polskie centrum bizarro

„Owoce wiosny” by Michał Stonawski

In Opowiadania on Sierpień 1, 2012 at 6:00 am

Niedobroliterkowy Paskud dwoi i się i troi (co samo w sobie jest groźne dla rozwoju życia na Planecie Ziemia), aby dostarczać Wam ciekawe i jeszcze ciekawsze teksty bizarrowe. Śpieszymy donieść, że odniósł właśnie kolejny sukces. Gryząc, drapiąc i opowiadając sprośne dowcipy o politykach wywalczył świetny tekścik Michała Stonawskiego, noszący jakże dźwięczny tytuł „Owoce wiosny”. Nie mylić z owcami. Nie, żeby owce miały większy sens…

Zapraszamy do lektury.

„Owoce wiosny”

Basi,
dziękując za iskrzenie w mózgu.

 — 

Były wspaniałe. Podskakiwały w zabawnym tańcu, w rytm podmuchów wiatru, śmiejąc się przy tym radośnie. Wiek dojrzewania miały jeszcze przed sobą, ale już sprawiały, że czuł się dumny.

Stał na werandzie, oparty o drewniany słup podtrzymujący rozlatujący się daszek. Myśląc o tym, że tej wiosny wypadałoby go zreperować, jak zawsze przed pracą, ćmił fajkę. Coraz silniejszy wiatr porywał ze sobą kłęby aromatycznego dymu, unosząc je w stronę niedalekich zabudowań miasta. Niby nowe przepisy społeczności ogródków działkowych zabraniały palenia na ich terenie, ale miał to gdzieś. Nikt nie będzie mu mówił, co ma robić na własnym kawałku ziemi. Zresztą, nikt prawie już nie zaglądał do tego kąta. Wszystkie okoliczne działki zarosły krzakami.

Fajka dopaliła się, a on – starym zwyczajem – stuknął parę razy jej kominem o obcas buta i splunął na trawę. Poprawił krawat i przyjrzał się krytycznie małemu, ale wyraźnie rosnącemu brzuchowi pod koszulą. Z nim też trzeba będzie coś zrobić na wiosnę. Zdrowa dieta i ćwiczenia.

Spojrzał na zegarek. Było dziesięć po siódmej rano.

– No, muszę już iść do pracy! – zawołał. – Bawcie się dobrze i nie narozrabiajcie!

Skinęły mu grzecznie głowami i wróciły do zabawy.

Dobre dzieci. Nigdy go nie zawiodły. Był z nich dumny.

***

Tak słoneczny dzień mógł wydawać się miły tylko na terenach zielonych. W mieście przerodził się w koszmar. Wśród grubych, nagrzanych murów, natłoku gorących samochodów i prawie już płynnego asfaltu temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni. Piekło na ziemi. Nie pomogła klimatyzacja (prawdopodobnie się po prostu zepsuła), ani otwarte okna. Szybko poczuł, jak koszula przylepia mu się do pleców. Sytuacji nie polepszały też światła, co chwilę zatrzymując go na czerwonym.

Na szczęście miejsce, gdzie pracował, było niedaleko. Szary budynek szpitala opierał się o ścianę jednej z kamienic w śródmieściu. Z ulgą zaparkował i schował się w jego cieniu.

Z prawdziwą tęsknotą pomyślał o ulubionym w porze wiosennych upałów przysmaku; zimnych, pełnych ożywczego soku truskawkach. Tego mu było trzeba. Bez śmietany, oczywiście. Należy stosować się do diety.

– Adam! – zawołał na jego widok jeden z przechodzących korytarzem lekarzy. – Masz chwilkę? Zerknąłbyś na kartę mojej pacjentki. Potrzebuję konsultacji w sprawie…

Nowoprzybyły odgonił go gestem ręki.

– Później. Przyjdź do mnie za… – popatrzył na tarczę zegarka – cztery godziny. Spieszę się na zabieg, a już jestem spóźniony.

– W porządku. Kolejna do aborcji?

Adam skinął głową.

– Ofiara gwałtu. Powiedziała, że nie życzy sobie niczego, co należy do gwałciciela. Choć potem stwierdziła, że to wszystko jej ciało. I weź tu zrozum kobiety…

Drugi lekarz parsknął śmiechem i oddalił się, machając ręką na pożegnanie. Adam przyspieszył kroku.

Po przejechaniu windą na drugie piętro dotarł do swojego gabinetu. Tam szybko przebrał się w kitel i udał do łazienki. Myjąc ręce znów myślał o truskawkach. Wydało mu się, że wżerają mu się w mózg, próbując powiedzieć coś bardzo ważnego. W brzuchu zaburczało. Nie, żadnych batoników. Dieta.

Pokój zabiegowy mieścił się na końcu korytarza. Pacjentka powinna już tam być, przygotowywana do usunięcia ciąży przez pielęgniarki. Nie był z tych, co w jakiś sposób oceniają tego typu sytuacje. Odkąd pod naciskiem grup feministycznych aborcja stała się dopuszczalna, traktował to jak zwykłą pracę. A ponieważ przynosiła znaczne korzyści, nie zastanawiał się zbytnio nad jej wymiarem moralnym.

Znów zaburczało mu w brzuchu. Truskawki. Westchnął. W przerwie kupi sobie jednego batona. Rygorystyczna dieta od jutra. W końcu do zmian trzeba przygotowywać organizm powoli, prawda?

***

Pacjentką była na oko dwudziestoparoletnia kobieta o bladej cerze i długich brązowych włosach związanych teraz w kucyk. Anestezjolog grzebał przy jej rozszerzonych, nagich nogach, podając miejscowe znieczulenie. Z drugiej strony jedna z pielęgniarek kończyła właśnie usuwanie ostatnich włosów łonowych, także koloru brązowego.

Sądząc po bledszej niż zazwyczaj twarzy, kobieta na krześle, miała zwykłą w takich sytuacjach nerwówkę. Podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu.

– Pani Aniu, wszystko będzie dobrze. Rachu-ciachu i po problemie, obiecuję.

Nie wyglądała, jakby jego obietnica ją przekonała, ale kiwnęła głową.

– Muszę zadać regulaminowe pytanie – kontynuował. – Czy jest pani w stu procentach pewna, że chce usunąć owoc swego łona…?

– Tak – odparła słabo.

– No to zaczynamy. Za chwilę będzie mogła pani opuścić ten gabinet.

Szybko naciągnął na dłonie gumowe rękawiczki. Usiadł na stołku przez rozkraczonymi nogami kobiety i popatrzył na pielęgniarki stojące po obu stronach. Jedna z nich trzymała w dłoniach strzykawkę z bardzo długą igłą. Zawierała w sobie truciznę, ułatwiającą mu zadanie.

– No, na co pani czeka, pani Beatko? – zagadnął. – Do roboty!

Kiedy pochylał się nad łonem pacjentki, jego kształt przypomniał mu truskawkę. Znów poczuł znajome ukłucie głodu w żołądku. Rozpoczynając zabieg, obiecał sobie, że przywiezie ze sobą na działkę dużą ilość czerwonych, soczystych owoców. Dla siebie i dla dzieciaków. Na pewno się ucieszą.

***

Był już wieczór. Słońce zachodziło, podświetlając chmury na czerwono. Stary opel zatrzymał się przed bramką do ogródków działkowych. Adam wysiadł, przeszedł na tył samochodu i otworzył klapę do bagażnika. Wyjął czarny, dosyć ciężki z wyglądu worek i mały, piknikowy koszyk z zamykaną pokrywą. Worek zarzucił na plecy, jedną ręką zamknął bagażnik i podniósł koszyk. Pogwizdując, ruszył polną dróżką wśród całkowicie zarośniętych ogródków. Pensja lekarza pozwoliła mu wykupić je wszystkie, prócz tych przy samym skraju drogi, gdzie jeszcze przyjeżdżało kilkoro staruszków.

Pozwolił, by tereny zarosły. Lubił prywatność. W małym prostokącie własnej działki urządził sobie osobistą kryjówkę przed światem, mały raj w środku miasta, gdzie mógł mieszkać i uprawiać grządki, kiedy tylko było ciepło. Dzieciaki uwielbiały to miejsce. Chętnie urywały się z pełnego spalin urbanistycznego piekła, niezdrowo – zdaniem Adama – wpływających na ich cerę. Rozpieszczał je, miał tego świadomość. Odkąd jego żona odeszła, zostały mu jedynie one, bez nich byłby bardzo samotnym człowiekiem. To chyba tylko dla ich radosnych śmiechów i rumianych twarzyczek jeszcze żył.

Dotarł w końcu do swojej działeczki. Prawie od razu, zdejmując krawat, wszedł na werandę. Dzieci powitały go radosnymi okrzykami. Dzień pełen zabawy dobrze im zrobił. Adam po raz kolejny zdziwił się, jak szybko niektóre z nich rosną. Dosłownie, jak na drożdżach. Nie lubił ich zostawiać. To prawda, starsze opiekowały się młodszymi, a cała rozbrykana gromadka była nad podziw odpowiedzialna, ale i tak zawsze się martwił.

– Mam dla was niespodziankę – powiedział. – Co powiecie na przepyszne truskawki z cukrem?

Odpowiedziały mu wiwaty. Podobnie jak on, dzieciaki uwielbiały owoce.

Otworzył koszyk. Wyjął z niego dwie paczki cukru i tytoń do fajki. Z czarnego worka wydobył soczysty, chłodnawy i niezwykle aromatyczny owoc. Sok dosłownie wyciekał, kiedy się lekko nacisnęło. Miał dzisiaj szczęście. Obfite zbiory.

Szybkim ruchem ukręcił górną część i odrzucił ją w krzaki. Resztę posypał cukrem i ugryzł. Sok pociekł mu po podbródku, plamiąc koszulęe. Twardsze części zachrzęściły w zębach. Cześć truskawki podrygiwała w rytm szybkich kęsów.

Dzieci ucieszyły się na ten widok. Kołysały się łagodnie na wietrze, niektóre wystawiając ku niemu swoje maleńkie, rumiane buźki. Inne były jeszcze zielone, lecz niedługo miały przynieść mu dumę. Wiedział o tym, siał je co roku od ładnych ośmiu lat, od kiedy odeszła jego żona.

Wyraźnie słyszał ich radosne, zachęcające do dalszej uczty, śmiechy.

Advertisements
  1. Piękny kawałek tekściku, ale należy sobie w związku z nim zadać jedno kluczowe pytanie: czy taki rodzaj uprawy jest zgodny z normami unijnymi? 😉

  2. A jeśli tak, to czy przysługuje dofinansowanie 😉

  3. […] Dalszy ciąg oczywiście na NIEDOBRYCH LITERKACH […]

  4. Człowiek się napisał, a tutaj tematy polityczne pod tekstem, chlip, chlip 😛
    (osobiście myślę, że tu dofinansowanie załatwiłyby feministki ^^)

  5. Bo z feministkami jest tak… ciach, ciach! (cenzura)

  6. Ja zaś myśle, że pedo-księża i inni zwyrodnialcy bardzo chętnie taki projekt by poparli. Przestroga dla piszących: z genialnymi pomysłami jest jak z prochem – coś wymyślisz i nigdy nie wiesz, czy jakiś szajbus nie wykorzysta ;P

    • Albo, czy to już nie zostało zrobione. I skąd to się wzięło w głowie 😛
      Niebezpieczne myśli ^^

  7. No, no. Takie rzeczy się zdarzają. Pisanina to niebezpieczna broń. Gdy Goethe wydawał „Cierpienia młodego Wertera” pewnie nie zakładał, że przyczyni się tym do śmierci setek Niemców, którzy na fali zauroczenia jego bohaterem zaczęli masowo popełniać romantyczne samobójstwa. You have been warned. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: