polskie centrum bizarro

„Prosto z folderów turystycznych” i inne drabble by Rafał Kuleta

In Opowiadania on Czerwiec 12, 2012 at 6:00 am

Jeśli tęsknicie za Rafałem Kuletą – a macie wszelkie podstawy, aby czuć pewien niedosyt jego zgrabnych drabbli – to mamy dla Was coś, co na pewno docenicie: słoiczek pełen cudownych smakołyków literackich w jego wykonaniu.

Poniżej znajdziecie wybór aż ośmiu szortów, choć przecież wiadomo, że bizarro-maniacy drabbli nie liczą, tylko się nimi cieszą. A że jest czym… możecie sami sprawdzić.

Jeśli nadal nie jesteście przekonani czy warto (nie, żebyśmy w ogóle wierzyli w taki wariant), to zachęcić ostatecznie będą Was mogły bonusowe grafiki, które dla niedobrych literek przygotował Michał Jaworski. Miłej lektury! I miłego oglądania!

Prosto z folderów turystycznych

Przeglądała foldery turystyczne. Chciała zrobić narzeczonemu niespodziankę. Widokówki kusiły, ceny niekoniecznie. Jej mężczyzna uwielbiał morskie klimaty, więc obowiązkowo musiała być wyspa. Ceny naigrawały się z niej, szydziły bezlitośnie. Zdjęcia wysp nęciły. Rozkładała bezradnie ręce i oczy. Najchętniej zabrałaby go w te wszystkie miejsca naraz!

Usłyszała dzwonek do drzwi. Już skończył pracę? Ucieszyła się i wybiegła na korytarz. Przez otwarte drzwi do mieszkania wpłynęła bajeczna, tropikalna wyspa, dokładnie jakby prosto z folderu. Zdziwiła się, ale zaraz rozpromieniła. Po wyspie wpłynęła następna, a potem cały archipelag wysp kolorowych, soczystych, orzeźwiających. Wszystkie pełne słońca, radości, miłości, beztroski, odpoczynku plażowego, spełnionego. Ukochany będzie wniebowzięty!

Cieniste cienie

 — 

Cienie ludzi przenikały się. Nie łączyły się, tylko przechodziły przez siebie, przemieszczały się z jednego cienistego miejsca w drugie cienistsze, pozostawiały smugi, niedopowiedzenia, niespełnione marzenia, życzenia bez pokrycia. Cienie ludzi ganiały własne cienie, które rozpościerały dalsze cienie, sięgające dalej niż zapomniane wspomnienie. Cienie były równie samotne jak ludzie, którzy dawno odeszli od siebie.

Jeden z cieni, jeden jedyny, jakoś jednakowo niezmienny w cienistości, cienisty w niezmienności, oderwał się od innych cieni i pomknął w wycieniowany cień innej, tym razem żeńskiej cieni, z którą zapragnął pozostać do końca, do dnia, aż wzejdzie słońce i połączy wszystkie niczyje cienie w jedną własność.

 — 

Pościel ciałem

 —

Pościel taka ciepła, czeluść gorąca, pachnąca, tuląca samotność. Pościel też może pocieszyć, tak po ludzku, zawsze obdarzy miłością, bezwzględną wzajemnością. A gdyby tak całkowicie oddać się jej spełnieniu? Zapłodnić pościel, troszczyć się brzemienną, asystować w porodzie, kochać potomstwo?

Nocna polucja zmieniła się w owulację, potem w sensację narodzin. Zamieszkali na łóżku szczęśliwym, troskliwym, idealna rodzina z idealnymi warunkami do wychowania potomstwa. Poduszki takie małe, spokojne, kochliwe, tylko przyłożyć głowę i wsłuchiwać się w ich puszyste serca.

W uszach szumią spokojne sny. Ciało wtulone, opatulone rozkoszą. Pościel najintymniejszą kochanką.

Budzi się, tuli, znów zasypia. Nigdy więcej samotny. Pościel ciałem się stała.

 —

Zbliżenie zabezpieczenie

 

Kobieta i mężczyzna w gumie. Dochodzi do zbliżenia. Guma trzeszczy o gumę. Trzeszczą o siebie. Próbują coś zdziałać. Na początek przytulić się. Trochę to opornie wygląda. Groteskowo. Dwa wielkie kondomy próbujące coś wymodzić. Wtulają się w siebie, wciskają, guma piszczy, udaje zadowolenie. Kobieta i mężczyzna duszą się, ale to dobrze, zwiększają się wrażenia, wzrastają doznania, potęgują odczuwania. Guma napina się, wydyma. Kobieta jakoś sobie radzi, ale mężczyzna pęcznieje, para wewnątrz kondoma wzdyma się, rośnie. W końcu facet eksploduje w wytrysku, który rozrywa go jak balon. Kobieta przeżywa wielokrotny orgazm.

Inaczej jednak nie można. Strach przed spłodzeniem mutantów jest zbyt wielki.

 — 

Koło pochłoniętej pięknej kobiety

 —

Lubię siadać koło pięknej kobiety. Obojętnie gdzie: w parku, autobusie, sali kinowej. Chwilę cieszę się jej obecnością, zapachem, florą. Powoli przemieszczam się w aurę. Drży, zaskoczona, po chwili zniewolona. Niezauważalnie wślizguję się w nabrzmiałe seksem usta. Nie zdaje sobie sprawy, że właśnie mnie ssie. Cieszę się przez chwilę jej gardłem, przełykiem. W następnym momencie jestem już w coraz ciężej dyszących, podnieconych płucach. Kobieta rozgląda się, nie wie, o co chodzi, a ja ją patroszę, panosząc się w najlepsze w jej kobiecości. Powoli wypieram ją z siebie, stając się nią samą. Pochłaniam ciało i duszę.

Następnym wchłoniętym będzie mężczyzna. Dla dopełnienia.

 — 

Odpoczywał park

 — 

W mieście biegnącym, pędzącym, cierpiącym od przepychu chaosu, hałasu, zagonienia, ran otwartych, nigdy nie domkniętych, odpoczywał park. Skromny, niepozorny z zewnątrz, w środku, między drzewami i drewnianymi ławeczkami skrywał wielkie, choć cicho bijące serce.

Na ławeczkę usiadł pan. Po nim pani. Siedzieli oddaleni, przybliżeni, z niezręczną ciszą pomiędzy. Pan chciał zagadać, ale nie miał pojęcia jak. A wystraszyć nie chciał. Pani też nie skora, chociaż nóżką majta, szpileczką podryguje. Pan niepewny. Znak? Ale jak zagadać? Jest zainteresowana? Jakaś szansa? Zerka na nią, ona też przelotnie patrzy. Chemia jakby bieży ku nim.

Odebrała komórkę. Narzeczony czekał. Właśnie doszedł do skraju parku.

 — 

Ożywiona miłość

 —

W Parku Ujazdowskim ujeżdżam wiewiórkę. Pełen spontan. Ześliznęła się z drzewa, podbiegła, taka wielka, troszkę większa ode mnie, wypięła grzbiet, ja na grzbiet i śmigamy między drzewa, między krzewy, między kwiaty piękniejsze od rozpięknienia. Wyraźnie dokądś mnie wiezie!

Kaczki ustępują miejsca. Sześć piskląt z matką i ojcem. Czuję ogromny szacun dla tej rodziny. Wiewiórka zatrzymuje się. Macha ogonem na pożegnanie. Wyrażam dozgonną wdzięczność. Stoję przed kamiennym posągiem kobiety. Drzewa chylą zrozpaczone korony. Moja kobieto marzeń! Czy kiedykolwiek cię ożywię? Łza jedna po drugiej. Jak przez mgłę podbiega do mnie, chwyta za rękę i porywa do swego ożywionego w kamieniu świata.

 — 

Dłonie w dłoniach

 — 

No i te dłonie łonią się, wyłaniają i złaniają, każda smukła, seksowna, kobieca, orgiastyczna, kosmiczna. Każda dłoń ma nieskończoną ilość palców, które podążają jak serdelkowate larwy: grube, wybielone dżdżownice pełzające po moich łzach wielkości i kształcie kopalni diamentów. Dłonie w łonie, to tylko wyobraźnia zaraża, zdarza się, że przesadzi, przefolguje, ale konsekwencje niewyobrażalne, nawet jak na wybraną, wypraną z zahamowań, poddaną ekshibicjonizmowi imaginację.

Nie ma już czułych słów, spojrzeń, wejrzeń w głąb zwierzeń, kobiecych szeptów, przytuleń, romantycznych wcieleń. Są tylko palce, wirujące jak w pralce, okręcające żołądź, uwijające się nad prąciem, wymasowujące soki, spermę, pustkę pozostałą po pozostałości prawdziwej miłości.


Advertisements
  1. Pierwszy! 😛
    Fajne teksty i rysunki. Oby tak dalej. Najbardziej podobał mi się ten o pościeli.

  2. Fajna poetyka 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: