polskie centrum bizarro

Upiorny świat Alana M. Clarka – część 3

In Opowiadania on Maj 14, 2012 at 6:00 am

Określenia grand finale łatwo nadużyć, bo i finały w wykonaniu ludzi, którzy lubują się w tak pompatycznych sformułowaniach, wcale za wielkie nie są. Ale aż ciśnie się na usta, drodzy śledzący poczynania niedobrych literek, bo oto trzecia i ostatnia część naszego spotkania z niezwykłym horrowym artystą, Alanem M Clarkiem, wszelkie znamiona takowego nosi.

Ponieważ mamy dla was prześwietną niespodziankę!

Mały test – pamiętacie jeszcze część pierwszą? Wzmiankowaliśmy tam, że oprócz ilustrowania setek książek i malowania okładek dla tuzów horroru i bizarro, Alan jest także pisarzem. I dziś będziecie mieli okazję przekonać się, że równie niesztampowym jak grafikiem i tak samo stawiającym przede wszystkim na specyficzny nastrój. Niedobre literki mają bowiem przyjemność przedstawić pochodzące z wydanego przez imprint Eraserhead Press, Lazy Fascist Press, zbioru „Boneyard Babies” opowiadanie „Łamliwe badyle i stary sznur„. Choć ma zgoła nieinternetową długość, nie dzielimy go na części, żebyście mogli się z nim zapoznać od razu w całości. I rozsmakować, rzecz jasna, bo danie jest prima sort! Drodzy czytelnicy, ekskluzywnie i po raz pierwszy po polsku, Alan M. Clark zabierze was w podróż na pewien mały cmentarz…

h

„Łamliwe badyle i stary sznur”

by Alan M. Clark

h

Wstęp
Pierwszy raz pisałem o martwym małym chłopcu, Dylanie, w noweli stworzonej wraz z Garym A. Braunbeckiem, „The Big Hollow” („Wielka Pustka”), która pojawiła się w „Escaping Purgatory” („Uciekając z Czyśćca”, IFD Publishing 2001). Lubiłem tę postać i chciałem dla niego zrobić więcej (wiem, że to brzmi trochę dziwnie). Napisałem „Łamliwe badyle i stary sznur”, aby pozwolić mu na rozwój i nadać jego istnieniu większego znaczenia. Gdy przeczytacie tę opowieść, na pewno zrozumiecie, co mam na myśli.
Alan M. Clark

h

***

h

Mały Dylan umarł i został pogrzebany, gdy miał pięć lat. Mimo że utknął w wysuszonym ciele dziecka, dojrzał emocjonalnie przez dekadę, którą przyszło mu spędzić na niewielkim cmentarzu. Opłakiwanie utraconego życia, choć nie pozwalało czuć się kompletnym, wystarczyło przez pewien czas. Ale ostatnio jego żal wyczerpał się, zostawiając dziurę w sercu i bezcelową egzystencję. Może i rozważałby przejście na drugą stronę, ale to zbyt przerażało, by o tym myśleć.

Inni zmarli, którzy pozostali, razem siedmioro, zajmowali się swoimi sprawami – zupełnie jakby to, co robili, było w jakikolwiek sposób ważne – i to dawało im chyba poczucie celu.

Jewel Cornsby używała latorośli wiciokrzewu, aby doczepić z powrotem jedną z kości ramienia . Zawsze o nie dbała, nawet gdy zdawało się to przegraną sprawą.

Pani Omer siedziała pod drzewem, ciągle nucąc jedną piosenkę. Przed śmiercią dopadła ją demencja starcza i tak już pozostało.

Clay Potts, przechadzając się niebezpiecznie blisko granicy cmentarza, narzekał znowu na gości.

– Czemu nie korzystają ze żwirowanej drogi, zamiast łazić przez pole i niszczyć uprawy?

Pobliska farma należała do Claya za jego życia i niespecjalnie zadowalał go sposób, w jaki zarządzali nią nowi gospodarze. Był zrzędą.

Żona Claya, Betty, przykucnęła na brzegu kałuży i lepiła z błota ucho. Nie podniosła nawet wzroku, tylko stwierdziła:

– Clay, to nie jest już twoja własność. Ani twoje zmartwienie.

Betty, poza tym, że wyszła za mąż za Claya, była [1]„pół-siostrą” pani Olmer. Dylan uważał, że nieładnie tak mówić o kobiecie. Prawda, straciła lewą połowę twarzy w wypadku samochodowym, ale to przecież nie połówka całego jej ciała, więc nie powinno się do niej zwracać „pół-siostra” – rozumował.

Bracia Rampert, Ned i Epply, grali w karty zbutwiałymi liśćmi.

– Pierdzielony as! – krzyknął Ned, chwytając listek i drąc go na kawałki. Suchy śmiech Epply’ego brzmiał bardziej jak cichy jęk. Bracia byli łobuzami, z głowami pełnymi niezbyt przyzwoitych pomysłów.

Dla Dylana to wszystko raczej nie miało znaczenia, może oprócz troski Jewel o niemowlę. Ale cóż mógł wiedzieć? Był tylko głupim dzieciakiem.

Rozumienie rzeczy, które robili ludzie, przychodziło Dylanowi z trudnością, jeżeli były one jedynie odbiciami tego, czym zajmowali się przed śmiercią. Inni mieli za sobą całe życie doświadczeń, czyniące ich myśli i działania skomplikowanymi, ale ich wspomnienia okazywały się nieco poszatkowane i pomieszanie. On sam nie miał nawet pewności, co właściwie go zabiło.

– Jak dla mnie,  urządziła cię tak ospa wietrzna – powiedziała raz Betty, kiedy opisał to, co zdołał sobie przypomnieć. Ale szczerze wątpił w jej słowa, bo nie pamiętał, by kiedykolwiek wystawiał się na wiatr.

Jewel była najmilsza. Dylan uważał, że ma największe szanse przejść na drugą stronę i uzyskać cudowną nagrodę. Tolerancyjna kobieta, która nigdy nie szepnęła o nikim złego słowa. Została z przyczyn niejasnych dla Dylana. Raz podsłuchał, jak pytała Betty:

– Czy sądzisz, że Bóg każe cudzołóżców tak samo, jak złodziei czy morderców?

Zastanawiał się, z jakiej przyczyny Jewel miałaby spać w cudzym łóżku, nie własnym, ale że w odpowiedzi Betty nie znalazł krztyny sensu,  szybko o wszystkim zapomniał.

Domyślał się jednak, że to, co naprawdę trzyma Jewel na Ziemi, ma coś wspólnego z dzieckiem. Tym żałosnym stworzeniem. Uznawała je za dziewczynkę, ale nie dało się ustalić jakiej naprawdę było płci. Niemowlę leżało to tu, to tam i w zasadzie nie robiło nic poza rozkładaniem się. Okazjonalnie bywało przez kogoś nadepnięte albo kobiety składały je do kupy za pomocą błota, wysuszonej trawy i żwiru. Przetrwało na cmentarzu dłużej niż którykolwiek z obecnych mieszkańców i jego wygląd zdradzał ten fakt. Na kościach nie ostało się wiele tkanek, stawy puszczały i trzymało się w całości właściwie jedynie dzięki zabiegom innych.

Kiedy Dylan przybył na cmentarz, znienawidził dziecko, nie wiedząc nawet dlaczego. Może przez jego powolne ruchy i długie, sykliwe szlochy, które wydobywały się spomiędzy  połamanych, bezzębnych szczęk, gdy było zaniepokojone. Wiedział, że Jewel je kocha i początkowo czuł z tego powodu zazdrość, ale teraz, tylko dla niej, próbował ocieplić swoje relacje z kreaturką. Z czasem jego uczucia wobec niemowlaka rzeczywiście stawały się przychylniejsze.

Uświadomił sobie, że staranność, z jaką kobieta opiekowała się dzieckiem stanowiła odbicie jej troski i dbałości o nich wszystkich. Najważniejsze były dla bezbronnego wiecznego noworodka, ale widział, że pomagały także Jewel.

Właśnie czegoś takiego potrzebował, aby wypełnić dziurę we własnym sercu. Ale to należało do Jewel i musiał znaleźć sobie jakiś inny cel. Co mógł zrobić, by stać się tak pomocnym, nawet bohaterskim?

h

– Skurwysyny… zobacz! – krzyknął Clay. – Przyszło ich jeszcze więcej!

Dylan spojrzał w górę i dostrzegł trzech gości. Zbliżali się, krążyli wkoło jakby w przyspieszonym tempie. Jak zdenerwowane myszy – pomyślał.

– Usadzę ich i przyjmę zamówienia – powiedziała pani Olmer, kierując się w ich stronę. Chociaż miała na karku ponad osiemdziesiąt lat w momencie zgonu, nie przebywała na cmentarzu zbyt długo, przez co była dużo zwinniejsza od Dylana. Podniósł się i, poruszając się sztywno, powoli poszedł za nią.

Gdy tylko żywi się zjawiali, mieszkańcy nekropolii lgnęlido nich jak ćmy do światła, tak zafascynowani ich obecnością i witalnością, że mieli skłonność do zapominania o bożym świecie. Dylan kochał słuchać żyjących. Wiedział, wnioskując z prędkości z jaką zbliżali się goście, że ich głosy będą piskliwe. Jak myszy – znów nasunęło się skojarzenie. Tym razem towarzyszyło mu wspomnienie białych gryzoni z różowymi oczyma, które widział kiedyś w sklepie zoologicznym. Tak przyjemne, że  z miejsca zapomniał o bólu w stawach i wysuszonej tkance. Może gdyby czas zwolnił podczas wizyty obcych, zdołałby dotknąć ich żywego ciała. To pozwalało najskuteczniej ukoić ból, nawet jeśli tylko na chwilę.

Wszyscy wyprzedzili go w pędzie do ogrzania się w blasku żyjących. Dylan ruszył najszybciej jak zdołał. Wtedy dotarło do niego, że Dot Morrisy i Jim Thaber zniknęli, każde z nich wtedy, gdy uwaga reszty skupiała się na gościach ze świata żywych.

Czy ktoś zmusił Dot i Jima do przejścia na drugą stronę?

– Wierzę, że wśród nas jest morderca. – Nie dalej jak wczoraj oznajmiła Betty Potts.

– Naczytałaś się za dużo kryminałów, kobieto. – Jej mąż podszedł do sprawy lekceważąco.

Mimo to Dylan od tego czasu oglądał się za siebie. Nie, żeby martwego dało się zabić, ale mogli zostać zmuszeni do wyjścia na okoliczne pola. Cmentarz był ich kotwicą. Jeśli ktoś oddalił się na więcej niż dziesięć stóp od jego granic, znikał na zawsze. Zabierało go Wielkie Nieznane. Czy Dot i Jim stali się ofiarami ponieważ nie trzymali się grupy i stanowili łatwy łup?

Czasem Dylan myślał o przejściu na drugą stronę jak o czymś, co przynosi ulgę i uwolnienie od bólu narastającego w wyschniętym truchle będącym jego ciałem. Wszyscy martwi cierpieli, tym intensywniej, im dłużej pozostawali na tym świecie. Niektórzy nie mogli tego wytrzymać i decydowali się odejść, ale ci, który zniknęli ostatnio, byli w miarę świeży, a poza tym nie okazywali skłonności do takiego ostatecznego kroku. Dylana przerażała myśl, że możliwość wyboru mogłaby zostać mu odebrana. Lub komuś innemu, jeśli o tym mowa.

Hej, to jest to! Dowiem się, kto jest mordercą. To na pewno by się liczyło, nawet byłoby bohaterskie. Wpadł na naprawdę dobry pomysł, co wprawiło go w ekscytację.

W tym momencie wszyscy martwi przed nim zatrzymali się jak na komendę. Wszyscy oprócz pani Omer. Zaraz dostrzegł przyczynę – jeden z gości niósł coś połyskującego metalicznie. Dylan niemal rozpoznał przedmiot, ale nie pamiętał jak go nazwano. Zdawało się, że pani Omer zapomniała lub nadal nie dotarło do niej, że żelazo było jedyną rzeczą ze świata żywych, która mogła wyrządzić krzywdę umarłym. Jej pamięć szwankowała, ale zrozumienie sprawy utrudniał także fakt, że nigdy nie zdołała sobie uświadomić, że już umarła.

– Pani Omer! – wołała Jewel. – Nie podchodź do tych ludzi! Poruszają się straszliwie szybko i jeden z nich ma parasol!

Pani Omer nie zważała na ostrzeżenie. Straci głowę, jeśli nie będzie ostrożna, pomyślał Dylan. Wiedział dobrze, że nierozsądnie próbować ją powstrzymywać. Jakby co, to zawsze da się poskładać później. Odwrócił się plecami, nie chcą patrzeć na to, co mogło się przydarzyć staruszce.

Widząc niemowlaka leżącego w korzeniach drzewa, tam gdzie zostawiła go Jewel, Dylan plasnął na ziemię za nim. Był obolały od nadmiaru ruchu i zawiedziony, że przepadła mu szansa na dotknięcie żywego. Nie zdawało się to niczym wielkim, ale czuł, że to ogromna strata w tak małym świecie.

Ostudziło to jego zapał. Kiedy powrócił do rozmyślania nad własnym pomysłem, zorientował się, że osoba, która morduje,  działa w tajemnicy, a Dylan nie wiedział nic o wnikaniu w cudze sekrety. Jak miał osiągnąć coś znaczącego, jeśli nie potrafił przejrzeć tych spraw na wylot? Był taki głupi!

h

Dylan nie ufał własnemu umysłowi, bowiem jego interpretacje niewielu życiowych doświadczeń, które zdążył zaznać, były zazwyczaj błędne. Włączając niektóre z własnych najwyraźniejszych wspomnień, jak piknik z rodziną, podczas którego szukał noża do masła, chcąc rozsmarować więcej dżemu na swoim rogaliku. Gdy spytał matkę gdzie on się podział, odpowiedziała ze śmiechem:

– Och kochanie, przecież go połknąłeś!

Cóż, w to akurat trudno było uwierzyć, ale kiedy jego ojciec, lekarz, o którym Dylan sądził, że zawsze powie mu prawdę, potwierdził mówiąc:„Nie martw się synu, przejdzie przez ciebie bez problemu”, Dylan musiał to zaakceptować. Wielki, ciepły uśmiech, jakim obdarzył go ojciec, był jedną z niewielu rzeczy w życiu, na które mógł liczyć.

Kiedy opowiedział tą historię innym mieszkańcom cmentarza, wyśmiali go, niektórzy nawet zlekceważyli. Powiedziano mu, że to niemożliwe i jego rodzice po prostu robili z niego idiotę, wykorzystując łatwowierność chłopca. Dylan założył, że było to bardziej prawdopodobne niż połknięcie noża do masła, ale miał nawet niejasne wspomnienie zimnej stal zjeżdżającej w dół gardła. Skąd się wzięło, z wyobraźni? Czy może było prawdziwe? Czy nóż do masła nadal tam tkwił, wycinając dziurę w jego sercu?

Naprawdę nie wiedział w co wierzyć. Czuł się źle. Winił siebie. Dylan okazał się nie tylko łatwowierny i głupi, ale także zepsuty. Po prostu nie był w porządku jako istota ludzka. Wszystkie wspomnienia czasów, gdy jeszcze oddychał, zdawały się podejrzane. Gdy patrzył za siebie przez wydłużający się tunel pamięci, życie – piękne światło na jego początku – niezwykle szybko znikało w oddali. Bał się, że pewnego dnia może zgasnąć i walczył, by je odrobinę zrozumieć zanim to się stanie. Mniemał, że pozwoli mu to określić siebie, a może nawet naprawić.

Obecność w ich gronie „mordercy” sprawiła, że poszukiwanie tego zrozumienia stało się pilniejsze. To, że mógłby nagle znaleźć się jeszcze dalej od życia, napawało grozą.

Najłatwiejszą drogą ku nauczeniu się czegoś więcej o własnej egzystencji, było dowiedzenie się, co życie przyniosło innym. Ostatnio miał wiele pytań do Jewel, Betty i Claya. Używał ich odpowiedzi jako dowodów potwierdzających lub zaprzeczających wspomnieniom, by oddzielić to, co prawdziwe od nieprawdziwego. Długi, powolny proces – próbował nie mówić im o obrazach zapamiętanych z życia, nie chcąc aby się z niego śmieli. Kobiety były wyrozumiałe i pomocne, ale Clay okazywał wyłącznie brak cierpliwości.

– Zadajesz najdziwniejsze pytania, dzieciaku. Co ty chcesz osiągnąć, napisać książkę czy co?

– Czy tak trudno odpowiedzieć, Clay? – wtrąciła się Betty. – Powinieneś cieszyć się, że on wychodzi w końcu ze swojej skorupy.

Miał jedno wspomnienie, prawdy o którym nie chciał wyjawić nikomu. Obawiał się, że mogło to być przeczucie. Odwiedzali dziadków w Nowym Jorku. W noc, gdy przyjechali, po kolacji, dorośli usiedli w salonie. Rozmawiali. Dylan bawił się na podłodze śmieciarką z czerwonej gumy, którą sprezentował mu dziadek. Nadal czuł kwaśny zapach zabawki, gdy tylko wracał do tamtych zdarzeń.

Rozmowa dorosłych się zmieniła. Z początku niemal przyjemna, skręciła w bardzo mroczną stronę i Dylan zaczął odczuwać niepokój.

­– Po prostu nie są ludźmi naszego pokroju – powiedziała babcia. – Nie przejeżdżałeś obok ich domu, Howard? Jest po drugiej stronie ulicy, dwa place dalej.

– Chyba nie zwróciłem uwagi – odparł tata.

– Masz na myśli ten z samochodem na bloczkach? – spytała mama. – Tak, widziałam go. Niezbyt korzystny dla sąsiedztwa.

– Cała posesja zawalona jest śmieciami – ciągnęła temat babcia. – Pozwalają miejscu zejść na psy. Farba odpada, rynna wisi nieprzytwierdzona, a rozbite szyby zakrywają kartonami. Ich dzieci biegają w kółko jak dzicy Indianie. Zostawiają zabawki gdzie popadnie. Rodzice traktują ich tak źle, że same wyrosną na śmieci.

Była zmartwiona.

– Gertrudo, nie zagalopowałaś się przypadkiem? – przerwał jej dziadek.

Dylan nie zrozumiał tego w ogóle. Myślał, że dziadek obawiał się, że babcia chce zaatakować małych Indian na koniu, jak kawaleria w telewizji.

Nie pojął dużo więcej z konwersacji, może oprócz tego, że kobiety brzmiały jak zatrwożone, a mężczyźni próbowali je pocieszyć albo sprawić, by zamilkły. Wiedział natomiast, że bał się złej rodziny po drugiej stronie ulicy.

Podczas tygodniowej wizyty u dziadków Dylan próbował nie patrzeć na dom złej rodziny, ale ostatniego dnia, gdy pakowali rzeczy do samochodu szykując się na długą podróż, ciekawość zwyciężyła. Podejrzał przez palce… a potem rozejrzał się uważnie, ponieważ nie wierzył w to, co widzi.

Na ogrodzonej części podwórka stał samochód w kawałkach. Zaniedbany dom stał się szary i brudny. Jednak najgorszym ze wszystkiego – nie do wybaczenia i nie do zapomnienia – był malutki, martwy noworodek, leżący w śmieciach przy krawężniku. Jacy ludzie traktują dziecko, możliwe, że ich własne, tak okrutnie? I zostawiają na ulicy, na widoku?

Nie, to nieprawda – pomyślał Dylan. – To tylko wygląda jak dziecko. To śmieci, piłka do softballu jako głowa, ręce oraz nogi z badyli i starego sznura.

Zanim zdołał to potwierdzić, matka zawołała go, by umył twarz. Nienawidził momentu, gdy pluła na chusteczkę i wycierała nią miejsce, gdzie znalazła odrobinę dżemu lub wyschniętych smarków na jego buzi. Ale tym razem był zbyt zajęty myśleniem o tym, co widział.

Jeśli byłoby to martwe dziecko, ludzie którzy je widzieli – rodzice, dziadkowie, przechodnie – na pewno oburzyliby się i wezwaliby policję. Pod warunkiem, że nie byli przerażeni, wystraszeni, że jeśli powiedzą o przestępstwie złej rodziny, mogą zostać zabici. Albo tamci byli tak groźni, że nawet policja ich się bała – inaczej nie zostawialiby przecież martwego dziecka na ulicy, gdzie każdy mógłby je zobaczyć. Dylan nie chciał rozgniewać rodziny patrzeniem na jej nieżywego potomka, więc odwrócił wzrok.

Nie był pewny, czy kiedykolwiek powiedział o tym rodzicom. Czy był zbyt zawstydzony, a może oni byli, skoro nikt nie chciał nic z tym zrobić? Wsiedli do auta i pojechali do domu, zaś wzrok Dylana nigdy więcej nie padł na martwe dziecko.

Pewnego dnia, krótko po przybyciu braci, Ned znalazł sposób na zranienie Dylana. Skoro na cmentarzu fizyczny ból przychodził jedynie z wewnątrz, prześladowcy musieli się ograniczyć do doprowadzania chłopaka do emocjonalnego cierpienia. Ned nie był na to dość bystry, ale Dylan okazał się łatwą ofiarą, a szczęście, które mają czasem łobuzy, pozwoliło na uderzenie w ten jedyny punkt, który bolał najbardziej.

– Wiesz, mój tata jest śmieciarzem – zaczął Ned. – Powiedział mi, że po tym, jak umarłeś, twoi rodzice wyrzucili cię na śmietnik. Tak o ciebie dbali! Miałeś szczęście, że mój tata przyjechał,  znalazł cię, zrobiło mu się żal i zapłacił za przyzwoity pochówek. I skończyłeś tutaj. Widzisz więc, smarkaczu, jesteś moim dłużnikiem!

Dylan nie spojrzał nigdy ponownie na martwe niemowlę w pojemniku na śmieci, ale obraz wytatuował się na stałe po wewnętrznej stronie zgniłych powiek. Dziecko miało teraz jego twarz i gdy tylko mignęło mu przed oczyma, czuł, jak dziura w sercu poszerza się.

Czasami doznawał tego tak mocno, że go obezwładniało. Leżał na ziemi, zwinięty w kłębek i czuł ciężar Wszechświata próbującego zgnieść go i zmienić w nicość. Chciał wtedy odpełznąć jak najdalej od cmentarza. Niekochany i niezapamiętany, jego egzystencja nie robiła żadnej różnicy w ogólnym kształcie rzeczy, więc zakończyłby ból i przestałby istnieć.

Zastanawiał się, czy jeśliby to zrobił, to poszedłby do Boga? Nie liczył na to. Rodzice mówili, że pójdzie do nieba kiedy umrze – kolejne z ich kłamstw.

Podczas jednego z takich ataków Ned zasadził mu kopniaka, który wyłamał większość lewych żeber Dylana. Odtąd ciągle czuł się cięższy po jednej stronie.

h

Dylan spojrzał na dziecko i ogarnęło go współczucie. Zebrał niemowlę w swoich ramionach i przytulił delikatnie, próbując nie zniesmaczyć się za bardzo. Złapał kciuk bobasa we własną małą dłoń i przeżył chwilę, w której kompletnie się z nim utożsamiał, prawie jakby został uwięziony za tymi pomarszczonymi, trwale zamkniętymi powiekami. Wyobrażanie tej ślepej egzystencji, wizja skazania na większy ból niż ten, który odczuwał teraz, okazały się nie do zniesienia. Wygnał myśli z głowy.

Gdy ujrzał, że kość ramienia dziecka, która Jewel przywiązała wiciokrzewem, znów się obluzowała, wpadł na pomysł. Może łatwiej przyszłoby mu czynienie liczących się rzeczy, gdyby zaczął od skromniejszych wysiłków. Na przykład od osadzenia kości na miejscu.

Kiedy skończył, rozejrzał się w poszukiwaniu innych okazji, ale nic specjalnego nie działo się na cmentarzu i niewiele można było zrobić. Widział, że jest sam. Wszyscy, prócz Neda i Epply’ego, podążali za gośćmi na drugim końcu nekropolii, zachowując rozsądny dystans.

Ned wyszedł zza drzewa, jego jedyne oko zatrzymało się na Dylanie i dziecku. Ruszył ku chłopcu, przejrzały uśmiech wyciął czarny zygzak pod jego zapadniętym nosem.

Właśnie tego poranka Jewel powiedziała Dylanowi:

– Trzymaj się jak najbliżej tylu z nas, ilu możesz i nie zbliżaj się do granic cmentarza, dopóki nie dojdziemy do tego, kto ma złe zamiary.

Skoro znalazł się blisko granicy cmentarzyska, zapragnął zostawić dziecko i uciekać tak szybko, jak poniosą go małe kości. Ale wiedział, że nie oddali się zbytnio, jeśli Ned naprawdę chciał sprawić mu kłopot. Postanowił bronić swego i spojrzał prześladowcy w oczy. Ten nagle stracił cały rezon. Patrzył na Dylana jakby miał mrugnąć i odwrócił za chwilę wzrok. To potwierdziło, że Ned nie miał  dobrych zamiarów, ale też dodało odwagi Dylanowi.

Spośród wszystkich mieszkańców bracia zdawali się jedynymi podejrzanymi w sprawie morderstw, ponieważ zwyczajnie byli okrutni. Nie lubił zbytnio Claya, ale Ned i Epply krzywdzili ludzi dla zabawy.

– Ned – Dylan odezwał się, tuląc do siebie dziecko – czy wiesz coś o tym, co przytrafiło się Dot i Jimowi?

– Czy wiem? Ty mi to powiedz, chłopczyku.

Epply wynurzył się zza drzewa i okrążył Dylana. Stanął po jego lewej stronie.

– Tak, wiem coś o tym. Wielka mi rzecz! Po prostu się bawimy. Co nam za to zrobicie? Jest nas dwóch, nadal świeżych, wciąż jest w nas trochę pary. Ty i większość innych jesteście  łamliwymi badylami, nawet nie dobrą rozpałką. Tylko Omer jest trochę świeższa, a ona ma zbyt zaćmiony umysł, by nam się sprzeciwić.

Epply znalazł się za plecami Dylana. Chłopak wołałby o pomoc, ale wiedział, że jego suchy, mały głosik nie dotarłby do uszu reszty. Obrócił się ku Epply’emu.

– I co zrobicie?

Epply nigdy nie gadał za dużo i tym razem też nie zmienił nawyków.

– Jewel mówiła więcej niż raz. – Ned przeszedł w przedrzeźniającą, piskliwą parodię głosu Jewel. – Cholera, pewnego dnia zbiorę się na odwagę i opuszczę cmentarz z dzieckiem. Nie sądzę, bym powinna się tak martwić o to, co stanie się ze mną, jeśli ona dotrze do swojej nagrody. – Bracia zaczęli rechotać.

Dylan wiedział, co Jewel miała na myśli mówiąc to – martwiło ją, że nikt, kto pokonał strach przed nieznanym, oddalił się ku otaczającym cmentarz polom i w kto-wie-co za nimi, nie pomyślał o zabraniu ze sobą niemowlęcia, a wszyscy wiedzieli, że samo nie ma możliwości przejścia na drugą stronę, nawet przepełzania na dystans dalszy niż dziesięć stóp, a i to na ślepo. I bez wątpienia Jewel chciała doczekać końca bólu, którego doświadczała istota mieszkająca tu dłużej niż ktokolwiek inny.

Dylan wzmocnił swój uścisk.

– Nie zabierzecie dziecka!

– No, to ty pójdziesz z nim – odezwał się Epply.

Dylan zakołysał się do tyłu, objęcia rozluźniły się, gdy strach przed nieznanym złapał go i zaczął dusić. Patrzył z grozą i wstydem jak jego dłonie unoszą niemowlę w górę, oferując je Epply’emu.

– Może i tak powinieneś pójść?

Epply był szybki. Chwycił dziecko jedną ręką, drugą złapał za obojczyk Dylana.

– Teraz zobaczysz jak to robimy – powiedział, obracając się. Zatoczył pełne koło, nabierał prędkości, trzymając dwójkę na odległość ramienia. Dylan sięgnął ku dziecku, przytrzymał się go. Jego krzyk był tylko gwiżdżącym charknięciem. Słyszał Jewel i Claya, podnoszących gdzieś dalej alarm. Gdy Epply zaczął drugi obrót, zobaczył kątem oka Jewel i panią Omer, biegnące w ich kierunku. Wtedy zostali wypuszczeni. Dylan przeleciał spory kawałek, trzymając mocno dziecko. Wpadł prosto w ramiona Neda, czekającego na granicy cmentarza. Gdy tylko prześladowca złapał swe ofiary, zakręcił się w piruecie, każdą ręką trzymając jedną z nich. Dylan przejrzał jego plan – Ned miał zamiar wykonać kilka piruetów, by zwiększyć ich prędkość, a potem zwolnić uścisk, celując w pola poza obrębem cmentarzyska.

Ryzykując wypuszczenie noworodka, Dylan sięgnął i złapał za ramię Neda, tuż powyżej łokcia. Ten zaczął trząść ręką, próbując strząsnąć napastnika. Dylan wzmocnił uścisk. Wreszcie łobuz uwolnił i chłopaka, i dziecko, ale Dylan nie rozluźnił uchwytu, jednocześnie nie puszczając niemowlaka. Ned obkręcił się jeszcze raz, po czym stracił równowagę i upadł.

Dylan przewrócił się na bok i powoli stawał na nogi, gdy Ned podniósł go do góry i przygotował się do rzutu w stronę pola.

Wtedy pani Omer zderzyła się z Nedem. Gdy zaatakowała, tamten porzucił Dylana i dziecko. Usłyszeli głośny trzask i głowa staruszki odpadła od reszty ciała. Jej ciało nadal się ruszało, ciągnąc łobuza w głąb pola i w efekcie ku zapomnieniu. Potem zjawił się dźwięk, coś jak głośne czknięcie, i zniknęli. Została tylko głowa pani Omer. Ta zaś po chwili uniosła się z ziemi i podążyła drogą, którą wybrała reszta ciała.

Dylan obrócił się, by ujrzeć Claya i Jewel, zagrażających drugiemu z braci. Betty nadchodziła z flanki. Epply zaszczekał jak pies ze strachu i pobiegł w stronę pola, za swoim braciszkiem, by  wkrótce też zniknąć.

Dylan podniósł dziecko i zbliżył się do reszty.

– Biedna pani Omer – powiedziała Betty.

Dylan podał dziecko Jewel, ale nie mógł spojrzeć jej w oczy. Kobieta sprawdziła, czy niemowlę nie zostało uszkodzone. Zgubiła się jedna ręka i cześć ramienia oraz większość kości drugiej ręki.

Chłopak marzył tylko o ucieczce, ale nie chciał, by inni pomyśleli, że ma coś do ukrycia. Był pewien, że nie widzieli jak oddaje dziecko Epply’emu.

– Dziękuję, Dylan. Uratowałeś ją – stwierdziła Jewel.

– Tak, ale po co? – spytał, chcąc uszczuplić wagę wydarzenia. – Sama mówiłaś, że ktoś powinien pomóc jej przejść na drugą stronę.

– Oni jej nie pomagali.

– Byłeś taki dzielny – dodała Betty.

– To nic takiego. – Dylan patrzył na swoje stopy.

– Zostaw dzieciaka, kobieto – odezwał się Clay. – Zawstydzisz go – dodał, po czym odszedł. Betty poszła za nim, zirytowana i zniesmaczona.

– Ci maniacy mogli go zabić, Clay. Miej trochę serca.

– Racja – powiedziała Jewel. – Ale pomagamy sobie, nawet, jeśli jest to poświęcenie. Prawda, Dylan?

To stwierdzenie stało się ostrzem wbitym w niego i przekręconym, bólem nieznośnie intensywnym, ale krótkotrwałym. To nie był nóż do masła. Wbiło się w dziurę w sercu i otworzyło nieznane terytorium głęboko we wnętrzu Dylana.

Upadł na ziemię.

– Wszystko w porządku? – spytała Jewel.
Nie odpowiadał. Był zbyt zajęty patrzeniem jak robi wokół niego zamieszanie i kochaniem jej za to.

– Oddałem dziecko Epply’emu tylko po to, żeby mnie zostawił – wyznał.

– Widziałam to. I rozumiem, byłeś przerażony. I masz rację, jeśliby im się udało, przynajmniej przeszłoby na drugą stronę.

– Jak tylko o to chodzi, czemu nie wyrzucisz dziecka na pole?

– Ona potrzebuje kogoś, kto się nią zaopiekuje, kto z nią pójdzie. Nie wiem w co bym je wrzuciła, a samo nie da sobie rady.

Nowy pomysł wpadł Dylanowi do głowy, napawający strachem, pochodzący z nieznanych rejonów, które otwarły się w nim. Pragnął się od niego odwrócić, ale idea błagała, by ją zrealizować. Zanim naprawdę doświadczył grozy w  swym sercu, zaczął działać.

Wstał, podniósł dziecko z ziemi, gdzie położyła je Jewel i ruszył w stronę pola. Wmówił sobie, że nie może się odwracać. Jeśli zobaczyłby twarz kobiety, wiedział, że zechciałby wrócić jak najszybciej w jej kościste objęcia.

Nie zaszedł daleko nim poczuł dłoń na swoim ramieniu. Gdy spróbował w milczeniu iść dalej , inna ręka wspomogła tą pierwszą i zmusiła go do odwrócenia się.

– Gdzie idziesz, Dylan? – spytała Jewel, przykucając aby spojrzeć mu w oczy. – Co robisz?

– Przejdę z dzieckiem przez pole – oznajmił tak swobodnie, na ile potrafił.

Jewel przyglądała się mu bardzo długo, za długo. Dylan chciał wrócić, ale też chciał iść dalej. Przed nim rozpościerały się niemożliwe do poznania konsekwencje.

– Nie boisz się? – spytała delikatnie.

– Nie, jeśli nie mam czasu na myślenie o tym. Bardziej boję się nigdy nie zrobić niczego, nie mieć znaczenia dla nikogo i dla siebie. Jestem zmęczony byciem bezużytecznym i małym. Słyszałem to, co mówiłaś o pomaganiu innym.

Chociaż spojrzenie Jewel nadal spoczywało na nim, stało się oddalone. Potem potrząsnęła głową i skupiła się znów na Dylanie.

– Chyba po prostu mówię takie rzeczy, ale nie na poważnie, inaczej zrobiłabym to już dawno.

– Muszę iść… albo nigdy tego nie zrobię – odparł Dylan, odpychając ją od siebie.

Pozwoliła mu odejść. Odwrócił się i podjął wędrówkę z dzieckiem ku polu. Po kilku krokach poczuł, że Jewel zjawiła się obok i wiedział, że pójdzie z nimi.


h

[1]
Gra słów bazująca na niezrozumieniu pewnych terminów przez dziecko. Przyrodnia siostra to po angielsku „half-sister” czyli dosłownie „pół-siostra”.

h
***
h
Tekst należy do Alana M. Clarka i Lazy Fascist Press © 2010. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ilustracja: pokolorowana wersja „Crawlspace”. Copyright © 2008 Alan M. Clark. Wszelkie prawa zastrzeżone.
h
Za udostępnienie nam tekstu i umożliwienie jego przetłumaczenia serdecznie dziękujemy Alanowi M. Clarkowi i Cameronowi Pierce’owi.
h

A na koniec tradycyjnie  zachęcamy was do odwiedzenia Alana w internecie pod adresami:

Strona autorska: http://www.alanmclark.com/
h
Advertisements
  1. Mocarny tekst – świetny pomysł i realizacja, że mucha nie siada… no może jakieś muchy tam się pojawiają, ale to raczej ze względu na specyfikę scenerii 😉

  2. No, faktycznie super. I wcale nie taki długi, raz na jakiś czas przeczytanie dłuższego opowiadania to miła odmiana.

  3. Fajne! Czekam na kolejny udany przekład 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: