polskie centrum bizarro

„Maskaradon” by Jan Maszczyszyn

In Opowiadania on Lipiec 26, 2012 at 6:00 am

Dzisiaj witamy was szczególnie wesoło, bo do naszej bizarro drużyny dołącza nowy, wartościowy zawodnik. I to z daleka, bo z rozgrzanej słońcem Australii! Jan Maszczyszyn w latach osiemdziesiątych dał się poznać jako aktywny pisarz fantastyki naukowej, publikując swe teksty w czasopismach i antologiach, a obecnie wraca na pisarską scenę po dłuższej nieobecności.

Jan Maszczyszyn specjalizuje się w mrocznych, wydziwaczonych wizjach „zepsutej” przyszłości – i choć zawsze hołduje estetyce science fiction, to dzięki niezwykłej wyobraźni i szokującym pomysłom jego teksty to także bizarro fiction wysokiej klasy.

Przekonajcie się zresztą sami. Lubiliście się jako dzieci zakradać w różne ciekawe, zakazane miejsca? Dzięki opowiadaniu „Maskaradon” dowiecie się, że może to mieć daleko idące konsekwencje. I można przy okazji poznać przykrą prawdę o sobie samym.

h

„Maskaradon”

h

Lauren skończyła dopiero osiem lat, a już dopadła ją zaraźliwa, kobieca autoreklama. Wypinała dumnie piersi. Wydymała lekceważąco usta. Wypuszczała te swoje przeciągłe, lepkie spojrzenia, od których Darenowi pociły się dłonie.

– Mama mówi, że Roger Downdropp jest transwestytą. – Na jej buzi pojawiały się małe dołeczki za każdym razem, kiedy wypowiadała to słowo.

– Moja mówi, że jest seryjnym mordercą – oświadczył Marley z Thronthon Street. Największy piegus w okolicy. W jego oczach zawsze paliły się aroganckie ogniki.

– To dlaczego Downdropp stoi zawsze pod latarnią, jak dziwka? – zapytała. Miała jeszcze na szyi kawał sznura, na którym wczoraj usiłowała się powiesić razem z lalką. Tylko dlatego, że jej Betty złamała plastykową nogę.

– On tam czeka na doręczyciela gazety…

– Wygina się i kręci tyłkiem!

– Wcale nie. Stoi sztywno i pali fajkę. Nie wiesz, jakie rzeczy potrafi robić z ciałem człowieka przedwieczorna mgła?

– Chyba pije mleko. Ma białego wąsa.

– To krem opalający.

– Powariowaliście. Przecież poranny chłód mrozi mu oddech.

– To dlatego ma skrwawione kąciki ust?

– Pił kompot z wiśni.

– Chyba barszcz z durnia!

– Jesteś okropna.

– A ty jesteś rudy! – Skrzywiła w niesmaku usta.

Przeczekali tę codzienną, rutynową grzebaninę Rogera Downdroppa.

Ruszył wreszcie i złociste, kropkowane zagubionymi insektami snopy światła zlizały niskie zabudowania, pub i przedszkole. Hałas silnika potoczył się w dół ulicy. Pozostali sami.

– Myślisz, że ktoś na niego czeka w domu?

– Ma tylko nieruchomą rybkę w słoiku.

– Idziemy?

– No pewnie…

– Boisz się?

– Na pewno nie. Co może mnie spotkać w rzeźniczym sklepie?

– Nie bez powodu jest sławny w całej okolicy.

– Bo to jedyny tutaj sklep mięsny. Ciotka mówiła, że zjadła ostatnio dziwnie wyglądające  świńskie nogi…

– Dla niej nawet dziwnie wygląda jej rodzony syn.

Wolnym krokiem podeszli pod same drzwi. Były dokładnie zamknięte. Szybę pokrywała od wewnątrz gruba warstwa tłuszczu, jakby ktoś próbował ją czyścić kostką smalcu.

– Pusto. Wejdziemy od zaplecza.

Wąskim zaułkiem dostali się na tyły sklepu. Jak zwykle było tu uchylone okienko do małej, śmierdzącej toalety.

– Lauren, jesteś najzgrabniejsza z nas. Wchodź. – Chłopcy wymienili uśmiechy. Mieli nadzieję, że zaklinuje okno, wtedy mogliby ją wymacać do woli. Jednak po chwili skrzywili się z niesmakiem.

Dziewczynka miała zniechęcające, poplamione malinami majtki w zielone groszki.

Ledwo się przecisnęła, a już w chłodnym mroku rozległ się dźwięk odsuwanej zasuwy. W otwartych drzwiach zamajaczyła jej postać.

– Na co czekacie? Pakujcie się do środka.

Pokój był niewielki. Zaledwie dostosowany do zawartości, to jest starego krzesła z wyrwanym oparciem, półki na buty i szafki na ubrania. Śmierdziało zakrzepłą krwią.

– Ubranie rzeźnicze musi być strasznie ciężkie do wyprania. Ile proszku, mydła czy darcia aż do bolesnych pęknięć skóry? – zastanawiały się dzieci, patrząc na rząd nieruchomych, sztywnych od czerwieni fartuchów.

– Kurwa, ale  w tym bólu… –  Daren pokręcił z niedowierzaniem głową. – Zawsze kiedy patrzę na rosół nie chce mi się wierzyć, że to gorące popłuczyny z czyjegoś organizmu.

– Ja tam lubię taką obciekającą tłuszczem marchewkę.

– Czy śliski makaron, pachnący wołowiną… – W głębi oczu Lauren czaiła się kpina. – Chodzi o to, że marchewka nie ma w sobie tłuszczu, tylko sok, Marley.

– To dlaczego jest czerwona? Krwawi. Przecież sok spełnia w roślinie tę samą rolę transportu niezbędnych organizmowi komponentów do metabolizmu.

– Ale marchewka nie żre rosołu i nie zabija zwierząt.

– I nie ma wyrzutów sumienia.

Marley nacisnął klamkę. Weszli do ciemnego pokoju wypełnionego rzędami metalowych stołów. Błysnęło światło. Potem neonówka, skwiercząc przez chwilę łapała oddech aż do pełnego blasku. Wreszcie łagodny blask zalał srebrne blaty. Jakaś przestraszona ćma przeleciała i rozbiła się w ciemnym rogu.

– Erhatia Platinia – wyszeptał ktoś trudną nazwę. – Dead…

– Co jest za tymi metalowymi drzwiami?

– Haki, mnóstwo haków z nanizanym mięsem.

Marley otworzył ostrożnie kolejne drzwi. Daren pomógł mu odepchnąć je aż pod ścianę.

– Jakoś zaśmierdziało trupem? – Prawie zapytał.

– Takie zwykłe, martwe mięso. Po prostu gnije po śmierci. Trzeba szybko zagotować bądź upiec.

– I błyskawicznie zeżreć. – Lauren stwierdziła z przerażającym mlaskaniem. Wydawało się przez moment, że jej usta wypełniają ostre zęby drapieżcy.

Podeszli do stołu. Leżała tam wielka piła. Daren odnalazł przycisk pod stołem. Zastartowała z dzikim kopnięciem całej ramy. Wydała z siebie rzężący dźwięk i powiało od niej zimnem śmierci. Odnaleźli po chwili kawałek świńskiej nogi i wrzucili ostrzu na pożarcie. Upadł nierówno, drzazgi kości i mięsa pofrunęły wokół jak rozchlapana zupa.

– Trochę uważaj na przyszłość – rzuciła obrażonym tonem Lauren. Wycierała oko. Na jej dłoni pozostał ślad po świńskiej krwi.

Nagle z  rogu pokoju doszedł gwałtowny hałas i odgłosy dzikiej szamotaniny. Daren dopadł  trzęsącego się ze strachu małego prosiaczka. Dzieci podbiegły jednocześnie i z radosnym wrzaskiem pociągnęły zwierzę za nogi. Prosiak wydarł się chrypiącym piskiem. Dziko wierzgnął i kłapnął małym pyskiem. Dzieci jak szybko go złapały, tak szybko puściły. Odskoczyły pod ścianę.

– No to teraz skurwiel nam nie ucieknie.

– Będzie miał zabawę do rana. –  Marley wolno popchnął drzwi i zatrzasnął z mściwym uśmiechem.

Reszta stała przez chwilę w milczeniu przełykając ślinę.

– Mama miała rację… – zaczęła Lauren.

– No, nie całkiem. – odburknął Daren.

– Nogi ma normalne, świńskie – dodał Marley.

– A uszy?

– Uszy i pysk przypominają mi panią Urshows z Treadwell Road.

– Tobie wszystko przypomina panią Urshows z Treadwell Road. Ojciec mówi, że ta stara wiedźma ma twarz jak zmiętolone po seksie prześcieradło – powiedział Daren. Nikt z nich nie miał pojęcia jak wygląda takie prześcieradło, ale wypadało zgodzić się w milczeniu. – Tymczasem pysk tego prosiaka jest gładki i niemal piękny. Zresztą to podobieństwo z każdą chwilą się zmniejsza.

Prosiak przemknął pod długim stołem i próbował zagrzebać się pod jakiś porzucony w rogu pokrowiec. Chrząkał przy tym i prychał. Podbiegli i złapali go zgodnym, drapieżnym ruchem. Wydał z siebie niemal ludzki, błagający wrzask.

– Spójrz. Ta ludzka gęba ma pozostałości owłosienia na czole.

– Zobacz te bokobrody. To na pewno nie jest pani Urshows – Lauren parsknęła szczebiotliwym śmiechem. – Daję głowę, że Donwdropp używa sobie ze zwierzątkami, zanim je zabije.

– Myślisz, że rżnie świnki?

– Tak chodliwy towar kosmetyczny jak maska protetyczna kosztuje majątek. To jest dobre dla damulek z telewizyjnego beama, a nie żeby zapinać je na świński ryj i przyglądać się inwersji ludzkiego cierpienia.

– Niektórzy zapłacą za ten widok krocie.

– Ale on jest tylko biednym rzeźnikiem w naszej zapchlonej dziurze i nie ma tu bogatej widowni.

– Może to nagrywa i sprzedaje video pliki w necie? – rozejrzeli się bacznie wokół.

– A może je ukradł?

– Albo sam opanował technologię ich wytwarzania?

– No dobra. Szukajmy.

– Ale co zrobimy z prosiaczkiem?

– Głupie pytanie… Na szafot z nim!

Wrzask zwierzęcia i jednoczesny pisk maszyny niemal je ogłuszyły. Przez kilka minut wycierały krew z twarzy. Mimo to poprzez czerwień już przezierał dziecięcy uśmiech.

To, czego szukały leżało w rogu przestronnej szafy.

W wielkiej kryształowej skrzyni mieściło się kilkanaście masek. Nie posiadały formy. Wyglądały raczej jak dopiero co złowione przeźroczyste meduzy, bez kolorowej skazy wewnętrznych organów. Mogły też przypominać pocięte kawałki świątecznej galarety, z której ktoś wyjadł kawałki mięsa i cierpliwie zlizał tłuszcz.

Marley wybrał pierwszą z brzegu. Wylewała mu się z rąk. Zasyczał z bólu. Przedmiot parzył jakby rzeczywiście był żywą, ruchliwą istotą.

– Gorąca? – zapytał Daren.

– Sam zobacz..

– W życiu bym sobie tego nie założyła na twarz – rzuciła Lauren z obrzydzeniem. Była zdezorientowana. Sytuacja powoli wymykała się z jej rąk.

– Mówisz jak moja mama. Ale kiedy dostała pierwszych zmarszczek, sama prosiła ojca o taką protezę twarzy. Robi z ciebie piękność w mgnieniu oka. I wyglądasz każdego dnia inaczej. Wystylizowana na celebrytkę nawet w sraczu.

– Chcesz spróbować? – Marley miał to coś już na twarzy i jego głos zdawał się mocno przytłumiony.

– Nie, nie.

Chłopcy zamilkli. Okropnie zesztywnieli. Maska wyciekała i lała się wzdłuż ciała, sięgając butów. Ciągnęło ich pod ścianę, gdzie z trudem pochwycili na nowo równowagę.

– Ej tam? Wszystko ok? – pytała Lauren, bojąc się ich nawet dotknąć. Szklista masa rozlała się po ich ciałach, topiąc ubrania. Zaskwierczały buty, a sznurówki, paląc się, pełzły po podłodze jak oszalałe robaki.

Drzwi frontowe uderzyły z głośnym łoskotem o metalową futrynę. Światło zadrgało przerażone. Przemknęły wydłużone cienie i groźne, szurające kroki przyniosły ze sobą zwalistą postać. Był to Roger Downdrop, rzeźnik. Miał na sobie różową sukienkę i jaskrawy błyszczyk na ustach. Włosy przyprószone śniegiem z zamrażarki, który topił mu się na czole.

– A ty mała, dlaczego się nie przebierasz? – zapytał ze szczególnie złośliwym uśmiechem.

Lauren nie odpowiadała. Cofała się w kierunku najbliższego stołu, depcząc jeszcze ciepłe kawałki prosiaka.

– Załóż maseczkę – zachęcił chropawym tonem. – Zrobi z twego ciałka ładną świnkę. A ja lubię małe świnki.

– Jest pan zboczonym wieprzem, panie Downdropp!

– To tylko rzeźnia. – Downdropp pochylił się nad nią i powiedział. – Ale rzeźnia nadzwyczajna, współczesna – oznajmił z akcentem na ostatnie słowo. Uśmiechnął się wyrozumiale, chwytając błyskawicznie jej małą rączkę. – Tutaj schodzą się bezdzietni małżonkowie. Przynoszą różne dziwne zwierzątka i proszą, błagają o ludzkie maski. Nie takie skąpe, zmieniające tylko twarz, ale kompleksowe z Darwin Port, wyposażone w elektroniczny wyłamywacz kodu genetycznego. To odpowiedzialny sprzęt. Dokonuje metamorfozy zewnętrznych warstw ciała. Armia zamawia u mnie pokrowce dla wojska. Przebierają za żołnierzy świnie. I tak poszłyby na rzeź…

Milczała, przełykając ślinę.

– Wiesz? Lubię przebierać słonie w ogrodzie zoologicznym na peryferiach Dubbo. W ludzkiej skórze mają świetne poczucie humoru. Bawią się publicznie trąbami – zażartował. Wątpił, aby małolata wiedziała o czym mówi. Przyciągnął ją do siebie.

Poczuła jego oddech, zimne spojrzenie, zbliżające się dłonie  i zamarła z przerażenia.

– I byli tu po ciebie przed laty. Twój tatko przyniósł domowego zwierzaka. Preferował blondyneczki, figlarne, z małą pupcią. Jednak twoja matka przekonała go do szatynki, chudej i niezgrabnej szczapy. Wykłóciła się o ciebie. – Pogładził jej czoło w zamyśleniu. – Wyrosłaś w tej ludzkiej powłoce na jeszcze brzydszą i grubszą.

– To nieprawda – jęknęła, kiedy ucałował jej czoło.

– Wszyscy w Sheparthon lubią kilkukilogramowe dzieci. Przyprowadzają je z powrotem, kiedy dorosną i nabiorą tuszy.

– Pan kłamie… – zaszlochała.

– A w zeszłym tygodniu? Byłaś tutaj z mamusią, pamiętasz? – Wydął wargi z pogardą. -Mówiła, że ma cię dość z powodu rozbitej lampy. Czyż nie tak?

– Rozbiłam tylko klosz – odparła z płaczem.

– Lauren, nie jesteś już malutką dziewczynką. Uwierz mi. Masz swoją masę ciała. Tęga jesteś. Piegowata od słońca. Takie jak ty wiesza się na sklepowych hakach. A twojej mamusi dostarczyłem dzisiaj rano pokrowiec malutkiego bobasa. Idealnie spasował na waszego pieska. Rumpie jest dużo ładniejszy, lżejszy i na pewno lepiej wychowany niż taki dachowiec jak ty.

– Pan kłamie! – Rozpłakała się na dobre w jego tężejącym uścisku.

– Wiedziałem, że wrócisz. – Przewrócił ją i przycisnął do podłogi. – Że wszyscy  któregoś dnia powrócicie.

Zapięcie ludzkiej maski na piersi dziewczynki nagle się zacięło, powodując powstanie niewielkiego otworu w okolicach podbrzusza. Pod spodem zalśniło mokre futro kota. Downdropp poszukał wzrokiem tasaka.

h
h
Reklamy
  1. Dobre czytanie. 🙂

  2. Dziwne i dobre 🙂

  3. To się kocisko doigrało 😉

  4. Dowalone w kosmos

  5. Fajne, bardzo mi się podoba 🙂

  6. Wyobraźnia autora – szalona! 🙂 Wizja świata straszna, ale mi się bardzo podobało!

  7. Zaczęłam się zastanawiać, jakim zwierzątkiem był chłopiec, który lubił marchewkę. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: