polskie centrum bizarro

Dzień Dziecka, armia radziecka

In Akcje Literackie, Opowiadania on 1 czerwca, 2012 at 6:00 am

Nadszedł ten dzień, którego obawiają się zapewne rodzice niektórych bardziej wymagających brzdąców, ten, który sprawia, że wszyscy właściciele sklepów z zabawkami zacierają ręce i szykują się do liczenia zysków. Tak jest, proszę państwa, Dzień Dziecka właśnie wylądował. Dziś, od rana do wieczora, wszystko będzie się kręciło wokół ukochanych produktów pożycia intymnego par na całym świecie.

Ale nie dajmy się zwariować – my dobrze wiemy, że swoje potrzeby mają dzieci w każdym wieku. A zatem, jako przerywnik w rozpieszczaniu potomstwa, proponujemy naszym czytelnikom coś dla tych dużych dzieciaków – zestaw tekstów tematycznie kręcących się wokół dzieciaków, których żaden dzieciak nie powinien NIGDY, PRZENIGDY przeczytać. Czyli gratka tylko dla dorosłych 😀

Przy czym, nie chcąc wpłynąć negatywnie na przyrost populacji, uprzedzamy – ojcostwo, macierzyństwo i kontakt z małoletnimi nie są tak przerażająco-dziwnymi sprawami, jak przedstawiają to poniższe teksty.

A może są?

Nie dywagujmy – najważniejsze, że na Dzień Dziecka zestaw pierwszorzędnych szortów przygotowali dla was nasi znakomici autorzy (nie mamy informacji, czy w procesie twórczym udało im się odkryć w sobie wewnętrzne dziecko;)). Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr., 2 x Karol Mitka, Rafał Christ, Jerzy Łukaszewski, a na deser zestaw stustłówek od naczelnego drabblomistrza Rzeczypospolitej – Rafała Kulety. A wszystko doprawione cieszącymi oko grafami Tomasza Woźniaka. Czy można sobie wymarzyć lepszy prezent na 1 czerwca?

h

„Marzenia świętoszków” by Zeter Zelke

h

Ludzie są różni, mają różne potrzeby. Aby im zadośćuczynić organizują się w grupy, kluby, zespoły, zgromadzenia – bo razem szybciej, łatwiej i przyjemniej. Tak powiadają.

Działalność Klubu Świętoszków rozpoczęła się od inicjatywy Klusi. Klusia miał problem wynikający z obsesji, a obsesja generowała potrzeby. Prawdopodobnie znalazłby szeroki posłuch w lokalnym szpitalu dla obłąkanych, jednak tak już mu się życie potoczyło, że uniknął wejścia w posiadanie żółtych papierów. Sam nie był świadom, że miał do nich pełne prawo, toteż musiał szukać bratnich dusz pośród szarego pospólstwa. I znalazł je. To aż zaskakujące, że poszło mu tak sprawnie.

Obsesja Klusi wiązała się ze świętowaniem. Nie istniało nic istotniejszego nad wrażenie wyjątkowości, otulające każdy z tych szczególnych dni. Czy to była Wielkanoc, Święto Niepodległości czy Międzynarodowy Dzień Rybaka – bez znaczenia. Wystarczyło, by Klusia przy tej wyjątkowej okazji skoncentrował całą swoją uwagę na przedmiocie uroczystości, dał się pochłonąć atmosferze – pojawiały się upragnione emocje, doznania i finisz, pod postacią olbrzymiego orgazmu, jaki osiągać potrafili jedynie szaleńcy jego formatu. Tu też kłaniał się podstawowy problem Klusi: nie potrafił dojść w żaden inny sposób. „Ciężka rada” – jak to mówią, toteż zakasał rękawy i wziął się do roboty.

Zorganizował grupę czterech, podzielających jego pragnienia i nadzieje. Pyzata była barmanką oraz ex-zakonnicą, wydaloną z zakonu dominikanek za sado-masochistyczne zabawy z Jezusem ukrzyżowanym w pokoiku matki przełożonej. Korniszon był kucharzem w chińskiej restauracji i wielbicielem białego mięsa. Od biedy zadowalał się też mięsem żółtym. Flaks zaś był leśnikiem i uduchowionym twórcą, zarabiającym na życie wypychaniem domowych pupilów oraz tworzeniem artystycznych instalacji z zakonserwowanych materiałów organicznych. Sam Klusia na co dzień wchodził w poczet niepozornych pracowników Poczty Polskiej. Cała czwórka kochała świętować, przy czym była to głęboka miłość wynikająca z jeszcze głębszych potrzeb.

Żeby ukontentować każdego jednego członka, należało stworzyć odpowiednio elastyczny regulamin klubu, wprowadzić ustalenia dotyczące trybu, formy oraz czasu wspólnego obrzędowania. Trudno zadowolić jednego człowieka, co dopiero mówić o całej czwórce, toteż w instrukcji postępowania znalazło się kilka wyjątków od żelaznych reguł. W ten sposób Klub Świętoszków sprawnie funkcjonował od pięciu lat. A że o dni świąteczne w XXI wieku nie było trudno, organizowali co najmniej jedną uroczystość na dwa tygodnie, pod koniec każdej obierając dzień następnej.

Tak się złożyło, że rzeczona „następna” wypadała 1 czerwca, więc tego dnia zgromadzili się w kuchni Flaksa. Na elektrycznym piecu stał wielki gar: przepiękne naczynie ze stali nierdzewnej, wprost od Zeptera. Klub nie był liczny, na pewno nie należał do bogatych, ale na potrzeby statutowej działalności wypadało zainwestować w podstawowe narzędzia; wypadało też, aby narzędzia były pierwszorzędnej jakości. Świąteczna porcja była marna, klubowicze szczerze wątpili, że starczy dla wszystkich, ale gara nie pożałowali. Sterczeli wspólnie nad naczyniem, kontemplując emanujące z niego ciepło, kiedy zadumę zmącił niespodzianie Flaks:

– No! Danie już niemal gotowe!

– Danie! – sarknął Korniszon, poprawiając odświętny krawat przy szyi. Spojrzał krytycznie na bulgoczący gar. – Kurwa! Co komu szkodziło nazwać go Dniem Dzieci? W liczbie mnogiej, rozumiecie. Bo, kurwa, ja nie wiem, jak my się tym najemy! Jeszcze żeś takiego cherlawego złapał, Flaks. Tfu!

– Korni, nie bluzgaj chociaż w ten szczególny dzień. – Klusia odchylił wieko, by zamieszać. Aromatyczna para buchnęła mu prosto w twarz. – 17 maja obchodziliśmy Światowy Dzień Społeczeństwa Informacyjnego. Tylko dla ciebie, niewdzięczniku! Byś się w końcu nażarł!

– Byliście mi to winni, kochani – zauważył tamten, schodząc grzecznie z tonu. – Po 23 kwietnia nadal odbija mi się celulozą. Jeszcze trochę czasu minie, zanim znowu spojrzę na książkę bez absmaku.

– Zaufaj mi, druhu. – Flaks położył poufale rękę na potężnym ramieniu kucharza. – Ja już znajdę sposób, by przy tej szczególnej okazji ukontentować was wszystkich. Nie raz udowadniałem me oddanie dla sprawy. Nie pozwolę, aby cokolwiek zakłóciło nam święta!

I to była prawda. Flaks był nieprawdopodobnym optymistą, uduchowionym artystą, z głową pełną pomysłów. Klusia kochał go jak brata. W sytuacjach podbramkowych Leśnik bez wahania przejmował inicjatywę, zagrzewał do działania i upewniał się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Każdy krok przy tym wiernie konsultował z Klusią. To Flaks dbał o to, aby każdy świętoszek kończył świętowanie wesół niczym pszczółka Maja.

Tak było 17 października. 29 września, po uroczystym zamknięciu obchodów Dnia Aptekarza, byli jeszcze na ogromnym, narkotycznym haju, gdy stwierdzili, że ustalą grafik na cały kolejny miesiąc. Gdy dwa dni później odzyskali przytomność i zerknęli w tenże, zauważyli tajemniczy 17 października. Google stwierdziło, że to Światowy Dzień Walki z Rakiem Piersi. Według klubowej procedury raz wybrany dzień świąteczny był obligatoryjny i nic nie uzasadniało jego zmiany. Zazwyczaj świętowali sprawy jadalne, toteż na wszystkich padła czarna rozpacz. Na wszystkich, za wyjątkiem wiecznego optymisty Flaksa.

To on się poświęcił, udał do stolicy, włamał do prosektorium szpitala przy Banacha i – skubany – w jakiś sposób zdobył gigantyczną, kobiecą pierś z nowotworem. 17 października przyrządzili ją wspólnie, oddali cześć wszystkim walczącym z rakiem piersi, a pod koniec uroczystości każdy świętoszek dostał to, czego najbardziej pragnął. Flaks wykroił z piersi nowotwór i wrzucił do formaliny, celem wykorzystania w przyszłości jako element kolejnej uduchowionej instalacji. Pyzata dostała nową zabawkę ze świątecznego sutka: nabiła go szpilkami, przewlekła przezeń miedziany drucik i taki pamiątkowy pejczyk dołączyła do swojej prywatnej kolekcji. Korniszon, klubowy smakosz, po prostu zjadł większą część uroczystego dania, Klusia zaś z tym, co pozostało, zaczął sobie majstrować przy spodniach, pobudzając wyobraźnię i dodając do historii swojego życia kolejny, piękny, świąteczny epizod. Wszyscy byli zadowoleni. Mission accomplished. Po to właśnie powstał Klub Świętoszków.

– Myślę, że już mu wystarczy, panowie. – Pyzata dźgnęła wymownie widelcem mięso przewalające się we wrzącej wodzie.

Po dziesięciu minutach wnieśli obiad. By zadowolić Korniszona podzielili świąteczne dziecko tak, aby jakaś jego część znalazła się w każdym rodzaju potrawy. W wazie z rosołem pływała dziecięca główka, na jej dnie zaś grzechotały ząbki. Pyzata już zaczęła planować, co z nimi zrobi, kiedy uroczystość dobiegnie końca. Podzielony równo na cztery części korpus leżał na srebrnej tacy pomiędzy ziemniakami okraszonymi koperkiem, pomidorami i marynowaną papryką. Partie kończyn zużyli na rozmaite przystawki, głównie koreczki, galaretki, klopsiki oraz sosy.

– Moi kochani! – zaczął Klusia, mnąc w ręku białą chusteczkę.

W tym momencie zawsze odczuwał wzruszenie. Magia świąt działała. Spojrzał po klubowiczach, po ich uroczystych strojach, skupionych twarzach, jasnych, dobrych, pięknych – i łza mu się kręciła w oku. Ach, te święta!

– Moi kochani… – szepnął, czując zalew pożądanych emocji. Chciał rozluźnić pasek spodni, ale nie wypadało, nie wypadało… – Jesteśmy tutaj, aby godnie uhonorować Dzień Dziecka. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem, niektórzy z nas ciągle nimi są. Pamiętajmy, że żyjemy w okrutnym świecie, w którym wiele dzieci cierpi nędzę i głód. Pragnęlibyśmy, aby każde dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo. Dlatego zgromadziliśmy się tutaj, aby w nawiązaniu do statusu i w zgodzie z procedurami Klubu Świętoszków, oddać hołd dzieciom na całym świecie. Z okazji Dnia Dziecka życzymy wszystkim dzieciom wszystkiego najlepszego!

Po czym zasiedli do stołu. Najpierw uporali się z zupą; gdy waza opustoszała, Flaks i Pyzata z zachowaniem dobrego, uroczystego obyczaju podzielili się zawartością: artysta przywłaszczył sobie główkę, ex-zakonnica zaś zebrała ząbki. Na fali wzruszenia rodzinną atmosferą, Klusia oddał Korniszonowi większą cześć swojej porcji. Dla siebie zachował skromną łopatkę oraz skrawek skóry, który natychmiast powędrował pod stół. Tyle wystarczyło do pełni szczęścia.

– Choć jesteś gburem, Korni – zauważył wesoło Flaks, obgryzając świąteczny paliczek – jesteś doprawdy kulinarnym geniuszem. Palce lizać, bracie!

– To bardzo uprzejme z twojej strony. – Korniszon wytarł kąciki ust chusteczką, za czym sięgnął po wino. – Jakie macie propozycje na kolejną sesję? Jakie marzenia możemy wspólnie spełnić?

– Mam pewne marzenie – odparła Pyzata, przerzucając z dłoni do dłoni ząbki grzechoczące jak perełki. – Ale żeby je spełnić, musiałabym zostać posłem, przed czym broń mnie, panie boże!

– Od czego masz Klub, kwiatuszku? – zapiał Flaks. – Zjednoczyliśmy się po to, aby spełniać nasze marzenia! Tak się składa, że kilku posłów w sejmie znam.

– Chciałabym dożyć ustanowienia Dnia Internauty.

Flaks-pięknoduch w przypływie zapału zerwał się z krzesła, ukląkł przed Pyzatą i zamknął jej dłoń w swoich.

– Masz to jak w banku, pani! – przyrzekł i złożył pocałunek na jej wątłej piąstce, zaciśniętej na kilku dziecięcych ząbkach.

Klusia oglądał to wszystko zamglonym wzrokiem i mocno się wzruszał. Świętoszkom zaczęło lekko odwalać. Może to za sprawą wina. Przehulali. A może – i ku temu się skłaniał – może to ta uroczysta aura, co odmieniała człowieka. Nawet w gburowatym, chamowatym Korniszonie potrafiła obudzić dystyngowanego dżentelmena. „Ach!” – westchnął Klusia w duszy. – „Byleby do następnego święta.” Spojrzał z miłością na Flaksa, swoją prawą rękę, filar Klubu. Być może za rok znowu padnie na Dzień Dziecka, a być może padnie na 2 czerwca… Czy to aby nie Dzień Leśnika?

Klusia spojrzał łakomie na przyjaciela, przygryzł wargę, by po chwili otrzymać zapłatę z swój niebotyczny trud.

h

„Propozycja nie do odrzucenia”

by Kazimierz Kyrcz Jr.

h

Ta dziewczynka mogłaby z powodzeniem grać rolę personifikacji Grzechu Pierworodnego w szkolnym teatrzyku, a może nawet w teatrze cieni. W czerwonej czapeczce, z czerwonym smoczkiem w buzi i wdziankiem tejże barwy, a do tego owinięta pluszowym wężem niby przerośniętą pępowiną.

Brrr. Aż mnie otrzepało na ten widok. Raz, drugi, trzeci. Łupież posypał się na podłogę, pokrywając ją szarawym kożuchem.

Niepomna na mą reakcję nieletnia cmoknęła i wyjęła cumla z gęby, który natychmiast zmienił się w rumiane jabłuszko z napisem WYKORZYSTAJ MNIE.

– Proszę się poczęstować – zaproponowała z tajemniczym uśmieszkiem, prezentując spiłowane po bokach zęby.

– Wolałbym już zjeść węża – odburknąłem i zawstydzony swym brakiem kultury czym prędzej wyskoczyłem z wagonu. A tramwaj jak to tramwaj – jeszcze długo rysował pętle, z wprawą pozbawiając kończyn kolejnych nieszczęśników.

h

„Ciąża” by Karol Mitka

h

Proszę państwa! Niebywała sensacja! Wydarzenie na skalę światową! Uwaga! Uwaga! Mucha jest w ciąży! Tak, to nie jest żaden blef, to nie tani chwyt reklamowy, nie kolejna ściema! To potwierdzony przez lekarza prowadzącego fakt!

Proszę państwa, proszę państwa, co to się dzieje! Artykuły o ciąży okupują pierwsze strony gazet, w telewizji prezenterzy nie mówią o niczym innym! Do tego, co jest naprawdę niebywałe, poród nastąpi dokładnie pierwszego czerwca, w Dzień Dziecka! Cóż za cudowny zbieg okoliczności! Mucha nie mogła sobie wymarzyć lepszego terminu! Aha, byłbym zapomniał o najważniejszej informacji! Poród będzie transmitowany na żywo, do domów na całym świecie! Najpopularniejsze telewizje na Ziemi zabijały się o możliwość filmowania tego niewątpliwego cudu! Nieoficjalnie mówi się, że na całym globie będzie to dzień wolny od pracy! Teraz tylko pozostaje trzymać kciuki, aby cała ceremonia, (tak proszę państwa, ceremonia!!!), przebiegła bez komplikacji!

1 czerwca, Dzień Dziecka

Ulice na świecie opustoszały. Samochody odpoczywały w garażach, samoloty czekały w hangarach, pociągi nie wyjeżdżały z zajezdni. Wszyscy ludzie, duzi i mali, kobiety i mężczyźni, zasiedli przed telewizorami. W każdym domu nestor rodu czynił honory – drżącą dłonią chwytał pilota i nastawiał odpowiedni kanał.

Następnie całe rodziny, z rozdziawionymi ustami, z wytrzeszczonymi oczami, jak urzeczone oglądały transmisję z porodu.

Spasiona mucha domowa usiadła na krówskim gównie. Śledzona przez tysiące kamer złożyła jajeczka, po czym odleciała w siną dal.

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

h

„Mogłeś być moim ojcem” by Karol Mitka

 

h

Za każdym razem jest tak samo. Pierwsze pojawiają się niemowlęta. Setki, tysiące nagich bobasów. Ich kwilenie wyrywa mnie z błogiego snu. Przecieram oczy i zaspanym wzrokiem lustruję sypialnię. Szczelnie wypełniają podłogę, pełzają po stole i półkach, są nawet w szafie. Wpatrują się we mnie oskarżycielsko, z wyrzutem. Wyskakuję z łóżka i ostrożnie, by żadnego nie zdeptać, ubieram się w pośpiechu. Lgną do mnie jak muchy do gówna, ale otrącam je delikatnie, acz zdecydowanie, starając się nie patrzeć im w oczy. Wychodzę przed dom choć wiem, że ucieczka nie ma sensu.

Roczniaki zajmują całą powierzchnię trawnika. W zeszłym roku to one fundowały mi pobudkę, a teraz są takie duże! Teraz ich miejsce jest właśnie tutaj. Kiedy patrzę jak urosły, jak przytrzymując się ogrodzenia próbują chodzić, moje serce rozpiera ojcowska duma. Jednak gdy zaczynają świdrować mnie wzrokiem, radość natychmiast zmienia się we wstyd.

Wkraczam na ulicę. To najgorszy moment corocznej pielgrzymki. Dziesiątki tysięcy dwu i trzylatków podbiega do mnie, a ich głowy eksplodują jak arbuzy zrzucone z dachu wieżowca. Zbryzgany mózgami własnych dzieci pędzę przed siebie, na oślep, wrzeszcząc i wymachując rękoma.

Dalej jest jeszcze gorzej. Kiedy zaczynam już myśleć, że umknąłem pogoni, zza najbliższego budynku wylewa się fala cztero, pięcio, sześciolatków uzbrojonych w kamienie, tulipany, gazrurki i scyzoryki. Maluchy otaczają mnie jak sfora wilków, wykrzykują przekleństwa, plują. Są gotowe do linczu.

Setka pocisków rozbija mi głowę, tysiąc ostrzy ćwiartuje ciało, milion rozbitych butelek dziurawi tors.

– Mogłeś być moim ojcem, ty chuju! – krzyczą, zadając ciosy.

Ostatkiem sił zerkam w dal. Dostrzegam małe, zgarbione kreaturki stojące na uboczu. Dziewczynka z wodogłowiem; gruby blondynek z zespołem downa; pokryty ropiejącymi bąblami pięciolatek; pozbawiony rąk i nóg korpusik o twarzy debila – oni nie mają pretensji. Podświadomie czuję, że ich serca wypełnia radość. Cieszą się z nieistnienia.

Umieram z uśmiechem na ustach.

Budzę się nad ranem, w jakichś krzakach za miastem. Kurwa, przechodzę przez to co roku i co roku zastanawiam się, czy śniłem, czy też to wszystko wydarzyło się naprawdę. Na ciele nie mam żadnych śladów, za to rany w psychice pozostały ogromne. Ale nie martwię się, bo czas je zagoi. Jeśli nie jutro, to za miesiąc znów siądę na kiblu i, przeglądając najnowszy numer Peepshowa, wymorduję tysiące moich potencjalnych potomków.

A oni, jak zawsze w Dzień Dziecka, nie omieszkają mi tego wypomnieć.

h

„Byłem tylko dzieckiem!” by Rafał Christ

h

Pamiętacie, gdy byliście małymi, wrednymi chłopcami z lupą w ręku, stojącymi nad mrowiskiem? Albo gdy wyrywaliście muszce skrzydełka, tylko dla draki? Albo gdy zabieraliście śniadania młodszym uczniom w szkole, lub robiliście im spłuczki? Czy ktokolwiek z was, kiedykolwiek zastanawiał się, co muszą czuć ofiary?

Chyba nie, bo wyrzuty sumienia by was zniszczyły, podobnie jak mnie teraz. Nie wiem, czemu sobie przypomniałem o tej sytuacji i tym biednym, czarnoskórym chłopcu imieniem Noah. Chciałem wyprzeć to z pamięci, ale wspomnienie okazało się zbyt silne.

Przez ostatnie piętnaście lat powracało do mnie co jakiś czas. Z każdym kolejnym razem coraz mocniejsze. Powinno blednąć, a stawało się coraz bardziej wyraziste.

Nie powinienem obwiniać siebie, miałem wtedy dwanaście lat i byłem idiotą. On był tylko rok młodszy i mógł mnie powstrzymać. Nie zrobił tego, bo chyba uwierzył w to, co mu powiedziałem.

Dopiero przeprowadził się z rodzicami do klatki obok mojej. Pierwszy raz widziałem Murzynów i trochę głupio się czułem. Pamiętam, że dorośli wnosili meble, a on siedział na środku podwórka i nikt nie chciał do niego podejść. Ja to zrobiłem.

– Cześć – zacząłem. – Adam jestem. – Podałem mu rękę.

Odpowiedział uściskiem, ale dużo mizerniejszym od mojego.

– Cześć. Noah. – To chyba był ostatni raz, kiedy się uśmiechnął.

Poszliśmy do pobliskiego lasku. Miałem tam swoją kryjówkę, w której myślałem, że nikt mnie nie znajdzie. Zabrałem do niej nowego kolegę.

Była to stara, drewniana i opuszczona chatka. Wśród rówieśników krążyły legendy na temat tego miejsca. Tylko ja nie bałem się tam wchodzić. No i Noah, który nic nie wiedział o złej sławie domku.

Gdy już weszliśmy zamknąłem drzwi na zasuwkę. W powietrzu unosił się ostry, acz nawet przyjemny zapach żywicy wymieszanej z pleśnią. Chłopak nie czuł przerażenia, albo nie dał tego po sobie poznać. Patrzył na mnie ufnie.

– I co będziemy tu robić? – zapytał.

– Wiesz, że jesteś czarny?

– Wiem.

– Kilkadziesiąt lat temu byłbyś moim niewolnikiem. Chcesz pobawić się w niewolnika?

Nie odpowiedział. Kiwnął delikatnie głową.

– W takim razie musisz uklęknąć.

Zrobił to bez słowa.

Wziąłem cienki kij leżący koło jego nóg i zacząłem go chłostać. Krzyczał z bólu.

– Za co? – pytał.

– Żebyś nie myślał o ucieczce.

Wtedy się zdenerwował. Wstał i spojrzał mi w oczy, widziałem w nich złość, która mnie przerażała.

– Dobra. Spokojnie. Żartowałem – powiedziałem. – Ale jesteś niewolnikiem i nie stawiaj się więcej.

Schyliłem się. Wyciągnąłem glizdę z ziemi.

– Zjesz to!

Otworzył usta. Wsadziłem mu robaka do gardła. Widziałem jak przegryza, połyka, a potem pada na ziemię i wymiotuje. To była moja szansa, mogłem sprawić, że się nie zemści.

Chwyciłem większy patyk, wręcz gałąź i uderzyłem go w kolana. Usłyszałem jak pękają mu kości. Teraz spojrzał na mnie z przerażeniem.

– Ja idę na kolację. Masz tu na mnie czekać. – Splunąłem po tych słowach.

Wróciłem następnego dnia. Jego rodzice szukali go dookoła domu, po wszystkich klatkach. Zamierzałem mu o tym powiedzieć.

Gdy wszedłem do chatki leżał we własnych wymiocinach i odchodach.

– Pieprzony czarnuch! – krzyknąłem. – Posprzątaj to!

Wsadziłem mu twarz w jego gówno tak, jak robi się to szczeniakom. Musiał je zjeść. Zrozumiał o co mi chodzi. Czyścił wszystko językiem, a ja stałem z boku i podziwiałem. Popijałem colę z butelki.

– Chcę do domu… – powiedział.

– Nie umiesz chodzić! – roześmiałem się.

Spojrzałem na butelkę w dłoni. Rozbiłem mu ją na głowie. Płakał. Kawałkami szkła zacząłem go szpecić. Dorobiłem mu sztuczny uśmiech. Wyciąłem jedną powiekę. Wyglądał naprawdę komicznie. Usłyszałem, że ktoś się zbliża.

Szybko wybiegłem z domku, zostawiając otwarte drzwi.

Kroki, które słyszałem, należały do jego rodziców. Odciągnąłem ich od chatki. Wtedy chyba po raz pierwszy zrozumiałem, co zrobiłem. Pobiegłem do domu i usiadłem w kącie. Łzy leciały mi ciurkiem. Nie przyznałem się, bo bałem się kary. Byłem tylko dzieckiem, na litość Boską!

Jego ciało odnaleziono po tygodniu w jakimś bagnie, w pobliżu mojej kryjówki.

Ja ukończyłem szkołę. Osiągnąłem sukces. Jednego dnia dziękuję za to Bogu, drugiego pytam, dlaczego mi to umożliwił. Niesprawiedliwe. Gdyby nie ja, Noah mógłby być teraz adwokatem, albo nawet prezydentem.

h

„Cukierek albo dzidziuś” by Jerzy Łukaszewski

Kasia Zalewska umarła pierwszego czerwca dwa tysiące dziesiątego roku w Warszawie, w szpitalu na Inflanckiej.

Jednak nasza opowieść zaczyna się trochę wcześniej, trzydziestego pierwszego października dwa tysiące dziewiątego roku, w Kazimierzu Dolnym. Zaczyna się od słów, które często można usłyszeć na tamecznym rynku:

– Pani! Pani! Daj! Daj, pani! Pani! Daj Cygance, wspomóż Cygankę!

Kasia spędzała przyjemny wieczór z grupą kolegów (zawsze miała tylko kolegów, żadnych koleżanek), dopóki nie uczepił się ich niewielki orszak Cyganek. Jedna z nich przewodziła żebraninie, a pozostałe powtarzały po niej niczym chór w greckiej tragedii.

– Pani! Pani! Daj!

– Pomóż Cygance, a będziesz miała dużo dzieci, zdrowe dzieci!

– Pani! Pani! Daj!

– Pani, ulituj się, nakarm, daj Cygance, daj!

– Pani! Pani! Daj!

– Dużo dzieci będziesz mieć, zdrowych dzieci, silnych dzieci!

– Pani! Pani! Daj!

W końcu jeden z kolegów Kasi (może to był Mateusz, może Pati, kto by tam spamiętał), po wypiciu czterech piw Viking przepełniony mocą nordycką, poczuł się mężczyzną na tyle, by krzyknąć:

– A wypierdalać mi stąd, baby! Odpierdolcie się, zamiast się przypierdalać do uczciwych ludzi, co to zapierdolić mogą!

Dla podkreślenia swych słów wykonał w stronę Cyganek groźny, choć, trzeba przyznać, nieco chwiejny krok. Tamte zbiły się w stadko, a ich żałośliwe zawodzenie przerodziło się w autentyczne syki. Jednocześnie tuż za nimi pojawił się jakby z nikąd postawny Cygan z bakami, czarnym wąsem i złotym łańcuchem na szyi. Gdyby nie kontekst etniczny, w którym wystąpił, mógłby spokojnie uchodzić za typowego mafioso-latino. Spojrzenie jego ciemnych oczu spowodowało błyskawiczny spadek mocy nordyckiej i towarzystwo potoczyło się dalej…

To znaczy, potoczyłoby się dalej i być może cała sprawa na tym by się skończyła, gdyby nie natknęli się na jeszcze jednego Cygana, a właściwie – Cyganiątko.

U wylotu alejki, którą chcieli podążyć w drodze powrotnej do hotelu, stanął mały, brudny chłopczyk w puchowej kurtce, która sięgała mu niemal do kostek. Podwinął pospiesznie rękaw, wyciągnął dłoń i patrząc na nich wzrokiem kota ze Shreka powiedział:

– Cukierek albo psikus.

Zamurowało ich. Panowie popatrzyli po sobie. Mateusz (a może to był Pati) obejrzał się niepewnie na napakowanego Cygana, który gdzieś tam czaił się w podcieniu kamienicy.

Chłopiec, nie widząc większego zainteresowania z ich strony, zwrócił się do Kasi.

– Daj prezent, a dostaniesz – powiedział. – Daj w Halloween, a dostaniesz na dzień dziecka.

– Kolejny ci rychłej ciąży życzy, Kićka – burknął któryś z chłopaków.

Inny odezwał się do dzieciaka.

– Idź mi, ty… – urwał i ponownie obejrzał się na pana mafioso-latino.

Tamten oderwał się od ściany kamienicy i energicznym krokiem ruszył w ich stronę. Wydawał się nie na żarty wkurwiony.

Panowie ustawili się w mur, tylko jakimś cudem Kasia skończyła jako zewnętrzna baszta. Cygan jednak zignorował ich. Podszedł do dzieciaka i trzasnął go pięścią w twarz. Złoty sygnet pozostawił krwawy ślad. Następnie facet jedną ręką podniósł chłopca z ziemi, przerzucił go sobie przez ramię i ruszył w dół alejki. Po parunastu krokach skręcił i tyle go widzieli.

Ogarnęła ich kolejna fala konsternacji. Nastąpiła wymiana zamglonych spojrzeń.

Marazm przerwała Kasia, której umysł był znacznie mniej zaćmiony od umysłów pozostałych.

– Co wy, kurwa, przecież on dzieciaka zabije! – krzyknęła i, zanim zdążyli zareagować, pobiegła za Cyganem. Trzeba im przyznać tyle, że bez wahania ruszyli za nią.

Skręcili w boczną alejkę, a po chwili dotarli do bramy prowadzącej na podwórko jakiejś kamienicy. Zza niej słychać było szloch.

Ostrożnie uchylili jedno skrzydło bramy.

Przez szparę dało się dostrzec spory podwórzec. Na jego przeciwnym końcu stał trzepak. Pod trzepakiem dwóch mężczyzn trzymało chłopca. Jeden ściągnął mu spodnie. Chude, blade półdupki zdawały się błyszczeć w gęstniejącym mroku. Drugi sięgnął do swojego paska. Rozpiął go gwałtownym ruchem.

I tylko tyle zdążyła dostrzec Kasia, zanim odciągnęli ją koledzy. Była jednak przekonana, że słyszała przeciągły pozgrzyt rozpinanego rozporka.

– Daj spokój, wleje mu pasem i tyle – tłumaczyli gorączkowo panowie, jakby w odpowiedzi na niewyartykułowaną obawę.

Zmusili Kasię do powrotu do hotelu, ale była na tyle zdetonowana całym zajściem, że nie miała ochoty na nic innego niż tylko się urżnąć. Nikt nie zgłaszał sprzeciwu, więc tak skończył się tamten wieczór albo przynajmniej ta jego część, którą Kasia pamiętała.

W pewnej chwili urwał jej się film.

Gdy doszła do siebie, ze sporym zdziwieniem stwierdziła, że nie znajduje się wcale w łóżku, tylko opiera się o drzwi swojego pokoju. Kręciło jej się w głowie, w ustach czuła cierpki posmak nadtrawionej whisky i ciągle słyszała jakiś dziwny, basowy dźwięk. Przyłożyła ucho do drzwi. Zdawało się, że po ścianach niosą się ledwo uchwytne wibracje, takie buczenie jakby jarzeniówki, tylko że o wiele głębsze: bardziej wyczuwalne niż słyszalne.

„Nie, to tylko w mej głowie szum” – pomyślała, przypominając sobie tekst piosenki.

Otworzyła drzwi i chwiejnym krokiem podeszła do łóżka. Nie miała siły się rozbierać, więc rzuciła się na nie w ubraniu. Zamknęła mocno oczy, próbując zatrzymać helikopter. Nie pomogło.

Wtem drzwi trzasnęły i nagle uświadomiła sobie, że nie jest w pokoju sama.

Otworzyła oczy, ale w pierwszej chwili zobaczyła tylko wirującą ciemność.

– Tomek? – zawołała. – Mateusz, Pati?

Nikt nie odpowiedział

Gdy jej źrenice przestawiły się wreszcie na tryb nocny, na skraju obracającego się świata dostrzegła jakiś cień. Cień zbliżył się, urósł gwałtownie. Usłyszała suchy trzask i poraziło ją światło.

Cygański chłopiec zapalił lampkę na stoliku nocnym.

– O, kurwa – sapnęła Kasia. Podparła się na ramieniu i odruchowo cofnęła bliżej ściany.

Twarz chłopca wyglądała bardzo źle. Była napuchnięta i fioletowo-sina. Z rozcięcia po sygnecie, a także ze zmiażdżonej wargi sączyła się krew.

– O, kurwa – powtórzyła Kasia. Jej głos podskoczył o pół oktawy. – Co ty… co tu…?

Zamilkła. Co mogła powiedzieć? Chłopiec również się nie odzywał. Cisza się przeciągała, stawała nieznośna.

Do skołatanego umysłu Kasi powoli zaczęły przesączać się jakieś myśli, jakieś pytania. I strach.

W końcu chłopiec podniósł rękę i wyciągnął ją ku Kasi jakby chciał jej dotknąć. Odruchowo cofnęła się bardziej. Myśli uleciały z jej głowy.

– Hej hej chwilkehej! – wyrzuciła z siebie. Czuła, że jej język jest zdrętwiały; nie mogła porządnie wymówić słów.

Dzieciak cofnął rękę. Wgramolił się za to na łóżko.

Teraz do Kasi dotarł jego zapach, który zmieszał się z czepiającym się jej jak napasiony komar smrodem alkoholu. Zrobiło jej się niedobrze. Czuła pot, mocz, brud, ale ponad wszystko wybijała się ostra woń spermy.

Mały Cygan ponownie spróbował jej dotknąć. Tym razem nie uciekła. Chłopiec oparł swoją dłoń na jej dłoni. Jakaś bardzo pierwotna część umysłu Kasi podpowiadała, że on tego dotyku potrzebuje. Potrzebuje opieki, bezpieczeństwa. Zły dotyk, dobry dotyk, zły dotyk, dobry…

Dzieciak przesunął palce wyżej wzdłuż jej ramienia. Zadrżała. Jego skóra była zimna.

Palce chłopca dotarły do jej barku i zaczęły zsuwać się na pierś. Bardziej zdezorientowana niż zdenerwowana chwyciła go za dłoń. Wtedy druga mała rączka wystrzeliła błyskawicznie i chwyciła ją za prawą pierś.

– Hej!

Chciała obie jego dłonie wziąć w swoje dłonie, jednak dzieciak się wyrwał i oburącz chwycił za jej biust. Odepchnęła go, ale sama przy tym straciła równowagę i zsunęła się z łóżka na podłogę. Boleśnie huknęła ramieniem o stolik nocny. Lampka nocna pofrunęła w kąt, lecz jakimś cudem się nie stłukła.

W dziwacznie przekrzywionym snopie światła drobny, czarny cień skoczył na Kasię. Zanim zdążyła zareagować, poczuła zimne palce wpychające się pod biustonosz i gmerające w majtkach.

Odruchowo uderzyła otwartą dłonią. Głowa chłopca odskoczyła w bok, jednak nie przestał jej obmacywać. Cios nie wywarł na nim zupełnie żadnego wrażenia.

Uderzyła jeszcze raz. I jeszcze. Tym razem pięścią. Coś chrupnęło w szczęce chłopca, musiała pęknąć tam jakaś kość. On jednak ciągle nie przestawał, on ją… On ją gwałcił!

Uświadomiła to sobie z rozpaczą i w desperackim odruchu spróbowała go z siebie zrzucić. Nie udało się. Chude nogi i ramiona chłopca oplotły ją i unieruchomiły z siłą, które jego drobne ciałko nie powinno posiadać. Po krótkiej szamotaninie rozdarł jej bluzkę, zerwał stanik. Potem ściągnął jej spodnie i majtki na tyle, by móc dostać się do krocza.

W tym momencie ugryzła go z całej siły w szyję. Zęby rozerwały zimne ciało. Omal nie zadławiła się gorzką krwią.

Nic to nie dało.

Po chwili nienaturalnie wielki kutas wbił się w nią. Czuła jak szoruje po suchych, niechętnych ściankach pochwy, jak je obciera, kaleczy, jak wdziera się coraz głębiej, rozrywa coś w niej, gdzieś bardzo głęboko, w samych trzewiach.

Potem usta chłopca zbliżyły się do jej ust, zaczął ją całować. Jego oddech śmierdział spermą. Kasia wydarła się na całe gardło.

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

– Chryste Panie! – krzyknął Tomek i wystrzelił z łóżka jak z procy, a następnie rozpoczął dziwny taniec polegający na przeskakiwaniu ze stopy na stopę, podczas gdy jego fiut obijał się o uda jak wahadło w zegarze z obrazu Salvadora Dali.

Rozwalony na drugim końcu materaca Pati jedynie chrapnął i potężnie zionął wczorajszą wódą.

Pamięć koszmaru opadała z Kasi grubymi płatami. Wypierała ją świadomość tego, co musiało zajść w rzeczywistości. Krocze Kasi bolało w charakterystyczna sposób. Podobnie jak jej dupa. Była naga, zawinięta w śmierdzącą potem i spermą pościel. Tomek i Pati też byli nadzy. Ergo…

– Skurwysyny! – wrzasnęła Kasia, silnym kopniakiem spychając Patiego na podłogę. – Wykorzystaliście mnie!

– Kićka… – zaczął Tomek błagalnym tonem, nie przerywając podskakiwania.

Pati jęknął coś, wychylił głowę ponad krawędź łóżka i zdrowo bełtnął.

Kasia odskoczyła od niego.

– Sorry… – wybełkotał Pati i osunął się na ziemię.

Tomek przestał podskakiwać. Kasia popatrzyła na niego. Okropna myśl wylęgła się jej w głowie.

– Ty jebana świnio! – popchnęła Tomka na łóżko i zaczęła okładać pięściami. – Powiedz, że użyliście gumek, zanim mnie wyruchaliście! Powiedz, że użyliście gumek!

– Tak au! Kićka au! Spoko au! Przecież użyliśmy! Użyliśmy! Au!

Pięści zawisły w pół ciosu.

– Gdzie one są?

– Nie wiem. Moje chyba w koszu. Patiego gdzieś się tu walają. O, tam leżą.

Nieopodal łóżka leżał stosik zużytych prezerwatyw. Większość zawartości zdążyło z nich wyciec i zaschnąć na podłodze, ale Kasia i tak obejrzała je starannie, żeby upewnić się, czy w krytycznym momencie były szczelne.

Następnie wygrzebała gumki ze śmietnika. Te były pedantycznie zawinięte w chusteczki higieniczne. Pływającego w nich płynu pewnie wciąż można by użyć do zapłodnienia in vitro.

Dla pewności ścisnęła każdą palcami, aby upewnić się, że nie ma przecieków.

– Macie farta zboczone, zdradzieckie dupki – orzekła w końcu. – Z obu wydusiłabym alimenty.

I na tym właściwie należałoby skończyć opis przygody, która miała miejsce podczas tamtego pamiętnego wyjazdu. Jednak nasza historia domaga się epilogu. Przypuszczam, że domyślacie się już, co jeszcze może się wydarzyć, ale co tam. Uczyńmy zadość formalnościom.

Otóż w parę tygodni po powrocie z Kazimierza Kasia zauważyła, że okres jej się spóźnia. Jako że zawsze była dziewczyną potrafiącą dodać dwa do dwóch, a rozliczenie kondomów z nocy, z której niewiele się pamięta, trudno by uznać za wiarygodne, kupiła test ciążowy.

Wynik jej nie ucieszył. Właściwie o mało nie zabiła Tomka i Patiego. Co prawda obaj panowie nagle zdeklarowali uwielbienie dla seksu analnego, który – jak twierdzili – tak naprawdę dominował w ich życia erotycznego. Oczywiście to zeznanie było równie wiarygodne, co rozliczenie z kondomów.

W każdym razie nie płakanie nad rozlanym mlekiem nie miało sensu, a testy DNA do czegoś przecież służą.

Ciąża Kasi od początku nie przebiegała całkiem normalnie. Lekarze żartowali między sobą, że dzieciak spieszy się na świat. Pod koniec siódmego miesiąca konieczna była hospitalizacja pacjentki i zastosowanie na niej starego sprawdzonego sposobu opóźniania porodu: częściowego zaszycia pochwy.

Niestety, niewiele to dało. W nocy z trzydziestego pierwszego maja na pierwszego czerwca dyżurnych lekarzy i pielęgniarki ze szpitala na Inflanckiej przyciągnęło nieludzkie wycie, sugerujące, że poród mógł pomimo wszystko już się zacząć.

W rzeczywistości zanim dobiegli, sprawa była skończona.

Jeden z lekarzy musiał szybko się wycofać, żeby zwymiotować. Pielęgniarki zbiły się w niepewną gromadkę przy drzwiach. Na szczęście drugi lekarz, ambitny młody rezydent, miał więcej jaj niż pozostali. Podszedł, starannie obejrzał matkę i dziecko, stwierdził zgon. Później opisał ten niezwykły przypadek w pracy doktorskiej.

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

Dziecko przyszło na świat – fakt, że martwe – lecz nie wydostało się z łona matki drogą, by tak rzec, tradycyjną. Rozerwało macicę, a potem wyszło przez podbrzusze. Młody rezydent przez jakiś czas rozważał nazwanie tego zjawiska auto-cesarką.

Odnośnie kwestii ojcostwa, to w zamieszaniu, jakie nastąpiło po śmierci Kasi, jakoś nikomu nie przyszło do głowy, żeby przeprowadzić testy. Jednak śniada skóra i ewidentnie cygańskie cechy urody dziecka raczej nie wskazywały ani na Tomka, ani na Patiego.

h

„Drabblowo-Dzieciakowo” by Rafał Kuleta

h

W dziewiątym miesiącu zobojętnienia

W dziewiątym miesiącu ciąży, ale nie widać tego. W autobusie wszystko pozajmowane. Coś czuła, że zaraz urodzi. Jeszcze ten czerwcowy zaduch, pot ludzi, pachy nie myte, koszulki zmoczone, zaraz będzie rzygać. Dotknęła ramienia jakiejś średniowiecznej kobiety.

– Przepraszam, ustąpi mi pani miejsca? Źle się czuję.

Tamta zerknęła wyniośle. Wlepiła wzrok w szybę.

– Proszę, zaraz urodzę.

– Wszyscy zaraz urodzimy w tym korku! – prychnęła kobiecina, nie odwracając zlepionych z szybą gał.

Urodziła znienacka, dosłownie wypluła dziecko. Krew bluznęła na siedzących. Ze wstrętem odwracali wzrok. Młoda mama trzymała niemowlę w ramionach, stojąc, jakoś balansując w rozdygotanym wciąż autobusie. Nawet wtedy nie ustąpili jej miejsca.

h

W domu ci wyjaśnię

Podczas przedszkolnego przedstawienia z okazji Dnia Matki i Ojca, jeden z tatusiów bardzo wczuwał się i przeżywał, dumny ze swojego syna. Nawet sam chciał wskoczyć na scenę, by odegrać jakąś rolę.

Przedstawienie dobiegło końca. Dzieci dostały owacje na stojąco. Tatuś wychodził, wyskakiwał, wybiegał z siebie i zaraz wbiegał z powrotem, żeby jeszcze bardziej przeżywać. W końcu krzyknął: – Synku! Tatuś jest z ciebie dumny! Kocham ciebie! – zwrócił się do rodziców, bijąc się w wypiętą pierś: – Moja krew! Moja sperma!

Wśród rodziców bulwers. Jakaś dziewczynka spytała mamy: – Mamusiu, a co to jest „sperma”?

Mamusia zaczerwieniona szepnęła: – W domu ci wyjaśnię. Chodźmy już!

h

Jak latawiec

Synek taka chudzina, drobina, normalnie szczapa, drzazga wydłubana spod paznokcia. Ale jak inaczej, jeśli szkrab w ogóle nie je. A tato, niestrudzony kuchenny garncarz i mechanik-obsługiwacz, w porywach nawet oblatywacz sprzętów kuchennych, wypichcił taki pyszny, muy sabroso, saporito, très très delicieux obiad. A ten mały suchotnik, chudziudziudziu nic, ani źdźbełka!

W planach morze, ale matka:

– Ja się boję z tobą iść nad morze, bo jeszcze odfruniesz, jak latawiec.

Ojciec siedzi przy stole i chichra się z małego.

– I wiesz jak zrobisz? – ojciec demonstruje, rozstawiając szeroko ramiona. – Wszystko ci się tu wydłuży, skóra rozciągnie i odfruniesz. Jak ja.

– Mamo, tata odfrunął.

h

Dziecko w czapce z daszkiem dryfującym po obrzeżach własnej doskonałości

W pociągu ciągnącym się z jednego ciągu liter do drugiego, jeszcze bardziej zawiłego, w fotelu siedział bobas z babolem w kieszeni. Babol spał. Bobas wpatrywał się w szybę podróżującą płynnymi krajobrazami za oknem. Był przerażony, właśnie stracił rodziców w wypadku samochodowo-samolotowym. Nie miał żadnej rodziny, więc zaopiekował się nim przejeżdżający obok pociąg. Bobasowi niczego nie brakowało oprócz miłości, ale wygodny fotel, w którym siedział i spał, zapewniał dobrą opiekę, troszczył się i dawał tyle ciepła, ile tylko możliwe.

Oparcie fotela ocknęło się, w porę zorientowało, przegoniło koszmary. Bobas zasnął. Babol się zbudził. Wyjrzał z kieszeni. Ziewnął. Wrócił do nosa bobasa.

h

Zimą w piaskownicy

Błażejek uparł się i koniec. Na nic tłumaczenie, że zimą ziemia w piaskownicy jest oblodzona, dlatego nie zrobi żadnych babek. Chłopiec nie chciał nawet słuchać.

Ojciec dupa, więc uległ. Teraz bezskutecznie wbijał łopatkę w lód. W końcu spytał syna, czy nie chce wracać do domu. Ten stanowczo zaprzeczył.

Łopatka sama weszła w ziemię. Z łatwością wypełniła wiaderko piaskiem. Zdziwiony mężczyzna przechylił je i prędko zrobił seksowną babkę. Błażejek zniszczył dzieło. Kazał zrobić nowe. Turpistyczne.

Zmarznięci opuścili plac zabaw. Stara, zgarbiona baba o ślepiach wybałuszonych czarną ziemią, opuściła piaskownicę i na oślep ruszyła za nimi, wściekle wymachując pokrzywionymi ramionami z gliny.

h

W wyjątkowo wyśmienitej zmianie nastroju

Siedział w błogostanie, spokojnie obok spokoju, który drzemał w najlepsze.

Pociąg ciągnął się jak glut z nosa, ociągał się zdecydowanie nie do życia. W środku zaduch, gotowy wyzionąć ducha. Ścisk, że nie da się wcisnąć. A jeszcze więcej ludzi, zwierząt, roślin wtłacza się tłokami. Na szczęście do pociągu podjechała wolna stacja, na którą wiele dusz wskoczyło bezwiednie.

W korytarzu pojawiło się niemowlę – samo, bez opieki – które urodziło się znienacka, zapłodnione jego spragnionymi, tęskniącymi myślami i marzeniami.

On siedział samotnie, wilgotnie, umysł łez pełen. Dziecko podeszło, dotknęło rączką twarzy, objęło, przytuliło.

Spokój się obudził i zaczął opowiadać o swoich miłosnych snach.

h

Miasto Ryb nad ludzkim Morzem Krwi

W Mieście Ryb rekiny młoty zorganizowały sesję zdjęciową z udziałem patroszonego noworodka. Ale w porcie nie było żadnego. Stadka piranii na kutrach podśmiewywały się z nich. O tej godzinie noworodki? Jak sobie sami zrobicie! Nabuzowane młoty z trudem powstrzymywały się od ubicia kilku piranii dla przykładu.

Stara flądra złowiła kilka niemowląt, dwoje dzieci i jednego dorodnego noworodka. Pomogła im. Nie chciała ani litra wielorybiej spermy.

Morze ludzkiej krwi uderzało o przęsła molo. Jeden z rekinów zaczął pozować. Ruszyły zdjęcia. Noworodek jeszcze żył, kiedy rekin go patroszył. Zdjęcia rozrywanego ciałka wyszły idealnie.

Następna sesja miała być z ludzkimi dziewicami i prawiczkami…

  1. Dużo czytania, no nie?

  2. No właśnie jakoś tak się łyknęło w błysk. Smaczny zestaw i szybkostrawny 😉

  3. Ja wiem czy tak dużo? Pieronem poszło, na raz.

  4. […] się na Niedobrych Literkach w Dzień Dziecka. Nie linkowałem go, więc czynię to teraz. KLIK. Trochę trzeba go tam poszukać, bo jest w środku całego ciągu […]

  5. […] strasznie, okropnie wręcz fajny. Dziś – kultywując niedobroliterkową tradycję (patrz zeszły rok) – przygotowaliśmy dla was tradycyjny zestaw literackich cymesów, związanych z adresatami […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: