polskie centrum bizarro

„Palec mojego ojca” by Karol Mitka

In Opowiadania on Kwiecień 16, 2012 at 6:00 am

Karol Mitka pojawił się na łamach niedobrych literek już dwukrotnie. Raz przy okazji zbiorczego postu poświęconego naszym umiłowanym Kobietom w Ich Dniu, drugi raz indywidualnie, z mocnym, wręcz obrazoburczym (tak jak niedobre literki lubią) „Vaginal Horror Show”.

Dzisiaj podejście trzecie, z pewnością nie ostatnie. Czy Karol Mitka zapisze na swoje konto kolejnego potężnego sierpowego? Czy poniższy tekst będzie przysłowiowym palcem wetkniętym w mrowisko?

Przekonacie się o tym już kilka linijek niżej… Jak zwykle, zapraszamy do lektury.

 

Palec mojego ojca

— 

Odkąd pamiętam, ojciec robił mi to codziennie. Punktualnie o piątej rano przychodził do mojego pokoju, budził mnie pocałunkiem w usta i sadzał sobie na kolanach. Potem wpychał mi pod bluzkę od pidżamy ogromne, spocone łapska. Na początku, jeszcze zanim wyrosły mi piersi, ściskał sutki dwoma palcami, mamrocząc pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Z ust śmierdziało mu alkoholem, pomieszanym z czymś jeszcze. Nigdy nie dowiedziałam się z czym, ale jestem pewna, że był to jakiś środek odurzający. Gdy parzył na mnie mętnym, nieobecnym wzrokiem, dostawałam gęsiej skórki. Kiedy moje sutki zrobiły się twarde, wykrzywiał usta w rubasznym uśmiechu. Owłosiona dłoń wędrowała coraz niżej, masowała brzuch, muskała pępek, by po chwili wślizgnąć się w spodnie i drażnić łechtaczkę. To, co wtedy czułam, to dziwna mieszanka bólu i rozkoszy, niemożliwa do opisania. Po kilku minutach takiej zabawy, moim ciałem wstrząsał dreszcz, a ojciec, rechocząc na całe gardło, wsadzał mi do cipki środkowy palec. Nosił na nim ozdobny sygnet, przedstawiający orła połykającego węża. Ostre krawędzie pierścienia szarpały ścianki pochwy, powodując nieznośny ból. Ale mój płacz wcale nie wzruszał tego wyrodnego skurwysyna. Wręcz przeciwnie, podniecał go, kręcił. Czułam pod sobą twardego kutasa, którego zawsze po skończonym brandzlowaniu pakował mi do tyłka. Musiałam podskakiwać, udając kowboja ujeżdżającego rumaka, a ojciec rżał i krzyczał głośno:

– Patataj! Patataj!

Nienawidziłam ciepłego nasienia, które we mnie wpompowywał. Nienawidziłam srać spermą pomieszaną z gównem.

Jeśli myślicie, że to koniec znęcania się nad małą, bezbronną dziewczynką, to jesteście w wielkim błędzie. Rzeczy jakich doświadczyłam, są o wiele gorsze niż możecie sobie wyobrazić. Po skończonym stosunku ojciec zakładał mi na szyję obrożę i niczym psa prowadził do piwnicy. Trzymał tam w klatkach najróżniejsze dziwadła, na widok których każdemu normalnemu człowiekowi włosy stanęłyby dęba. Koty o głowach kóz, psy skrzyżowane z końmi, kanarkodżdżownicę, fiuta na świńskich nóżkach… To oczywiście nie wszystko, gdybym chciała opisać wam cały jego zwierzyniec, brakłoby mi kartek w zeszycie. Skąd miał to karykaturalne Zoo? Z początku myślałam, że takie zwierzęta istnieją naprawdę. Dopiero jakiś czas później, grzebiąc w dokumentach ojca, dowiedziałam się, że pracował dla rządu w jakimś instytucie. Był genetykiem, a wyniki nieudanych eksperymentów zamiast likwidować, zabierał do domu.

Kiedy już zeszliśmy na dół, musiałam się rozebrać, uklęknąć i wypiąć. Ojciec otwierał klatki, opuszczał spodnie i siadał na stołku. Brał kutasa do ręki i walił konia, przyglądając się jak jego zmutowani podopieczni pierdolą mnie na wszystkie sposoby. Doberman z doszytym końskim fallusem walił mnie w kakao śliniąc się przy tym niemiłosiernie, żółw o strusiej głowie lizał po piździe, a świńskonogi chuj podskakiwał, próbując wejść mi do ust. Nad nami, machając orlimi skrzydłami, fruwała krowia dupa i srała na nas bez przerwy. Wyczołgiwałam się z piwnicy ledwo żywa, utaplana w kale oraz spermie.

Ale pewnego dnia powiedziałam: Dość! Miałam może dwadzieścia lat, kiedy postanowiłam z tym skończyć. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Ojciec leżał na kanapie zalany w trupa, a ja stałam nad nim z siekierą i zastanawiałam się w które miejsce najpierw uderzyć. Postanowiłam, że nie będę tak okrutna jak on i szybko to skończę. Nim obuch spadł mu na czerep, otworzył oczy, a widząc co się święci, w ostatniej chwili zdążył zacisnąć pięść i pokazać mi ozdobiony znienawidzonym sygnetem, środkowy palec. Nawet nie macie pojęcia jaką miałam satysfakcję, kiedy odcinałam go pilnikiem do paznokci. Później, zbryzgana fragmentami mózgu, zaciągnęłam drgające jeszcze truchło do piwnicy, pootwierałam klatki i masturbowałam się wałkiem do ciasta patrząc, jak zmutowane kreatury pożerają swojego stwórcę. Następnie zatłukłam je wszystkie bez litości. Piwnica wyglądała jak po wizycie Michaela Myersa. Ściany spływały wnętrznościami, jelita zwisały z lamp niczym łańcuchy choinkowe, a po podłodze walały się gnaty, pomiędzy którymi biegał świńskonogi kutasik. Jego zostawiłam sobie na koniec. Pochwyciłam skubańca, obrzezałam piętką z czerstwego chleba, po czym zaczęłam ukręcać mu główkę. W ostatnim, agonalnym skurczu, wytrysnął krwawym nasieniem pod sam sufit. Zebrałam wszystkie resztki do raszlowego worka i zakopałam w ogrodzie z nadzieją, że to koniec koszmaru.

Ach, jakże się myliłam. Już następnego ranka, kiedy wyszłam na podwórko by zasiać trawę na grobie ojca i jego wesołej kompanii, zobaczyłam mały kopczyk ziemi w miejscu, w którym spoczywali. Na początku pomyślałam, że to robota kreta. Dopiero w nocy na jaw wyszła straszna prawda. Zaczęło się od skrobania i pukania w okno. Niby nic podejrzanego, ptaki często przylatywały na parapet podjeść wysypywanych przeze mnie co rano okruszek. Ale minęło pięć minut, dziesięć, piętnaście, a tajemnicze dźwięki nie cichły. Gorzej. Stawały się coraz głośniejsze. Wstałam więc, złapałam leżący nieopodal młotek i odsłoniłam zasłonkę. To co zobaczyłam, zmroziło mi krew w żyłach. Na parapecie stało coś przypominającego przerośniętego czerwia i próbowało wejść do mieszkania. Zapaliłam światło, a wtedy włosy stanęły mi dęba. To był środkowy palec mojego ojca! Poznałam po sygnecie, w którym odbijało się światło gwiazd. Ten zwichrowany skurwysyn nawet po śmierci postanowił mnie napastować! Spanikowałam. Nie wiedziałam, co robić. W pierwszym odruchu otworzyłam okno i chciałam dziabnąć gada młotkiem, lecz okazał się zwinny niczym żmija. Skoczył mi na twarz. Panicznie trzepiąc głową zrzuciłam go na podłogę i przydeptałam, ale był tak silny, jak mój ociec. Zrobił jakiś nagły zryw, chyba się wygiął, a ja runęłam na ziemię, upuszczając broń. Cofałam się przed nim, jak przed przyczajonym tygrysem, ukrytym smokiem, a on, jakby delektując się tym widokiem, pełzł w moim kierunku posuwistymi ruchami gąsienicy. Dźwięk poczerniałego paznokcia stukającego o deski podłogi był nie do wytrzymania. Jednak pomimo śmiertelnego przerażenia, postanowiłam walczyć. Poderwałam się i pobiegłam do łazienki. Skoczył na mnie, ale zdążyłam schylić głowę. Zaczęłam przegrzebywać szafkę, w poszukiwaniu jakiejkolwiek broni. Znalazłam jedynie żyletki. Kapciem powbijałam je w szczotkę do szorowania pleców i tak uzbrojona ruszyłam do boju. Mój przeciwnik nawet nie zadał sobie tyle trudu, by zastawić pułapkę. Stał w przedpokoju, gotowy do starcia. Sygnet z orłem połykającym węża złowieszczo błyszczał w świetle lampy. Po plecach spływał mi pot. To mogłam być ja, albo on. Tylko jedno wyjdzie żywe z tej bitwy. Ruszyliśmy jednocześnie. Ja, machając prowizoryczną maczugą, on, podskakując pod sam sufit wywijał w powietrzu salta oraz piruety. Trafiłam go w locie. Żyletki zgrzytnęły na kościach i pękły, a palec mojego ojca uderzył o ścianę. Chyba zemdlał, bo zamarł w bezruchu. Stanęłam nad nim, szykując się do zadania ostatecznego ciosu uniosłam szczotkę ponad głowę. I wtedy mnie dopadł. Nawet nie zdążyłam zareagować, gdy wystrzelił pionowo w górę, impetem rozerwał pidżamę i wlazł do cipki. Znajomy dreszcz przeszył moje ciało, a ból w haratanych sygnetem ściankach macicy wykrzywił twarz w karykaturalny grymas. Palec rozrywał mnie od środka. Targał jajniki. Szarpał wnętrzności. Przebijał się do jelit. Zrobił przetokę i wypchnął masy kałowe przez waginę. Przedziurawił pęcherz moczowy.

Upadłam na ziemię, targana agonalnymi skurczami. Zwymiotowałam moczem pomieszanym z krwią, zaś On siał spustoszenie w mym organizmie, starał się, bym umierała powoli. W końcu dotarł i do mózgu. Galaretowata masa wypłynęła nosem, a ja wydałam ostatnie tchnienie. Zabił mnie palec mojego ojca.

EPILOG

Jest tu tak ciemno. Ciemno i zimno. Usłuchajcie dobrej rady i nigdy nie umierajcie. Leżenie w trumnie to przejebana sprawa. Zwłaszcza, jeśli nawet robaki nie mogą zeżreć twojego ciała. I nie dlatego, że gleba jest zasolona, sucha czy skażona. On na to nie pozwala. Morduje wszelkie robactwo, które chciałoby dobrać się do mojego truchła. Jest tak krwiożerczy, że nawet bakterie powodujące rozkład tkanek przed nim pierzchają. Jest też niezwykle punktualny. Zawsze o piątej rano wpełza mi do cipki. Robił to za życia, robi również po śmierci.

Advertisements
  1. Mam nadzieję, że to nie na faktach 😉

  2. To będzie bardzo złe jak powiem, że mi się podobało? Prosta, brutalna, napisana niesamowicie plastycznym językiem, sceny same stają przed oczami (niestety:P)

  3. Hehe, ciężko się tego pozbyc sprzed oczu… I chyba o to chodzi 🙂

  4. Wyspa (komórka) doktora Moreau i de Sade w jednym. Mocne i chore w bardzo chory sposób. Znaczy się dobre. Chociaż, gdyby Autor miał na czole wypisane, że jest to TEN Autor, pewnie omijałabym szerokim łukiem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: