polskie centrum bizarro

„Lemoniador” i inne szorty Jana Maszczyszyna

In Opowiadania on Wrzesień 20, 2012 at 6:00 am

Dziś znów przeniesiecie się z nami w groteskowe realia o kilkanaście dekad wprzód za sprawą tekstów znanego już wam Jana Maszczyszyna. Pokaźny zestaw szortów zadziała jak wehikuł czasu skonstruowany przez szalonego naukowca, który z chęcią zabierze was w bizarro przyszłość – niewesołą, ale na pewno dziwaczną jak mało co.

Będziecie mieli okazję między innymi przekonać się o wybuchowym zagrożeniu, jak niesie za sobą… cytryna. Dowiecie się też, że wymiana okularów w futurystycznej rzeczywistości może nieźle namieszać z percepcją. Oraz, że zapisanie się na abonament u operatora telefonii komórkowej może doprowadzić do eskalacji upierdliwości na niezwykłą skalę (i nie mówimy o esemeskach z konkursami i ofertami sex rozmowy). Do czego można użyć noworodka-mutanta? Też znajdziecie odpowiedź! W zestawie także dinozaury-geje i praca, w której dosłownie wyłącza się mózg.

Zapraszamy na edukacyjną wycieczkę do światów przyszłości!

h

„Dzidziol”

h

– Jestem w szesnastym miesiącu ciąży, Chris – wyrzuciła z siebie podekscytowanym głosem.

– Pieprzysz… Masz brzuch płaski jak deska rozdzielcza mojego sportowego Jaga. Jesteś pewna? – Szczęki mężczyzny nieustannie pracowały. Żuł gumę, od czasu do czasu wypluwając nadmiar śliny. Z tonu jego głosu wciąż przebijała obojętność.

– Jakoś do ciebie nie dociera prosta informacja. –  Sarah bez przerwy szarpała jego ramię. – Doktor wysłał mnie do domu tylko po przedmioty pierwszej potrzeby. Szczoteczkę do zębów i takie tam bzdury. Mam wracać w te pędy do szpitala.

– Szesnasty? Przecież to zaledwie środek… – Zgubił się pod jej wrogim spojrzeniem. – No, może rzeczywiście powinnaś zrobić coś z tą ciążą –  powiedział z wymuszonym uśmiechem. Osobiście wątpił, aby w tym przetłuszczonym cielsku udało się przebić w tak krótkim czasie czemukolwiek większemu od hamburgera.

Dziecko urodziło się już po południu. Było zupełnie przeźroczyste. Odlepiło się od łożyska niczym fragment roztrzęsionej przez kelnera galarety. Może dlatego rodziło się w parciu macicy, zupełnie wyplute i dziwnie milczące.
Wnętrzności niemowlaka przypominały wiązki rozszalałych sznurków pod napiętym celofanem skóry, a twarz wypompowaną plażową piłkę, na której zasiedział się ktoś czytający gazetę. Odpychające, groźne i złowieszcze…
Po upływie pierwszej doby nastąpiło wreszcie pewne uporządkowanie i wyodrębnienie  się dziwnych, na pewno nie przypominających ludzkich narządów. Samo rozkręcenie lawiny metabolizmu odbyło się zupełnie normalne. Ktoś zapyta zapewnie o pierwsze kupy?
Żadnego płaczu, wierzgania nogami, czy złośliwego chichotu. Przeźroczysty dzieciak po prostu leżał, nieruchomo jak kawałek lodu, na budyniowatej wydzielinie. Każdą próbę niesienia sobie pomocy nagradzał dzikim warkotem i pluciem żółcią. Dodatkowo w oczach brakowało mu źrenic, a białko miało zbyt wiele krwawych pęknięć, aby przypominać jakikolwiek czynny narząd wzroku.

Wątpliwe, czy w ogóle wiedział, że żyje i co oznacza kopanie w jego wieku?

– Niewiele można zrobić – powiedział doktor Harney. – Odkąd człowiek przestawił się na całkowitą recyrkulację materiałów wtórnych, trudno znaleźć odpowiednią dietę pozwalającą wyprodukować pełnowartościowego, ludzkiego potomka. I tak mieliście sporo szczęścia, że zachował się prawidłowy układ ciała. Są nogi, ręce i głowa o prawidłowym kształcie. Nawet kilka narządów seksualnych. Hmm…

– Uważa pan, że takie… coś nie przeżyje?

– Zwykle pęka po tygodniu jak balon. – Doktor zastanawiał się przez krótką chwilę. – Mogę spróbować wykorzystać skórę w transplantologii. Pozwolicie państwo, że pobiorę z pupy niemowlaka próbkę?

Zgodnie wzruszyli ramionami.

Na kilka minut zaległa żenująca cisza, podczas której Harney przyglądał się wycinkowi skóry przez mikroskop.

– Nie – stwierdził z widocznym żalem. – Niestety, nie nadaje się nawet do wykorzystania w przemyśle tekstylnym. Przykro mi bardzo, ale na tym nie zarobicie ani centa.

Małżonkowie spojrzeli po sobie z żalem.

–  A czy ma pan jakieś rady na przyszłość?

Lekarz potarł krótką bródkę. Uśmiechnął się nieznacznie. Odchrząknął.

– Powiem to co zwykle. Musicie zastosować odpowiednią dietę. Dieta to podstawa. Od czasu Wielkiego Głodu udało się ludzkości wyzwolić w organizmie funkcje trawienia absolutnie wszystkiego, ale preferowałbym drogie produkty biologiczne. Mam tu na myśli stary olej kuchenny, kartony, a może nawet plastykowe butelki z drewnianym korkiem. Taka dieta rokuje dobrze na przyszłość – mówił, popychając ich do wyjścia.

W bramie szpitala dziecięcego w Malney Boot stał wielki kontener na nieudane dzidziole. Wrzucili malucha z rozmachem do środka. Płakał i piszczał przez chwilę jak nakręcona pluszowa zabawka, zanim oczy nie wyschły mu na dobre. W oczodołach pojawiły się zwoje ciasno splecionego drutu.

Doktor kłamał…

Dzidziol mógłby z powodzeniem zostać wykorzystany w transplantologii elektronicznej.

h

„Komfort Niesprawności”

h

1.

Okulary z hałasem wylądowały w koszu na śmieci. Obaj wzdrygnęli się prawie jednocześnie. To nie był normalny brzęk tłuczonego szkła.

–  Nie sprawi panu różnicy, jeśli tym razem dam panu używane?

– A posiadają jakąś gwarancję?

– Oczywiście.

Terapeuta podał pacjentowi nową parę. Soczewki były mocno zniekształcone, oprawki spękane i otłuszczone. Opalcowane nauszniki śmierdziały nawet czosnkiem i bazylią.

–  Kim był poprzedni właściciel? Ogrodnikiem?

– Nie, mleczarzem-amatorem.

–  Hę?

– Upijał mleko pozostawiane przed drzwiami i onanizował się do butelek.

Niewidomy pacjent wzruszył ramionami. Dotknął oprawki i odchrząknął.

–  No, nie są złe. Pasują jak ulał do mojej pomarszczonej twarzy.

–  To znaczy, że akceptuje pan zamianę?

–  Jak najbardziej. Proszę dopełnić formalności przekazu.

Terapeuta przez moment bawił się długopisem, niezdecydowany czy mówić dalej.

– Nie jest pan ciekawy, co stało się z poprzednim właścicielem?

– Nie. –  Po czym, po długiej chwili milczenia, jednak zapytał. – A co mu się stało?

–  Nie żyje. Lokatorzy zrzucili go ze schodów.

Nie zmartwił się zupełnie.

–  A więc są czyste. Wie pan, doktorze, nie lubię jak takie coś przywiązuje się do człowieka. Wczepia tą swoją naroślą specyficzny punkt widzenia.

Lekarz pokiwał głową ze zrozumieniem.

–  Mówi pan całkiem rozsądnie. Czasem dziwię się ludziom, którzy izolują takich jak pan – mówił, podając okulary. – To jednak nowszy model. Może pan korzystać z opcji kamery przemysłowej i kamery monitoringu, działających analogicznie do tych montowanych w sklepach, na ulicach i przejściach dla pieszych. Nauszniki są trochę grubsze. Będę musiał wywiercić nowe dziury w skroniach.

Pacjent wzruszył ramionami obojętnie.

–  Miałem przedtem ósemki.

–  To są piętnastki. Mam tylko wiertło szesnastkę. Większa dziura przyda się na następną, bardziej rozwiniętą technologicznie parę. Teraz robią wielkie gniazda przesyłu. Nanośniki przykleić za pomocą wycinków pańskiej tkanki skórnej?

Pacjent zgodził się niechętnie, mrucząc przekleństwa pod nosem. Wrzeszczał potem z bólu przez całe to ponure popołudnie.

2.

Skonstruowanie  dokładnie dwadzieścia lat wcześniej okularów  Hedgelsona stało się sensacją na skalę światową i dobrodziejstwem losu dla ślepców takich jak on. Możliwość korzystania ze wzroku innych była cudem współczesnej okulistyki, nie tylko użytecznym dla niewidomych, ale również dla służb specjalnych i policji. Delikwent widział siebie z zewnątrz, kontrolując ruchy ciała od wewnątrz. Niesamowite wrażenie, porównywalne do gry w świecie wirtualnej rzeczywistości.

Nowe okulary pasowały idealnie. Bardzo szybko zsynchronizowały go z transmisjami plików wideo z całego szpitala. Na początku poruszał się ostrożnie, szczególnie tam, gdzie nikt nie chodził. W świetlicy napotkał gęste pole przesyłu bezpośredniego. Mógł się spokojnie zaczesać na środku pomieszczenia czy splunąć wprost na plecy nielubianego kolegi. Dodatkowym wsparciem percepcji ogólnej były dźwięki i intensywność zapachów. Zawsze panował tu miły ścisk i hałas rozmów.

Na stoliku, jak zwykle koło piątej, pojawiły się filiżanki parującej kawy.

–  Gdzie jest nasz salowy coffee boy? – zapytał niewidomy, udając że się rozgląda. Wyglądał w nowych okularach jak spalony słońcem plażowicz. Głowę miał ciągle rozognioną i napuchniętą po operacji.

Stojącym wokół  pogrubiały twarze, poczerwieniały policzki, napuchły usta. Oczy zrobiły się małe i krwiste. Siłą tłumili śmiech. Zrobili miejsce przechodzącemu.

Grubasek, zapewne z Indii, ściągnął spodnie. Pomiędzy nogami zwisały mu długie, krowie wymiona. Ślepiec pociągnął je kilkukrotnie zanim do kawy nie popłynął bulgocący, biały płyn.

Natychmiast otrzymał cios w ucho. Filiżanka wypadła mu z ręki i potoczyła się na podłogę.

–  Kto znowu bawi się w tę zboczoną zabawę? Cymbały! To nieludzkie! – krzyczał lekarz obchodowy. – Ile razy mam wam wyjaśniać, że ten biedak z wszczepionym w okulary receptorem korzysta z waszej  percepcji świata? Bezgranicznie ufa obrazowi. Tak jakby używał plików wideo z kamer w telefonach otaczających go ludzi. Na pewno obraz byłby w nich  bardziej sensowny niż wasze pojebane wizje. Ale są pewne granice, nawet dla idiotów takich jak wy! – Lekarz wodził po nich srogim wzrokiem. – Kto z was przekazuje wykrzywioną, surrealistyczną wizję świata i sprytnie transmituje do mózgu tego biedaka?

Wszyscy spuścili głowę. Niektórzy, nerwowo się kołysząc,  wbili wzrok w daleki sufit. Drapali się po tyłkach, udając zażenowanie sytuacją.

– Znajdę gnoja! Nic mu nie pomoże nawet fakt, że to ośrodek zamknięty. Artysta zasrany… – Popchnął grubaska, który z trudem utrzymał równowagę. – A ty co się gapisz? – ryknął mu prosto w czarną twarz. – Wciągnij gacie i schowaj tego kapiącego fiuta do futerału majtek.

h

„Sodomicus Rex”

h

Sześćdziesiąt pięć milionów lat temu…

Sahilu El Hor Samadim był zboczonym dinozaurem. Nie urodził się bynajmniej z tą przykrą dla innych właściwością. Owszem, od małego podglądał inne dinozaury na łąkach i w lesie. Nawet wtykał palce kopulującym parom do odbytu, nic nie rozumiejąc z piękna miłosnego aktu. Dorastał, mężniał, nabierał cudownej masy igrającego z namiętnością ciała, ale nigdy nie przestał być samcem-inaczej. Jednak od pewnej letniej nocy nieustannie wypatrywał powrotu na wzgórze ogromnej, roziskrzonej gwiazdy. Nie mógł przestać z rozrzewnieniem myśleć o cudownym akcie gwałtu, jaki spotkał go z ręki szlachetnych przybyszów. To, że nie byli to lokalni rębacze, wiedział po kształcie ich narządów. Pozostawili stosy walającej się mokrej gumy. Pudełka z ostrzegawczymi napisami, których nie rozumiał. Części dzikiej, zboczonej garderoby.

W ciągu długiego miesiąca doznał niesamowitej rozkoszy, będąc rolowany po trawie przez dwójkę rozpalonych jak i on olbrzymów. Wtykali mu coś we wszystkie możliwe szpary ciała, tarmosili płyty grzbietowe aż do bolesnego ich rozchwiania. Stępili kolce ogonowe i wciągnąwszy na jego ciało ciasną, gumową pidżamę kazali bić siebie ogonem i porykiwać do tego zawadiacko. Rozkosz sięgnęła zenitu. Obiecali, że wrócą. Czekał więc od roku z rozpaloną wyobraźnią wpatrzony w niebo.

Przeraził się nie na żarty, kiedy zamiast jednej zobaczył całe mrowie lądujących gwiazd. Było ich tysiące na łąkach całej planety. Ze środka wysunęły się szerokie pomosty. Pojawiły się przystojne, muskularne postacie  w podwiązkach na nogach i rajstopach na rękach. Wyszedł nawet jego ukochany Shiumatru, udekorowany wszystkimi kolorami podróżnej szminki.

– Zapraszamy tylko dinozaury! – ryknął do gromadzących się zwierząt. – Proszę wchodzimy – dodał. Posłuchały wszystkie. Wbiegły do środka międzygwiezdnych okrętów, bezmyślnie napalone.

– Zrobią furorę w sodoburdelach galaktyki – mruknął do siebie, patrząc w zamyśleniu na Sahilu El Hora, pakującego się w gumowy kostium z metalowymi cekinami.

h

„Pracodonia”

h

– Mój klient pracuje w zakładzie o zaostrzonym systemie obrotu informacji. W Pracodonii.

– Wstęp żenujący, panie debiutancie. Wiemy o tym. W dzisiejszych czasach to generalny trend w zatrudnieniu pracowników pełnoetatowych.

– Z waszego oskarżenia wynika, że macie mętne pojęcie o kodeksie pracy. Przechodząc przez bramki skanujące, pamięć robotnika ulega wyłączeniu na bite osiem godzin. Dwadzieścia cztery printony programujące wprowadzają zadania bieżące, jak również wszystkie konieczne informacje związane z produkcją i obsługą maszyn. To pracownik doskonały. Tak zwana chodząca Personalność Pracownicza, w skrócie PP. Wypełnia zadania na czas, wykonuje je sumiennie, nie obija się, nie rozmawia na tematy inne niż praca i nie kradnie narzędzi. W dobie silnej konkurencji nie wynosi cennych informacji poza środowisko korporacji.

– Pozostawiamy mu wolną wolę.

– Bez czynnej świadomości?. To, że podświadomość mówi mu kiedy ma pójść do sracza nazywa pan wolą? A to, że dostaje niczym nieskrępowanej erekcji i gwałci dwanaście sekretarek nazywa pan wyrachowanym napadem na cnotę?

– Działał w swoim imieniu. Sprawdzaliśmy oprogramowanie. Nie ma w nim żadnego błędu.

– A w sprawie czynności fizjologicznych istnieje w nim luka czasowa?

– Owszem, jest taka. Organizm działa wtedy zupełnie automatycznie.

– Jak zwierzę?

– Jak zwierzę.

– W ciągu tej właśnie przerwy na idiotycznego papierosa, co jest zwykłym, mechanistycznym natręctwem fizjologicznym, dochodzi do bestialstwa gwałtu. Kto jest odpowiedzialny? No chyba nie mój klient. Klauzula o zatrudnianiu i pracy bez udziału świadomości ujmuje to w sposób jasny i wiarygodny. Kto uzyskał przyjemność z aktu seksualnego podczas nieświadomego czasu pracy? Bestia zamknięta w ciele ludzkim. Kto poddusił cztery sekretarki penisem, doprowadzając do połamania żeber? Potwór. Nie mój klient, proszę pana. Po pracy jest aniołem z czwórką uroczych dzieci i piękną, napompowaną sylikonem żoną. Proszę nie mieszać faktów.

–Chcemy ukarać bestię, a nie człowieka, panie Hillgrow.

– A więc zlikwidujcie PP. Powieście go na wirtualnej gałęzi.

– To byt dokładnie sprawdzony wirtualny byt.

– Z percepcją?

– Chce pan doprowadzić do precedensu…

– Pytam jeszcze raz. Byt posiadający percepcję i własną ocenę sytuacji?

– Proszę odpowiedzieć na pytanie – zdenerwował się dotąd milczący sędzia po chwili przedłużającej się przerwy.

– Tak. Z percepcją. Myśli pan, że wywalamy milion baksów na daremno?

– Wobec tego proszę o oddalenie oskarżenia. To on wysłał bodziec do układu nerwowego i uwolnił lawinę reakcji chemicznych.

– Ale ten bydlak miał fizyczną przyjemność obcowania!

– Ale był duchowo nieobecny. Czyn dokonany w afekcie?

– W afekcie? Wszystkie sekretarki są w ciąży, a jedna z nich została dodatkowo zarażona chorobą weneryczną.

– Niech płaci wasz PP, byt wirtualny. Powinien, psia krew, wtedy pracować, a nie się kurwić po kątach.

– Ależ panowie. Panowie! – upominał sędzia, waląc z całej siły młotkiem.

Hllgrow przechodził printonową bramkę z uczuciem nieznośnego pieczenia w klatce piersiowej. Wycierał krew z ust po bijatyce. Bolał go penis i odbyt równocześnie. Uśmiechnął się na widok wychodzących sędziego i oskarżyciela. Ledwo dawali radę na czworakach. Chyba doszło do bestialskiego precedensu w godzinach ich pracy. Prokurator był jak zwykle bez spodni.

h

„Lemoniador”

h

– Proszę się nie zbliżać do szyby, natychmiast wpadają w szał – ostrzegł profesor Geelbourn, poprawiając  kościane okulary. Stali w białych kitlach naprzeciw wielkiej, oszklonej gabloty. Obaj z rękami wbitymi w głębokie kieszenie.

– Są niebezpieczni? – zapytał asystent.

– No wie pan… przed incydentem to było spokojne małżeństwo, jak każde inne w tej zapchlonej norze,  Abosford. Pielęgnowali ogród, opiekowali się wnukami w weekendy, chodzili do kościoła na niedzielne uroczystości parafialne. Aż tu pewnego dnia, właśnie w świątyni Bożej, zaczęli opluwać siedzących w ławkach ludzi.

– Opluwać? – zdziwił się asystent.

– Opluwać z dużą siłą pestkami. Leciały z prędkością około dziesięciu metrów na sekundę. Lądowały dokładnie na karkach siedzących. Zawsze w tym samym miejscu. Dokładnie wymierzone strzały. Jak najbliżej ważnych arterii. Drobne i ostre, jak to u cytryny. Nasiona wbijały się głęboko pod skórę. Niektóre trzeba było  usuwać operacyjnie.

– I tylko dlatego, że pluli pestkami, odizolowaliście ich od społeczeństwa?

– No, nie tylko. – Profesor przeżuwał gumę, kiedy mówił. – Wkrótce córka tych państwa pękła, rozsypując się jak przeciążona siatka na owoce. O tak właśnie… – dodał, widząc matkę ofiary, szarpiącą z wrzaskiem za swoje rozrzedzone od choroby włosy. Za chwilę eksplodowała z ogromną mocą. Krwiste kawałki skóry przylepiły się do ścian i szyby, a drobne, turlające się gorączkowo cytrynki zaścieliły ziemię. Niektóre z rozpędu wtaczały się na ścianę, docierając aż po sam brudny sufit. Szybko pękały i chmury nasion bębniły o pancerną szybę i ściany.

– Najbardziej dziwna była sekcja zwłok córki.

– Tej zmarłej wcześniej w wyniku cytrynowej eksplozji?

– Otóż tak. Po przekrojeniu głowy na pół okazało się, że mózg przypomina mocno stłoczone plasterki wymoczonej w herbacie cytryny w sosie z gęstego miodu.

– O mój Boże… I potrafiła tym myśleć?

– Nie. Głowa służyła wyłącznie jako zbiornik na ślinę. Wielu ludzi tak ma.

– Wykazywali jakieś symptomy choroby tuż przed atakami plucia?

– Tak. Gorzki smak cytryny na języku.

Milczeli przez chwilę.

– Mam tak od rana.

– I ja też – wyznał naukowiec.

h

„Komórka”

h

– Halo, skurwysynu…

– Halo… kto mówi? – Fred Herlbow był zdumiony tym głosem, usłyszanym w ciepły, niedzielny poranek. Zaledwie wygramolił się z łóżka i zdążył zrobić pierwszą kawę.

Poczuł kolejną wibrację. Tym razem przebiegającą od stóp, poprzez kolana i kończącą się niebezpiecznym mrowieniem w okolicach fiuta.

– To ja, twój Aparat Telefoniczny – odparł wewnętrzny głos. –  Mamy kurwa problem – zadeklarował wojowniczym tonem.

– Przecież zapłaciłem rachunek za ubiegły i  bieżący miesiąc – wyjąkał wzburzony Fred.

– Gówno mnie to obchodzi – wyrzucił obojętnym tonem Aparat wewnątrz jego jaźni. – Pamiętasz numer 0419961233?

– Pamiętam. To zdaje się był numer z poprzedniego pakietu oszczędnościowego Bullbona. Zrezygnowałem z waszych usług dwadzieścia lat temu, do cholery.

– Z nas się nie rezygnuje tak łatwo. Szczególnie wtedy, gdy klient zakreślił opcję swobody przerzutów. Zrobiłeś to, prawda? Pamiętasz formularz umowy?

Fred podrapał się po głowie. Mgliście przypominał sobie nawet ten model.

– Nokiorolla 9567?

– Gówno. Model krajowy! Smartuch 12, z ciekłymi odwodami orgazmu. Zdolny do przyśpieszenia wyrzutu spermy i infekcji reklamowych w jaźni partnera seksualnego. Twoje kochanki latami nie potrafiły zapomnieć o twoim fiucie. Zajarzyłeś wreszcie?

– A to… – Fred wreszcie przypomniał sobie szczegóły. Antyk dawno wyszedł z mody. Spróbował siłą woli zagłuszyć gadatliwe urządzenie. Ubrał się, uczesał i szybko przebiegł klatkę schodową, kilka przecznic i rozległy parking przed galerią handlową.

Męska toaleta była jak zwykle pełna petentów. Minęła godzina zanim wcisnął się do kabiny z osiedlowym hakerem najpopularniejszego serwisu telefonicznego.

– Mam problem, Ojcze – powiedział do siedzącego na muszli klozetowej murzyna. – Odezwał się ten stary Smartuch 12. Nie stać mnie na rządową chemioterapię, naświetlenia i kontrolne biopsje.

– Chcesz usunąć biologiczne łącza?

– Wszystkie przerzuty, respiratory, odsyłacze i pamięć wewnętrzną narządów.

– Wszystkich usunąć nie możesz. Twój obecny serwis opiera się na fundamencie zbudowanym przez preferencyjne ustawienia starego. Rezydują w warstwie molekularnej, tak zwanej podprogowej, tuż obok procesów stricte biologicznych. Wątroba pełna jest aplikacji serwisów społecznościowych, w sercu pracują stałe łącza YouTube, poczta mieści się w żołądku, a  programy antywirusowe kontrolują jakość przesyłu w nerkach. Cały organizm jest podporządkowany pakietowi i precyzyjnie wyregulowany. W tym stanie brak biologicznego łącza z siecią telekomunikacji wykończyłby cię w tydzień. Pomyśl o problemach zdrowotnych, których będąc w zasięgu pola nie masz.

– Wiem, wiem. Nie wychodzę poza zasięg. Nie widziałem morza od dziesięciu lat. Może odłącz na początek słuchawki, bo oszaleję.

Murzyn kazał uklęknąć. Małym śrubokrętem krzyżakowym odkręcił mu ucho wraz z panelem przekaźnikowym wielkości średniego kartofla, który tkwił głęboko wciśnięty w głowę. Mózg zacmokał złowieszczo. To stąd rozchodziły się, korzystając z bogatego unerwienia, wszystkie informacje i komendy do najdalej położonych aplikacji organizmu. Obaj przyglądali się części z zainteresowaniem.

– Myślisz, że wewnątrz głowy pozostały jakieś guzki, narośla czy zwykłe skrzepliny ze starego telefonu?

– Na pewno nie. Przerzuty deponują się w stopach bądź łydkach. Na twoim miejscu pozbyłbym się ich natychmiast. Przejdź do kabiny obok. Tam od ręki za kilka baksów zmielą ci to dziadostwo na łatwo spłukiwaną, podobną do gówna miazgę. Nie przypadkowo umieściliśmy naszą agencję w miejskim sraczu. Żadna firma nie będzie dochodzić swoich spraw, dysponując takim dowodem.

– Czy po amputacji ktoś mnie stąd wyprowadzi?

– No pewnie. To jest w kosztach. Mamy umowę z Biolkomem Centralny Wyczad. Biuro znajdziesz na głównej promenadzie galerii sklepowej. Biologiczny Smart Port to przyszłość. Wyczad w Fun Packu wymieni ci nogi aż po same biodra.

– A jaki mają przesył danych?

– Zagłuszający! Będziesz przez tydzień dosłownie biegał tyłem. Tylko 49.99… Z gwarancją na całe życie.

Wrzucili starą słuchawkę do spłuczki. Kawałek ucha wirował wraz z wodą, by za chwilę  zniknąć w głębi sracza na dobre.

h
h
Reklamy
  1. Zeter is pleased!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: