku w różnych antologiach, a potem ślad po nich ginie (pewnie trafiają na cmentarzysko zapomnianych au(ć)torów?), ale ja nie zamierzałem być kolejnym AUUtorem. Zamierzałem iść do przodu jak burza (taka z piorunami oczywiście)!

Gdy wydarzyło się to, co się wydarzyło, umowa leżała sobie na biurku, czekając na podpisanie. Złakniona była mej parafki jak alkoholik gorzałki.

„I tylko tyle?” – ktoś spyta. Nie, gdzieżby znowu! U mnie jak już szczęście, to hurtowo! Zdaje się, że się wreszcie zakochałem. Z wiadomych przyczyn obawiałem się większego zaangażowania, ale chciałem podtrzymywać znajomość i podjąć zdwojone wysiłki ku temu, by wyzdrowieć i móc przemienić pączkujący romans (tak chyba najlepiej mógłbym to określić) w coś o wiele, WIELE, poważniejszego.

Jak widzicie, powodów do tego, by żyć, miałem sporo i walczyłem o to życie jak lew. A czy mi się to udało? Czy przemawia do was żywy człowiek, czy smętnie snujący się po blokowisku samotny duch tragicznie zmarłego młodzieńca… A niechaj będzie to niespodziewanką.

Jak to się zaczęło? Ano tak, że jak co dzień rano udałem się do Wieży Ciśnień, by zasiąść na tronie. By poddać się kilkuminutowej medytacji, podczas której organizm oczyści się z odpadków powstałych z tego, co wczoraj zjadłem. Otoczony mlecznobiałymi kafelkami, w pomieszczeniu, które nie mogło mieć więcej jak dwa metry na dwa, zrobiłem swoje. Nie pachniało za przyjemnie, zapachy z jelit to nie perfumy od Hugo Bossa, ale to, co teraz czułem, w porównaniu z tym, co miałem jeszcze poczuć, faktycznie było jak Hugo Boss. Nie przeczuwając zbliżającego się koszmaru, podtarłem się, podciągnąłem spodnie i oczywiście spuściłem wodę. Rozległ się miły dla ucha szum, oznajmiający, że eksobiad trafi za chwilę do kanalizacyjnego Hadesu.

Wesoło pogwizdując, odkręciłem w kranie wodę i namydliłem ręce. Zaniepokojony dziwnym bulgotem dochodzącym z żeliwnych jelit tronu, spojrzałem nań i to wystarczyło, by skóra ścierpła mi na karku, a uśmiech zadowolenia z powodu szybkiego wykonania przykrego obowiązku zniknął z twarzy jak błąd pośpiesznie zamazany korektorem.

Woda nie chciała spływać. Gorzej! Jej poziom powoli się podnosił. A wisienką na torcie była brązowa, pokryta szklistym śluzem kiełbaska – obrzydliwie tłusta kupa…

„Pięknie, kurweczka, pięknie!” – pomyślałem. „Trzysta patyków za chałupę i po miesiącu kibel mi się zatyka!”.

Oczywiście nie przeczuwałem tego, że najgorsze dopiero przede mną. Gówno wesoło dryfowało, lśniąc w blasku energooszczędnej żarówki, zupełnie jakby drwiło sobie ze mnie: „I co teraz, chojraku? Co powiesz?”, a pod nim… pod nim, w głębinach kiblowego stawiku zaczęło się robić ciemno, coraz ciemniej. Mimo że spłuczka już opadła i woda przestała płynąc, jej poziom (i tego ciemnego czegoś) zaczął się podnosić. Powoli, ale jednak.

Już wiedziałem, co jest grane – rura się zatkała. „Zaraz mi tu szambo na chatę wyleje! Cudownie, po prostu, kuźwa, cudownie!”. Jeszcze jakieś dziesięć centymetrów i zacznie się tu przelewać woda nabierająca barwy typu caffe latte… która wcale nie pachniała jak caffe latte. W me nozdrza uderzył obrzydliwy smród, który wdarł się do gardła, jakby był żywą istotą. Przylepił się do krtani, osadzając na niej obrzydliwym słonawym posmakiem. Żołądek skamieniał boleśnie i po chwili ściśnięty gwałtownym skurczem wyrzucił z siebie śniadanie – gorącą grudkowatą breję, przemieszaną z kwasem trawiennym. Kolejny skurcz – i jeszcze jeden, i jeszcze. Za każdym razem coraz mniej rzygów wybryzgiwało. W końcu nie miałem już czym wymiotować – mimo to żołądek nadal się zaciskał, a świat wciąż szklił się przez łzy. Gardło i mięśnie raz po raz napinały się w nagłych spazmach, ale nic już nie chciało lecieć; tylko długie gęste nitki śliny, które ciągnęły się jak ser na pizzy.

Powinienem czym prędzej rzucić się do telefonu. Dzwonić po pogotowie hydrauliczne. A ja tymczasem zmarnowałem jakże teraz cenny czas na rzyganie. Przetarłem załzawione oczy i starając się nie oddychać, odwróciłem się do drzwi. Złapałem za klamkę, chcąc je otworzyć, a tu nic, ani drgną. „Blokada, pajacu, blokada!” – zupełnie zapomniałem, że przecież odruchowo zablokowałem drzwi, jakby mi ktoś w pustym mieszkaniu miał wejść do klopa, no, genialnie, po prostu genitalnie!

Złapałem za rachityczny plastikowy uchwyt i okazało się, że ani drgnie. Zaciął się? ZACIĄŁ! I to akurat teraz. Akurat teraz musiał się zaciąć w pieprzonym L-U-K-S-U-KURWA-S-O-W-Y-M mieszkaniu za trzysta tysiów! Akurat teraz, gdy z LUKSUSOWEJ rury kanalizacyjnej wybija LUKSUSOWE sąsiedzkie gówno!

„Podziel się z bliźnimi tym, co masz najlepszego” – przemknęło mi przez głowę przeczytane kiedyś hasełko (pochodzące prawdopodobnie z którejś z ulotek roznoszonych przez jehowych) i zacząłem śmiać się jak szaleniec. Śmiałem się, a lepki odór gówna z całą mocą wtłoczył się w me płuca. Żołądek zaciążył, jakby był kamieniem – kolejny skurcz. Nie mam czym rzygać, ale organizm i tak chce haftować… a tu nie ma czasu. NIE MA CZASU!

Zacisnąłem zęby, starając się nie myśleć o tym, dlaczego czujemy smród. A jak to kiedyś w jakimś programie naukowym powiedziano, zapachy czujemy dlatego, że w powietrzu unoszą się mikroskopijne cząsteczki tego, co owe zapachy wydziela. Tak więc wdychałem mikroskopijne cząsteczki sąsiedzkich gówien…

„Zamknij się, po prostu się zamknij!” – uciszałem wewnętrzny głos. „Nie chcę tego słuchać, nie chcę!”. Myślałem przez chwilę, że uda mi się odpędzić tę myśl, ale nie, to były tylko pozory – wycofała się posłusznie, by potem cały czas krążyć w okolicy – jak budzący śpiącego natrętny komar: nie widzisz go, ale słyszysz jego bzyczenie. Modlisz się w duchu, by sobie odpuścił, ale wiesz, że prędzej czy później bzyczenie zacznie się robić coraz głośniejsze i głośniejsze, a w końcu krwiopijca znowu zaatakuje. Poczujesz doprowadzające do szału smyranie. Klepniesz ręką, ale mała gnida będzie szybsza – umknie, by za kilka chwil znowu doprowadzić cię do białej gorączki. Tak też było z tą myślą – była jak ten pieprzony komar!

Wykorzystując chwilę mentalnego spokoju, skupiłem się na pokrętle. Szarpnąłem z całej siły i usłyszałem głuchy trzask. Pękło? Nie, nie pękło. Ułamało się… „O Boże! I co teraz?!”.

Strach to potężny przeciwnik, gdy przyjdzie ci się z nim zmierzyć, niechybnie polegniesz. Jak skorpion zatrutym ostrzem, tak on wbije w ciebie szpikulec nasączony paraliżującym jadem lęku. Trucizna wniknie do krwiobiegu i niepostrzeżenie przedostanie się do mózgu – to tam jest najpotężniejszy bastion spokoju i opanowania. I to tam na początku trzeba uderzyć, by wytrącić cię z równowagi.

Dzięki zmyślnemu taktycznemu zagraniu w chwili, gdy powinieneś zachować zimną krew i na spokojnie zastanowić się, co możesz zrobić, by ratować skórę, zaczynasz czuć niepokój. Niepokój, który mroźną falą rozlewa się na bezbronny organizm – zatruwa go, sprawiając, że serce zaczyna łomotać, żołądek kurczyć się, a nogi, do tej pory stabilne kolumny twej cielesności, zadrżą, grożąc ciału upadkiem. To strach, który jak lodowaty szpikulec przebija twe ciało – zastygasz w bezruchu i tracisz kontrolę nad mięśniami, które dygoczą, jakby podłączono je do prądu.

Strach przepoczwarza się w przerażenie, które bardzo łatwo może przeistoczyć się w panikę. Gdy ogarnie cię panika, już przepadłeś: będziesz jak przerażone zwierzątko o umyśle skażonym obłędem; rzucające się w amoku od ściany do ściany.

Właśnie zaczynałem odczuwać strach…

„To niemożliwe! To mi się tylko śni, to musi być jakiś koszmar!” – z całej siły zaciskałem powieki, jakbym dzięki temu miał się wyrwać ze snu. Ale to nie był sen. TO RZECZYWISTOŚĆ!

Krzyk przerażenia przeciskał się przez gardło, jakby był spłoszonym zwierzątkiem, pragnącym czym prędzej wydostać się na wolność.

– RATUUUUNKUUU! – wydarłem się najgłośniej, jak tylko mogłem.

Serce raz po raz podskakiwało mi do gardła jak wariacka zabawka na sprężynie.

Cuchnęło! Ciężki wilgotny upał sprawił, że smród stał się bardzo intensywny. Momentami wydawało mi się, że wszystko wokół pęcznieje. Na dodatek brunatna woda, nie, nie woda, lecz gęstniejąca gówniana breja, dotarła już do brzegów muszli.

Zaraz się przeleje, zaraz się, kurwa, przeleje!

– POMOOOOCYYYYY! – zdzierałem gardło, wrzeszcząc na cały regulator jak na koncercie rockowym.

Darłem się i darłem jak poparzony i dopiero po chwili zrozumiałem, że na nic się to nie zda – nikt mnie tu nie usłyszy; w ramach luksusu za setki tysięcy złotych miałem zapewnione dźwiękoszczelne ściany, dźwiękoszczelną podłogę i dźwiękoszczelny sufit (a jak tak dalej pójdzie, to nawet dźwiękoszczelny szambo-basen).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: