polskie centrum bizarro

Archive for Październik 2012|Monthly archive page

„Ostateczność” by Tomasz Czarny

In Opowiadania on 31 października, 2012 at 6:00 am

Człowiek wciąż poszukuje rozrywki. Trzeba jakoś odciągnąć umysł od codzienności, która bardzo szybko może doprowadzić do załamania i utraty chęci do czegokolwiek. Oczywiście ludzie są różni i niektórym nie wystarcza zbieranie znaczków czy obcowanie z naturą. Potrzebują czegoś mocniejszego. Wyzwania. Adrenaliny. Serotoniny. Dreszczyku.

Różnie to się odbywa. Jedni preferują sporty ekstremalne w stylu skakania z wysokości stratosfery, inni przegrywanie hajsu w licznych zaprojektowanych do tego grach hazardowych, a niektórzy np. wolą masowe zaliczanie partnerów seksualnych. Gdy jednak dozwolone zabawy nie zaspokajają potrzeb, pewnie najbardziej znużone/zdeprawowane indywidua chętnie wypłyną na szerokie wody zabaw zakazanych… i potencjalnie bardzo niebezpiecznych dla umysłu oraz przede wszystkim ciała.

Ostry seks? Narkotyki? I to może nie wystarczyć. Co dalej? Na to pytanie odpowiada nasz nowy autor, Tomasz Czarny, który przedstawi mroczną i zdegenerowaną do cna wizję tego, do czego można dojść w poszukiwaniu ekstremalnej rozrywki i przyjemności. Zainteresowani? Pewnie, że tak. Zapraszamy do lektury tekstu, który odpowiednią grafiką okrasił niezastąpiony Tomasz Woźniak.

h

„Ostateczność”

h

Kochali się. Znowu. Mogliby to robić bez przerwy, dobrali się idealnie. Ona miała dwadzieścia siedem lat, on był trochę starszy. Kręciło ich to. Kręciły ich właściwie wszystkie dostępne formy seksu. Przerabiali wszystko. Bondage, piss, bukake, fetysz, dominację, BDSM. Wymiana partnerów, trójkąty, grupowy, anal, oral… Nic nie było tematem tabu i nic nigdy nie stanowiło problemu. Od pewnego czasu zaczęły się też skóry, pejcze, maski… wyuzdanie i ból. Wchodzili w rejony najwyższych i najbardziej zakazanych rozkoszy, z których nie było już ucieczki. Świat zewnętrzny wydawał się coraz mniej realny, wręcz nienamacalny.

Ona była notorycznie niezaspokojona, graniczyło to wręcz z obsesją, tudzież szaleństwem. Daniel też bez reszty dał pochłonąć się tym mocnym zabawom. Wpadli jak śliwki w kompot, nawet nie wiedzieli kiedy… Z tygodnia na tydzień dewiacje przybierały coraz dziwniejsze i ohydniejsze formy, ale wciąż było im mało.Asfiksjofilia, klizmafilia, raptofilia… Czytaj resztę wpisu »

„Człowiek, który czytał fikcję” by Bartosz Orlewski

In Opowiadania on 28 października, 2012 at 6:00 am

Czasem jest tak, że pisarz usiądzie, weźmie się w sobie i… napisze o pisaniu. Tak to jest, punktu odniesienia każdy potrzebuje, a co jest bliższe twórcy niż paranie się swoim własnym rzemiosłem. A także o czytaniu, no bo jedno z drugiego i drugie z jednego (czy jakoś w ten deseń) wynika, zapętla się i ogólnie krąg życia (literackiego). Wiemy, na razie jest mało składnie…

… na szczęście składności i unikalnego podejścia do obcowania z fikcją na różne sposoby nie można odmówić znanemu wam dobrze Bartkowi Orlewskiemu. Dziś, jak zwykle filozoficznie i z unikalną atmosferą, zabierze was on do osobistej krainy słowa pisanego, gdzie fruwają smoki złożone z liter. Opowiadanie „Człowiek, który czytał fikcję” ma też poniekąd związek z innym tekstem autora, ale tego dowiecie się już w trakcie lektury.

Aha, i dziś unikalna polecanka (i pochwała dobrego gustu naszego kolegi) – po lekturze doskonałego tekstu Bartosza, przeczytajcie też opowiadanie, które go zainspirowało. Warto poznać Claude Lalumiere’a, a w wolnej chwili odwiedzić stronę Lost Myths, którą ów współtworzy. W oryginalnej zabawie w mitologię każdy bizarrolub znajdzie coś dla siebie.

h

Człowiek, który czytał fikcję

h

Kiedy wszedłem do salonu, ze stronic otwartej książki, wciąż pachnącej niemowlęcą obietnicą frapującej lektury, wyfrunął smok, załopotał skrzydłami, niezdarnie, jakby robił to pierwszy raz, a potem zatoczył krąg nad stołem, pierwszy, drugi, trzeci, obniżył lot i zawisł tuż nad książką, nad stronami ogołoconymi z liter. Mały smok, smoczątko wręcz, rozmiarów mniej więcej dwóch moich pięści, w całości zbudowane z wersów i akapitów, uformowanych w uskrzydlone jaszczurcze ciało, zakończony rogiem ogon i podłużny łeb o wielkich nozdrzach – tam, gdzie powinny być oczy, pod powiekami utkanymi z liter, błyszczały dwa czerwone punkty. Smok otworzył paszczę, zaskrzeczał i znad stołu poszybował ku podłodze, musnął ją szponami tylnych łap i wzbił się w górę tuż przed fotelem, na wysokości okna skręcił gwałtownie w prawo, przemknął nad szafą, regałem z książkami, telewizorem, aż wreszcie, obrzuciwszy mnie obojętnym spojrzeniem, wylądował na stole, wśród obrastających kurzem artefaktów – nieopodal laptopa, iPada, telefonu komórkowego, otwartej paczki prezerwatyw, kubka z zimną kawą, stosu niedawno nabytych książek i papierowej teczki, z której wystawał plik artykułów poświęconych zagadnieniu epistemicznej kolistości. Czytaj resztę wpisu »

Bizarro TV – Szalona stylówa azjatyckich raperów

In Ciekawostki znalezione w Internecie, Różne, różniste on 25 października, 2012 at 6:00 am

Yo! A może joł! To kiepskie powitanie to zapowiedź kolejnej odsłony jedynej w swoim rodzaju bizarro telewizji niedobrych literek. I po nim widać, że dziś będzie trochę inaczej. Nie bawiąc się w owijanie w bawełnę (bo potem ciężko odwinąć) – dziś będzie hip hopowo. Naprawdę.

No, ale zwykły hip hop spod bloku i o bloku, tudzież gangsterka-pozerka obwieszonych złotem Afroamerykanów to nie jest temat dla Pokraka. Na szczęście w innych rejonach świata do muzyki rapowanej mają trochę inne podejście. Zwłaszcza od strony wizualnej, czyli teledyskowo-wizerunkowej. A skoro w poprzednim odcinku wędrówki przez krainę dziwacznych filmików zahaczyliśmy o Daleki Wschód, to można jeszcze pociągnąć temat. Raperzy z Azji poruszają się często po iście surrealistycznych rejonach estetycznych. Wiadomo, w Stanach wystarczy fura, skóra, komóra, grube skręty i wypinające się panienki – wariacje na ten temat dominują. A u nas w Polsce, jeśli nikt akurat nie chce nam pożyczyć wypasionej beemki albo nie ma okazji do udawania, że zabytkowe liceum to nasza willa ( to fujstwo –> to), zawsze można usiąść w kapturach pod trzepakiem, puścić w ruch kamerę cyfrową i zgrywać blokersów rodem z Blokersów.

Wykonawcy muzyki hip-hopowej z Japonii, Korei Południowej i innych krajów Orientu owszem, korzystają z wielu tych elementów, ale często przy okazji zabierają przypadkowych oglądaczy ich teledysków w podróż w kolorowy kosmos i z powrotem. Jeśli nie jesteś fanatykiem tamtejszych kultur, to możesz doznać szoku, no, kulturowego (my na szczęście mamy człowieka Grzywaczem zwanego, który mógłby oglądać azjatyckie teledyski 25 godzin na dobę i chętnie wam ten szok zafunduje). A dlaczego hip-hop? Bo szczerze mówiąc, to bardzo, bardzo dużo wytworów azjatyckich popkultur, także teledysków, znajdzie się w rejonie zainteresowań bizarrolubów. Ale, wstyd przyznać, próbujemy podczepić się pod trendy. Nie, nie sprzedaliśmy się (pewnie dlatego, że choć jesteśmy przymilni, ułożeni, wdzięczymy się i robimy oczy Kota ze Shreka, to kupować nikt nie chce), lecz odrobina gonienia za modą nie zaszkodzi. O czym zaraz.

h

Szalona stylówa azjatyckich raperów

h

Dobra, sorry, musimy zacząć od tego:

h

h

Tak, wszyscy mają już pewnie tego po uszu, bo nawet konserwy z mielonką zaczynają dukać oppan Gangnam style przy otwieraniu. Ale nie da się ukryć – koreański raper Psy zrobił ostatnio wiele dla promowania totalnego dziwactwa. No bo każdy, kto zmusza miliony ludzi do udawania, że jeżdżą na koniu i hmm… pulsowania kroczem nad robiącym pompki partnerem w miejscach publicznych, na ulicach, w biurach i na konwentach fantastyki, powinien być kanonizowany, niezależnie jak irytujący robi się po nadmiernym kontakcie. W każdym razie teledysk jest obecnie, wedle Księgi Rekordów Guinnessa, najczęściej „lubianym” filmem na YouTube, międzynarodowym hitem wirusowym i przez to można mieć wrażenie, że to najdziwniejsze co wydali na świat azjatyccy raperzy. Błąd. To nie jest nawet najbardziej odjechana choreografia. Żeby to wykazać, przeskoczmy przez morze do Japonii…

… a tam działa grupa Teriyaki Boyz. Mało ogarniętym miłośnikom palenia gumy pstrokatymi autami może być znany z bardzo dobrego soundtracku do bardzo głupiego (jak cała seria) filmu  Szybcy i Wściekli: Tokyo Drift. Onegdaj stworzyli oni też utwór Zock On, którego teledysk warto obejrzeć nawet mimo słabej jakości dostępnej wersji. Pod względem układu tanecznego przeskoczyli oni bowiem każdą istniejącą choreografię świata. Jest… chaotyczna? Ekspresyjna? Epileptyczna? Odważne użycie manewru imprezowego typu „ciuchcia” imponuje… a fakt, że panowie cały czas mają na sobie kaptury wyglądające jak głowa rekina… och… no właśnie. Warto zwrócić uwagę na scenografię nawiązującą do Pee Wee Hermana, cenionego przez twórców bizarro. I jedno pytanie – czy głaskanie kaczuszki stało się po tym wideo popularna aktywnością?

h

h

Czytaj resztę wpisu »

„Jeszcze mniejsza Apokalipsa” by Marek Grzywacz

In Opowiadania on 22 października, 2012 at 6:00 am

Superbohaterowie nie odchodzą w popkulturową niepamięć, nawet nie zbierają się do takowej podróży, a wręcz przeciwnie – ostatnio znowu idzie im bardzo dobrze. Przetaczają się na przykład hordami przez kinowe ekrany, bijąc, oprócz swoich licznych przeciwników, kolejne rekordy wszechczasów. Oczywiście to wszystko Ameryka. Umięśnieni jak dorodny nosorożec panowie w trykotach i bujnych kształtów panie w obcisłych kostiumach to dzieło wyobraźni jankeskiej i ich świat też jest odbiciem krainy hamburgerami i przecukrzonymi napojami gazowanymi płynącej.

A jakby się odnaleźli herosi w naszej „specyficznej” (niestety często w negatywnym słowa tego znaczeniu), polskiej rzeczywistości? Jak radziliby sobie z bezrobociem, głupami w Sejmie, dresiarstwem, kombinatoryką stosowaną i innymi szarymi przymiotami naszej codzienności? Na te pytania próbowało odpowiedzieć całkiem sporo twórców… ale to nie powód, żeby literki nie dorzuciły swoich trzech groszy. Zwłaszcza, że jak zwykle będzie to głos wielce odrębny – bo bizarro jak cholera!

Dziś Marek Grzywacz w tekście „Jeszcze Mniejsza Apokalipsa” spróbuje wam zaproponować wizję superbohatera dogłębnie spolszczonego – bo obarczonego pokaźnym bagażem jakże polskich problemów. A przy okazji zabierze was w długaśną podróż po wersji naszego kraju w której hasa dużo, dużo totalnie dziwacznych osobników!

Aha, nie wolno zapominać, że tekst został opatrzony świetną grafiką Tomka Woźniaka… Endżoj!

h

„Jeszcze mniejsza Apokalipsa”

h

Edmund Nogal otworzył oczy. Rysa przebiegająca przez pół sufitu witała go złośliwym uśmiechem, szczerząc zęby z odpadających kawałków farby. Ziewnął. Przeciągnął się i nieprzyjemnie przekonał się jak bardzo bolą go wszystkie mięśnie. Wstał. Wszedł do kuchni. Posmarował kromkę chleba pasztetem. Wrócił do dużego pokoju. Spojrzał przez okno.

Krajobraz porannej Warszawy przesłaniało kłębowisko macek, w którego centrum błyszczał papuzi dziób i jedno wielkie, gadzie oko.

Nie próbował się dowiedzieć, czy istota dryfująca w powietrzu za szybą jest zwiadowcą armii intergalaktycznych zdobywców, potworem narodzonym z chorych eksperymentów czy może zwykłym przechodniem. Po prostu zasunął zasłony.

h

Do sortowni szedł na nocną zmianę, więc włóczył się ulicami miasta. Nikt nie zwracał na niego uwagi, bo nikt nie lubi patrzyć na śmierdzących tanimi fajkami i jeszcze tańszą wódką staruchów. Edmund był dużo młodszy niż sugerowała pajęczyna zmarszczek na jego jaskrawo pomarańczowej twarzy, a i na tyle przyzwoity, by nie śmierdzieć zbyt otwarcie w miejscach publicznych, ale pierwsze wrażenie jest zwykle ostatnim.

Przemykał więc niezauważony między ludźmi wyposażonymi w parasolki i od czasu do czasu zerkającymi w górę. Zgodnie z najnowszymi badaniami ilość powietrznych pojedynków nad Warszawą zwiększyła się dziesięciokrotnie w skali rocznej przez ostatnie pięć lat, co oznaczało, że na przechodniów w każdej chwili mógł spaść deszcz krwi lub płynów ustrojowych jakiejś bestii, która eksplodowała od gradu uderzeń bohaterskich pięści.

Zapragnął pójść na Starówkę. Obcowanie z falsyfikatami przedwojennych kamienic jakoś go uspokajało. Poszedł w kierunku przystanku autobusowego i wtedy ujrzał długą kolejkę. Okazało się, że Translokator bawił się akurat w praktyczną służbę publiczną (za drobną opłatą, bo obok jakiś ponury typ sprawdzał bilety). Wysoki mężczyzna w kostiumie koloru nieba stał na podeście. Co chwilę zjawiał się obok niego jeden z oczekujących, a Translokator chwytał go w ramiona i w błysku błękitnej energii przenosił się z nim w wybrane miejsce Warszawy. Natychmiastowy transport miejski.

Edmund westchnął.

Oferta momentalnego przeniesienia się na Starówkę kusiła, ale Edmund wiedział jak zaczynał na początku lat 90-tych Translokator, znany onegdaj jako Rysiek Zasadzka. Prawdziwy postrach Warszawy i okolic. Miał zwyczaj porywać z zaskoczenia gorące osiemnastki, prosto z ulicy, w biały dzień. Teleportował się z upatrzoną dziewczyną w ustronne miejsce, tam ją gwałcił, a potem odstawiał gdzieś daleko od domu i znikał bez śladu.

Cóż, gdy przyczyniłeś się do uratowania Polski przed kosmicznym bóstwem zagrażającym egzystencji Wszechświata, wybaczą ci wszystkie winy.

Zniesmaczony Edmund upchnął się w przepełnionym autobusie. Jakiś drab warknął na niego, że niby się rozpycha. Bezpardonowo uspokoił natręta dawką toksyn z parzydełek. Czytaj resztę wpisu »

„Meatshop” – porcja mięsistych szortów od Jana Maszczyszyna

In Opowiadania on 18 października, 2012 at 6:00 am

Macie ochotę na jakąś krwistą lekturę? Jeśli tak, to znaleźliście się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, bo Jan Maszczyszyn zafundował wam potężną dawkę tekstów. Można konsumować do przejedzenia.

Dzisiejsza porcja opowiadań wyróżnia się tym, że ich tematem jest mięso oraz inne narządy kryjące się gdzieś pod skórą. Zwykle, bo zgodnie ze strategią szokowania Jana Maszczyszyna, w dzisiejszych szortach ani masa mięśni, ani inne flaczki i podroby nie będą tkwiły sobie na właściwym miejscu zbyt długo.

Zapraszamy więc na mały festiwal deformacji, body horroru, krwawego surrealizmu i ludzi, którzy robią z ciałami innych ludzi zdecydowanie złe rzeczy.

h

„Ześwinić Człowieka”

h

Harvey mocował się z walizką.

– Kurwa – zaklął Rudi Piglon. – Co ci przyszło do głowy, żeby dopychać tego więcej. Przecież i tak wystarczy, aby wypierdolić w popołudniową drzemkę pół dzielnicy.

Harvey nerwowo zamrugał. Mocniej docisnął nogami pokrywę.

– Zamilcz, bo ściągniesz nam tu automaty obstawy – wyrzucił z siebie, zadyszany.

– Zamilcz, zamilcz… Lepiej zamknij to wreszcie – marudził dalej Rudi. – I ja tym razem biorę wózek. Nie chcę, żeby znów towar skończył w czyimś pysku.

Walizka zatrzeszczała złowieszczo, ale zatrzaski nareszcie zatrzymały ogromne parcie od wewnątrz. Zdrapali trójwymiarowe resztki obrazka szynki na skórzanym pokryciu.

– Dobra, wyskakujemy.

– Opiekunkę żłobka biorę na siebie – wyszeptał Rudi repetując broń.

Przebiegli truchcikiem dzielący ich od budynku trawnik. Panowała niczym nie zmącona cisza. Tylko od wewnątrz dolatywała nucona dziecięca piosenka.

Wpadli do środka jak burza. Rudi przycisnął do ściany opiekunkę. Jednym strzałem pozbawił ją pamięci bieżącej. Harvey błyskawicznie zdetonował ładunek. Potem doskoczył do drzwi i otworzył oba skrzydła jednocześnie, robiąc miejsce na wjeżdżający samobieżny wózek. Boki pojazdu uniosły się jak skrzydła żuka. Z wnętrza wyskoczyły małe roboty rzeźne z lodówkami zamiast brzucha. Wycinały i kroiły najcenniejsze narządy w potwornym wrzasku zasypiających niemowlaków. Roboty montażowe szybko zakładały systemowe łączenia, doprowadzały węzły nerwów i arterii do nowych, odzwierzęcych części zastępczych. Zszywały i lepiły utrwalaczem skórnym. Ładowały w drobne, kwilące ciała litry depresorów immunologicznych i, ze świeżo usuniętym ludzkim narządem pływającym w odczynnikach brzusznej zamrażarki, chowały się na powrót wewnątrz samobieżnego wózka. Czytaj resztę wpisu »

„Intruz” by Darek Kuchniak

In Opowiadania on 15 października, 2012 at 6:00 am

Niektórym Indianom nigdy się nie znudzi… okej, tyle możemy powiedzieć. Skoro nazwisko autora brzmi Kuchniak (a imię Darek), to dużo nie zdradzamy sugerując, że w poniższym tekście gdzieś-jakoś pojawi się Pewien Apacz. Czerwonoskóry everyman (pod warunkiem, że każdy człowiek jest lekko nieogarnięty, eufemistycznie mówiąc) walczył już z rzeczywistością i jej absolutnym nonsensem (no dobra, może raczej w nim tonął, ale miotanie się po scenografii można przy napadzie niedowidzenia ogłosić walką). No i zasadniczo będzie robił to dalej. Cokolwiek on właściwie robi. Bo niektórzy Indianie nigdy nie mądrzeją…

Ta-a, introdukcja poddała się w kwestiach logiki. Jak to bywa na niedobrych literkach.

W każdym razie zapraszamy na zamknięcie trylogii o Pewnym Apaczu (chyba, że autor będzie ją kontynuował w stylu Douglasa Adamsa), okraszone wielce klimatyczną grafiką Tomka Woźniaka. Zamknięcie, co warto podkreślić, zupełnie zaskakujące w kontekście poprzednich tekstów. Zresztą, jak zwykle jazda bez trzymanki (na mustangu?) zapewniona. Zapraszamy!!!

h

Intruz

h

Wieczorne niebo przeciął nagle narastający, przytłumiony łoskot. Kowalski, szpakowaty mężczyzna po czterdziestce, zatrzymał się raptownie, aby nie znaleźć się w błotnistej mazi i spojrzał z wyrzutem do góry.

– To brzmi całkiem jak hałas czyniony przez twój popsuty rozporek – powiedziała Irena, dobiegająca trzydziestki atrakcyjna blondynka o niebieskich oczach. Spojrzała przy tym znacząco w kierunku jego krocza. – Znowu ktoś leci z inspekcją. Twój szef z Ziemi zrobi wszystko, żeby cię ściągnąć z powrotem. Ślepy by zauważył, że ma chrapkę na naszą rajską planetę.

– Ale ja nie jestem ślepy – uciął Kowalski, zbyt zajęty własnymi myślami, aby cierpliwie czekać, aż Irena dobrnie do końca tyrady. Mężczyzna był pewien, że to kolejny turysta z Ziemi, pragnący zmienić kolor skóry na dupie na mniej blady.

– Lepiej się pospiesz, Ireno – ponaglił Kowalski. – Chodźmy stąd. Nie chcę go, czy też ich oglądać bez względu na to kim on jest, czy oni są.

Zanim Kowalski skończył mówić, Irena zwinęła koc, wzięła do ręki koszyk z prowiantem i zniknęła w świetnie zamaskowanym wejściu do ich domku. Kowalski szybko do niej dołączył.

Po spędzeniu na tej planecie całego roku, brak towarzystwa innych ludzi zaczynał poważnie mu doskwierać. Niemniej, podczas gdy odziedziczony po małpich przodkach instynkt stadny domagał się swoich praw, Kowalski czuł, że przybycie kogokolwiek z Ziemi  wróży same kłopoty.

Mimo tego podszedł do okna i obserwował lądowanie obcego statku. Ten ostatni zmienił w popiół co najmniej sto metrów kwadratowych dżungli, aż w końcu silniki umilkły, a stopy wsporników zagłębiły się w szarej masie. Z wnętrza wyskoczył tylko jeden człowiek, ale za to objuczony jak stu Szerpów. Czytaj resztę wpisu »

„Pocztówka z Łodzi” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 12 października, 2012 at 6:00 am

Zeter Zelke – w skrócie ZZ, co się może kojarzyć z pewnymi sympatycznymi dziadkami z długimi brodami – to kryptonim operacyjny wiernego i lojalnego padawana Paskuda, który dla swojego jednookiego przewodnika po literackim świecie bizarro jest w stanie uczynić wiele. Na przykład… tworzyć coraz to nowe opowiadania.

Dzisiaj mamy przyjemność zaprosić Was do wspólnego odczytania „Pocztówki z Łodzi”, która właśnie przyszła do Paskuda pocztą pantoflową, ale za to na wysokich obcasach.

Miłej lektury.

Pocztówka z Łodzi

Jest coś w zasyfionych ulicach szarych miast, co sprawia, że – choć z oczywistych względów odpychające – w podejrzany sposób przyciągają uwagę, wzbudzając poczciwą sympatię. Nie ma w Polsce smutniejszego miasta niż Łódź. Rozsypujące się kamienice, przeżarte rdzą furtki, szkielety sfajczonych lub zapomnianych samochodów, wraki fabryk, ulice dziurawe jak ser szwajcarski i unoszące się na wietrze torebki foliowe, atakujące oblicza ponurych przechodniów. Pomazane, potłuczone przystanki autobusowe straszą działaniem niewidzialnej ręki, która dokładnie obkleja je reklamami oraz zawiadomieniami, kiedy nikt nie patrzy. Większości nikt też nigdy nie czyta – zazwyczaj brakuje połowy tekstu, a jeśli nawet jakimś cudem kartka ocaleje, zawsze znajdzie się ktoś życzliwy, kto wycharka na nią żółto-zieloną flegmę z chorowitych płuc. Czytaj resztę wpisu »

Podpatrzone na Bizarro Central

In Ciekawostki znalezione w Internecie on 9 października, 2012 at 6:00 am

Dawno nie szpiegowaliśmy kolegów z zagranicy, oj dawno. A na Bizarro Central dzieje się, jak to zwykle, w dodatku nawet dla pokątnego obserwatora widocznym jest, że ten agregat prima sort literackiej dziwaczności ostatnio dużo miejsca poświęca… dziełom audiowizualnym. Czyli filmikom znalezionym na Tubie.

Oczywiście zacni redaktorzy BC nie wklejają sobie przypadkowych linków z YouTube. Jak można się domyśleć, wrzucane zarówno w cyklach, pojedynczych artykułach, jak i jako przerywniki filmy łączy jedno, nieważne czy są zwiastunami, teledyskami czy czymś innym. Zawsze są bowiem absolutnie cudaczne, wydziwaczone, szokujące i absurdalne. A takich, moi drodzy, bystre oczy propagatorów biz-fic z USA wyłapują setki. Dosłownie.

My dziś przekleimy wam parę wystrzałowych perełek, zachęcając do zapoznania się z całością. A, że w poście będzie sam YouTube, wskrzeszamy też nadajniko-odbiorniko-pokrakowaty system antenowy, którego też dawno nie było, a, mówiąc krótko i dosadnie, zajebisty jest 😉 Ale spoko, następne Bizarro TV też będą… kiedyś na pewno, a pewnie prędzej niż później. No i tyle – zapraszamy do lektury!

h

Podpatrzone na Bizarro Central
 – edycja kinematograficzna

h

1. Miks ostateczny!

Tracy Vanity jest stałą współpracowniczką Bizarro Central i przy okazji łącznikiem świata naszej ulubionej literatury w Bangkoku. Dzięki jej unikalnym zainteresowaniom mogliśmy na BC przeczytać wywiad z ultraszalonym artystą Crispinem Gloverem, a także zobaczyć materiał fotograficzny z wizyty w parku „rozrywki” wizualizującym buddyjskie piekło (!). Ale okazuje się też, że Tracy ma talent do układania wywalonych w kosmos… miksów najlepszych teledysków w stylu bizarro. Czytaj resztę wpisu »

Stało się, czyli WYNIKI!

In Akcje Literackie, Konkurs, Różne, różniste on 7 października, 2012 at 3:00 pm

Możecie już przestać gryźć pazurki, drodzy uczestnicy naszego konkursu na opowiadanie bizarro. Jurorzy w asyście nieocenionego Paskuda mają zaszczyt przedstawić zwycięzców i wyróżnionych, których prace trafią do planowanej antologii bizarro, gdzie znajdą się obok dzieł czołowych twórców zagranicznych i krajowych:

Pierwsze miejsce: Marcin Rojek, „144000”.

Drugie miejsce ex-aequo: Paweł Waśkiewicz „Lampiony z ludzkich głów” i Grzegorz Gajek „Moja na zawsze”.

Wyróżnienia: Darek Kuchniak „Rajska Kraina” i Zeter Zelke „Pięć parszywych żywotów”.

Gratulujemy!

PS. Nadesłane opowiadania w przeważającej części prezentowały wysoki poziom zbałamucenia dziwacznością, tak więc części autorów, których zabrakło powyżej, będziemy wkrótce proponowali publikację na Niedobrych Literkach.