polskie centrum bizarro

„Trumna i osioł” by Bartosz Orlewski

In Opowiadania on Maj 20, 2012 at 6:00 am

Minęło już trochę czasu od ostatniej publikacji Bartosza Orlewskiego. Być może tylko niedobroliterkowy Paskud pamięta, sam jeden, kiedy to było, ale jedno jest pewne nawet dla nas, sklerotycznych redaktorów, upojonych bizarrowymi opiatami: zbyt długa to przerwa!

Co można w takiej sytuacji zrobić? W takiej sytuacji można, a nawet trzeba, opublikować coś świeżego. I oczywiście zakręconego. „Trumna i osioł” łapie się do obu kategorii (do kilku innych zresztą również), tak więc… zapraszamy Was do lektury.

Miłego czytania!

— 

„Trumna i osioł” 

Dżin

Osoba, którą kiedyś nazywano „Alvaro”, przybyła z południa, sama, piechotą, uzbrojona w dwa rewolwery i strzelbę. Zanim pojawiła się na progu Sennej Dziury, burzliwa przeszłość wypluła ją na pustynię, by tam, w piaszczystym bezkresie, poszukała ratunku, schronienia i miłości.

Alvaro znalazł schronienie w zardzewiałym autobusie, niegdyś żółtym, obecnie konającym wśród wydm, szturmowanym każdego dnia i każdej nocy przez miliardy ziarenek piasku. Kiedy nadeszła piaskowa burza, skulił się pod rozprutą wzdłuż i wszerz deską rozdzielczą. Siedział tam bez słowa do zmierzchu, otulony płaszczem, w goglach, zapatrzony w smugi piasku przelatujące przez pozbawione szyb okna, dostrzegając przed sobą, niemalże na wyciągnięcie ręki, swoje dotychczasowe życie, bezpowrotnie minione, nie do odratowania, stracone na zawsze. To cholerstwo utkane z dwudziestu cuchnących lat wciąż było u jego boku, wierne jak pies. Strzygło czujnie uszami, lizało mu twarz, na ogół jednak sikało pod nogi. Alvaro nienawidził swojego życia. Pragnął zmiany. Fundamentalnej, całkowitej. Zmiany nie do pomyślenia, tym bardziej do zrealizowania ludzkim kosztem. I właśnie dlatego pomyślał pewnego dnia: Cholerne życie, było, minęło, to prawda, ale zostawiło cień, osad, coś w rodzaju psiej śliny, którą zmyć może tylko pustynia.

Miesiąc później dotarł na pustynię z nadzieją, że w końcu zapomni o nienawiści do samego siebie. Życie – te dwadzieścia lat śmierdzących niczym przemoczony pies – pobiegło oczywiście za nim. Kiedy skończyła się burza piaskowa, było w pobliżu wraku. Rozzłoszczone, głodne i zdeterminowane. Alvaro nie zwlekał. Po wydostaniu się z autobusu wypełnił przestrzeń hukiem rewolwerów i strachem konających. Mężczyzn było trzech. Umarli nagle, szybko. Tak jak stali, po kostki zanurzeni w piachu, pod szarzejącym niebem, rozświetlonym na horyzoncie czerwonawym blaskiem. Zabrał im broń, amunicję, wodę i prowiant. Spojrzał na ich twarze. Znał tych ludzi i rozumiał, dlaczego chcieli go zabić.

Alvaro napił się wody z manierki, zjadł trzy paski suszonej wołowiny, ponownie zwilżył usta i gardło, a potem usnął we wraku, w objęciach piasku, na skraju cmentarzyska, które było niegdyś miastem. Przed zaśnięciem nie liczył gwiazd, nie wspominał, nie myślał. Przytulony do srebrzystej trumny, chłonął jej zapach i gładził dłonią solidne wieko, jakby było ono piersią albo podbrzuszem kochanki. Trumna buczała cichutko.

Następnego dnia Alvaro zszedł w głąb cmentarzyska. Trumnę niósł na plecach w uchwycie przymocowanym do egzoszkieletu, który nałożył na płaszcz. Egzoszkielet był stary, poobijany i skrzypiał z każdym krokiem, ale wciąż działał – Alvaro miał wrażenie, że zamiast ważącej ponad sto kilogramów trumny niesie lekki plecak. Przez lornetkę obserwował okolicę. Z morza wydm wystawały, rozrzucone w nieregularnych odstępach, fragmenty budynków, resztki estakad i rozmaitego rodzaju pojazdów. Ogrom piasku tworzył górzysty krajobraz, pozbawiony śladów życia podobnego do ludzkiego. Dopiero po południu, kiedy słońce przygrzewało najmocniej, zziajany i spocony Alvaro zobaczył dżina – wyostrzył obraz w lornetce i wypuścił ze świstem powietrze. Bingo! – szepnął i raz jeszcze przemyślał swój plan. Nie dostrzegł w nim żadnych luk. Zmówił więc modlitwę do Allacha, w którego raczej nie wierzył, i ruszył przed siebie, ściskając w dłoniach strzelbę.

Dżin siedział na drewnianym krzesełku, między nieczynnymi dystrybutorami paliwa, w cieniu rzucanym przez dach budynku, w którym kiedyś – według wyblakłego szyldu – mieścił się sklep. Teren stacji otaczały połączone zderzakami wraki samochodów. Humanoidalna istota zbudowana z ziarenek piasku czytała jakąś książkę. Nawet nie uniosła głowy – ludzkiej, choć pozbawionej jakichkolwiek rysów – gdy egzoszkielet zaskrzypiał, wydając ostatnie tchnienie. Srebrzysta trumna pociągnęła rewolwerowca na piach. Alvaro odrzucił na bok strzelbę i sięgnął do sprzączek mocujących uprząż. Machając wściekle nogami, wyswobodził się i przeturlał na ziemię. Dżin przewrócił kolejną kartkę. Z jego gładkiej twarzy wyzierały duże, okrągłe oczy o nabiegłych krwią białkach i pionowych źrenicach. Zerknął na poczerwieniałego ze złości Alvaro i wrócił do lektury. Czytał do zmierzchu.

Gdyby chodziło o kogoś innego, Alvaro nie pozwoliłby sobie na podobne traktowanie. Był gwałtownym mężczyzną, nawykłym do forsowania swoich racji przemocą. Raz-dwa uporałby się z człowiekiem, który zachowałby się wobec niego równie lekceważąco jak dżin. Tym razem nie miał wyboru: musiał postąpić powściągliwie, jeśli chciał otrzymać to, po co tutaj przybył. Przysiadł więc na masce jednego z wraków i zaczął obserwować pogrążoną w lekturze istotę. Wieczorem – pijąc pod rozgwieżdżonym niebem zimną lemoniadę przygotowaną przez zbudowanego z piasku gospodarza i obserwując wypełniające nieboskłon kolorowe rozbłyski staków-widm, które krążyły po orbicie, zaludnione szkieletami żołnierzy nieistniejących od dawna armii – Alvaro był już pewien, że jego marzenie o fundamentalnej przemianie swojego życia zostanie spełnione, nim nastanie świt. Dżiny spełniały życzenia. Ta jedna rzecz się zgadzała, a reszta… cóż, nie miała żadnego znaczenia.

Tuż przed świtem, po długiej rozmowie z dżinem, wyjaśnieniu mu swoich zamiarów i ustaleniu wszystkich istotnych szczegółów, Alvaro zszedł ze swoim gospodarzem do piwnicy, a stamtąd – tunelem oświetlonym podczepionymi do sufitu jarzeniówkami – udał się do podziemnej fortecy, aby gdzieś w jej głębinach, przypominających wnętrze lodówki wypełnione niebieskim światłem, w pomieszczeniu, które kiedyś pełniło funkcję laboratorium lub świątyni, spocząć w srebrzystej trumnie, w cieniu bazaltowego obelisku. Obok leżała bliźniacza trumna, oczyszczona z piasku i pyłu. Dżin podłączył oba sarkofagi do czarnego ołtarza, na którego powierzchni zajaśniał prostokątny ekran. Wnętrze trumny pachniało wanilią i cynamonem. Było miękkie. Alvaro poczuł napierające ze ścian szpikulce. Amen, pomyślał i zamknął oczy, koncentrując się na narastającym zewsząd bólu. Dżin upewnił się, że przemiana przebiega prawidłowo i wyszedł z pomieszczenia. Później, po wymieceniu ze zrujnowanego sklepu piasku, usiadł na krzesełku pomiędzy dystrybutorami. Popijał zimną lemoniadę i czytał, odtwarzając w ten sposób dwie ulubione czynności człowieka, który go napisał, a potem wyposażył w ciało zbudowane z inteligentnego piasku. Przez cały ten czas dżin działał co do zasady w zgodzie ze swoją naturą, realizując zamysł twórcy – chronił i służył, mimo że świat nie był już taki sam, jak przed Konfliktem. Prawdę mówiąc, dżin też się zmienił. Z zaskoczeniem dostrzegał w swoim zachowaniu bezinteresowną złośliwość.

Senna Dziura

Osoba, którą kiedyś nazywano „Alvaro”, przybyła z południa, sama, piechotą, uzbrojona w dwa rewolwery i strzelbę. Zanim pojawiła się na progu Sennej Dziury, burzliwa przeszłość wypluła ją na pustynię, by tam, w piaszczystym bezkresie, poszukała ratunku, schronienia i miłości. Rychło znalazła… to, czego pragnęła. Przez pewien czas w podziemnej fortecy między srebrzystymi trumnami krążyły pakiety informacji. To właśnie wśród nich narodziło się nowe wcielenie osoby, która do niedawna była Alvaro. I to ta osoba w nowym wcieleniu zjawiła się dokładnie rok później w Sennej Dziurze.

Osoba, którą kiedyś nazywano „Alvaro”, zmieniła się nie do poznania. Przemiana objęła nie tylko wykasowanie wspomnień przypisanych do imienia „Alvaro” i zastąpienie ich nowymi, zabranymi innej osobie, znanej – również w Sennej Dziurze – jako Brian McKeen, szeryf Toledo. Przybysz wyglądał obecnie jak Brian McKeen – mierzył sześć stóp wzrostu, był chudy i miał czuprynę czarnych, posiwiałych nad skroniami włosów. Nie pamiętał, kim był przed przemianą – poza tym, że chciał przybrać tożsamość słynnego szeryfa, bohatera wielu samotnych miasteczek nękanych przez apostołów bezprawia, i zapomnieć o własnej. Mężczyzna otrzymał – w pewnym sensie od samego siebie – drugą szansę i skwapliwie z niej korzystał.

Przez ponad rok rezydował w Toledo, żyjąc życiem Briana McKeena. Ze stoickim spokojem i niezłomną pewnością swych śmiercionośnych umiejętności ratował z opresji lękliwych mieszczuchów i rozwiązywał gordyjskie konflikty natury biznesowo-politycznej. Robił to, co McKeen zwykł robić: siał w sercach łotrów lęk boży i ołów. W zamian ludzie okazywali mu szacunek, niekiedy przyjaźń, a nawet, w dwóch przypadkach, miłość. Czasami myślał, że to przez brak szacunku, przyjaźni i miłości poddał się przemianie. Była to wiarygodna hipoteza. Nie zamierzał jej jednak weryfikować z obawy przed niespodziewanym powrotem przeszłości. Skupiał się na życiu cudzymi wspomnieniami. Selekcjonował je starannie, wiedząc, że tylko w ten sposób uformuje nową tożsamość, inną od tożsamości McKeena i swojego poprzedniego wcielenia.

Pewnego dnia ze wspomnień szeryfa wypłynął obraz Sennej Dziury, a także coś jeszcze – strach przed karą i poczucie winy. Mężczyzna, którego kiedyś nazywano „Alvaro” doszedł do wniosku, że oba te uczucia mają jakiś związek z dżunglą, z którą sąsiadowała zbójecka mieścina. Pozałatwiał więc niedokończone sprawy, wyznaczył swojego zastępcę i opuścił Toledo, aby uwolnić się od strachu i poczucia winy. Przed wyjazdem spojrzał w lustro, na twarz szeryfa, i powiedział: Jestem Brian McKeen. Wersja 2.0.

Senna Dziura kwitła wśród ruin dwudziestowiecznego miasta, na skraju dżungli, której wielobarwne odgłosy niosły się ponad wykarczowanymi uliczkami, trafiając do serc tubylców i głębiej, w pobliże ich dusz mieniących się wszelkimi odcieniami nikczemności. Dżungla była ogromna, cierpliwa i bezwzględna. Coś w jej czeluści otworzyło oczy spragnione widoku świata, kiedy na horyzoncie zamajaczyła postać samotnego wędrowca.

Brian przybył z południa, piechotą, uzbrojony w dwa rewolwery i strzelbę. Był zmęczony i spragniony. Marzył o wygodnym łóżku i solidnym posiłku. Jedno i drugie otrzymał w knajpie o nazwie „Czerwony Baron”. Zapłacił z góry za tydzień pobytu, zjadł podwójne śniadanie i zasnął w cuchnącym stęchlizną pokoju na piętrze. We śnie wędrował nocą przez dżunglę. Chociaż niewiele widział, szedł pewnie, jakby znał drogę wiodącą przez bluszcz w głąb zielonego piekła, ku pokrytym wybujałą roślinnością drapaczom chmur i wielopoziomowym autostradom. Strach i poczucie winy zniknęły. Wypełniał go spokój bliski zadowoleniu.

Po przebudzeniu poczuł znajomy niepokój. Przemył twarz w misce wody i zaklął pod nosem, poirytowany natarczywym pukaniem. Prostytutka miała na imię Shelly. Przysłał ją barman. Podała cenę, a Brian otworzył szerzej drzwi. Wejdź, powiedział, uśmiechając się przyjaźnie. Potem, leżąc na łóżku, ze spodniami spuszczonymi do kostek i czując na członku giętki język dziewczyny, próbował przypomnieć sobie ostatnią scenę snu, która – tego był akurat pewien – rozegrała się w zalanym czerwonym światłem pomieszczeniu, przy akompaniamencie dudniącej muzyki, w obecności…

W tym miejscu jego pamięć składała broń.

Doszedł w ustach dziewczyny. Shelly nie uroniła ani jednej kropli spermy. Połknęła wszystko, a za dodatkową opłatą wylizała dokładnie jego członka. Szeryf nie był aniołkiem, pomyślał Brian, przywołując z pamięci wspomnienia poprzednich wizyt McKeena w Sennej Dziurze. Za każdym razem opłacał on pokój w Czerwonym Baronie i korzystał z usług tej lub innej prostytutki. Potem płacił dziewczynie i kazał się jej wynosić. Brał zamówioną wcześniej kąpiel, przebierał się i schodził na dół, do baru, z papierosem zwisającym z ust. Kciuki wsunięte za pas z olstrami, niedbały krok, spojrzenie niby rozleniwione, w klapie marynarki gwiazda szeryfa Toledo – niech cień legendy zmrozi serca łotrów!

Brian nie wyrzucił Shelly. Podziękował jej za… usługę i, podciągnąwszy spodnie, odprowadził do drzwi. Zdumiała go własna łagodność. Spojrzał w lustro i pokręcił z politowaniem głową. Za rzadko bywam sobą, pomyślał. Chwycił Shelly za ramię i powiedział: Poczekaj. Chcę więcej. Następnie pchnął ją na łóżko, przekręcił na brzuch i wziął od tyłu, tak, jak lubił. Znudzona dziewczyna jęczała adekwatnie do okoliczności, przeliczając jednocześnie pieniądze otrzymane za ekstra pieprzenie. Brian szczytował szybciej niż zamierzał. Zdyszany, położył się obok prostytutki. Dzięki, wymamrotał. Shelly wzruszyła ramionami, ubrała się i wyszła bez słowa. Do baru zszedł godzinę później, po drzemce i zamówionej wcześniej kąpieli, przebrany w nowe ciuchy, z papierosem zwisającym z oklapłych ust. Kciuki trzymał za pasem z olstrami. Starał się sprawiać wrażenie rozleniwionego.

Lokal był wyludniony – przy stolikach siedziało kilku przyjezdnych, mężczyzn i kobiet, zajętych jedzeniem, piciem bądź rozmową przy grze w karty. Senna Dziura słynęła zespelunekoferujących pokoje, wyżywienie oraz rozrywkę w postaci występów lokalnych kapel bluesowych, usług prostytutek obojga płci i gier hazardowych na czele z ruletką i pokerem. Czerwony Baron mieścił się w trzypiętrowych budynku, nieopodal nieczynnego stadionu¸ na którym znajdował się punkt kontrolny dla osób wybierających się do dżungli. Takich punktów było oczywiście więcej, ulokowanych w różnych dzielnicach mieściny, ale Brian pamiętał, że McKeen korzystał wyłącznie z przejścia na stadionie. Najwyraźniej szeryf miał dobre układy z tamtejszymi celnikami. W odróżnieniu od miasteczek takich jak Toledo, oaz po-Konfliktowej praworządności, otoczonych polami kukurydzy i fasoli, Senna Dziura nie mając własnych upraw pasożytowała na swoich sąsiadach, mniejszych i słabszych, drżących ze strachu przed tutejszymi gangami, które kontrolowały dostęp do dżungli i jej skarbów spoczywających w pochłoniętych przez bluszcz ruinach monstrualnej metropolii. Gangi patrolowały nieustannie przesuwające się granice zielonego piekła, zabijając każdego, kto próbował wejść do dżungli bez zapłacenia stosownego podatku.

Czerwony Baron stał przy centralnym placu dzielnicy będącej do niedawna siedzibą gangu Sępów. Za czasów McKeena to Sępy niepodzielnie władały Senną Dziurą. Potem – w okolicznościach, które do dzisiaj pozostają przedmiotem prowadzonych ściszonymi głosami spekulacji – doszło do krwawego przewrotu i miejsce wymordowanego gangu zajęły Kruki. Okna knajpy wychodziły na targ, na którym handlowano przede wszystkim artefaktami przyniesionymi z dżungli. Wśród przekrzykujących się wzajemnie kupców krążyli znudzeni strażnicy w ciemnych mundurach z emblematem kruka na plecach. Gdy Brian, zająwszy miejsce przy kontuarze, zamówił u barmana drinka, kilku z nich, uzbrojonych w strzelby, wyłoniło się z rozgorączkowanego tłumu, zmierzając pewnym krokiem do Czerwonego Barona. Wkrótce w lokalu zapadła kłopotliwa cisza. McKeen znał ten rodzaj ciszy, a Brian, dzięki wspomnieniom szeryfa, wiedział, że powinien przygotować się na najgorsze. Przesunął prawą dłoń w pobliże olstra i, gapiąc się na swoją twarz w lustrze naprzeciwko, dokończył drinka. Lokal opustoszał – barman zerkał spode łba to na Briana, to na członków gangu, natomiast Brian wpatrywał się znad pustej szklanki w odbicia stojących za jego plecami Kruków. Atmosfera zgęstniała i zastygła. Nawet uliczne odgłosy poddały się ciężarowi ciszy. Ktoś w końcu chrząknął i powiedział coś zabawnego. Przez salę przetoczył się gardłowy śmiech. W rezultacie obyło się bez zabijania. Barman zaprowadził Briana i przywódcę Kruków, Rodrigueza, do pokoju na zapleczu. W tym ciasnym i dusznym pomieszczeniu, którego jedynych drzwi pilnowali członkowie gangu, Brian i Rodriguez usiedli na drewnianych krzesłach przy okrągłym stole. Barman postawił pomiędzy nimi butelkę whisky i dwie szklanki o grubym dnie.

Do baru wróciło życie.

Dziękuję za rozładowanie atmosfery, rzekł Brian, gdy zostali sami. Rodriguez położył na stole kapelusz, przeczesał gęste, przyprószone siwizną włosy i, napełniwszy obie szklanki alkoholem, wzniósł toast. Za współpracę, powiedział. Brian, nie spuszczając wzroku z pobrużdżonej twarzy mężczyzny, posmakował whisky i otarł usta. Dotychczas współpracowałem z przywódcą Sępów… Rodriguez machnął ręką. Sępów już nie ma. Pozostały jedynie ich interesy. Teraz są moje. Między nami wszystko zostaje po staremu. Nic się nie zmienia. Jutro wchodzisz do dżungli, robisz tam to, co zwykle i wracasz ze skarbami. Skarby są oczywiście dla mnie. W zamian masz moje milczenie. Brian pokiwał głową, udając, że wie, o czym mówi Rodriguez. Znacznie później, zostawszy sam na sam z resztką whisky w butelce, próbował przypomnieć sobie, w jakim celu McKeen wybierał się do dżungli, co tam robił i jakiego rodzaju artefaktami płacił za milczenie przywódcy Sępów. Niestety, niczego nie wskórał, szturmując wspomnienia szeryfa, jedynie lekko się wstawił. Z poczuciem porażki wrócił do swojego pokoju i rzucił się na łóżko. Przygniatały go napływające zewsząd fale niepokoju, momentami wręcz strachu powiązanego w jakiś sposób z wyprawami McKeena w głąb dżungli. Był to strach przed karą, podsycany wyrzutami sumienia. Z powodu czego? – zapytał Brian. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na to pytanie. Nie dzisiaj i nie tutaj. Zrezygnowany i rozdrażniony własną niemocą, kupił na dole dwie butelki whisky. Pierwszą opróżnił w barze, grając w karty z czarnoskórymi łowcami skarbów, drugą dokończył na górze, gdzie w końcu zasnął, zwinięty w kłębek, zapomniawszy o lęku i wyrzutach sumienia. We śnie, rozparty na skrzypiącym krześle herszt Kruków powtarzał do znudzenia: Znam twoje tajemnice, McKeen…

Dżungla

Wyruszyli z samego rana.

Brian zjadł śniadanie, wypił kawę, zakupił na targu prowiant i wrócił do Czerwonego Barona. W pokoju wypakował z plecaka pokancerowany pancerz i drewnianą skrzynkę, w której spoczywały ozdobne rewolwery McKeena. Wyglądały jak pokryte chromem Colty, były jednak nieco większe i lżejsze, a zamiast bębenka na scalone pociski miały magazynek energetyczny. Strzelały promieniami, które w ciągu kilku sekund spopielały trafiony cel. Poza tym dobrze leżały w dłoni. Brian włożył srebrzyste rewolwery do olstrów, spakował do plecaka dziesięć magazynków, jedzenie, wodę, latarkę i zestaw baterii, a następnie wcisnął się w wysłużony pancerz, na który narzucił długi płaszcz w kolorze spalonego piasku. Przed wyjściem z pokoju łyknął jeszcze dwie tabletki na ból głowy i cztery na uspokojenie skołatanych nerwów. Kac, strach i wyrzuty sumienia demolowały jego duszę.

Ze stadionu pozostały tylko pozbawione krzesełek trybuny. Murawę zastąpił ubity piach. Tablice, na których dawniej wyświetlano reklamy i wyniki rozgrywek, obecnie pełniły nową funkcję. Kruki krzyżowały na nich ludzi, którzy im jakoś podpadli, a nie posiadali fantów, ani pieniędzy, aby uszczerbek na zdrowiu móc zastąpić uszczerbkiem na majątku. Kiedy Brian wszedł na stadion, na tablicy noszącej ślady po kulach konało dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Więźniowie – nadzy, posiniaczeni i pokryci zakrzepłą krwią – jęczeli z bólu. Brian zacisnął zęby i splunął siarczyście. Udzielił mu się gniew, który na widok zmaltretowanych osób przebudził się we wspomnieniach McKeena. Poczucie sprawiedliwości szeryfa było zdecydowanie na bakier z okrucieństwem zbirów Rodrigueza.

Przywódcza Kruków czekał przy jednej z bramek. Kazał przepuścić Briana i krzyknął coś do stojącej nieopodal grupki mężczyzn i kobiet. Po chwili spomiędzy przekrzykujących się członków gangu wyszła Shelly. Wyglądała inaczej niż wtedy, gdy odwiedziła Briana w pokoju. Srebrzyste włosy upięła w końską kitę, a zamiast luźnego, prowokującego zmysłowymi prześwitami stroju prostytutki, założyła obcisły pancerz w kolorze niebieskim. W dłoniach trzymała karabin z lunetą i plecak. W pochwie przypiętej do paska tkwiła maczeta. Pójdziecie razem, oznajmił Rodriguez. Twarz Shelly nie zdradzała żadnych uczuć. Przypominała marmurową maskę. Dlaczego? – zapytał Brian. Rodriguez objął dziewczynę i powiedział: Nasza mała Shelly skończyła z obciąganiem i rżnięciem za pieniądze. Awansowała. I ma coś pilnego do załatwienia w dżungli. Shelly strąciła z pleców rękę Rodrigueza i zarzuciła plecak na ramię. Idziesz? – spytała Briana. Mężczyzna westchnął i ruszył ku oszałamiająco kolorowej plątaninie łodyg, liści i kwiatów, która niczym fala tsunami przelewała się ponad resztkami zawalonej trybuny.

Marsz przez dżunglę okazał się wyprawą w głąb wspomnień McKeena. Brian nie znał drogi, ale mimo to szedł pewnie, jakby jego ciało w jakiś w sposób korzystało z wiedzy zmagazynowanej w pamięci szeryfa i podpowiadało mu w krytycznych momentach, którędy powinien pójść. Shelly trzymała się z tyłu, niewiele mówiąc. Koło południa, gdy zatrzymali się, aby coś zjeść i wypić, Brian, odpoczywając w cieniu paproci o liściach wielkości samochodu, przypomniał sobie, w jakich okolicznościach szeryf po raz pierwszy trafił do dżungli.

Wspomnienie rozbłysło niczym supernowa – z oślepiającej jasności wyłoniła się przeszłość, najpierw jej kontury, niezbyt wyraźne, rozmazane, reszta dopiero po dłuższej chwili. Brian zobaczył – z perspektywy zasapanego McKeena – plecy uciekającego człowieka. Zniknęły za zakrętem, w głębi korytarza. McKeen zaklął i przykucnął przy ścianie. W prawej dłoni trzymał ośmiostrzałowy rewolwer. Uciekinier wyjrzał zza rogu i oddał dwa strzały. Kule zaświstały nad głową szeryfa. McKeen odpowiedział ogniem. W ścianie na końcu korytarza wykwitły trzy dziury. Uciekinier wykrzyczał coś obelżywego i pobiegł dalej. Szeryf ruszył wzdłuż ściany – ostrożnie, z nerwami napiętymi jak postronki. Avery Strathan – mężczyzna, którego śladem McKeen podążał przez ponad miesiąc, od Toledo aż do Sennej Dziury i dalej, przez dżunglę, do doliny wymarłych wieżowców – był mordercą, rabusiem i gwałcicielem. W Toledo zgwałcił i zamordował dwóch trzynastoletnich chłopców. Potem z bandą podobnych sobie szumowin napadł na bank, zabijając trzech strażników i dwie kasjerki. Podczas trwającego od czterech tygodni pościgu McKeen złapał, osądził, a następnie ukarał – strzałem w głowę – pięciu kamratów Avery’ego. Teraz przyszła kolej na gwałciciela. Szeryf dopadł go w ogromnym pomieszczeniu pełnym zniszczonych konsolet i popękanych ekranów. Brian ujrzał rozszerzone ze strachu oczy bandyty, drgające nerwowo nozdrza i grube usta obejmujące lufę rewolweru. Wystrzał zassał wspomnienie.

Brian zamrugał powiekami – leżał pod olbrzymim liściem paproci, którego spodnią powierzchnię przemierzała długa na łokieć gąsienica. Shelly chrząknęła i zapytała: Wszystko w porządku? Mężczyznę przepełniało nieznośne poczucie straty. Schował twarz w dłoniach. Shelly przygryzła dolną wargę. Zamierzasz płakać? Brian potrząsnął głową. Nie. Zaraz mi przejdzie. Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa. Ostatnio raczej nie jesteś sobą… – stwierdziła. Brian wychwycił w jej głosie nutę pogardy. A ty? – zapytał, masując skronie. Co się stało z Shelly-prostytutką? Shelly zacisnęła dłonie na lufie i kolbie karabinu. Umarła dawno temu, dupku.

Znacznie później – kiedy kolorowy gąszcz, wypełniony krzykliwymi odgłosami zwierząt przemykających pomiędzy plamami światła i mroku, ustąpił miejsca strzelistym ruinom – Shelly powiedziała: Więc to tutaj. Porośnięte bluszczem i oplecione kilometrowymi lianami niczym mackami rezydującego gdzieś w pobliżu krakena, wieżowce-widma chyliły się ku ziemi, sprawiając wrażenie podtrzymywanych przy życiu nieprzebranymi siłami bujnie pleniącej się roślinności. Tak, potwierdził Brian, mrużąc oczy. Dotarliśmy do celu. Przez luki w zielonym sklepieniu przenikały promienie słońca, oświetlając skarpę, z której szeryf i prostytutka obserwowali jajowaty kształt sterczący z krateru na drugim krańcu doliny. To tam…zabiłem Strathana. Shelly spojrzała przez lornetkę na kadłub. W środku? – spytała. Tak, odpowiedział Brian. Aby zapanować nad drżeniem dłoni, zginał i prostował palce. Strach trzymał go za gardło. Wyrzuty sumienia szumiały jak zepsute radio. Spodziewał się, że lada chwila zostanie pochłonięty przez wspomnienia McKeena związane z wrakiem statku kosmicznego. Zamknął oczy i zaczął odliczać.

Spójrz! – krzyknęła Shelly. Tam w dole… Brian wypuścił ze świstem powietrze. Policzył w myślach do trzech i wziął od dziewczyny lornetkę. Wśród wysokiej trawy, u podnóża krateru, stała kobieta. Blondynka o jasnej cerze, ubrana w niebieską sukienkę. Machała ręką – jakby dawała komuś znać, że tu jest lub chciała się przywitać. Dziwne. Niepokojące. Brian poczuł dreszcz na plecach. Przyjrzał się dokładnie okolicy, ale nie wypatrzył niczego podejrzanego. Wyglądało na to, że kobieta jest tam sama. Sama? Tutaj? W tej dziczy? Jaki jest plan? – zapytała Shelly. Nie ma żadnego planu, pomyślał mężczyzna, a potem powiedział: Zejdę do niej.Spróbuję porozmawiać. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, spędzimy noc na dole. Shelly pokiwała głową. Znasz ją? Brian wzruszył ramionami. Wygląda znajomo, odparł. To wszystko… Shelly oparła karabin o drzewo, obok zaś postawiła plecak. Ze zmiętego opakowania wyciągnęła papierosa. Ok., a co ja mam w tym czasie robić? – spytała, gdy Brian zaczął sposobić się do zejścia. Zostaniesz tutaj. Będziesz mnie osłaniać. W zapalniczce zabłysł płomień. Kłębiaste kółka poszybowały ku niebu.

Shelly została na górze. Położyła się na ziemi i spojrzała przez lunetę na dolinę. Brian ruszył na dół. Komunikowali się przez krótkofalówki. Zrujnowane wieżowce przypominały gigantyczne monolity. Pomiędzy nimi kilometrowej długości liany tworzyły istny labirynt. Brian szedł ostrożnie. W oknach pozbawionych szyb widział wylegujące się koty. Podobno wymarłe budynki były ich pełne.

Wszystko w porządku? – głos Shelly zadźwięczał w krótkofalówce. Tak, mruknął Brian. Zauważyłaś coś podejrzanego? Dziewczyna odruchowo pokręciła głową. Nie. Nic a nic.Ale coś sobie przypomniałam. Chcesz usłyszeć co? Brian dotarł właśnie do miejsca, w którym teren gwałtownie opadał. Od krateru dzieliło go pięćset metrów. Spoglądając przez lornetkę, upewnił się, że blondynka wciąż tam jest i podjął marsz. Co chciałaś mi powiedzieć? – zapytał. Przez moment Shelly milczała. Brian nie wiedział, że dziewczyna rozkoszuje się chwilą. Czuła wilgoć między nogami. Oddech miała przyśpieszony, naczynia krwionośne powiększone. W napływającej falami rozkoszy tkwiła jednak skaza – cień rzucany przez żal, doprawiony goryczą. Były też łzy i usta drżące. Był wreszcie łamliwy głos, którym powiedziała: Ta kobieta… kiedyś ją znałam, pracowałyśmy razem w Czerwonym Baronie, była prostytutką i tancerką… powinieneś ją pamiętać, McKeen, nieraz korzystałeś z jej usług, dupku. Pewnego razu rżnąłeś nas obie. Brian przystanął. Co?! – wykrzyczał do krótkofalówki. Shelly się zaśmiała. Mnie i Astrid. Piękną, cudowną Astrid. Rżnąłeś nas przez cały wieczór, a potem zabrałeś ją do dżungli. I zabiłeś. Rozumiesz? Zabiłeś moją Astrid, dupku.

Brian! – krzyknęła nadbiegająca kobieta. Mężczyzna spojrzał na nią osłupiałym wzrokiem. Karabinowy pocisk trafił blondynkę w sam środek klatki piersiowej. Kobieta zamachała rękami i nogami niczym szmaciana lalka wyrzucona w powietrze. Upadła na plecy. Brian rzucił się na ziemię, przeturlał i przyklęknął z rewolwerem przygotowanym do strzału. Miał nadzieję, że Shelly nie zdoła go wypatrzyć w wysokiej trawie. Słyszał łomotanie własnego serca i świszczący oddech umierającej. Sekundy mijały leniwie, wręcz ociężale. Kobieta oddychała coraz ciszej. Brian podczołgał się do niej. Dotknęła jego twarzy. Wróciłeś, powiedziała i zastygła z zalążkiem smutnego uśmiechu na bladej twarzy, z której stopniowo znikało życie. Strach nie minął. Jedynie przybrał na sile. W myśli Briana sączył się gorzki smak winy. Przepraszam, powiedział, nie wiedząc kogo ani za co przeprasza. Kobieta chwyciła go za rękę, ścisnęła resztką sił i wyszeptała: Uciekaj…

Senna Dziura

Wyludniony stadion spowijał półmrok. Rodriguez siedział przy podłużnym stole, ściskając w potężnej dłoni poobijany kubek. W srebrnym dzbanku stygła świeżo zaparzona kawa. Wiatr unosił z przepełnionej popielniczki strzępki popiołu. Przywódca Kruków zapalił jeszcze jednego papierosa. Dłonią rozpędził kłęby szarego dymu. Wróciłeś bez fantów. Co poszło nie tak? Brian westchnął i usiadł na krześle u szczytu stołu. Powieki miał ciężkie. Przemęczone mięśnie przeszywał ból. Ściągnął rękawice i rzucił je na stół. Wszystko? – zapytał ironicznie, a potem opowiedział Rodriguezowi, co zaszło.

Mężczyźni milczeli, mierząc się wzrokiem. Pokryta siatką blizn twarz Rodrigueza sprawiała wrażenie upiornej maski. Patrząc na nią, Brian doznał deja vu. McKeen znał tego człowieka, pomyślał. I miał o nim jednoznaczną opinię. Rodriguez – o ile to było jego prawdziwe imię – zasługiwał na stryczek. Byłeś kiedyś w Toledo? – spytał Brian. Herszt Kruków wyszczerzył zęby. Kilka razy. Powinieneś pamiętać. Ale Brian nie pamiętał. Tego i innych rzeczy. Błądził w ciemnościach, zdany na łaskę swojego rozmówcy, który bawił się z nim w kotka i myszkę.

Więc nie wszedłeś do wraku…

Brian rozłożył przepraszająco ręce. Zamierzałem. Ale gdy zbliżyłem się do krateru, nad doliną przetoczył się ryk przywodzący na myśl huk wodospadu i grzmot pioruna. To było przerażające. Ziemia zadrżała. Poczerniały kadłub zaczął wibrować. Uciekłem, nie czekając na to, co będzie dalej. Rodriguez przygryzł zębami nowego papierosa. Zaskoczony? – zapytał Brian. Nic a nic, wycedził Rodriguez, pocierając zapałkę o nieogolony policzek. McKeen z pewnością miał większe jaja niż ty, Brian. A może Alvaro? Nie pamiętasz tego imienia, prawda? I nie tylko jego. Całej tej historii z kapitan Bayley również, co? Jej statek rozbił się w dżungli wiele lat temu, zanim moi poprzednicy założyli Senną Dziurę. Dziwnym trafem ocalała część systemów pokładowej SI. Ciało Bayley umierało. Pani kapitan skopiowała się na serwery statku i przejęła nad nim kontrolę. Nie mogła przesłać się do żadnej z serwerowni Floty Przymierza, bo wszystkie zostały zniszczone. Nie miała wyboru. Musiała czekać. W końcu trafiła na McKeena. Nie uwierzysz, Brian, ale to był romans stulecia, a przynajmniej ostatniej dekady. Legenda współczesnego Dzikiego Zachodu zakochana po czubki swych śmiercionośnych rewolwerów w osobie rozpaczliwie pragnącej ponownego ucieleśnienia w jakimś homo sapiensie. Zapewne się domyślasz, co było potem… McKeen kochał panią kapitan i nie narzekał na seks z cyborgiem, ale Bayley chciała być znów kobietą z krwi i kości. Szeryf spełnił jej życzenie. Sam wiesz, w jaki sposób.

Po rozgwieżdżonym niebie krążyły pozostałości ziemskich flot zmienione w niszczejące grobowce, znacząc swój szlak chmurami zjonizowanego powietrza. Rodriguez obnażył w wilczym uśmiechu zęby i dziąsła. Chciałeś przybrać tożsamość mordercy, Brian. Człowieka, który zasłużył na śmierć. Ironia losu, prawda? Brian oparł łokcie na stole i splótł pod brodą dłonie. Byłeś McKeenem, stwierdził, mając nadzieję, że po tych słowach zapadnie dramatyczna cisza, która da mu trochę czasu na pozbieranie skotłowanych myśli. Rodriguez odpowiedział bez chwili zwłoki: Tak. Byłem słynnym szeryfem Toledo. Potem narodziłem się na nowo. Na pustyni.Oczywiście, nie planowałeś tego. Po wszystkim dżin miał mnie zabić. Zamiast tego zabrał mi moją starą tożsamość i wyposażył w nową, własnego pomysłu, obdarzając niektórymi wspomnieniami Alvaro i McKeena. Wypuścił mnie na świat jako Rodrigueza…

Brian długo trawił jego słowa. W końcu uznał, że wie już dość. O nic więcej nie chciał pytać. Nie musiał. Nie poddał się przemianie na pustyni, aby być McKeenem, lecz jedynie kimś mniej lub bardziej podobnym do szeryfa, a zarazem mieć możliwie jak najmniej wspólnego ze swoim poprzednim wcieleniem, z… Alvaro. Przeszłość – właśnie to zrozumiał – powinna pozostać pod stertą piachu. Dalsze przepytywanie herszta Kruków było brnięciem po szyję w gównie. Wszystko komplikowało. Trzeba to zakończyć, pomyślał, tu i teraz. Pieprzyć wspomnienia McKeena, pieprzyć strach i wyrzuty sumienia, pieprzyć kapitan Bayley, Shelly i Rodrigueza. Trzeba to zakończyć natychmiast…

Rodriguez kiwnął głową i też wstał zza stołu. Odeszli kilka metrów na bok. Każdy z dłońmi przy olstrach. Skupieni. Czujni. Noc była piękna, półmrok łagodny, a dżungla rozhukana nocnym życiem. Mężczyźni krążyli po niewidzialnym okręgu. W cieniu rychłej śmierci. Rodriguez zmrużył oczy.

Srebrzyste rewolwery nie plunęły zabójczymi promieniami. Dwie karabinowe serie wypłoszyły z zawalonej trybuny ptactwo. Brian nie spojrzał za siebie. Może dlatego, że nie widział już stadionu ani twarzy Rodrigueza wykrzywionej w grymasie bólu i zaskoczenia? W ułamku sekundy Brian dotarł do źródła wspomnień McKeena, którym zawdzięczał strach i poczucie winy. Dotarł i zrozumiał. Cały ten wypełniony szczęściem czas, te pełne cudowności dni spędzone we wraku statku kosmicznego, u boku kapitan Bayley, która była jedynym ocalałym uczestnikiem wyprawy do innego wszechświata. Przywiozła nagrania. Szeryf obejrzał je wszystkie… i pojął cenę, jaką jego kochanka musiała zapłacić za powrót. Wiedział, dlaczego nie mogła opuścić wraku. I tym bardziej ją kochał, mimo strachu, którym nasączyła go ta wiedza – strachu przed tym, co spoczywało szczelnie zamknięte i zabezpieczone w zrujnowanej ładowni… a co otworzyło oczy spragnione widoku świata, kiedy dwa dni temu do Sennej Dziury zawitał Brian.

Dżin

Kilka godzin temu blask słońca zalał horyzont. Zbudowana z piasku istota pozamiatała wnętrze nieczynnego sklepu. Zaparzyła kawę, a z lodówki wyjęła dzbanek z lemoniadą. Żałowała, że nie ma pączków. Wyjrzała przez okno. Pomiędzy dystrybutorami, na rozkładanym krzesełku siedziała dziewczyna o srebrzystych włosach. Nosiła podniszczony pancerz. I smutek w sercu. Dżin spojrzał w jej oczy koloru morza. Spoglądał intensywnie. Bezlitośnie. Krok po kroku, sięgając coraz głębiej, poza plątaninę neuronów i synaps, do zmagazynowanych w mózgu wspomnień, aż dotarłszy do wnętrza wraku, ujrzał przyczynę szaleństwa Shelly. I przeraził się. Po raz pierwszy w swoim cyfrowym życiu poczuł paniczny strach.

Drżącą ręką podał dziewczynie butelkę zimnej oranżady.

Reklamy
  1. Świetny tekst. Klimat post apokaliptycznego świata oddany zajebiście.

  2. Wciągający, dopracowany… komplementy można mnożyć 🙂

  3. Dobre, bardzo dobre. Tak naprawdę to nowy gatunek 🙂 Z powodzeniem mogłoby stanowić zalążek powieści.

  4. Dziękuję, dziękuję. Rumienię się. 🙂 W dopieszczeniu tekstu palce maczali Marek Grzywacz i Kazimierz Kyrcz. 🙂

    Pomysł na powieść. Czemu nie? Z Shelly w roli głównej, hm, ciekawe…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: