polskie centrum bizarro

„Burdolspicjum” czyli dawka seksualnych horrorów od Jana Maszczyszyna

In Opowiadania on Sierpień 21, 2012 at 6:00 am

Podobają się wam teksty Jana Maszczyszyna? Ufamy, że tak i dlatego z przyjemnością prezentujemy kolejny pakiet króciaków od tego autora.

W tekstach Jana Maszczyszyna mamy zwykle do czynienia z obłąkaną przeszłością, w której znajdziemy groteskową technologie i jeszcze bardziej złowieszczo wykrzywione postaci. Poniższe teksty łączy zaś jeden motyw – sfera seksualna. W świecie żądzy i dziwnych upodobań znajdziemy wiele koszmarów, ale takiej wizji erotycznych horrorów jak w prezentowanych dziś opowiadaniach na pewno jeszcze nikt nie wyśnił.

Zanurzcie się więc w dziwny świat problemów z płodnością, niegrzecznych zabawek i szpitali, w których przebywanie jest torturą.

h

„Burdolspicjum”

h

Leżałem w tym łóżku już od tygodnia. Bolały mnie plecy i oczywiście łydki rozcięte z boku od kostki aż po same kolana. W materacu potężne wgniecenie. Nie w centralnej części, ale nieco z boku. Jakby ktoś położył na nim słonia i unieruchomił na miesiąc, by wyrzeźbić niewygodny dół. Dodatkowo śmierdział on czymś przypominającym, nie wiedzieć czemu, smród obierków od kartofli. Może dlatego, że cały ten szpital przepełniał zapach gotowanych jarzyn, których nienawidziłem od wczesnego dzieciństwa. Pierwszego dnia podali mi do obiadu kompot z brukselki. Pielęgniarka nakłoniła mnie, abym skosztował tego świństwa. Przekonała, że w środku znajdę nadzienie z czekoladą. Zagryzłem i usta wypełnił mi mdły smak oleju. Zielona maź wyciekła z ust, spłynęła po brodzie na szyję.

Pielęgniarka roześmiała się głośno i wyszła, pozostawiając mnie samego w pokoju, wypełnionym mdłym, czerwonym światłem i brzęczeniem much przy dalekim suficie. Dopiero wczoraj zdałem sobie sprawę, że od początku nie widziałem tu lekarza. Była tylko ona. Wiecznie zaganiana i strofująca. Wielkie, grube babsko ze śmierdzącymi majtkami na dupsku, roznegliżowana bezwstydnie na każdym kroku. O piersiach nie wspomnę. Jedną miała wyraźnie mniejszą i kiedy o tym napomknąłem, niby w złośliwym żarcie, ostrzegła żebym się nie dopierdalał.

–  Panie Davidzie Groover, proszę nie wtykać nosa w nie swoje brudy. Niech pan łaskawie przyjmie do wiadomości, że aktualnie zbieram kasę na drugiego silikonowego implanta. I sza… –  Przyłożyła swój gruby paluch do wyszminkowanych ust. – Jak sobie zrobię, to się pochwalę.

Sąsiad obok mówił coś zupełnie innego. Opowiadał o jej romansie z doktorem. To on, miesiąc temu, podczas karkołomnych, seksualnych harców zassał się do piersi tak niefortunnie, że sutek pękł i pozostawił strzępy silikonu w ustach kochanka. Sąsiad nie wątpił, że facet źle skończył. Najprawdopodobniej zastrzelony przez to babsko i pogrzebany pod przypadkowym śmietnikiem.

Cały ten szpital był dziwny. Trafiłem tu po wypadku samochodowym. Do dziś nie mogłem zrozumieć jak do niego doszło. To była dobra droga. Prosta, bez wybojów, ciągnąca się pomiędzy pastwiskami a terenem golfowym Growling Frog. Pamiętam, że przejechałem przejazd kolejowy, ten obok pubu w Donybrook, i ruszyłem w kierunku gór, potem dalej w stronę Kinglake. Słyszałem niepokojący odgłos, dochodzący od strony zawieszenia kół, jednak nie przywiązywałem do tego zbytniej wagi. Zawsze coś trzeszczało i zgrzytało pod spodem. W okolicach sektora przemysłowego Whitlesea, gdzie roiło się od małych burdeli, zgubiłem pierwsze śruby. Pękły osie? Zgubiłem blok silnika? Dziecko przebiegło drogę? Nie pamiętam jak znalazłem się w rozbitym sklepie. Nigdy nie przypuszczałbym, że pomiędzy tymi wszystkimi domami rozpusty ktoś zbuduje szpital, gdzie znalazło się dla mnie miejsce.

– Obiad, David. – Postawiła przede mną ten sam zestaw, co wczoraj. Tyle, że tym razem w garnku. – Kucharce nie chciało się dzisiaj myć talerzy – wyjaśniła pielęgniarka, dzieląc się szerokim uśmiechem. – Jeszcze zatęsknisz do dobrej kuchni – dodała, widząc mój niesmak.

–  Co z moją raną? – zapytałem, szukając instynktownie widelca.

–  Poprawia się, nie widzisz?

– Chcę rozmawiać z doktorem. Gdzie jest moja komórka i moje rzeczy? Jak długo mam kręcić się po tym pożal się Boże szpitalu nagi, w brudnym prześcieradle na grzbiecie?

Niemal przepołowiła mnie wzrokiem.

– Nakarmię cię dzisiaj – stwierdziła, siłą sadzając mnie na łóżku.

– Jestem na tyle silny, że wykarmię się sam. Tylko daj mi cholerny widelec!

Walnęła mnie z całej siły w kark, tak, że zostałem w przygarbionej pozycji całe popołudnie. Wepchnęła we mnie ziemniaczane purée z makiem i masłem. Kurwa! Nigdy w życiu nie jadłem takiego zestawu. Kłuła mnie widelcem w język i w wargi. A na deser zaserwowała mi gotowaną marchewkę nadziewaną czekoladą, którą dla jej widzimisię miałem sobie sam wepchać w całości do ust i dopiero wtedy zagryźć. Patrzyła z nieśmiałym uśmiechem na moje frykcyjne ruchy ręki w tym samokarmieniu. Krztusiłem się i dusiłem, bo marchewka wypełniała mi całe gardło, ale już wtedy czułem się nieswojo. Płynna czekolada parzyła mi przełyk, spływając wprost do żołądka. Zaczynałem się bać tej kobiety. Jej grubych ramion i wiecznie wydętych warg. Przecież byłem coraz słabszy. Ledwo potrafiłem utrzymać bolącą głowę. A o wstawaniu czy swobodnym chodzeniu nie było mowy. Słuchałem posłusznie wszystkich poleceń wiedźmy. Bałem się, że jej pięść wyląduje w moim kroku jak przydarzyło się to poprzedniego dnia sąsiadowi. Opatrzyła mu fiuta grubym plastrem, żeby musiał ją prosić o pomoc w sikaniu. Nie mogłem patrzeć jak odlepia to świństwo i stary ryczy z bólu.

Następnego dnia, nie wiadomo dlaczego, podeszła do łóżka z pełną kaczką i odwinęła bandaże z moich łydek. Rany nadal były szeroko otwarte, ale już nie krwawiły.

– No, i lepiej to wygląda – powiedziała. – Na brzegu ropiejącej skóry zrobimy teraz nacięcia… – dodała, wyciągając z kieszeni mały lancet. – O tak.

Krwawiące kreski wyglądały okropnie. Z trudem panowałem nad bólem. Przez chwilę manipulowała narzędziem po przeciwnej stronie rany. Dopiero teraz zauważyłem sterczące na brzegu skóry tajemnicze, posiniałe grudy. Przeraziłem się nie na żarty.

– Panie Groover, zachowuje się pan jak nie przymierzając prawiczek – wyśmiała mnie pielęgniarka. – Taki duży chłoptaś, z wielkim ptakiem, a boi się własnego ciała.

– Co to jest? – wyjąkałem pytanie, głośno przełykając ślinę.

Zamiast odpowiedzi przełożyła jedną z grud przez naciętą dziurę. Szarpnęła. Trzymało mocno.

– Guziki. Nie znam się za bardzo na zszywaniu. Ten sposób najbardziej mi odpowiada.

Po czym zapięła ranę aż po same kolano.

– Przecież to absurdalne. Skąd wzięły się te wyrastające z ciała twarde grudy?

– Proszę pana, już od dawna medycyna wykorzystuje do tego celu nowotwory. Wszczepiłam je strzykawką. Widać dawno nie był pan w szpitalu.

– To jest szpital, kurwa?

– Odkąd ludzie nie chorują, nie ma już wielkich, nieekonomicznych molochów szpitalnych.  Nie wiem jakim cudem w ogóle doszło do wypadku z udziałem pańskiego młodego organizmu. Uszkodzenie ciała jest niemal niemożliwe. Nasza placówka powstała przy sieci lokalnych burdeli. W dzisiejszych czasach tylko te instytucje dbają jeszcze o ciało drugiego człowieka.

h

„Fiutland”

h

Tego dnia otworzyłem drzwi, już kompletnie wyprowadzony z równowagi. Obie prostytutki na mój widok przestały się masturbować. Podbiegły, kołysząc piersiami, pod sam próg domu.

– Miłe panie – zacząłem. – Moje dzieci patrzą na was. Teściowa utyskuje. Wszyscy mnie pytają, a ja gubię się i nie potrafię udzielić żadnej sensownej odpowiedzi. Dlaczego to robicie przed moim domem? Do czego służy ten cholerny dancing show? Będziecie tak tu sterczeć w tych niekończących się striptizach i podskakiwać w szpilkach na moich kubłach na śmieci?

– Ależ misiaczku… – Jedna z nich lubieżnie ocierała się o mój goły tors i próbowała za wszelką cenę dosięgnąć krocza. Odtrąciłem nachalną rękę. – Słyszałam o twoich możliwościach jako dawcy.

– Lista mężczyzn z potencją rozrodu spermy jest krótka. Zaledwie kilku na tej całej zasranej planecie.

– To jest tajemnica państwowa. Kto wam powiedział? Nawet moja żona nie wie nic o potencji spermoidalnej – wyjąkałem, zażenowany sytuacją. Ale mile połechtała mnie ta uwaga.

– Właśnie, misiaczku – mruknęła ta z wielkim biustem. – Kopsnij kropelkę materiału rozrodczego samotnym dziwkom…

– Podzielimy się nim sprawiedliwie w północnych dzielnicach – zakręciła się druga. Przyjemnie zapachniała ciałem.

– W bankach spermy są dziesięcioletnie kolejki.

– Rodzin w Strathmore i Essendon nie stać za zakup pojedynczego, sprawnego plemnika – narzekały na przemian.

– I dlatego wysyłają prostytutki na żer? – zapytałem z wahaniem.

– Profesjonalne żebry są w cenie, misiaczku… Nie interesuje nas codzienna herbata, zlana od pożal się Boże mężczyzn podczas aktu. Taki jak ty trafia się jeden na miliard.

Poczułem, jak moje prącie nabrzmiewa. Zajrzałem przez ramię. Za mną, w głębi domu, cicho bawiły się dzieci. Żona była zajęta przy garach, głośno chodził telewizor. W pralni łomotała wirująca pralka.

– No dobra – burknąłem do tej pierwszej. – Ale żeby mi to było ostatni raz. Nie chcę was tu więcej widzieć – mówiłem, wolno cedząc słowa.

Nie odpowiedziały. Pobiegły z pełnymi ustami w dół ulicy, zbierając po drodze rozrzucone rzeczy.

h

„Laluk”

h

– Proszę, wysuń język, Betty… Aaa…

Mężczyzna zaglądał do gardła dziewczynki. Niemal zakrztusiła się pod  wpływem nacisku jego palca na język. Przestał. Zajrzał jeszcze raz do jej ust, przyświecając sobie małą, soloidową latarką. Potem lśniącą pincetą zbierał biały nalot z prawego kącika warg.

– Nic nie widzę, pani Owden.

Matka dziewczynki podniosła się z krzesła, przygarniając do siebie nieodłączną torebkę, i podeszła bliżej. Niecierpliwie zaglądała w rozchylone metalowym rozwieraczem usta dziewczynki.

– Bez wątpienia widziałam coś na dziąsłach i języku. Śmierdziało sokiem z zabawek!

– Wydawało się pani – mówił lekarz. – Może dziecko nażarło się chałwy. Zresztą w wieku czterech lat wpycha się różne świństwa do ust.

– Nie mylę się. Nie przewidziało mi się. Proszę ją szczegółowo zbadać! Szczególnie fałdy na jej udach nie dają mi spać. Mała nie żre aż tyle, aby tak przytyć.

Dziewczynka stała onieśmielona. Wodziła wielkimi, niebieskimi oczyma po twarzach dorosłych.

– Rozbieraj się mała dziwko! – krzyknęła matka. Jej dłonie chorobliwie drżały, jakby sama chciała zedrzeć z małej bieliznę do ostatniej nitki.

– Ależ to małe dziecko. Niech się pani opanuje!

Lekarz pomógł dziecku się rozebrać. Gdy dziewczynka była już goła, skuliła się pod jego świdrującym spojrzeniem. Patrzył na nią jak ojciec podczas jej cosobotnich kąpieli.

– Majtki też – wysyczała matka. – Zdejmuj i tyle. Nikt ci ich nie ukradnie.

Mężczyzna pochylił się i delikatnie wziął dziewczynkę na ręce.

– Położymy cię na kozetce, Betty.

Po chwili gładził lodowatymi dłońmi jej rozpalone od gorączki ciało.

– Od dawna ma temperaturę?

– Od tygodnia.

– O tych fałdach pani mówi? – zapytał lekarz, odnajdując sine, nienaturalnie napęczniałe worki na udach. Matka skinęła w milczeniu głową.

– Mogę to naciąć lancetem?

Mała zerwała się z wrzaskiem. Lekarz z matką natychmiast docisnęli ją do materaca, niemal pozbawiając oddechu i miażdżąc kości.

– Powiem, powiem wszystko – wybuchła płaczem Betty. – To był stary misiek ojca.

– Ten z niebieskimi guzikami zamiast oczu? – zapytała matka z uśmiechem zimnej satysfakcji na krwiście czerwonych ustach. – Mówiłam panu, doktorze, najpierw mój mąż się nim onanizował, a teraz ta mała – stwierdziła, nie czekając na odpowiedź.

– Proszę o cierpliwość, pani Owden – uspokoił lekarz. – Co ci zrobił misiu? – zapytał dziewczynkę, gładząc jej delikatne podbrzusze.

– Zaproponował mi zabawę. Jak Boga kocham, nudziłam się. Lodówka była pusta. W trójwymiarówce chodziły nudy. Widziałam, co robił z tatusiem, więc pomyślałam, że to nic takiego złego… spróbować.

– No, coś podobnego! – histeryzowała matka. – Zatłukę gnoja.

Doktor odciągnął ją na stronę, wyraźnie poirytowany.

– Proszę pani, to nie są żarty. Te misie są niebezpieczne. Producent zawsze dołącza ulotkę z ostrzeżeniem na opakowaniu. Istnieje poważne ryzyko. Taka zabawa z misiem nie prowadzi do ciąży w ludzkim znaczeniu tego słowa. Zabawki kriotyczne nie rozmnażają się jak ludzie. Owszem, podniecone wszczepiają zalążki prionów do organizmu dziecka, ale w ich mniemaniu tylko dla wzmocnienia jego układu odpornościowego. Wie pani… przeziębienia, grypki czy galopujące infekcje. Tylko w wyjątkowo skrajnych przypadkach może dojść do naprawdę nieprawdopodobnej kompatybilności chemicznej. Następuje lawinowa reakcja przemiany i powstaje Laluk, rodzący miot po miocie małe zabawki.

– Wiem z podręcznika historii, że istniały przed wiekami szczepy misia przytulaka, wyposażonego w kloniarkę ludzkich narządów.

– Owszem. Same decydowały o przydatności serca czy mózgu bawiącego się dziecka. Nierzadko dokonywały fachowej wymiany narządów. Po jednej zabawie w klinikę plastyczną nie poznawało się dziecka. – Lekarz pokiwał głową w zadumie.

– Co można zrobić? – zapytała matka, siląc się na spokój.

– Przetestujemy córkę, a na drugi tydzień przyprowadzi pani do mnie męża. Jemu też zrobimy test na Laluka…

Skinęła głową na zgodę. Po chwili zastanowienia doktor naciął skórę na udzie Beaty. Ze środka wypłynęła krew, a za nią wysypały się poczerwieniałe trociny.

h
h
Advertisements
  1. Za mało! Proszę o więcej! Szczególnie ostatnie przypadło mi do gustu (straszne lalki i te sprawy).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: