polskie centrum bizarro

„Nadzieja” by Marcin Rojek

In Opowiadania on Maj 26, 2012 at 6:00 am

Bizarro niejedno ma oblicze. Z natury jest to gatunek, w którym wszelkie granice ma się w głębokim poważaniu, a liczy się tylko to, jak wiele wyobraźnia autora potrafi przemielić i wypluć jako pełnoprawny tekst literacki. Czy jakoś tak. W każdym razie, tematyka i estetyka są raczej pozbawione ograniczeń. Czy, żeby przestać się wymądrzać, rządzi tu raczej zasada „róbta co chceta”.

Ale czy bizarro może być smutne? Przygnębiające? Refleksyjne?

Radosna twórczość bizarro ekipy raz jest bardziej śmieszna, raz bardziej straszna, i ogólnie przewinęło się nam przez dział literacki mnóstwo różnych klimatów, ale opowiadania utrzymanego w tak molowej tonacji chyba jeszcze nie mieliśmy. Co nie znaczy, że nie jest dziwne. O tak, jest pokręcone jak się patrzy – i to lubimy. Panie, Panowie, niedobre literki mają zaszczyt zaprezentować wam opowiadanie „Nadzieja”, autorstwa debiutującego na naszych skromnych łamach Marcina Rojka. I warto zanurzyć się w jego nastrojową, zepsutą rzeczywistość, w której intymnymi relacjami rządzą okrutnie losowe zasady.

h

Nadzieja

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

Ph

Sytuacja taka sama jak tydzień temu.

Na chłodnym piasku leżą dwa rozgrzane ciała. Słońce niedawno zaszło, temperatura jest idealna. Nic, tylko się kochać. Patrzę na istotę obok mnie. Jest człowiekiem. Czystym. Perfekcyjny wygląd Homo sapiens, nie zakłócony żadną skazą. Podaję mu drinka. Sex on the beach, co za ironia. Pije szybko i rzuca szkło za siebie. Łapie mnie za rękę. Wbija spojrzenie w mój przydługi pysk. Nie przeszkadza mu, że wyglądam jak pies. Gładzi płytki kostne na plecach. Pachnie  podnieceniem. Za chwilę się połączymy. Spełnią się moje marzenia. To będzie takie piękne. Całuje mnie, jednocześnie drapiąc za uchem. Nadmiar bodźców sprawia, że pojękuję z cicha. Teraz, już czas. Czuję to. Drżenie, gdzieś głęboko w środku. Hormony szaleją, zmieniają się zapachy. Za moment wszystko będzie jasne. Okaże się, kto będzie kim. Całuję go po szyi, przezornie chowając kły. Tak, tak, tak! Tym razem powinno być dobrze. Tym razem to ja…

– Rev – słyszę za sobą głoś barmana. Niechętnie otwieram oczy. – Przestań się ekscytować, to nie miejsce.

Wracam do rzeczywistości. Piję wódkę w barze. Samo. Rozglądam się dookoła. Przy stolikach siedzi mnóstwo stworzeń. Każdy, mniej lub bardziej zanieczyszczony. To przecież jeden z tych niewielu lokali, gdzie możemy bez obaw wejść. Tu nikt nie będzie próbował zatłuc nas kijami.

– Rev –znów barman coś ode mnie chce. Stary, poczciwy Zanch. Druga para rąk służy mu obecnie jedynie do przytrzymywania szmatki. – Tamto chce ci postawić drinka.

– Co? – pytam zdziwione. Zanch uśmiecha się tak, że widać mu wszystkie trzy rzędy zębów.

– Dawno cię nikt nie podrywał, co?

– Tak, zawsze to ja muszę robić pierwszy krok.

– To co, mam mu powiedzieć, żeby przyszło?

– Pewnie. Zanch – Łapię go za rękaw. – Czy myślisz, że ono jest…

– Oczywiście, że tak. Inaczej by cię nie podrywało. Musi być takie jak ty.

– Cudnie. Zanch?

– Co jeszcze? – Chyba zaczynam go irytować.

– Dobrze wyglądam?

– Rev, zawsze ci powtarzam, że jesteś śliczne. Przypominasz mi szczeniaczka, którego miałem jak byłem tycim gówniarzem, na kilka lat przez Wybuchem. Opowiadałem ci kiedyś o tym? To było ponad dwanaście dekad temu.

– Jakiś milion razy, możesz teraz iść po tamto?

– Jasne, wybacz. Znów popadam w melancholię.

Uśmiecha się i odchodzi.

Mam chwilę, żeby się poprawić. Na szczęście na ścianie obok wisi lustro. Patrzę na swoje odbicie. Jestem łyse, ale dawno nad tym nie ubolewam. Wydłużony, lekko psi pysk, spiczaste uszy, ostre zęby i długi, zwisający język. Mam na sobie workową szmatę, ostatni krzyk umierającej mody sprzed kilku lat, kiedy jeszcze Nieczystym dawali ubrania. Wyglądam dobrze. Po prostu dobrze. W miarę gładka skóra, dwie ręce, dwie nogi, jedna głowa. Standard. Zresztą, skoro samo chciało podejść, to znaczy, że mu się podobam.

Idą. Czuję zapach. Zanch miał rację. Jest takie jak ja.

– Cześć – siada naprzeciw mnie. Wymieniamy uścisk dłoni. Ma tylko trzy palce. Generalnie trochę przypomina gada. Miejscami ma nawet łuski. Do tego luźne płaty skóry na szyi. Świecące zielone oczy i brak zębów. Nawet ładne. Uśmiecham się. Ono też. Wyczuwam u niego niepewność. Jest dobrze. Rozmawiamy.

Godzinę później jesteśmy u niego. Rozbity nad rzeką, wzmocniony namiot dobrze sprawuje swoją funkcję. Jest w nim ciepło i przytulnie. Dzięki fluorescencji pobliskie wody nie trzeba innego źródła światła.

Całujemy się. Pachnie przyjemnością. Mój długi język wdziera się pomiędzy fałdy na jego szyi. Rozbieramy się. Wodzę dłonią po płaskiej klatce piersiowej, masując dookoła pępka. Jesteśmy blisko. Bardzo blisko. Wyczuwam hormony.

– Jaką masz tendencję? – pyta dotykając moich płytek kostnych. Podobają mu się. Lubię jak tak robi.

– Raczej samica, a ty?

– Ja zazwyczaj też.

Uśmiecham się pod nosem. Może będzie dobrze, może tym razem się uda. Jest raczej bierny, do tego pachnie estrogenem. Powinno się udać.

Zaczyna się. Czuję to, czuję szalejące hormony. Fala żaru rozlewa się po naszych ciałach. Swędzenie w kroczu jest nie do zniesienia. Za ułamek sekundy się okaże.

Ulga. Po przemianie. Staram się nie wyglądać na zawiedzione. Wyrosły mi piersi i ukształtowała się pochwa. Jak zawsze. Te wszystkie zastrzyki z testosteronem na nic się nie zdały.

Patrzę na niego. Teraz jest nim. Pełnoprawnym samcem. Gapi się na penisa, który wykwitł mu w kroczu. Jest wyraźnie zdziwiony.

– To się zdarza bardzo rzadko – mówi do mnie. Zmienił mu się głos. Zapach też. Bije od niego męskością. – Jeżeli tobie to nie pasuje, to możemy poczekać, może następnym razem będzie inaczej.

– Nie. Jest dobrze – uśmiecham się. Klękam przy nim. Biorę penisa do ręki i pocieram. Znam się na tym. Lubię to, jest przyjemne. Tyle, że gdzieś pod czaszką tliła mi się nadzieja, że może będzie inaczej, że role się odwrócą.

Jęczy. Jest mu dobrze. Wsuwam dłoń pomiędzy uda. Mi też. Kładę się przed nim i rozkładam nogi. Fale ognistej rozkoszy przenikają mnie na wskroś.

Może następnym razem…

***

Sytuacja identyczna jak miesiąc temu.

Zaczyna mnie to irytować.

Leżę na boku, co kilka minut wymiotując pod siebie z bólu i ze strachu. Zawsze się boję, choć robiło to wiele razy. Nie powinno być teraz samo, ale nie mam nikogo, kto by mi pomógł.

Ciemnieje mi przed oczami. Mój mózg próbuje uciekać w błogą sferę nieświadomości. Marzę o tym, żeby mu się udało.

Krzyczę. Zaraz odpadną mi plecy. Sześć błon, po trzy po obu stronach kręgosłupa, pulsuje systematycznie. To nadchodzi. Dam radę, muszę dać. Słyszę pierwsze pluski i piski. Każdy z nich idealnie pokrywa się w czasie z uderzeniem bólu. Chciałoby tylko zemdleć, niech reszta potoczy się sama.

Oddychaj. Tak powtarzała mi matka. Wciągam i wypuszczam śmierdzące moim potem powietrze. Wcale mi to nie pomaga. Nigdy nie pomagało. Ale co innego mi zostało?

Pierwsza błona pękła. Wbijam pazury w ziemię, i zaciskam zęby na kawałku drewna. Mam wrażenie, że zaraz umrę, a to dopiero początek. Gdzieś z daleka dochodzi do mnie cichutki płacz. Przeżyło. To niedobrze.

Zalewa mnie ogień, kiedy pęka druga błona. Nie mam siły.

Szczeniaki pełzną dookoła mnie. Instynkt każe im szukać sutków. Są głodne, chcą jeść, nie obchodzi ich stan w jakim ja się znajduję. Mali pieprzeni egoiści.

Jeszcze tylko cztery i będzie po wszystkim.

Worek czeka.

***

Stoję nad brzegiem jeziora. Jego powierzchnia lśni lekkim, żółtawym światłem. Byłoby tu całkiem ładnie, gdyby nie zalegające wszędzie śmieci. Tony plastikowych worków, butelki, popsute zabawki, kawałki żelastwa. Nikomu do niczego się nie przydadzą. Taka jest istota śmieci, przestały być potrzebne. To właśnie dlatego jestem tutaj z moimi… odpadkami. Nie potrzebuję ich.

Są w czarnym worku. Wiercą się. Dwa martwe, jeden taki się urodził, drugi przestał oddychać po kilku minutach. Reszta wciąż walczy. Jednemu udało się przeciąć folię. Wystawił łapę na powietrze. Jest taka malutka. Bezbronna.

Podnoszę ich na wysokość oczu. Nie zastanawiam się, co mogłoby z nich wyrosnąć. Nie czuję smutku. Myślę o sutkach, które mi pogryzły, zanim udało mi się podnieść, zanim zebrało na to siły. Nie poruszają mnie ich piski. Za pierwszym razem było inaczej. Płakało cały czas, przepraszało, próbowało się tłumaczyć, jakby one mogły coś zrozumieć. Nie udało mi się wtedy do końca. Zostały, tam gdzie się urodziły. Ludzie znaleźli je kilka dni później, całe miasteczko o tym mówiło. Sześć martwych noworodków nie zdarza się często. Przynajmniej oni tak sądzą. Potem przyszło mi na myśl jezioro. To był genialny pomysł. Chłodna głębia wszystko przyjmuje bez pytania. Rozumie mnie. Ona jedna wie o tym wszystkim. Tak ma zostać.

– Nasz wspólny sekret – rzucam worek do wody. Dryfuje chwilę po powierzchni. Bez cienia emocji na twarzy, patrzę jak tonie. Odchodzę stamtąd. Powoli, bez pośpiechu. Jestem zmęczone. Muszę się przespać. Wrócę tu jutro, zobaczyć czy worek nie wypłynął na powierzchnię. Zdarzało się tak wcześniej.

Już dawno nie pytam, „dlaczego ja?”. Znudziło mi się. Zastanawiam się, jaka jest szansa, że kiedyś mi się uda. Myślę o zestawach ćwiczeń, które mi pomogą, i o zwiększeniu dawki testosteronu.

Może następnym razem będzie lepiej.

***

Siedzę przy barze i piję wódkę. Samo.

Zanch o nic nie pyta. Nalewa mi jednego za drugim i uśmiecha się.

Wtedy czuję zapach. Intrygujący. Wysokie stężenie kobiecych hormonów, ukryte pod tanimi perfumami. Weszło do środka jak kowboj w starym westernie. Kawałki drewna, udające drzwi, bujały się jeszcze, kiedy podeszła do baru i usiadła koło mnie. Przez te wiszący w powietrzu estrogeny kręci mi się w głowie. Patrzę na jej delikatną budowę i nie mogę myśleć inaczej niż o kobiecie, choć w środku jest taka jak ja. Ma długie, czarne włosy, związane w gruby warkocz, szczupłe dłonie, wcięcie w talii i najmniejsze stopy jakie widziały moje oczy. Jest idealna.

Uśmiecha się. Równe, białe zęby, każdy ostry jak mała szpileczka. Coś pięknego. Na pierwszy rzut oka nie widać, żadnej skazy. Musi mieć jakąś, inaczej nigdy by tu nie przyszło.

Głaszcze mnie za uchem. Nic nie poradzę na to, że zaczynam tupać. To jest silniejsze ode mnie.

– Lubię pieski – przesuwa językiem po zębach. Kilka czerwonych kropel spływa po wargach.

Mam ochotę wyć.

***

Jesteśmy u niej. Ma własny dom. Nigdy wcześniej w takim nie było. Solidne ściany, sufit, który nie przecieka, szyby w oknach. Wstyd mi tylko dlatego, że tu jestem. Nie pasuję tu. Czuję się brudne.

Prowadzi mnie do sypialni. Bez zbędnych ceregieli rzuca na łóżko. Jedną dłonią drapie mnie za uchem, drugą drażni okolice krocza. Nic tam nie ma. Jeszcze. Zaraz się rozpłynę.

Nadciągają hormony. Z każdym uderzeniem serca jest ich coraz więcej. Powoli gotuje mi się krew. W całym tym szaleństwie przestaję odróżniać zapachy. Patrzę na nią, to musi być ona, po prostu musi. Widzę jak puchną jej piersi, skóra wokół sutków twardnieje i robi się brązowa. Biorę jednego w zęby i ściskam lekko.

Cała krew z mojego ciała zbiera się w jednym punkcie. Wiem, że tym razem się uda.

Musi.

***

Sytuacja taka sama jak miesiąc temu.

Stoję w nocy nad brzegiem jeziora. W dłoniach trzymam czarny, wiercący się worek. Sześć, wyjątkowo żywotnych maluchów. Jaka szkoda, że zaraz się utopią.

Ciskam je w niemą toń. Tylko kręgi na wodzie wiedzą gdzie trafiło. Po kilku minutach tafla znów jest spokojna. Odbijający się w niej księżyc posyła mi wstydliwe uśmiechy. Mam wrażenie, że jeszcze się zobaczymy

Jutro znów pójdę do baru. Zanch naleje mi kilka głębszych i pójdę w tan. Jak dobrze się postaram, to pójdę do kogoś na noc do domu. Tam się zabawimy i może tym razem się uda. Pracuję nad sobą, ćwiczę mięśnie prostaty, wszystkie pieniądze wydaję na tabletki z testosteronem.

Kiedyś musi się udać.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Reklamy
  1. Dobre! I faktycznie smutne.

  2. Yesh. Daje do myślenia. Bardzo dobra rzecz. Od czasu do czasu uderzyć w poważniejsze tony.

  3. Dużo w tym tekście trafnych obserwacji obyczajowych… niby to opowiadanie około fantastyczne, ale… wstydu na pewno nam nie przynosi.

  4. Autor już kiedyś pokazał mi ten tekst i do tej pory uważam, że to jest kwintesencja bizarro. Dziwne może oznaczać śmieszne, straszne, smutne, tajemnicze… A najlepiej jak jest tym wszystkim naraz. 😉

  5. Bardzo bardzo dziwne zaiste. Podoba mi się „ONO”. Że też nikt wcześniej na to nie wpadł 🙂 A może wpadł tylko ja o tym nie wiem?

  6. Cieszę się bardzo, że się spodobało, wzbudziło emocje i zdziwienie.
    Z tym „Ono” to mam skromną nadzieję, że nie ukradłem nieświadomie czyjegoś pomysłu. Sam się wcześniej z czymś takim nie spotkałem.

  7. Mocna rzecz i daje do myślenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: