polskie centrum bizarro

„Topielec” by Kasia Szewczyk

In Opowiadania on Kwiecień 19, 2012 at 6:00 am

W imieniu Kasi Szewczyk zapraszamy Was do lektury „Topielca”. Ekipa niedobrych literek miała z jego lektury mnóstwo frajdy, liczymy więc na to, że też będziecie zadowoleni.

Zresztą, po co gdybać: jest tylko jeden sposób, aby się przekonać i jest nim… tak, zgadliście: lektura opowiadania, do czego Was serdecznie namawiamy. Acha: nabierzcie głęboko powietrza, może być… bezdechowo 😉

–ł

Topielec

Moja dwudziestoletnia córka któregoś dnia wpadła na jeden z najbardziej kretyńskich pomysłów, o jakie mógłbym ją posądzać. Poinformowała mnie, że zaprosiła do domu grupę koleżanek, i że pod żadnym pozorem nie mogę im przeszkadzać ani hałasować.

– Będziecie się uczyć? – zapytałem nieco złośliwie, bowiem do tej pory nie uważam, że kurs zdobienia paznokci to najlepszy wybór dla mojej latorośli.

– Nie, tatku, wywoływać duchy – odpowiedziała spokojnie. Zadźwięczał dzwonek u drzwi, córka pobiegła otworzyć i po chwili do mieszkania wsypało się pięć dziewcząt. Każda po kolei kiwała mi głową, mrucząc „brywieczór”.

– Że co będziecie robić?! – podniosłem się z fotela, coś łupnęło mi w krzyżu i usiadłem z powrotem. Dziewczyny cofnęły się i stłoczyły pod drzwiami. Napotkałem błagalne spojrzenie mojej Ewuni. Mówiło mniej więcej tyle, co „nie rób mi wstydu, tato, Proszę, proszę…”

– Zaproś koleżanki do pokoju, i przyjdź do kuchni – mruknąłem. Nie chciałem żadnego wywoływania duchów, cóż za poroniony pomysł.

*

Ewa ostrożnie zamknęła przeszklone drzwi i rzuciła mi wściekłe spojrzenie.

– Tato, przecież to tylko zabawa, dlaczego znowu mi to robisz? Wszystko… – zawiesiła głos, ale dobrze wiedziałem co ma na myśli. Chciała powiedzieć: wszystko psujesz. No i miałaby rację, ale pewne uprzedzenia były silniejsze ode mnie. I tak podziwiałem młodą, że ode mnie nie uciekła, żona dała dyla ładnych dziesięć lat temu. Na jej miejscu zrobiłbym dokładnie tak samo. Byłem po prostu trudnym do zniesienia dziwadłem.

– Nie podoba mi się to. Raz, że to trochę nieetyczne – zacząłem niezgrabnie, gorączkowo szukając jakichkolwiek argumentów. – No i chyba niebezpieczne!

– Tato! – syknęła. – Znowu zaczynasz? Umówiliśmy się ostatnio. To tak samo mój dom jak twój! Ja toleruję ciebie i chcę wzajemności!

Po prostu wyszła, a ja jeszcze przez chwilę stałem oparty plecami o lodówkę i gapiłem się na własne kapcie. Usłyszałem tylko jak przekręca kluczyk w drzwiach pokoju i dopiero wtedy ukryłem twarz w dłoniach. Nie, nie płakałem, po prostu miałem już samego siebie dosyć. Jakby ukrycie twarzy w dłoniach mogło mi w tym ulżyć.

Logika podpowiadała, że kilka dziewczyn parających się przyklejaniem cekinów do paznokci nie będzie w stanie przywołać ducha… A jeśli…? A jeśli one to zrobią, to ja byłem pewien kto przyjdzie. Muszę im jednak przeszkodzić, postanowiłem. Ale jeśli Ewunia tylko żartowała, a ja znów wystraszę jej koleżanki, nigdy mi tego nie wybaczy!

Kropla wody głośno plasnęła o blaszany zlew. Wzdrygnąłem się. Nienawidzę wody. Jestem skończonym dziwakiem. Boże – pomyślałem – niech one nie wywołują duchów… Wspomnienia uderzyły jak gwałtowny podmuch wiatru, zwiastujący nawałnicę.

*

Miałem wtedy szesnaście lat i pretensje do całego świata. Szlak trafił moje wakacyjne plany, trochę narozrabialiśmy z kumplem pod koniec drugiej klasy liceum. Już dokładnie nie pamiętam o co chodziło. Chyba poprawiliśmy sobie sami nieobecności w dzienniku i nauczycielka nas przyłapała na gorącym uczynku.  Wyjazd nad jezioro z rodzicami był najgorszą karą, jaką mogli wymyślić. Protestowałem, obrażałem się, błagałem o litość, ale oni już postanowili. Koledze jak zwykle wszystko uszło na sucho, dzień przed wyjazdem dostałem od niego pocztówkę z Zakopanego. Napisał, że Baśce trochę smutno, że mnie nie ma, ale on coś na to poradzi… Wiedziałem, że się tylko wyzłośliwia, ale to było jak gwóźdź do trumny. Gdy znosiłem z ojcem bagaże, deptaliśmy po tej pocztówce porwanej na strzępy, drobne jak konfetti.

Nudziłem się śmiertelnie. Było trochę młodzieży w moim wieku, ale z początku nie nadarzyła się okazja do zawarcia znajomości. Przyjechali całą paczką, razem siedem czy osiem osób, czułem się potrzebny jak plama na ścianie. Któregoś razu jednak, gdy starzy swoim zwyczajem rżnęli w mocno zakrapianego brydża ze znajomymi, coś się ruszyło.

Lubiłem wypływać na środek jeziora, w ogóle lubiłem pływać jak najdalej od brzegu, od plaży, pomostu, ludzi. Zauważyłem dmuchany materac dryfujący na wodzie, wiedziałem, że nie jest bezpański, należał właśnie do tamtego towarzystwa. Zaniosłem go im, zamieniliśmy kilka słów. No i tak się zaczęło, po kilku dniach znajomość zacieśniła się na tyle, że wszędzie łaziliśmy razem. Już mi się nie nudziło, nawet wpadła mi w oko jedna dziewczyna. W sumie to dwie. Wszystko przez te dziewczyny…

W ostatnią noc przed wyjazdem spotkaliśmy się całą paczką na pomoście. Gadało się jak nigdy wcześniej, ostatnie wakacyjne chwile rządzą się swoimi prawami. Dałbym się pokroić, żeby zostać jeszcze kilka dni. Mieliśmy zamiar siedzieć do białego rana i pewnie by tak było, gdyby nie ten przeklęty materac, który jakimś cudem znów dryfował daleko od brzegu. Dziewczyny prosiły, błagały, bym popłynął po niego, coś mi podpowiadało, że tym razem to nie było dzieło przypadku i same go wrzuciły. Dla draki próbowałem się wymigać, oczywiście tylko po to, by dalej mnie namawiały i prosiły, wiedziałem, że tamci chłopacy niespecjalnie garną się do wody. Zaproponowałem, żeby któryś z nich skoczył, a odpowiedź pamiętam do teraz:

– Nie ma mowy. Mój kuzyn się tak utopił po ciemku. W ogóle, dużo ludzi się tu utopiło w nocy.

Zrobiło się nieprzyjemnie po tych słowach, ale przecież nie byłbym sobą, jakbym się nie popisał. Kazałem im świecić latarkami, było już całkiem ciemno, przede mną jednolita czerń. Wskoczyłem, dziewczyny biły brawo, woda była ciepła jak zupa. Tak sobie radośnie płynąłem, gdy nagle złapało mnie coś za kostkę. Zaplątałem się z jakieś wodne zielsko,  szarpnąłem się kilka razy, porwało się i mogłem płynąć dalej. Za chwilę znowu. Już nie było zabawnie, wyobraźnia poszła w ruch, a ja zacząłem wpadać w panikę. Dużo ludzi się tu utopiło w nocy. Ostatkiem silnej woli nakazałem sobie spokój, przecież to tylko wodorosty. I wtedy poszedłem pod wodę, wciągnął mnie topielec. Na kilka sekund, na łyka wody, na chwilę tak krótką, że ledwo mignął mi przed oczami. Ale widziałem go. Był biało-fioletowy, śliskie cielsko dosłownie fosforyzowało na tle czarnych odmętów. Spojrzeliśmy sobie w oczy… i puścił mnie.

Wypłynąłem na powierzchnię i zacząłem się krztusić, nie mogłem zaczerpnąć powietrza. Towarzystwo krzyczało z pomostu, dziewczyny piszczały, a ja młóciłem rękami wodę, pewien, że lada moment po prostu się utopię. Udało się opanować kaszel, ze wszystkich sił prułem do brzegu. I to było właśnie najgorsze… Tylko czekałem, aż znów mnie wciągnie, jakby się tylko bawił. O nogi ocierały się wodorosty, dusiłem się strachem… byłem pewien, że on płynie pode mną, wyciąga swoje biało-fioletowe oślizgłe łapska… każdy plusk wywoływał strach, każdy podmuch wiatru. Ja wiedziałem, że on jest blisko. Udało mi się złapać grunt, wyszedłem na brzeg, a moi znajomi patrzyli na mnie z przerażeniem w oczach.

– I po co szpanowałeś, jak nie umiesz pływać? – rzucił z przekąsem któryś z chłopaków. – Mówiłem, że dużo ludzi utopiło się tu po ciemku.

Długo dochodziłem do siebie po tym co się stało, pamiętam nieprzespaną noc i świt, który sprawił, że wspomnienie rozmyło się lekko, po trochu przypominając sen, ale nigdy nie opuściło mnie ani na sekundę. Nienawidzę wody. Nie jedną noc zarwałem, myśląc o tym, że moje ciało składa się z niej w osiemdziesięciu procentach. Jestem nienormalny, więc nic dziwnego, że córka się mnie wstydzi. I nikomu nigdy nie powiedziałem o tamtej przygodzie. Nie chciałem narażać się na szyderstwa, wolałem cierpieć w samotności.

*

Co one tam robią, na litość boską, minęła już dobra godzina, a z pokoju Ewy nie dobiegł nawet szmer. Tak, bałem się, co z tego, że facetowi nie wypada?! Może zemdlały?

Na palcach jak złodziej podszedłem pod drzwi córki, nasłuchiwałem. Cisza była nie do zniesienia. Sięgnąłem klamki i w tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie. Wrzasnąłem. Nigdy tak głośno nie krzyczałem, nie mogłem przestać, ani złapać oddechu. W progu stała moja córka, sina, cała mokra. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, utkwiła we mnie rybi wzrok i stała tak w bezruchu.

Zacząłem wycofywać się do tyłu, dopiero wtedy powoli ruszyła za mną. Bardzo powoli, a za nią – krok w krok – reszta dziewcząt poprzemienianych tak samo jak ona. Sparaliżowany strachem, przycupnąłem w kącie i rozpłakałem się jak dziecko. Tak, wiem, byłem beznadziejny… a one zbliżały się do mnie nieśpiesznie, jakby specjalnie odwlekały to co miało nastąpić. Jakby chodziło tylko o to, żebym umarł ze strachu.

Chyba straciłem przytomność, albo pamięć odmówiła mi posłuszeństwa. Czytałem kiedyś o tym, ponoć w ogromnym stresie mózg nie rejestruje wszystkiego. Ofiary gwałtów nie są w stanie opisać sprawcy napadu i inne takie. Zresztą, bez różnicy, po prostu w tym momencie urwał mi się film.

Ocknąłem się dopiero, kiedy wpadłem do lodowatej wody. W końcu był ostatni dzień października, woda w jeziorze była upiornie zimna. Nie, nadużyłem słowa „upiornie”. Upiorne było to co działo się jeszcze kilka minut po tym jak wpadłem do wody. Walczyłem o życie, o utrzymanie się na powierzchni, ale przegrałem. Czułem jak umieram. Opadłem na dno i jeszcze wtedy nie umiałem pływać, więc leżałem tak sobie jak kłoda i obserwowałem jak inne topielce przyglądają mi się. To też źle powiedziane, bo większość z nich nie miała przecież oczu.

 Ryby naprawdę potrafią oskubać człowieka. Podpływali i po chwili znikali w czarnej toni.

*

Nie wiem jak wyglądam. No, cholera, nie wiem. Wiem, że lewę ramię zgubiłem jakoś wiosną zeszłego roku. Skórę ze stóp oberwałem sam, bo odlazła nie całkiem i majtała się, doprowadzając mnie do szału. Poluję nieczęsto, bo latem tak się nawpieprzam, że opadam na dno i leżę jak ten debil, kiedy inni uprawiają dzikie harce. No ale co zrobić, jak się oprzeć, kiedy z kładki na zachodnim brzegu głupie ludziska skaczą na główkę? No weź nie zjedz… Zje topielec, zje. Później trzy pory roku totalnej posuchy, chyba, że trafi się jakiś wędkarz – amator łowienia w przeręblach. Staram się pływać jak najwięcej, żeby nie myśleć o jedzeniu. Kilka razy robiłem sam ze sobą zawody – ile wytrzymam w ciemnościach, w największej głębinie. Tam jest zardzewiały czołg, którego ciężaru nie wytrzymał most pontonowy. Fosforyzuje, a z wnętrza wciąż dochodzą głosy wołające o pomoc.

Wiem, wystarczy poczekać aż całkiem się rozpadnę i to się skończy. Ale póki co, muszę szukać sobie rozrywek. I nie myśleć o jedzeniu.

Wciąż zastanawiam się, co się dzieje z moją Ewunią. Skończyła ten kurs zdobienia paznokci…?

Advertisements
  1. Sobie teraz przypomniałem, że przeczytałem to opowiadanie w antologii „Halloween po polsku” 🙂 Się podobało zwłaszcza końcówka…

  2. Czasem będziemy dawać powtórki, ale to raczej wyjątkowo. W tym akurat wypadku było warto 🙂

  3. Biedny topielec, mógł małże wpierniczać.

  4. Sympatyczna historyja. Fajnie się czytało. Yesh!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: