polskie centrum bizarro

Pokój w pokoju w pokoju czyli międzynarodowy Dzień… Pokoju

In Akcje Literackie, Opowiadania on Wrzesień 1, 2012 at 6:00 am

Dzisiejszy wpis będzie kontynuacją naszej (nie)chlubnej tradycji. Tak jest, proszę Państwa, poniżej znajdziecie cztery teksty, które specjalnie na tę okazję napisali nasi zaufani autorzy. Na prośbę niedobroliterkowego Paskuda ilustracje do nich przygotował niezawodny i niepowtarzalny Tomek Woźniak. Żeby nadmiernie nie przedłużać, zapraszamy do lektury płodów wyobraźni Kazimierz Kyrcza Jr, Grzegorza Gajek, Zeter Zelke i Rafała Christa.

Cóż więcej możemy rzec? Oczywiście jedno: make peace not war. No, chyba że akurat nie.

„Dni pokoju” by Kazimierz Kyrcz Jr

 — 

Pokój był byle jaki. No dobra, tak szczerze, to był mega dziadowski. Z sufitu odklejały się płaty tynku, grożąc środą popielcową przez okrągły rok, boazeria na ścianach trzeszczała, przypominając smutny los Tytanica, a wypaczone klepki podłogi naigrywały się z najdrobniejszego nawet pyłku kurzu, który próbował osiąść na nich bez wzbudzania hałaśliwego echa.

Każdy, dosłownie każdy dzień, wyglądał identycznie jak poprzedni. Nie działo się nic. Absolutnie nic.

To przeklęte miejsce, o którym w geście rzadkiej solidarności zapomnieli bogowie i ludzie, nie nawiedzało nawet robactwo. Ostatni komar, który trafił tu przez przypadek dekadę wcześniej, umarł z głodu, a jego poprzednik – pająk krzyżak – z rozpaczy powiesił się na pajęczynie.

Byłby się biedak ukrzyżował, ale zabrakło mu gwoździ.

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

 —

„Opus magnum” by Grzegorz Gajek

— 

To zdanie, które właśnie czytacie, miało być początkiem wielkiej powieści. Niestety, nie udało mi się jej skończyć, bo umarłem.

Po nim nastąpiłby zapewne taki oto opis mojej osoby i jej otoczenia:

Mały, duszny pokój. W oknach żaluzje: ciemno. Pośrodku biurko.

Za biurkiem trzęsie się żałosna, blada kreatura, trzęsie się, bo wypełnia ją kosmiczna groza na myśl o bluźnierczych słowach, które z jej palców przez klawiaturę mają ścieknąć wprost do protezy-komputera, która odrze je z wszelkiego sensu, pogrążając płodzącą je kreaturę w otchłani groteskowego absurdu, gdzie jedynie pokraczne pingwiny drepczą w te i z powrotem po nieistniejącym nagrobku bełkoczącego boga-idioty, który nie wierzy we własny byt.

Palce kreatury uderzają w klawisze. Na ekranie pojawia się:

To zdanie, które właśnie czytacie, miało być początkiem wielkiej powieści. Niestety, nie udało mi się jej skończyć, bo umarłem.

Pewnie chcielibyście wiedzieć, co takiego się stało, że umarłem.

Obawiam się, że nie mogę tego opisać.

Bo umarłem.

 —

„Życie jest jak podróż, czyli cytrynowa kostka z okiem” by Zeter Zelke

— 

– Gotowa? – zapytał.

Kiwnęła głową, więc zajęli miejsca w cieniu pod dębem. Podniecała ich ciekawość, mieli to zrobić pierwszy raz. Ludzi było wielu, lecz nikt nie zwracał uwagi na parę nastolatków. Kilkanaście metrów dalej trwały przygotowania do parady. Dominowały tandetne dekoracje z kolorowych, plastikowych trójkątów porozwieszanych na postrzępionych nitkach szpagatu. Świąteczną przestrzeń dodatkowo szpeciły poprzylepiane na co drugim słupie i co trzeciej witrynie sklepowej ulotki promujące wydarzenie – podniszczone, wymięte i skomponowane bez gustu.

Chłopak zanurzył rękę w kieszeni jeansów, by po krótkiej szamotaninie wydobyć dwa prostokątne znaczki. Jeden podał dziewczynie.

– Poczekaj! – zawołała. – Pomyśl o czymś.

Uśmiechnął się, zamknął oczy; gałki pod jego powiekami zadrżały, zdradzając jakiegoś rodzaju wysiłek. Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– Nie ociągaj się! Pierwsze, co przychodzi ci na myśl.

– Cytrynowa kostka z okiem.

Roześmiali się. Wsunęli znaczki pod języki, położyli się, zrelaksowali. Chłopak westchnął:

– Życie jest jak podróż…

Pociągiem:

Rzucę tę robotę – myślał maszynista, 58-letni opiekun pary wnuków. – Ćpuny, zasrane kible, śmieci w przedziałach, stłuczone okna, a teraz kibole Śląska.

Koła rozpędzonego pociągu turkotały w sposób, który zawsze go uspokajał. Gdzieś obok, na szosie, pędziła motocyklistka. Widział jej długi, porywany wiatrem warkocz aż ze swojej kabiny. A koła przemykały po łączeniach torów: czu-czu, czu-czu! Czu-czu, czu-czu!

Jestem przepracowany i stary. Czas zająć się wnukami.

Sięgnął do kieszeni, lecz była pusta. Ktoś zostawił na peronie kostkę, więc pomyślał, że weźmie ją dla dzieci. Musiała gdzieś wypaść. Trudno. Może przynajmniej zdąży na…

Motorem:

…paradę! – Dodała gazu. Silnik ryknął, motocykl pomknął 150 km na godzinę. – Wszystko dla militarnych wraków, kochanie. A led-y będą żółte; garaż żółto oświetlony.

Zmrużyła powieki, rozkoszując się powziętą decyzją i jazdą. Wtedy przypomniała sobie o kostce, którą znalazła przy kole motocyklu. Zwolniła, by obejrzeć znalezisko. Kilkadziesiąt kilometrów dalej mogła sobie tylko pogratulować. To jej szczęśliwy…

Radiowozem:

– Dzień dobry! – policjant przyglądał się motocyklistce, lekko zdziwiony. Widywał maluchy, które jeździły szybciej.

Jego partnerka wychyliła się przez okno, opuściła okulary w stylu t-shades i otaksowała kobietę zaciekawionym spojrzeniem. Znał to. Kumpela była otwartą biseksualistką.

– Jesteśmy ostrożne, co? – zapytała zaczepnie.

Motocyklistka rzuciła w policjanta czymś żółtym. Ten popisał się zręcznością, łapiąc kostkę z czerwoną plamką w kształcie oka.

– Przynosi szczęście – kobieta z warkoczem posłała im uśmiech, po czym odpaliła swoją maszynę i pomknęła w dal.

– Pewnie leci na paradę – mruknęła policjantka, wrzucając jedynkę i dodając lekko gazu. – Wsiadaj, może i my się załapiemy.

Gdy jej partner znalazł się w aucie, wdepnęła gaz i odpuściła ręczny. Samochód wyrwał do przodu, w kierunku miasteczka. Było już tuż…

Rowerem:

…tuż. Był zadowolony. Powziął plan i niemal go wykonał.

Ciąg powietrza szarpnął jego koszulą, kiedy policyjny radiowóz przejechał obok w szalonym tempie. Zanotował rękę, potem coś walnęło go w głowę. Zatrzymał rower, wymacał rosnącego przy czole guza, za czym odnalazł przyczynę. Przeklęci gliniarze, chcieli go zabić, czy co?! I czym? Kostką do gry?! Podniósł ją i wrzucił do kieszeni jako dowód zbrodni. Opatrzyć głowę? Był dobrym lekarzem, miał przy sobie zestaw medyczny, ale, ale! Czy nie po to pedałował całe 10 km na paradę, by udowodnić sobie i światu, że godnie przeżyje kryzys wieku średniego? – Więc wsiadaj, bracie, i pedałuj. Nie mazgaj się, mięczaku!

Im bliżej było miasteczko, tym bardziej ciążyła mu w kieszeni. Kostka – dowód słabości charakteru. Chyba nie skonfiskował jej, by rozpamiętywać podłość mundurowych? Jak dojedzie, ofiaruję ją komuś…

Czołgiem:

– W darze? – Sędziwy kombatant, czołgista z zabytkowego M4 wyciągnął ramię. Czołg stał na platformie, która z mozołem posuwała się do przodu. Doktor musiał wspiąć się na pedały, by przekazać kostkę. – Zadziwiasz mnie, młodzieńcze. My, starzy, chyba już nigdy was nie pojmiemy.

Doświadczony wojak spojrzał raz i wiedział, że jego doktor przeżywa ciężki moment. Był spocony jak szczur i ledwo zipał. – Za moich czasów jazda na rowerze była spacerkiem, w porównaniu z musztrą – pomyślał. – Dzisiejsze słabeusze. Co one wiedzą o przetrwaniu?

Zwołał za nim jeszcze:

– Ciesz się paradą, synu! Ciesz się pokojem, cośmy go dla was wywalczyli!

Tamten wystawił rękę w górę, na znak że zrozumiał, powlekł się do ławki i ciężko klapnął. Stary pokręcił głową, wziął zamach i wysłał kostkę w dal.

Na kwasie:

– Bu-hu! – Przedmiot spadł jakby z drzewa. Chłopak rozdziawił usta w głupawym uśmiechu. – Cytrynowa kostka z okiem!

Niewiele myśląc, wraził ją sobie w oczodół. Trysnęła krew, nadto z oka pociekło coś gęstego i białego. Dziewczyna krzyknęła; chwilę potem zgodnie krzyczeli oboje.

Ludzie wpadli w popłoch. Maszynista wbijał 112, przeklinając starcze dłonie i malutkie przyciski w aparacie.

– Wezwijcie lekarza! – wołała motocyklistka, potrząsając bezużyteczną komórką, w której wysiadła bateria.

Zauważyła znajomych policjantów, ci wezwali karetkę, odgradzając tłum od naćpanych nastolatków. Na szczęście „na sali” był lekarz, co prawda lekko zziajany, niemniej błyskawicznie przystąpił do opatrywania oka.

Gdzieś daleko rozbrzmiał sygnał karetki. Dziewczyna przestała płakać, zaczęła chichotać. Zaciśnięte pięści przycisnęła do policzka, piskiem dając ujście podnieceniu. – Czyż życie nie jest niczym bezustanna, fascynująca podróż? – myślała. – Owszem, chwilami straszna, ale przecież jakże odkrywcza! – Po namyśle jednak przyszła groza. Zajrzała jej w duszę przekrwionym okiem cytrynowej kostki, wyzierającej z organicznego, płaczącego ropą oczodołu. – Kilka przystanków, parę przesiadek, nabrać oddechu i znowu w drogę? Czy tak aby nie wygląda piekło? Czy kiedykolwiek…

Lecz ciąg jej myśli został przerwany, bo znowu trzeba było jechać.

Ambulansem: … ∞

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

 —

„Geometria jej twarzy” by Rafał Christ

 —

Trójkąt, trójkąt, trójkąt…

Owal, owal, owal, owal…

Koło, koło, koło…

Prostokąt, prostokąt…

Trapez, trapez… Nie! Nie widziałem trapezu, nie było trapezu, brakowało trapezu. Istniały trójkąty! Trójkąty, które rozgrywały wojnę w mej głowie i duszy. Nie mogłem ich powstrzymać.

Już od tygodni jej twarz prześladowała mnie dniami i nocami. Wyrzucałem ją, a ona ciągle wracała.

Pozbyłem się z domu wszystkich przedmiotów, nie miałem nic poza gołymi, białymi ścianami, a ona wciąż chciała być przy mnie.

W końcu ją przechytrzyłem. Związałem kawałkiem białej szmaty tak, że nie mogła się ruszać. Najbardziej denerwował mnie jej ciągły uśmiech. Patrzyłem na nią, zastanawiając się, jak ją skrzywdzić, a ona cały czas szczerzyła prostokątne, czyste zęby.

Moje paznokcie były już wystarczająco długie. Ich owalny kształt uspokajał mnie. Mogłem je wyginać w obie strony, a były moją jedyną bronią w walce z trójkątami jej twarzy.

Trójkąty… Trójkąt! Tak! Od niego chciałem zacząć. Rzuciłem się na jej twarz, a ostre owale wbiły się w nos.

Drapałem, drapałem. Za paznokciami miałem kawałki jej skóry, trochę krwi, a przede wszystkim brudu! Obrzydliwego, czarnego brudu w kształcie okrągłych pyłków. Nie przestawałem, nic nie mogło mnie powstrzymać od zniszczenia trójkąta. Skończyłem dopiero, gdy w miejscu nosa zobaczyłem prześwitującą białą ścianę. Jakie to było piękne, uspokajające uczucie. Ale…

Owal! Ile owali! Musiałem je zniszczyć, bałem się, że inaczej one zniszczą mnie. Zacząłem od uszu.

Owalne uszy, nadszedł ich czas. W mgnieniu oka jej bębenki były pod moimi paznokciami, ociekające krwią. Pozbyłem się ich, a ona nie mogła już nic usłyszeć. Mimo wszystko wciąż się uśmiechała.

Oczy! Kolejne owale! Już są moje! Zniknęły w jednej chwili.

Prostokąty… Białe prostokąty w jej ustach… Zniszczyłem je tak szybko, jak było to możliwe, ale wciąż wydawało mi się, że się uśmiecha. To chyba wina ust.

Owalnych ust, świeżo pomalowanych czerwoną szminką, których musiałem się pozbyć tak jak całej reszty.

Wtedy odwróciłem się, aby ją zmylić. Myślałem przez chwilę, że zniknęła, ale ona wciąż tam była. Ciągle siedziała i czekała na mój ruch.

Pozostało tylko zniszczyć te trójkąty w jej policzkach, owal podbródka, prostokąt czoła i może zaznałbym spokoju. Miałem taką nadzieję.

Odwróciłem się z powrotem w jej stronę, aby zaatakować z zaskoczenia, ale wtedy coś usłyszałem. Głos, który był daleko ode mnie, a jednocześnie niesamowicie blisko. Bóg do mnie przemawiał.

– To najcięższy przypadek schizofrenii z jakim miałem do czynienia. Widziała pani jak niszczy obraz, który sam namalował. Nie wiem, czy zdołamy tutaj pomóc. Przykro mi.

Wtedy pojawił się jeszcze drugi głos, który był bliżej, ale powoli oddalał się.

– Może musi zniszczyć to, co widzi w tych figurach i w jego głowie zapanuje spokój?

Właśnie! Musiałem pozbyć się tej twarzy. Tak jak przypuszczałem, trzeba było zlikwidować każdą jej część. Bóg nie mógł się mylić, prawda?

Drapałem więc jej wizerunek, drapałem do końca, aż zniknął. Każdy trójkąt, owal, prostokąt przestał istnieć. Odetchnąłem.

Bóg jednak pomylił się. Nie zaznałem wtedy spokoju. Chociaż byłem już blisko i czułem, że niedługo go osiągnę.

Dzień pokoju nadszedł dopiero, gdy zdrapałem wszystkie figury z mojej, własnej twarzy. Zniszczyłem wszystkie trójkąty, tak jak owale, koła, prostokąty, czy trapezy, których nie było. Wszystko to zakończyło wojnę rozgrywającą się w mej głowie i duszy.

Reklamy
  1. Coś mi tego niedosyt. Zupełnie jak z „Burdolspicjum” Jana. Całe szczęście, wciąż mi pozostała duża porcja „Heavy Metal”, więc nie narzekam 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: