polskie centrum bizarro

„Karny” by Zuzanna Lenska

In Opowiadania on Wrzesień 5, 2012 at 6:00 am

Miło nam zaprosić Was dzisiaj do lektury bardzo niedobrego – w sensie niedobroliterkowego – opowiadania Zuzanny Leńskiej. Zuza, nowa akolitka rosnącej w siłę świątyni Paskuda, wie co to znaczy być niegrzeczną… pisarką. Możliwe, że nie tylko pisarką, ale tego Paskud nie wie. Albo wie, lecz nie chce powiedzieć. Czasami tak z nim bywa, wszak nie na darmo zwie się Paskudem.

Mniejsza jednak o detale. Zejdźmy z Paskuda i przejdźmy do tego, co bizarryści lubią najbardziej, czyli do lektury zacnego tekstu. Bon apetit!

„Karny” by Zuza Leńska

Co powie twój przyjaciel, gdy powiesz: mam trupa?

Gdzie go zakopiemy?

Chciałbyś. W tych gównianych czasach masz większe szanse znaleźć prawdziwego trupa niż prawdziwego przyjaciela. Nieubłagana statystyka. Jeden na cztery: trup, trup, trup, przyjaciel. A nie, też trup.

Więc kto ci może pomóc? Ostatni kumpel. Rzadko cię odwiedza i szybko znika. Nigdy go nie ma, gdy potrzebujesz.

Forsa.

Jej też potrzebuję, niewiernej kochanki. Bo muszę zniknąć tego tu, a każda magia kosztuje.

– Trzeba go pokroić.

– To, kurwa, krój! – Może nie powinienem się unosić, ale miałem nieboszczyka na dywanie za trzy stówy i żadnego pomysłu jak się go pozbyć. Nieboszczyka, nie dywanu. Szkoda go. Trzy stówy piechotą nie chodzą. Tak jak nieboszczycy. Ten, wespół zespół z dywanem leżał pokotem, wytrzeszczając na mnie gały i zęby w ostatnim paroksyzmie przedśmiertnego przerażenia. – Ty, kurwa, co robisz?

Futer zastygł z nożem w łapie.

– Kroję. – Obruszył się i z rozmachem wbił ostrze pod żebra. Wystarczy go na moment spuścić z oczu.

– Stój! Kurwa!

– Gdzie? – Futer rozejrzał się podejrzliwie oraz z nadzieją. Trudno było wyczytać coś z tej parszywej gęby, a mówię wam, nie znam większego zakapiora od Futra. I jeśli myślicie, że jest ciężkawy na myśleniu, to może i macie rację, ale to mu nie złamało kariery. Tak jak w przypadku ślicznych dziewczyn reputacja Futra opierała się głównie na wyglądzie, a nie na erudycji, refleksie i szerokim zasobie słownictwa.

– Stój – powtórzyłem spokojniej. Przypomniałem sobie, że przy Futrze nie można używać przekleństw dotyczących kobiet wszetecznych. On wszystko bierze dosłownie. Jeśli chodzi o kobiety to dosłownie bierze.

– No, to chcesz się pozbyć gnoja, czy razem zamieszkacie?

– Chcę się pozbyć. Forsy nie mam – powiedziałem.

Na Futra też mnie nie było stać, ale akurat się przyplątał, jak stałem nad zwłokiem, zastanawiając się, gdzie by można zakupić dwieście litrów kwasu solnego na kreskę. O kredycie na dowód pomyślałem tylko przez chwilę. Nie to, że bałbym się zostawiać jakiś elektroniczny ślad: bank, konto, zakupy kartą… Nie mam dowodu od dziewięciu lat. Formalnie nie żyję.

Dziwicie się pewnie, dlaczego trup się boi trupa?

W dupie mam organy ścigania. Tego trupa to ja znam osobiście. To Kindżał z grupy Paranoika. Niektórzy noszą ksywki na odwrót: facet chudy jak patyk a wołają go Baleron albo metr pięćdziesiąt w kapeluszu a nazywają go Koszykarz. Kindżał był ostry jak pałka do głuszenia zwierząt. Miał za to trochę skośne oczy, bo go podobno matka zrobiła z jakimś studentem z Tajwanu czy innego Madagaskaru. Zresztą, przy takiej matce to chłopak się cieszył, że nie szczeka, taki był w niej pluralizm.

Ja, jak widać, w przeciwieństwie do Futra jestem oczytany. Lubię to po prostu. Dlatego mnie ojciec nie kochał. Mgliło go kiedy na mnie patrzał, tak mówił. Miałem może dziesięć lat jak poszedł w pizdu po fajki i nie wrócił. Matka nie tęskniła. Wreszcie nie bała się wracać z roboty do domu, gdzie czekał raz na zawsze bezrobotny pan i władca. Oboje modliliśmy się, żeby miał gdzie, z kim i za co wypić, bo pijany gasł jak świeczka.

Nie wiem o co chodzi z tą obecnością ojców w rodzinie. W całym moim pokoleniu nie spotkałem nikogo, kto by nie uważał swojego starego za wrzód na dupie i płakał, kiedy stary wreszcie uwalniał rodzinę od swojej obecności.

No owszem, widziałem w telewizji tego Ryśka z Klanu, ale przecież to nie był normalny facet, tylko jakieś lesbijskie małżeństwo z Grażynką. Myj rączki i myj rączki… Gdybym tyle się mył przez cały rok, co oni w jednym odcinku, to bym chirurgiem został.

Szkoda w sumie. Wiedziałbym teraz jak pokroić tego tu. Kindżała. Wielki nieobecny, tak mówią. Duchem i uczynkiem.

A można powiedzieć, że żyłem sobie dotąd uczciwie, cicho i nie narzucając się organom ścigania. Odkąd im zwiałem z konwoju to już… Hm… Okrągła rocznica ośmiu lat i pół roku. Miałbym połowę kary odsiedziane.

Od tamtej pory legalnie nie żyłem. Nie pytajcie jak, bo nie powiem, ale uznali mnie sądownie za zmarłego i nawet matka dostała z ZUS-u zasiłek pogrzebowy. Prawidłowo nieżywy nie podlegałem obowiązkowemu ubezpieczeniu i konieczności odprowadzania podatków, tkwiłem więc sobie spokojnie w szarej strefie, nie ciesząc się jakimś szczególnym dostatkiem, ale i nie klepiąc biedy. Osiem lat to sporo, żeby trup się uleżał, wrogowie odpuścili…

Wszystko tak pięknie się układało, a tu nagle otwieram drzwi i nadeptuję na zimnego Kindżała we własnym salonie. No, w przedpokoju konkretnie. Szlag by… No a za mną stoi Futer, ściskając pod pachami po flaszce i przestępuje z nogi na nogę, bo właśnie mu pilno do wygódki, która u mnie jest zrobiona luksusowo, w kafelkach i z papierem z supermarketu, takim porządniejszym a nie tą szarą srajtaśmą, która się rozlatuje w palcach jak rzadkie gówno.

Trup u trupa.

Tak, wiem. Ironia losu czy tam nawet zabawny zbieg okoliczności. Śmiejcie się, mnie nie było do śmiechu.

– Dobra, bierz róg i zawijaj. – Nakazałem Futrowi po namyśle. Pal sześć trzy stówy.

– Chcesz go wynieść w dywanie? – zapytał Futer.

– No a jak?

– Nie szkoda ci?

– Ty go tu chciałeś kroić. I tak by się zachlapał.

– No to można by uprać… Teraz są różne środki i w ogóle odkurzacze piorące. Nie musisz kupować, mój wujas ma taki, mogę pożyczyć. – Zaoferował, patrząc wyczekująco. Przez chwilę rozważałem propozycję. Niby dywan był a la perski, szkarłatny we wzory, może nie byłoby bardzo znać?

– Dobra, bierz go, zanim nie zacznie wyciekać.

– A no, racja. – Futer może nie był prymusem w podstawówce, na trupach jednak troszkę się znał. Miały swój cykl rozkwitu. – To może Kaśka?

Kaśka. To był ktoś. Mieszkała na pierwszym piętrze kamienicy przy Traugutta. Odziedziczyła trzy pokoje po babce. Były tam podchody lewego spadkobiercy, żeby jej te trzy pokoje zabrać. Prąd Kaśce wyłączał, wodę zakręcał… Razem z Kaśką w kamienicy żyły jeszcze trzy rodziny. Po dwie na parterze i na piętrze, bo kamienica mała. Staruszka z ośmioma kotami, wdowa po szklarzu z trojgiem dzieciaków i taka młoda dziewczyna z bidula. Akurat jej ojciec zmarł z powodu abstynencji.

To ciekawy przypadek. Poszedł do opieki społecznej, jak co roku po dofinansowanie na opał, a tam jakaś niuńka go kieruje do urzędu pracy i mówi, że jako elektrykowi znaleźli mu posadę, tylko musi w poniedziałek trzeźwy przyjść.

Facet się mocno zdziwił, ale mu pokazały, że jak byk ma w papierach elektryk. W więzieniu robił kurs i nawet mu dali zaświadczenie na to i uprawnienia. W więzieniu się różne rzeczy z nudów robi, mogło tak być, że coś tam robił, coś zdawał w ramach unijnych funduszy na resocjalizację. Teraz kłopot z tego nieziemski.

Zasiłek mu odbiorą, jak tej roboty nie weźmie, mówią i jeszcze, że wstyd mieć taki dobry fach w ręku i bumelować. I że dzieciom by zaczął wreszcie alimenty płacić, mówią. Że w bidulu wszystkie siedzą, to jeszcze nie znaczy, że całkiem sieroty, bo przecież ojca mają i płacić powinien. Jak mężczyzna, a nie jak jakiś… Nie powiedziały jaki, ale tak spojrzały, że się aż zaczerwienił. A taki porządny chłop z niego, jakby się ubrał, mówią, ogolił, mówią, to i jakąś babę jeszcze by pan przygruchał, panie Zdzichu, mówią.

Tak we dwie z tą z urzędu pracy na niego wsiadły, że chłopa na ambicję wzięły. Piątek to był przed południem. Do wieczora Zdzichu nie pił. W sobotę wytrzeźwiał. W niedzielę ogolił się, umył i nawet podobno do kościoła poszedł, pierwszy raz od pierwszej komunii. W to akurat najtrudniej mi uwierzyć, ale tak mówili. Zaś w poniedziałek ta córka z bidula znalazła go w łóżku. Doktor powiedział, że organizm nie wytrzymał szoku.

Córka odetchnęła z ulgą, bo się już czwarty miesiąc z ojcem pijakiem użerała, jak ją z tego bidula do rodzinnego domu wykwaterowali, w prezencie na osiemnastkę. No i w ten happy end objawił się tak zwany prawowity spadkobierca kamienicy i zaczął po złości robić, żeby ich tam wszystkich wykurzyć. Źle trafił. Na Kaśkę.

O, powiem wam, że to najspokojniejsza kobita jaką znam. Niska taka, pulchna dosyć, ładna z twarzy. Nie żeby ktoś do niej startował. No, byli tacy na początku, ale się szybko połapali, żeby jej nie ruszać.

Spadkobierca się nie połapał na czas.

Teraz mają spokój w kamienicy. Kaśka jak co rano idzie po zakupy. Raz w tygodniu kupuje gazetę. Nie z programem. Taką do czytania, o polityce i innych sprawach. Prawdę mówiąc, odstaje od reszty, ale też nie że się wywyższa, czy coś. Inna jest a nam jej ta inność nie przeszkadza, bo tu co jeden to inny. Profesor na przykład. Prawdziwy. Jak zacznie gadać, to narody klękajcie. I po łacinie recytuje mowy Cycerona. Albo ten emerytowany złodziej. Lepszy niż każda papuga. Kodeks karny ma w małym palcu. Pismo do prokuratora napisze, odwołanie do kolegium. Policjanci to go słuchają jak prawdziwego, tylko głowami kiwają, jak zaczyna sypać paragrafami. Mańka to znała samego Himilsbacha. Jakie historie opowiada, o tych aktorach, pisarzach… Tymon był w opozycji. Znał tych różnych z telewizora, ministrów, premierów. Mógł też kimś być, ale on zawsze jest w opozycji do systemu. Taki ma charakter. Więc zbiera złom, butelki, makulaturę a w wolnym czasie chodzi na wernisaże i otwarcia. Zje, wypije, ludzi spotka, czasem się na jakiś darmowy gift załapie. Żyć nie umierać, powiada. Prawie jak minister, a nie musi się kurwić, powiada.

Każdy człowiek jest inny, tylko ludzie są tacy sami.

– My do pani Kasi – powiedziałem do starowinki siedzącej na krześle przed bramą. W rękach miała miskę z gotowanymi kośćmi i skórkami, które małym kozikiem obkrajała i drobiła na mniejsze. Zmierzyła nas bladymi oczami.

Dochodziła ósma, środek lata. Dwóch facetów z dywanem nie wzbudzało żadnej sensacji. Tu się czasem targało pralkę na plecach, albo wiozło kozę dwukołowym wózkiem, to i dywan nie żaden powód do dziwienia. Buty wystawały, to Futer zarzucił na nie czerwoną szmatę. Że niby sygnalizator, jak w samochodach… Dla bezpieczeństwa.

Staruszka kiwnęła głową w stronę bramy.

Drzwi do mieszkania Kaśki stały otwarte na oścież. Ona sama stała w kuchni przy wielkim stole i wekowała ogórki. Spojrzała na nas, na dywan i westchnęła.

– Na strych. – Zarządziła, wycierając ręce w pasiastą ścierkę, zatkniętą końcem za pasek fartucha. – Ja tu muszę dokończyć ten gar, bo mi się dziesięć kilo zmarnuje. Zaczekajcie.

Byliście kiedyś na górce w takiej stuletniej kamienicy? Wąskie schody wiodą do drzwi z odłażącą farbą. Są sztukowane, nie stąd. Jakby od innego mieszkania w innym budynku, albo od szafy, z tych starych, gdańskich. Obok framugi na gwoździu wisi klucz. Po co zamykać drzwi, zostawiając obok klucz? To logika strychów.

W środku jest dość ciemno i sucho, jak w stodole zawalonej zbożem po dach. Podłoga drewniana i pokryta jakimiś trocinami, ptasim gównem zeschłym na kamień i kawałkami linoleum. To wszystko rozgrzane, pachnie dziwnie, świdrująco. Zaczynasz kichać, zwłaszcza, że w powietrzu unoszą się drobiny trocin i ptasi puch. Bo w świetlikach mieszkają gołębie. Gruchają i trzepoczą skrzydłami w ciemności, więc czujesz jakby otaczał cię dziki rój.

Gdy byłem mały też mieszkałem w takiej kamienicy i matka zabierała mnie, idąc wieszać pranie. Dźwigała żółtą plastikową wanienkę z górą mokrych poszewek, prześcieradeł i ubrań. Na strychu zdejmowała suche, kładąc mi je na wyciągniętych sztywno ramionach. Prawie się przewracałem pod warstwami bawełny i poliestru. Kiedy wszystko mokre już wisiało na sznurze matka zabierała ode mnie suche, zwalała do wanienki i wracaliśmy. Czasem miałem chwilę, żeby pobuszować po kątach, znaleźć jakiś drobiazg i zabrać do domu.

Kaśka przyszła za parę minut. Otworzyła nam strych i wpuściła do środka. Czarny przełącznik z bakelitu trzasnął i zalało nas mdłe światło słabej żarówki. Czuć było gołębiami, kotami i czymś jeszcze. Niemytą lodówką.

Kaśka wskazała nam stół. Rozwinęliśmy dywan i wydobyliśmy Kindżała. Zaczął już sztywnieć, więc łatwo go było umieścić na blacie. Rozejrzałem się nieznacznie. W dalszej części strychu, gdzie światło żarówki ledwie dopływało, stały rzędem wanny ponakrywane pilśniowymi płytami. A dalej niebieskie beczki.

Kaśka spojrzała na Kindżała surowo, pomacała go tu i ówdzie, zamyśliła się i w końcu spojrzała na nas.

– Tysiąc dwieście.

– Co?! – jęknąłem.

– Mam akurat wolne miejsce, to się ciesz, bo to manufaktura a nie fabryka. – Kaśka wciągnęła gumowe rękawiczki i fartuch, wiszący na kołku koło szafki z narzędziami. – Wypreparować ci coś na pamiątkę, czy wszystko do utylizacji? – spytała fachowo.

– Na pamiątkę? – Spojrzałem na Futra. Miał niepewną minę, jakby ktoś go wezwał do tablicy i kazał rozwiązywać zadania z funkcji różniczkowych. Czy tam z całkowania.

– Zęby. Oko w formalinie. Czaszkę… – Popatrzyła wyczekująco. – Niektórzy sobie życzą. Płatne ekstra. – Zaznaczyła na wszelki wypadek, zanim bym uznał, że mogę zażądać suweniru w ramach ceny podstawowej.

– O… oko? – Futer zbladł. – Po co komuś oko w fornalinie?

– Formalinie. – Poprawiła go łagodnie. – Nie zepsuje się. Do śmierci możesz trzymać. Na telewizorze… – Wzruszyła ramionami. – Nie trzeba w lodówce. Bardzo ładnie mi oczy wychodzą. Z czaszką najwięcej roboty. Ługowanie i kwas osłabiają kość, staje się miękka i krucha, więc wolę obgotować, ręcznie zdjąć skórę, tłuszcz i mięśnie a potem doczyścić. Drożej wychodzi. To jak?

Przypomniałem sobie babinkę przed bramą, drobiącą kości i skóry kozikiem i prawie pojechałem do Rygi. Futer miał chyba podobne skojarzenie, bo zachwiał się i wyszedł na schody.

Kaśka spojrzała na nas z mieszaniną współczucia i pobłażania.

– To co? Robimy?

– Tylko utylizacja. – Przybrałem stanowczy ton i zabrzmiałem sztucznie. – Do kiedy płatne?

– Połowę dziś, połowę za tydzień. Powinno być po wszystkim. – Wykonała ręką gest zamiatania. Sięgnąłem do kieszeni i wygrzebałem sto osiemdziesiąt osiem złotych i piętnaście groszy, które akurat miałem. – Resztę wybiorę z bankomatu i doniosę. – Obiecałem. Kaśka kiwnęła poważnie głową.

Nie miałem tej gotówki w bankomacie. Musiałem wyjąć skądś indziej. Nie martwiłem się tym jednak tak bardzo jak Kindżałem. Kaśka go wykąpie i będę mieć kłopot z głowy. Higiena kosztuje.

– To… To tam go…? – Wskazałem głową niebieskie beczki w oddalonym, ciemnym kącie strychu. Spojrzała przelotnie.

– E, nie. To kapusta. Kwaszona. Lepsza beczka deskowana, ale plastikowa lżejsza a tu stropy już nie takie mocne… – Nakryła Kindżała brezentem i pogoniła mnie do wyjścia. – Dobra, w taki upał muszę się zaraz za niego brać a jeszcze mam weki…

– Przyjdę z kasą! – Upewniłem ją, kiedy zamykała strych.

– Wierzę. – Uśmiechnęła się do mnie, przecisnęła koło Futra i potruchtała do siebie.

Oboje wiedzieliśmy, że nie nawalę. Nie chciałem przecież, żeby mnie też wykąpała w jednej ze swoich wanien.

Minęły dwa dni, a ja jeszcze nie dałem rady zorganizować Kaśce kasy, ale przecież poczeka. Teraz to ona ma Kindżała, nie ja i to było najważniejsze. Zdążyłem wrócić do domu z nowym dywanem, który akurat wpadł mi w oko w jednym szykownym mieszkaniu z marnym zamkiem i nieobecnymi sąsiadami, kiedy z półlitrówką wpadł Futer.

– Jest afera z Kindżałem. – Zameldował, rozsiadając się wygodnie.

Kazałem mu zdjąć buty (nowy dywan: wełna w kolorze camel) i zrobiłem parę kanapek.

– No? – Ponagliłem, kiedy już uporał się z zakrętką i rozlał do szklanek.

– Paranoik się wkurwił, że mu gdzieś zniknął a miał misję do wykonania.

Wypiliśmy, przegryźliśmy.

– Szedł do jakiegoś fagasa po odbiór fanta. Podobnież szkiełka jakieś. Odleżały się w schowanku parę lat i Kindżał szedł je wyciągnąć. Miał przy sobie trzydzieści tysięcy. – Futer czknął, zapił, zagryzł. – Ojro. Paranoik podejrzewa, że zgarnął kasę i fanty i zwiał na Seszele. Jakbym miał trzydzieści tysięcy ojro, to bym zwiał i bez fanta.

Zapiłem. Bez zagrychy. Strząsnęło mnie.

– Muszę się odlać – powiedziałem stłumionym głosem i wyszedłem chwiejnie do łazienki. Kolana mi zmiękły. Zamknąłem drzwi na zamek i chwilę gapiłem się na kibel. Odlałem się, spuściłem wodę, kręciłem syfon i wyjąłem denko. Wyglądało niepozornie, okrągłe i chropowate. Odkręciłem wodę w kranie i roztłukłem ceramikę. W okruchach palonej gliny lśniły gwiazdy.

Po to przyszedł Kindżał. Nie chciał ich odkupić. Należały do Paranoika. Trzydzieści tysięcy ojro to była opłata za przechowanie. Dziewięć lat. Pamiętałem, jakby to było wczoraj.

Nie należały też do mnie. Przechować je miał facet, któremu to ukradłem.

Mój ojciec.

Ukradłem je dwa razy. Raz na zlecenie Paranoika. Dostarczyłem na miejsce, ale mnie oszukał. Zamiast wypłacić forsę za usługę, wydał śledczym. A fanty ukrył tam, gdzie moja noga w życiu by nie stanęła. Tak mu się wydawało, bo sam miał pojebanego starego.

– Ty! – Futer zapukał do drzwi łazienki. – Twój stary to nie był stary Adamski?

– Co? – Zakręciłem wodę i pospiesznie zmiotłem okruchy pod miskę na brudy.

– Adamski! – krzyknął Futer prosto w moją twarz, kiedy gwałtownie otworzyłem drzwi.  Bo widziałem nekrolog. Zmarł w zeszłym tygodniu. Wybierasz się na pogrzeb?

– Nie, to chyba nie ten. – Nie widziałem żadnego nekrologu. Zresztą, zmarli nie czytają nekrologów.

– Bogdan mu było… – Drążył Futer.

– Bogusław. – Poprawiłem odruchowo.

Więc to musiało być tak: Paranoik odczekał osiem lat aż sprawa przycichnie i postanowił wyjąć szkła. Mógł je rozebrać wcześniej, ale przeszlifowanie takich wiśni zmniejszyłoby liczbę karatów. Wolał je przymrozić na później. Może na czarną godzinę? O mnie prawie zapomniał, ale gdyby coś, miał na mnie oko. Jeden telefon i pucha. Jakbym go wkurzał, to czapa. Nie zamierzałem go wkurzać. Teraz interesowały mnie tylko dywany.

Kindżał poszedł do starego. Stary otworzył skrytkę i zobaczyli, że jest pusta. Kindżał z nim pogadał, stary zszedł. Kindżał przyszedł do mnie. Nie utrzymywaliśmy kontaktów, ale jednak byłem syn. Zamierzał mnie przycisnąć, ale coś się wydarzyło i padł. Bandziory też czasem dostają zawałów.

Najważniejsze, że nie zdążył zawiadomić Paranoika. Może chciał wykazać inicjatywę do awansu i sam znaleźć brylanty. Może nie chciał go wkurzać komplikacjami. Gdyby go zawiadomił, to ja bym się kąpał u Kaśki a nie on.

Kaśka! Zanieśliśmy jej Kindżała w całości. Musiała znaleźć kasę. Cwana sztuka, nie oddała. Co prawda, układ był jasny. Co trupa, to jej. Mogliśmy go przeszukać sami. Pytanie, czy skojarzy fakty i doniesie Paranoikowi na mnie.

Nie musiała tego robić. Jej strych był Szwajcarią. Nikt nie pytał, kto się akurat kąpie. Takie były zasady na dzielnicy. Jak ktoś trafiał do wanny, to znikał i tyle. Nie, pomyślałem, na pewno mu nie powie. Chapnie napiwek i tyle.

Wziąłem portfel z barku. Brylanty leżały w mojej kieszeni, zawinięte w brudną skarpetkę.

– Skoczę po drugą flaszkę i fajki… – mruknąłem do Futra, zerkając na dywan. Ładna sztuka. I znów się nie nacieszyłem.

– Weź i mi, oddam ci – zażądał Futer. Włączył telewizor i szukał sportu. – Byle nie mentolowe.

– Ok.

Zamierzałem zniknąć tak samo, jak mój ojciec przed piętnastu laty. Szedłem już przez ulicę, gdy dogonił mnie może czternastoletni chłopak. Syn wdowy po szklarzu. Miał w ręku słój ogórków. Chyba pięciolitrowy.

– Panie Jacku! Panie Jacku! – krzyknął. Zatrzymałem się niechętnie.

– Nie drzyj się na pół dzielnicy. – Skarciłem go. – Co jest?

– Pani Kasia kazała to panu dać. Mówiła, że pan zapomniał. – Oddał mi słój i przestąpił z nogi na nogę.

– No?

– Na książki zbieram… – Zamrugał rzęsami jak pedał. Dałem mu dwa złote za fatygę.

Spojrzałem na słój. Co ja, kurwa, mam z nim teraz zrobić? Zostawiłem na chodniku, ale zaraz wróciłem. Może się przyda. Gdyby ktoś miał podać jakiś rysopis… Facet ze słojem.

– Widział pan?

– Widziałem.

– A jak wyglądał?

– Normalnie, panie. Zwyczajnie.

– Opisze pan?

– No pewnie, że opiszę. Taki okrągły, panie. Pękaty w sobie. Nakrętka od weka. Szklana, z różową gumą.

– Ale faceta! Rysopis faceta!

– A, to nie zwróciłem uwagi...- Tak to mogłoby wyglądać, więc wziąłem.

Doszedłem do przystanku i wsiadłem w pierwszy autobus, jaki się napatoczył. Postawiłem słój na kolanach. Właściwie… Czemu nie? Otworzyłem i wymacałem ogórka.

Kaśka umiała robić przetwory. Ależ to było dobre. Wymacałem jeszcze jednego. A potem wymacałem folię z grubym rulonem.

Zamknąłem oczy. Byłem wolny. Nie miałem tożsamości, nic mnie tu nie trzymało. Miałem garść brylantów w kieszeni i trzydzieści tysięcy euro w słoiku. Być może właśnie do mojego mieszkania szedł któryś z żołnierzy Paranoika. Biedny Futer. Ale wiecie jak to jest. Nieubłagana statystyka: trup, trup, trup i trup. Kindżał. Mój stary. Nawet ja. I, pechowo dla Futra, Futer.

Wiedziałem jedno. Jeszcze przez jakiś czas nie dam się wykąpać.

Dopiero w hotelu w Mławie wyjąłem folię. To nie były pieniądze. Torebka była szczelnie zawiązana, w środku tkwiło coś jak uwędzony kawałek kiełbasy. Troszkę się musiałem przyjrzeć, zanim zorientowałem się co zostało z Kindżała. Żeby ułatwić mi refleksję Kaśka wsunęła liścik:

Karny kutas. Za niepłacenie rachunków.

Advertisements
  1. Przyjemny styl. Przyjemnie ciężkostrawny klimat 🙂

  2. Bardzo… hmmm… smakowita… końcówka. Będę uważnie oglądał każdy słoik. Dzięki, Zuzanno, za chwilę uśmiechu ^^
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: