polskie centrum bizarro

„Fotel do masażu” by Piotr Mrok

In Opowiadania on Październik 1, 2012 at 6:00 am

Dzisiaj Paskud przygotował dla Was opowiadanie, które nie tylko jest bizarro, ale i ma większą niż przeciętna masę. Nie pytajcie z jakiej okazji taka gratka – Paskud zwykł bowiem rozpieszczać swoich padawanów bez nijakiej okazji. Sami tego do końca nie rozumiemy, ale to może i dobrze, bowiem rozumienie Paskuda zdaje się być zjawiskiem bardziej bizarrowym niż najbardziej bizarrowy tekst na niedobrych literkach.

Dobra, dosyć dygresji i lekkiej kryptoreklamy. Przejdźmy do rzeczy. Zapraszamy Was do lektury opowiadania „Fotel do masażu”, które specjalnie dla niedobrych literek sprokurował Piotr Mrok. Miłej lektury!

Fotel do masażu

Tłusty czek nie zrobił na mnie wrażenia. Pieniądze nigdy nie były ważne. Pojawiały się przy okazji, nawet nie miałem czasu ich wydawać. Zresztą… co mogłem za nie kupić, żeby poczuć się szczęśliwym? Pomagałem ludziom, to była moja praca i to mi wystarczało.

Odłożyłem czek na stary stolik z chwiejącą się nogą. Nigdy nie miałem czasu oddać go do naprawy. W kopercie był jeszcze list. Zwykła biała kartka zapisana prostym pismem człowieka wykształconego i pewnego siebie. Żadnych ozdobników. Litery nie chwiały się i nie ześlizgiwały z niewidocznych linijek w górę lub w dół. Jeśli pismo oddaje charakter człowieka, to miałem przed sobą list kogoś rzetelnego i uczciwego:

Szanowny Panie!

Zdaje sobie sprawę, że jest Pan obłożony licznymi obowiązkami, jednakże ośmielam się prosić, by raczył mnie Pan odwiedzić. Zamierzam złożyć Panu pewną ofertę i chciałbym, by ją Pan z namysłem i roztropnie rozważył.

Nazywam się Marceli Staszewski. Moje nazwisko nic Panu nie mówi, podobnie zresztą większości ludzi na świecie. Mam już siedemdziesiąt osiem lat i spodziewam się, że w niedługim czasie przestanę być aktorem teatru zwanego życiem. Przeżyłem już dość, nie mam sobie wiele do wyrzucenia, bowiem starałem się postępować zawsze tak, by móc bez wstrętu patrzeć na siebie w lustrze. Troszczyłem się o bliskich i ta troska każe mi dziś zwrócić się do Pana.

Jestem majętny, lecz pomimo to nie umiem zapewnić moim najdroższym godnego życia gdy ja sam już odejdę. Polecono mi Pana jako najlepszego specjalistę w Europie, a moje osobiste śledztwo – proszę mi wybaczyć, że wynająłem prywatnego detektywa by Pana lepiej poznać, ale ja sam nie opuszczam domu i ze względu na wiek i na moich podopiecznych – potwierdziło że jest Pan właściwym człowiekiem, pełnym pasji oraz o niezachwianej moralności.

Proszę mi wierzyć, jestem człowiekiem dumnym, ale dumę trzeba schować do kieszeni, gdy wchodzi w grę dobro wyższe. W załączeniu przesyłam czek na okaziciela. Jest Pański, bez względu na to czy przyjmie Pan moje zaproszenie czy nie. Po prostu proszę przyjechać. Sam Pan zobaczy, że czeka na Pana coś, z czego będzie Pan dumny każdego dnia, co da Panu satysfakcję i co sprawi, że tak jak ja dziś, kiedyś i Pan określi jako dzieło życia.

z wyrazami głębokiego szacunku

Marceli Staszewski

Przestudiowałem list kilka razy z rosnącym zaciekawieniem.

Dzieło życia? A czymże jest to, co do tej pory robię?, pomyślałem. Nie byłem materialistą, czeku nie zrealizowałem. Sprawdziłem oczywiście w banku, że ma pokrycie i gdybym chciał, dostałbym te pieniądze.

Nie chciałem. Miałem go ze sobą w kieszeni na piersi, kiedy zjeżdżałem z asfaltowej drogi tuż obok wielkiego, dębowego krzyża, tak jak opisano w instrukcji dojazdu, zapisanej tym samym równym pismem na drugiej stronie listu Staszewskiego.

Żwir zachrzęścił pod oponami samochodu, a wzbudzone tumany kurzu poderwały się do tańca, zostawiając za pojazdem białą smugę, niczym pianę za rozpędzoną motorówką.

Zamierzałem mu oddać czek. Nie byłem do kupienia. Ale chciałem zobaczyć, co to za dzieło życia. Dzieło życia… Pewnie sfiksował na starość i pokaże mi coś w stylu gromadki przebranych w miniaturowe mundury napoleońskie pinczerów lub jamników szorstkowłosych podpalanych, albo całą plantację własnoręcznie wyhodowanych i pielęgnowanych orchidei. Nie potrafiłem wymyśleć nic bardziej ekstrawaganckiego i miałem nadzieję, że nie skończy się na nietrzymających moczu starych kotach.

Nie cierpię kotów.

Skręciłem i zwolniłem, zerkając na opis dojazdu. Lewo, prawo, prawo… Krzyż. Kasztanowa aleja i rozstaje przy głazie narzutowym. Na razie wszystko się zgadzało.

Ten Staszewski faktycznie dbał o swoją prywatność. Zleciłem asystentowi znalezienie on nim wszelkich informacji. Wszelkich? Potem obaj szukaliśmy jakichkolwiek.

Kto to jest? Na czym się dorobił? O co mu może chodzić? Nie istniał w internecie. Nie widniał w żadnych ewidencjach, nie był w radach nadzorczych spółek ani w spisie osób skazanych. Jego personalia wypłynęły dopiero w archiwum lokalnej prasy. Pierwszy raz na nekrologu żony Marii, a drugi i ostatni przy podziękowaniu za hojną darowiznę na rzecz budowy Domu Pomocy Społecznej. Społecznik i wdowiec…

Kobieta zmarła czterdzieści lat temu, po długiej chorobie, pozostawiając nieutulonych w żalu rodzinę i przyjaciół. Ceremonia pogrzebowa odbyła się w listopadzie, na cmentarzu przy Lipowej w małej miejscowości pod Białymstokiem.

Znałem tę okolicę. Właściwie, to nawet dobrze znałem ten cmentarz. Aż za dobrze.

W pewnym sensie uznałem Staszewskiego za krajana i wtedy pomyślałem, że co mi szkodzi? Pojadę. Oddam mu ten czek i rozejrzę się przy okazji. W najgorszym wypadku stracę popołudnie, a atrakcją wieczoru będzie kubek przesłodzonej herbaty jaśminowej i czerstwe ciasto niepokojąco ogryzione na krawędzi.

Wiatr gwizdał, ciskając w karoserię małymi żwirowymi pociskami. Samochód miał już swoje lata i zależało mi nie na tym, żeby był ładny i modny, ale żeby woził mnie z punktu a do punktu b. Dopóki się spisywał nie zamierzałem go zmieniać na lepszy model.

Ścieżka zaczęła się lekko wspinać, a wkrótce po lewej stronie wyrósł mały zagajnik i wiatr zasypał polną drogę deszczem pomarańczowych liści. Odniosłem wrażenie, jakbym wjeżdżał w ścianę ognia.

Lubiłem wiatr, ale nie jesienny. Wolałem gdy poruszał zielonymi konarami drzew i falował trawą na łące, roznosząc zapach życia. Natomiast jesienią zimny oddech ciskał bezładnie trupami liści, jak gdyby ze wściekłości, że nie może powstrzymać ich gnicia. Rozumiałem go doskonale.

Gdy już miałem wcisnąć hamulec i zawrócić z tej drogi donikąd, na linii horyzontu pojawiły się światła zabudowań. Dobrze więc – pomyślałem – sprawdzę, czy to dom Staszewskiego, a jak nie to pal go sześć i jego wyzwanie życia; zawrócę i zapomnę o całej sprawie.

Wcale mnie nie zdziwiło, że budynki okazały się być małym dworkiem z przyległościami, oficyną i jakimiś stajniami czy stodołami, na oko przedwojennymi. Ci wszyscy bogacze lubują się w pałacykach, pełnych dzieł sztuki, pozłacanych kandelabrów przerobionych ze świec na żarówki i pieców z ręcznie malowanymi kaflami, gdy ciepło tymczasem dostarczało wielkim kosztem zamontowane ogrzewanie podłogowe.

Widziałem to już wielokrotnie, gdy wzywano mnie do rozleniwionej nuworyszki, którą od leżenia i pachnienia rozbolały plecy. Pokojówka w białym fartuszku i czarnych pończochach skakała wokół umierającej na migrenę idiotki, a ja musiałem ugniatać rozpasłe cielsko, sprawiając pozłoconej krowie nieledwie erotyczną przyjemność raczej, niż ulgę w cierpieniu.

Jeszcze kilka lat temu nie miałem wyboru i musiałem sprzedawać się takim paniusiom. Moje utalentowane dłonie obdarzone darem uzdrawiania marnowały się wówczas, ale gdy ten okres minął obiecałem sobie już więcej nie trwonić moich umiejętności. Pieniądze… prychnąłem z pogardą sam do siebie i wysiadłem z samochodu.

Drzwi wejściowe nie pasowały do budynku. Zwyczajne, jednolicie oheblowane, bez zdobień, a jednocześnie masywne jak w skarbcu banku. We wszystkich oknach wstawiono kraty. Pewnie facet ma sporą kolekcję wartościowych bibelotów.

Nacisnąłem okrągły guzik dzwonka. Nie usłyszałem żadnego dźwięku. Przez chwile wsłuchiwałem się w pieśń wiatru grającego za moimi plecami. Szeptał coś niezrozumiale, jakby chciał mnie skłonić do ucieczki. Wcisnąłem guzik po raz drugi i tym razem przetrzymałem dłużej palec.

– No to sobie urządziłem wycieczkę na zadupie – wyszeptałem zirytowany. Czy to jakiś kawał? Ale czek… Poklepałem się po piersi, sprawdzając, czy na pewno go mam.

Drzwi zachrobotały raz, potem drugi, a na końcu trzeci i dopiero wtedy klamka opadł ze skrzypnięciem. Przede mną stał lokaj w podniszczonej marynarce, w dłoniach ściskał miotełkę do kurzu.

Chybotał się na wysuszonych nogach, a skóra na jego twarzy przypominała korę jesionu. Chłopina najwyraźniej w życiu spracował się fizycznie, bo łapska, wielkości przysłowiowych łopat, miał oplecionesiecią nabrzmiałych żył oraz powykrzywiane przez artretyzm. Wszystko w nim krzyczało: jestem stary, bardzo stary! A już szczególnie szare włosy, których kępki żałośnie opadały na czoło. Jedynie w oczach iskrzyła się dziwna, kocia bystrość.

– Dzień dobry. Moje nazwisko Łukasz Kamiński. Zostałem zaproszony na spotkanie z panem Marcelim Staszewskim – powiedziałem, przybierając najuprzejmiejszy ton, na jaki było mnie stać po całej ten wyczerpującej jeździe. W końcu to nie wina tego faceta, że haruje na tym odludziu dla zdziwaczałego starca…

Zawsze szanowałem ludzi, którzy pracowali rękami. Wymuskani intelektualiści mnie śmieszyli. Ta ich wiara w siłę rozumu oraz bezradność, gdy los postawi ich pod ścianą życia. Jedynie dłońmi da się coś zbudować, swoimi lub obcymi, ale zawsze dłońmi.

Lokaj uśmiechnął się i skinął głową.

– Proszę za mną – wychrypiał.

Prowadził mnie przez długi hol. O dziwo nie było na nim żadnych obrazów rodzinnych, gobelinów, rzeźb, czy zbrój rycerskich. U baronowej Krzeszowskiej to przy drzwiach wejściowych stał wypchany struś. Używała go do wieszania kapeluszy.

Może Staszewski zubożał i musiał wyprzedać majątek? Znów poklepałem się po kieszeni, w której trzymałem czek. Przypominał mi o tym, po co właściwie tu przyjechałem.

Starzec wpuścił mnie pierwszego do małego pomieszczenia z dwoma tanimi i raczej obskurnymi fotelami, okrągłym stolikiem między nimi i skromną biblioteczką, w której rozpoznałem kilka klasycznych pozycji dotyczących rehabilitacji, kilka podręczników akademickich, wśród nich jeden czy dwa mojego autorstwa.

– Proszę się rozgościć – oświadczył lokaj i wycofał się zamykając za sobą drzwi. Stanąłem w zakratowanym oknie. Nawałnica wzmagała się. Stare drzewo rosnące przed domem broniło się resztką sił, ale lada chwila mogło stracić gałęzie, a może i całe runąć z trzaskiem wprost na mój samochód zaparkowany tuż obok.

Najwyżej wrócę taksówką, pomyślałem, porzucając myśl o przestawieniu auta. Po kwadransie oczekiwania starzec wrócił. Przebrany w gruby, beżowy golf oraz spodnie z miękkiego, brązowego sztruksu. Uśmiechnął się życzliwie i przez chwilę patrzył na mnie ironicznie, jak łobuziak po udanej psocie.

– Przepraszam, że musiał pan czekać. Akurat zaskoczył mnie pan podczas sprzątania – powiedział, podając mi dłoń. – Marceli Staszewski, cieszę się, że pan przyjechał. To duża ulga. Moje nadzieje odżywają.

– Miło mi – odparłem. – Ech, myślałem, że…

– Że jestem służącym? Dostawcy też tak sądzą, a ja nie wyprowadzam ich z błędu.

Moja dłoń ugrzęzła w jego szorstkiej prawicy, a uścisk uświadomił mi, że w tym człowieku nadal drzemie sporo sił.

– Nadzieje? – zapytałem, gdy już usiedliśmy w fotelach. – Zaciekawił mnie pan tym listem. Życiowe wyzwanie? Jak pan wie, oprócz wykładów na uczelni, prowadzę też oddział rehabilitacji w szpitalu miejskim. Nie mam zbyt wiele czasu. Nie prowadzę już prywatnej praktyki i nie przyjmuję indywidualnych pacjentów. Obawiam się, że nie mogę panu pomóc… Dlatego… – Wyjąłem czek.

– Och… – Staszewski machnął ręką. – Wiem o pańskiej sytuacji. Jeszcze pan nie widział tego, co chcę panu pokazać, więc proszę wstrzymać się z odmową. Z tym pan zdąży, a przecież nie fatygował się tu po to, by mi oddać ten świstek.

Świstek? Spojrzałem na starca niepewnie.

– I pan i ja wiemy, że pieniądze nie mają znaczenia. Pan ma coś, czego szukam. Powołanie.

– Nie wierzę w powołanie. Mam kompetencje i pomagam ludziom. Mogę panu polecić któregoś z moich znamienitych wychowanków. – Położyłem czek na stoliku i popchnąłem palcem w kierunku Staszewskiego.

– Panie profesorze! – Roześmiał się Staszewski. – Jesteśmy z tej samej gliny. Nie zawracałbym panu głowy, gdybym sądził inaczej. Czytałem sporo o panu. Obaj podejmujemy wyzwania, które są zbyt wielkie dla innych. Ile lat pan pracował z tą dziewczynką, która miała porażenie mózgowe? Sześć lat, dzień w dzień. Lekarze nie dawali żądnych nadziei rodzicom. To był cud. Tak pisały gazety…

Uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Uderzył w strunę, która dodawała mi skrzydeł w chwilach załamania, gdy ponosiłem klęski, bezradnie rozkładając ręce nad beznadziejnym przypadkiem. Oczywiście nie bez walki, nigdy bez walki.

Rodzice tamtej dziewczynki nie mieli nic poza córką. Żadne fundacje nie chciały im sponsorować rehabilitacji, bo według nich to by były pieniądze wyrzucone w błoto, a przecież mogły przydać się komuś innemu.

Zobaczyłem w telewizji program o histerycznej walce tych ludzi, by po ich śmierci córka miała szansę na samodzielność, by nie musiała do końca życia leżeć na łóżku w domu opieki społecznej i odliczać lata, miesiące, godziny, minuty i sekundy, nim i jej śmierć przyniesie wybawienie z najgorszej udręki ciała: bezradności.

Pojechałem do nich, na drugi koniec Polski, do Kołobrzegu. Żyłem tam przez sześć lat, z nimi. Pracowałem jako salowy w pobliskim szpitalu. Nie miałem wtedy niczego, poza sobą. Poza zadaniem, które sobie wyznaczyłem. Poza uporem.

Nie byłem znany, nie miałem żadnego dorobku. Byłem ich ostatnią szansą. Sześć lat zmagania się z oporem mięśni, nerwów, ścięgien… emocji. Łez. Bólu. Potu. Cierpienia. Zniechęcenia.

Dziś Paulina nie tylko chodzi, ale ukończyła studia. Mój wydział. Chce być rehabilitantem. Może orłem nie była, ale szło jej przyzwoicie i w tym roku się obroniła. Ona i kilka innych osób które przywróciłem do życia, to moje ślady na ziemi. Nie wiem kto dał mi te ręce, Bóg czy Szatan, wszystko jedno. Dał mi je i wykorzystałem ten dar.

– Nim przestawię panu pacjentkę, panie profesorze…

– Proszę mnie tak nie tytułować. – Zaprotestowałem. – To tylko funkcja, dla studentów, żeby czuli respekt. Tutaj Łukasz wystarczy.

– Marceli…

– Ze względu na pański wiek czułbym się niezręcznie.

– Nalegam – powiedział stanowczo. – Starcy bywają uparci.

Mrugnął szelmowsko a ja rozłożyłem ręce.

– Dobrze więc, Marceli, powiedz o co chodzi? Przepraszam, że ponaglam, ale musze być na dwudziestą w klinice. Pańskie oko konia tuczy…

– Najpierw ci coś pokażę, drogi Łukaszu, a potem porozmawiamy.

– Myślę, że tak będzie lepiej. – Zgodziłem się i obaj wstaliśmy.

Przeszliśmy krętymi schodami na pierwsze piętro. Spartański wystrój, rodem ze szpitalnych sal, sprawiał swojskie wrażenie, bo byłem przyzwyczajony do pewnej surowości w klinice czy na uczelni.

– Gdybym przyjmował gości dziwiłby ich brak ozdób. – Marceli zauważył, że się rozglądam. – Nie mam służby, poza kucharką. Ścieranie kurzy z obrazów i rzeźb to zadanie na pełen etat. Bezcelowe, gdy mieszka się… – Wyraźnie się zawahał i dokończył w zauważalną niepewnością. – Samemu. Zresztą, nie gustuję w takich bzdurach. – Zatrzymał się przy białych drzwiach.

– Gotowy? – zapytał. – Po co pytam? Nie sądzę, byś był na to gotowy. Szok minie i wtedy porozmawiamy na spokojnie, przy obiedzie. Lubisz baraninę?

Nie odpowiedziałem.

Wszedłem i… Stanąłem. To jedyne, co przychodzi mi na myśl, gdy wspominam tamtą chwilę. Jedynym meblem w pokoju było krzesło, na którym siedziała kobieta około czterdziestki. Na tle bladych ścian jej czarne włosy spływające na ramiona zdawały się pochłaniać całe światło wpadające przez okno.

Perfekcyjny makijaż: delikatny róż na policzkach, krwiście czerwone usta, matowe cienie na powiekach oczu, których migdałowy kształt podkreślono zręcznie kredką. Ubrana była również starannie: perłowy naszyjnik okalał szyję i spływał na dekolt podwójnym sznurem, odcinając się od kawowej sukni. Szczupłe pęciny okrywały cieliste, cieniutkie pończochy a małe stopy wsunięte były w jasne pantofle na bardzo wysokiej szpilce.

Wielu mężczyzn spotykając tak szykowną damę zapewne wodziło za nią spojrzeniami, a w myślach przesuwało dłońmi po jej łydkach i udach. Wyobraziłem sobie, jak kusząco musi rozbrzmiewać stukot tych szpilek, gdy kołysząc biodrami płynie przez te pokoje i korytarze.

Niewiasta siedząca na krześle miała w sobie coś magnetycznego, jakąś nieuchwytną… tajemnicę. Tak, tajemnicę, gdy patrzyła na mnie tymi kocimi oczami, uśmiechając się jak Gioconda. Zawstydziłem się! Na Boga, spuściłem wzrok jak sztubak! Czy to możliwe?

Wolałem nagie kobiety, leżące na moim stole do masarzu. Mogłem bezkarnie przesuwać palce po ich skórze, rozgniatać palcami mięśnie, chwytać za kostki i zmuszać stawy do posłuszeństwa. Panowałem nad nimi, a one ulegały moim dłoniom, niosącym jednocześnie ból i nadzieję wyzdrowienia.

– Łukaszu, poznaj Barbarę – oświadczył Marceli ze staroświecką kurtuazją. – Mieszkamy razem od dwudziestu lat.

– Miło mi – rzuciłem sztywno grzecznościową formułkę. Zbliżyłem się na kilka kroków do niej i wyciągnąłem dłoń.

Gdy nie odwzajemniła gestu, a nawet nie poruszyła głową, dopiero wtedy uświadomiłem sobie groteskowość całej sytuacji. Ona po prostu siedziała na krześle sztywna, nieruchoma, jak manekin lub figura woskowa. Może nawet w jednej chwili uwierzyłbym, że nie jest żywą istotą, ale jej oczy poruszały się i lśniły naturalną wilgocią łez.

– Basia w wieku piętnastu lat miała wypadek nad jeziorem. Wygłupy dzieciaków, płytkie dno, sam wiesz najlepiej jak to się kończy.

– Uraz kręgosłupa? – zapytałem, wciąż zaskoczony. – Na odcinku C5?

– Zgadza się. – Oświadczył starzec i wsunął kobiecie dłoń na kark, pod pysznie upięty kok. Nie wiem, czy chciała tego, ale na pewno nie mogła strącić jego ręki. Przymknęła powieki.

– Tetraplegia? – Ni to spytałem, ni stwierdziłem rzecz oczywistą…

– Żeby… Biedna Basia doznała wielu powikłań w trakcie bardzo nieumiejętnego leczenia a potem rzeźnickiej, uwierz mi, wprost nieprawdopodobnej rehabilitacji… Miała wyjątkowego pecha. Przeszła kilka zapaleń płuc, sepsę, z której ledwie wyszła, doszło też afazji, być może na skutek jakiegoś udaru oraz do porażenia nerwu twarzowego. To jest bardzo przykre, gdyż Basia miała piękny głos, cudownie śpiewała i odpowiednio edukowana mogłaby wiele osiągnąć. – Dłoń Staszewskiego poruszała się miarowo w górę i dół nagiego karku kobiety. – W operze, albo w jazzie… Nie znam się na tym. No cóż, było minęło. Porozumiewamy się za pomocą mrugania. Na szczęście nauczyliśmy się lepiej oddychać, prawda moja droga? Teraz stan Basi jest o wiele lepszy niż jeszcze rok czy dwa lata temu. Kosztowało nas to mnóstwo wysiłku, mnóstwo, ale warto było. Prawda Basieńko?

Zacisnęła powieki, a kiedy je otworzyła wypłynęły spod nich dwie maleńkie łezki.

– No już, już… Nie ma powodu do nadmiernych wzruszeń, kochanie. Wiesz, że to ci szkodzi… – Staszewski wyjął z kieszeni chusteczkę, przyklęknął i z wielką troskliwością osuszył policzki Barbary. – Jesteś cudowną, dzielną osóbką, młoda damo. Pamiętaj o tym! – Przypomniał i pocałował w czoło, zanim wstał.

– Marceli, posłuchaj… – zacząłem mówić, zbierając myśli: czemu ona nie spada z krzesła? Przecież nawet na wózku powinna być przywiązana pasami stabilizującymi.

No i to krzesło było jakieś… jak taboret? Poza tylnymi chromowanymi nogami nie dostrzegłem żadnego stelaża, siedzenia, oparć, podłokietników. Ręce kobiety jakby wisiały w powietrzu.

– Marceli… – powtórzyłem.

– Spokojnie, możesz mówić przy niej, wiemy doskonale, że nie ma żadnych szans na wyzdrowienie. To nie o to chodzi, że oczekujemy od ciebie cudu. – Staszewski podniósł do góry swoje nieco krzaczaste brwi. – Chociaż nie odmawiam ci nadzwyczajnych talentów.

– A więc… – spytałem, rozkładając ramiona bezradnie. Nie podobało mi się, to co widziałem.

Czyżby Staszewski wykorzystywał ją seksualnie? Znałem takie przypadki. Podczas nocnych dyżurów w domach opieki społecznej degeneraci folgowali swoim dzikim rządzom. Pozbywano się ich oczywiście, ale te sprawy tak trudno było ujawnić ich ofiarom, niezdolnym do obrony czy skargi.

Nagle Staszewski usiadł na kolanach kobiety! Wręcz rozparł się wygodnie, a swoje dłonie położył na jej wysuniętych do przodu ramionach, jak na poręczach fotela.

– Co ty… co pan do cholery robisz? – krzyknąłem. – Natychmiast złaź!

Staremu najwyraźniej odbiła palma i ktoś musiał go powstrzymać. Gdy skoczyłem, by go ściągnąć z chorej, zeskoczył sam i zawołał:

– Chcesz sam spróbować? Śmiało! To bardzo wygodne. Ma takie miękkie uda!

– Jesteś chory człowieku, zboczony… – Zatrzymałem się, zrobiłem energiczny krok w jego kierunku i znów się zatrzymałem. To wariat, ale starzec. Górowałem nad nim wiekiem i kondycją. Mam go uderzyć? Obezwładnić? Miotały mną sprzeczne uczucia. Zacisnąłem pięści.

– Odejdź od niej! – warknąłem.

– Spokojnie – odrzekł, unosząc dłonie w geście uległości. – Łukaszu, nic nie dzieje się wbrew jej woli. Patrz. – Zwrócił się do niej. – Lubisz Basiu, gdy siadam na twoich kolanach? Gdy czytam ci książkę na głos? Gdy czeszę twoje włosy?

Przymknęła łagodnie powieki.

– Nie wiem, co tu się dzieje, w co gracie, ale nie zamierzam w tym uczestniczyć! – wrzasnąłem.

Stary się roześmiał, co tylko zwiększyło moją irytację. Najwyraźniej cierpiał na chorobę psychiczną. Diabli wiedzą jakie miał plany co do mojej osoby, ale się przeliczył. Ani chwili dłużej nie spędzę w tym domu! Wychodzę!

Szarpnąłem za klamkę.

– Nie będę cię zatrzymywał! Mam jednak małą prośbę. Pomożesz mi przenieść Basię na łóżko do innego pokoju?

Błyskawicznie skalkulowałem w myślach. Właściciel zamku Drakuli na odludziu, socjopatyczny staruszek o dłoniach jak obcęgi, chce bym mu pomagał przenieść prawdopodobnie niepełnosprawną umysłowo, sparaliżowaną kobietę.

Jasne. Ileż to horrorów klasy B obejrzałem w bezsenne noce, gdy ręce bolały mnie od masaży a umysł nie mógł poradzić sobie z ogromem nieszczęść moim pacjentów. Wtedy te filmy zapychały myśli bezwartościową papką, ale teraz pomyślałem, że może miały jednak jakiś walor edukacyjny… Sytuacja nie wyglądała dobrze. Większość ufnych bohaterów kończyła z poderżniętym gardłem albo w piwnicznej posadzce jako podmurówka.

Nie należy pomagać szajbusom.

– Spokojnie, Łukaszu, nie mam pistoletu za paskiem od spodni, ani noża w rękawie. Jak chcesz możesz sam ją podnieść, waży niecałe czterdzieści pięć kilogramów.

Staszewski odsunął się pod okno i oparł dłonie na parapecie.

Pomyślałem, że powinienem faktycznie wziąć ją na ręce i zanieść do samochodu. Uratować od tego szaleńca, pomóc odnaleźć godniejsze życie. Tak! Tak zrobię, po prostu ją stąd zabiorę i niech mi lepiej nie staje na drodze ten wariat!

Powoli podszedłem do kobiety i pochyliłem się, nie spuszczając oczu ze Staszewskiego. Wsunąłem prawą dłoń pod uda Barbary. Nie napotkała siedziska, druga dłoń nie wymacała oparcia. Więc jakim cudem ona siedziała, na miłość boską?

Wytrwać tyle w powietrzu na ugiętych kolanach nie dałby rady zdrowy wysportowany człowiek. A może ona wcale nie jest sparaliżowana? Bez zastanowienia przeprowadziłem szybki eksperyment. Uszczypnąłem ją w udo, najmocniej jak potrafiłem. Nawet nie drgnęła. Ale była żywa. Czułem ciepło jej ciała, zapach perfum i mydła, oddech, widziałem maleńkie żyłki pod skórą i spojrzenie spod rzęs, gdy zerkała na mnie.

Podniosłem ją, faktycznie była lekka. Jej ręce i nogi powinny opaść swobodnie, ale tego nie zrobiły. Nadal trwała w tej samej pozie, jakby faktycznie była manekinem. Jednak prawdziwego szoku doznałem, gdy spostrzegłem, że chromowane nogi, które brałem za nogi krzesła uniosły się razem z nią! Jak to możliwe?

Wykonałem jakiś ekwilibrystyczny taniec z nią na rękach zanim nie potwierdziło się straszliwe podejrzenie: te chromowane nogi rzekomego krzesła wystają z fałd jej sukienki. Z jej pośladków.

Omal jej nie upuściłem, ale jakimś cudem udało mi się ją spokojnie odstawić na ziemie. I dopiero wtedy wrzasnąć.

– Co jest, kurwa?! Kurwa!

Ostatni raz tak przekląłem, chyba w szkole średniej, gdy Wojtala, pijaczek z podwórka, rozbił butelkę na głowie mojej siostry, bo nie chciała mu się dać obmacywać.

Mój mózg najwyraźniej uległ przeciążeniu, gdyż owszem, widziałem pokój, starca i kobietę, ale nie potrafiłem znaleźć logicznego wytłumaczenia całej sytuacji. Czułem że zaczyna mi brakować powietrza, a nogi gną się jakby były z plasteliny.

– Łukaszu, oddychaj! Spokojnie, głęboko… Gotów jesteś mi tu zemdleć, a ciebie bym nie dał rady podnieść!

Wyrwałem się z objęć Staszewskiego i kucnąłem ponownie przy Barbarze. Nie zważając na jej stan szarpnąłem za jedną z metalowych nóg fotela, czy co to tam było, i próbowałem poruszyć. To może jakiś kawał, może to kawał? Ale do czego są przymocowane, do jasnej cholery?

Wymacałem palcami ich początek. Wyrastały wprost z miękkiej powierzchni pośladka kobiety. Ktoś je połączył wprost z miednicą. Ale jak?, rozmyślałem gorączkowo. Na śruby, kość by tego nie wytrzymała, odłupała by się. Wiedziony kolejnym przeczuciem złapałem za przedramię kobiety, by zgiąć jej rękę w stawie. Jestem silnym człowiekiem, trenowałem kiedyś kulturystykę, a mimo to nie udało mi się nią poruszyć.

– Zastąpiliśmy większość układu kostnego tytanem – oświadczył spokojnie Staszewski. – Inaczej krzesło by nie ustało.

To byłby doskonały żart i pewnie śmiałbym się do rozpuku, gdybym go usłyszał w innych okolicznościach. O rany, jak bardzo chciałem, by ta piękna, szykowna kobieta parsknęła radośnie i pokazała mi ukrytą kamerę. Mamy cię.

Boże, jak wtedy chciałem wyjść na głupka, śmiać się sam z siebie i tego dziwacznego kawału jaki zrobili mi pewnie studenci! To jedna z historii, które słyszysz przy wszelkich okazjach: a pamiętasz jaką miałeś minę?

Lecz nic takiego się nie stało.

Staszewski w milczeniu przyglądał mi się, gdy mocowałem się także z nogami, stopami, nadgarstkami, czy szyją Basi. Faktycznie, mieli mnie. Zerwałem się z podłogi i przywarłem do okna.

– Nie zbliżaj się pan do mnie – warknąłem. – O co tu, kurwa, chodzi, co ty pieprzysz? Dlaczego torturujesz tę kobietę? Jaki tytanowy szkielet? Do tego trzeba zespołu chirurgów oraz nowoczesnej sali operacyjnej… nikt by czegoś takiego nie zrobił, to… To… To znęcanie się!

Marceli stał pod przeciwległą ścianą z rękami założonymi na piersiach.

– Mamy tu na dole w podziemiach nowoczesną salę operacyjną. Taka operacja trwa bardzo długo, zespoły muszą się zmieniać. To istotnie potężne przedsięwzięcie. I kosztowne.

– Żaden chirurg, nie .. To szaleństwo. Powsadzali by ich do więzień.

– Och! Na niektórych działają pieniądze, ale takich wolę nie zatrudniać. Szukam ludzi, którzy rozumieją ideę tego przedsięwzięcia. Którzy wierzą, że to szansa.

– Szansa? Szansa? Dajesz ogłoszenie: szukam doktora Mengele? – Drżałem, nawet głos mi się trząsł.

– Przestań już się telepać pod tym oknem, bo w końcu szybę zbijesz. – Staszewski pierwszy raz wydał się zniecierpliwiony. – Usiądź, proszę.

Wskazał mi dłonią krzesło; kobietę – krzesło.

– Pierdol się, dewiancie… – wybełkotałem, osuwając się w kucki.

– Wybaczam, wiem że przeżywasz szok poznawczy – odparł, a potem rozpoczął monolog:

– Co czujesz gdy patrzysz na człowieka bezwładnie leżącego na łóżku? Pracowałeś trzy lata jako rehabilitant w jednej z tych państwowych umieralni, więc wiesz o czym ci ludzie marzą. Porzuceni przez rodziny, bo cóż tosą za odwiedziny, ledwie kilka godzin siedzenia wspólnie, wśród sztucznych uśmiechów i zdawkowych, coraz bardziej zdawkowych rozmów?

Cóż oni myślą, te ludzkie rośliny? Ich serca biją, ale tak naprawdę są martwi. Ci w najgorszym stanie szczęśliwie nie są świadomi tego, że umierają zbyt wolno. Że ich agonia z minut czy godzin przeciąga się w miesiące i lata, lata i dekady. Że ich tak zwane życie nie jest nikomu potrzebne i jedyne co generują to łajno. Nie uwierzę, że nie korciło cię, żeby skończyć tę farsę, ten teatr litości, najtańszego z przejawów człowieczeństwa.

Tak, litość to najgorsze uczucie, bo to w gruncie rzeczy maskowana pogarda, wstręt i ulga, że nie my znajdujemy się w tym tak pożałowania godnym położeniu.

Sześć lat poświęciłeś Paulinie, ale czy twoim motorem była miłość lub troska? Nie, twoim motorem był wstręt, jaki czułeś do niej, do jej ciała, bezwładnego i zepsutego, jak stara zabawka. Chciałeś ją naprawić, bo czułeś, że zepsutą należałoby – jak każdy inny niesprawny sprzęt – wyrzucić na śmietnik. A nie mogłeś, bo przecież nie wyrzuca się ludzi… Czyż nie? Czy nie ten wstręt i tę pogardę dla nieprzydatności sparaliżowanego ciała odczuwasz każdego dnia, gdy idziesz do kliniki i patrzysz na bezwartościowe klomby roślin, które nie zaowocują? Które trzeba podlewać, myć, przesadzać, wysadzać, układać, masować, doglądać i pielęgnować… na co? Na co ten cały wysiłek? Z powodu ich nieprzydatności? Czyż nie pragnąłeś skrócić ich cierpień i przywrócić im godność, choćby za cenę życia?

Zagryzłem wargi. Starzec jakby widział mnie od wewnątrz i czytał jak z książki.

– Tak, miałem takie myśli – wyszeptałem, sam nie wiem czemu. – Ale im nie uległem.

Pamiętałem tamtą noc. Wystarczyło wyciągnąć wtyczkę, by zatrzymać oddech mojej siostry. Pragnąłem tego, trzymałem ją w palcach i pragnąłem tego!, na miłość boską…

– Chciałem, by znów była sobą, lub przestała istnieć jako to coś… – Przyznałem bezgłośnie.

Starzec milczał, pozwalał mi się wygadać, a ja postanowiłem komuś się w końcu zwierzyć, wyspowiadać.

– Każdy inny na moim miejscu stałby się ateistą. Bo jak tu wierzyć w dobro, widząc czternastoletnią dziewczynę, która już nigdy nie zatańczy, nigdy nie zostanie utulona w ramionach kochanka, nie zaśmieje się, patrząc w oczy swojego dziecka. O nie, nie pozwoliłem Bogu tak łatwo się wykpić. Znienawidziłem sukinsyna z całego serca, przeklinałem go każdego dnia, układając nienawiść w modlitwę pełną… tak, dobrze powiedziałeś: pogardy.

– Dlaczego nie pomogłeś odejść swojej siostrze?

– Bo uświadomiłem sobie, że nie jestem taki jak on. Poprzysiągłem, że będę poprawiał jego zaniedbania. Gdy on odpuści, ja wykażę się męstwem. Pokażę, że do bycia skutecznym nie trzeba boskiej mocy. Czynię życie moich pacjentów lepszym, pokazuję, że ich nie opuszczam pomimo, że nie ma szans. Jestem z nimi bardziej niż Bóg, bo on nie robi nic, a ja myłem ich, masowałem, rozmawiałem z nimi, słuchałem ich, zmuszałem ich mięśnie do pracy, dźwigałem ich nogi, ręce, plecy, nosiłem, przewijałam, a teraz szkolę studentów, aby robili to samo.

Nie jestem Bogiem i nie chcę nim być, on nie robi nic. Jest jak ona. – Wskazałem Basię. – Niemy, nieruchomy i niepotrzebny.

Zabrałem moją siostrę do domu, tam gdzie jej miejsce. Sprawiało mi radość, gdy oddech Uli się uspokajał, gdy siedziałem obok, czytając na głos książkę lub opowiadając co robiłem w ciągu dnia. Odeszła po cichu. Zapalenie płuc, ostatni przyjaciel umierających.

– Czy przez te wszystkie lata, którego się nią opiekowałeś, nie zdawało ci się, że doglądasz roślinę?

– Nigdy – krzyknąłem, ale w duszy wiedziałem, że kłamię jak pies. On też wiedział.

– Powiedziałeś, że Bóg jest jak Basia: niemy, nieruchomy i niepotrzebny. Ale to nieprawda. Basia jest użyteczna. Spójrz. Ma zadanie do wykonania i jest w tym świetna. Nie mam lepszego krzesła od Basi. Na całym świecie nie ma lepszego krzesła! – powiedział z emfazą i zaklaskał. Basia zamknęła oczy i, to musiało być złudzenie, jakieś potworne złudzenie zmęczonych zmysłów, ale zdało mi się, że skinęła głową, jakby dziękując za występ.

– To poniżające – oświadczyłem z przekonaniem, pocierając powieki. – To urzeczowienie. Człowiek jest podmiotem, nie przedmiotem!

Staszewski pocałował kobietę w dłoń, tę samą, na której wcześniej kładł rękę, gdy siedział na jej kolanach.

– Basiu, czy czujesz się poniżona?

Mrugnęła dwa razy.

– Czy wolałabyś leżeć na łóżku, być obsługiwana przez pielęgniarki? Wiesz, że mam pieniądze i mnie na to było by stać?

Czarnowłosa ponownie mrugnęła dwa razy.

– Sam widzisz Łukaszu, że to jest dla niej dobre. Dla mnie oczywiście, też, nie przeczę, bo to piękna kobieta. I odpowiem ci od razu na to pytanie, które ci się kołacze zapewne pod czaszką. Nie, nie uprawiamy seksu. Wybacz, Basiu, nie powinniśmy tak o tym swobodnie dyskutować w twojej obecności. Obiecuję, że poruszę ten temat raz i więcej nie będziemy wracać do niego, ale Łukasz musi to wiedzieć, musi zrozumieć.

Basia zamknęła oczy, jakby odłączając się od rozmowy.

– Pomijając, że byłoby to utrudnione – kontynuował Staszewski. – Ze względu na mój stan zdrowia i jej… ograniczenia. Basia jest młoda. Jej ciało nie rozmawia z nią, ale umysł żyje. Ma pragnienia. Jej wrażliwość zaspokajamy w inny sposób.

Zaniemówiłem.

– Zdrowsze jest dogorywanie w państwowej umieralni, gdy kolejny dzień jest taki sam jak poprzedni? – spytał. – Wolałbyś, żeby leżała dniami i nocami wpatrzona w brudny sufit i od czasu do czasu macana przez jakiegoś zdegenerowanego salowego podczas zmiany pieluch?

Nie odpowiedziałem.

– Słuchaj! Nie wiem jak ty, ale ja zgłodniałem! – powiedział dziarsko Staszewski, zacierając dłońmi. – Dokończmy naszą rozmowę przy obiedzie, co ty na to? Mam wrażenie, że jesteś wystarczająco zaciekawiony, by nie myśleć o wyjeździe. Pomożesz mi znieść Basie? Co prawda ona je przez kroplówkę, ale nie lubi zostawać sama. Nikt nie lubi.

Skapitulowałem, sam nie wiem czemu.

– Mój ojciec był bankierem. Posiadał kilka fabryk, jakieś gazety i takie tam drobnostki – mówił Staszewski, krocząc na czele naszego dziwacznego konduktu. Za nim płynęła Basia, w moich ramionach, a na końcu szedłem ja, z pewnym wysiłkiem, chociaż faktycznie dziewczyna była lekka tak, jak obiecywał Marceli.

Basia oddychała spokojnie, pachniała lawendą kwiatowo, przyjemnie. Kobieco. Miałem wrażenie, że się uśmiecha, że jest zadowolona. Może nawet nuciła coś do siebie, w myślach…

– Odziedziczyłem po ojcu wielki majątek, ale sporo zeżarła wojna no i nasza droga komuna. Na szczęście zawsze miałem rękę do biznesu a na kontach szwajcarskich spoczywało sporo pieniędzy, obligacje brytyjskie, amerykańskie, złoto… Pracowałem w handlu zagranicznym, często wyjeżdżałem na zachód. Inwestowałem. Dorobiłem się, można powiedzieć… bajońskiej fortuny. Jedyne, czego się nie dorobiłem to dzieci. Moja żona zmarła a ja już więcej się nie ożeniłem. Wiesz, są rzeczy, które robi się tylko raz…

Wspinaliśmy się na drugie piętro, schody lekko trzeszczały.

– Moja ukochana Olga nie cierpiała tyle co twoja siostra. Widziałeś ten krzyż przy drodze zjazdowej? Tam kiedyś stało drzewo. Mówiłem jej wielokrotnie, że jeździ jak szatan. Padał deszcz, zarzuciło ją na koleinie, zginęła na miejscu, bez kroplówek, bez patrzenia się w ten sam sufit do końca życia. Tyle pociechy. Marnej, ale zawsze.

Westchnąłem. Nigdy jakoś nie planowałem rodziny. Zresztą opieka nad siostrą zajmowała mi cały prywatny czas.

– Dopiero po jej śmierci dowiedziałem się, że była w ciąży. Początek drugiego trymestru. Może chciała mi tamtego dnia to powiedzieć, może sama jeszcze nie wiedziała? Nie była pewna? Teraz to łatwe, z tego co wiem, można kupić w aptece taki test… – Wzruszył ramionami. – Kiedyś tego nie było. Wiesz, po jej śmierci trapiła mnie bezsenność. Niepokój. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca, chciałem się czymś zająć, ale żeby to miało większy sens niż zwykłe robienie pieniędzy. Zacząłem angażować się w działalność charytatywną. Długo mi zajęło zrozumienie idei… najważniejszej idei. Wciąż było mi mało, mało pomocy, mało efektów. Chciałem wciąż więcej i więcej, w końcu zebrałem zespół naukowców, lekarzy, chirurgów, w tym jednego z najlepszych od operacji plastycznych i opracowaliśmy projekt, który w końcu urzeczywistniał moje marzenie, czterdzieści lat pracy. Czterdzieści lat poszukiwań. Razem jest nas czterdzieści osiem osób.

– I nikt nie puści pary z ust?

– Miej więcej wiary w ludzi. I w prawników… – przerwał, zatrzymując się przed ogromnymi drzwiami. – Jesteśmy na miejscu, za duży ten dom mam. Gdyby to nie było tyle roboty, kupiłbym mniejszy, ale wiesz… sala szpitalna, pokoje i tak dalej. Nie na moje lata takie zmiany. Przeprowadzki… Daj mi ją, bo widzę, że już się zmęczyłeś.

Wziął z moich rąk kobietę – krzesło i pocałował z czułością w nosek, a potem w powieki.

Zaczynałem go powoli rozumieć, a może nawet akceptować, ale wtedy nacisnąłem klamkę drzwi od jadalni i wszystko prysło niczym bańka mydlana.

Na środku jadalni znajdował się oczywiście stół. Dwie półnagie kobiety, przepasane tylko na biodrach szarfami, klęczały zwrócone twarzami do siebie, splecione dłońmi, jak zapaśnicy. Na ich plecach leżała tafla szkła czy pleksi, a na niej talerze i sztućce.

Za wypiętymi pośladkami ujrzałem dwa kolejne ludzkie krzesła. Jak Basia. Kolejne kobiety, ubrane w jednakowe kraciaste sukienki, z twarzy podobne jak dwie krople wody.

– Poznaj Zosię i Kasię – rzekł Marceli, odstawił Basię pod ścianę i poklepał lubieżnie dłonią kraniec stołu. – Cóż za historia, wyobraź sobie. Zosia urodziła się z porażeniem mózgowym i rodzice ją oddali do domu dziecka. Kasia była zdrowa i ją zatrzymali. Nigdy nie powiedzieli jej, że miała siostrę bliźniaczkę. Ale odkryła to, zaczęła się buntować, szaleć, aż w końcu przedawkowała narkotyki i wpadła pod autobus. Zgruchotany kręgosłup, urazy czaszki… Wiele złamań. Żadnych nadziei. Jej matka popełniła samobójstwo, ojciec wyjechał z kraju. Na szczęście go odnalazłem i udało mi się wynegocjować przekazanie praw opiekuńczych. Znalazłem obie dziewczynki i postanowiłem już ich nie rozdzielać. Mogą patrzeć na siebie do woli i sycić się swoim towarzystwem. Czyż to nie piękne?

Nie mogłem wykrztusić ani słowa.

Obok kominka stała naga kobieta, ewidentnie umodelowana na pozę Wenus z obrazu Botticellego. Równie hipnotyzująco piękna. Szczupła, dziewczęca, nagie piersi z koralikami sutków… Aż zaparło mi dech, taka była olśniewająca.

Obok, oparta o ścianę siedziała kolejna, całe szczęście ubrana, gdyż jej nogi kończyły się na wysokości kolan, a ręce w łokciach. Wyglądała infantylnie: krótkie szorty na szeleczkach, biała bluzeczka z kołnierzykiem i czerwona mucha w białe grochy. Na dodatek włosy poskręcane w loczki i nieco zbyt mocny, prawie teatralny makijaż, z kółkami różu na policzkach i doklejanymi rzęsami.

– Nie, nie, broń Boże! – Zaprotestował Marceli, znów włażąc mi do głowy. – Nie myśl sobie, że posunąłbym się do amputowania nóg pani Zuzannie. Znalazłem ją w jakimś zapyziałym, powiatowym domu opieki, w fatalnym stanie. Leżącą w moczu, śmierdzącą kałem. Bardzo przykre, bardzo… Oni tam nawet pościeli systematycznie nie zmieniali, nie mówiąc o pampersach. Zanim wyleczyliśmy jej odleżyny minęły dwa miesiące. Jej tragedia to zasługa męża, rolnika. Rzuciła go, bo miała dosyć jego pijaństw i skłonności do przemocy. Osobnik ów nie mógł znieść tej zniewagi i nie dosyć, że ją przejechał kombajnem, to nieprzytomną wrzucił do sieczkarni. Na szczęście maszyny były w fatalnym stanie, ale i tak lekarze musieli się nieźle natrudzić, aby ją połatać i poskładać…

Odsiaduje facet dożywocie, a ona, cóż. Niebywała wola życia, niebywała. Gdy tylko ją poznałem, od razu wiedziałem, że chcę ją mieć w swojej… klinice. – Uśmiechnął się do mnie promiennie.

Słaniałem się już na nogach. Głos mi uwiązł w krtani. Opadłem na fotel, nie zważając, na to, że jest nim żywa blondynka. Nie miałem nawet siły wstać i, co dziwne, zrobiło mi się jakoś tak błogo.

Mięciutko, ciepło. Czułem jak krew pod skórą kobiety pulsuje, a jej piersi unoszą się pod moimi plecami rytmicznie, niczym automatyczny fotel do masażu.

Zawstydziłem się, bo poczułem falę podniecenia, która nieproszona podnosiła poziom hormonów i endorfin. Uspokajałem się i ożywiałem jednocześnie. Czułem też wzbierającą erekcję. W końcu, wszystkie te piękne kobiety były… po prostu piękne. Zadbane. Ufryzowane i ukształtowane w pociągające pozy. I na wyciągnięcie ręki.

– Zrobiło się już ciemno! – Marceli spojrzał w okno. Niepostrzeżenie nadszedł wieczór i nie przestało padać. Odsuwałem myśl o powrocie, o podróży w tę deszczową, wietrzną noc.

Z lewej rozbłysła żarówka wysokiej lampy. Abażur był uszyty z materiału, ale tkwił na ciele wysuszonej sylwetki, ubranej w zielony, przylegający do ciała kombinezon, rozpierany nabrzmiałymi piersiami i krągłymi biodrami.

– O, nasza Marta zwraca na siebie uwagę, bo o niej zapomnieliśmy. To jedyna moja podopieczna, która ma jakąkolwiek władzę nad swoim ciałem, konkretnie w kciuku. Umieściliśmy jej tam włącznik od światła. Dla niej to wprost zbawienie, gdyż nie ma oczu i powiek, więc zamiast mrugać może zapalać się i gasić – wyjaśnił Staszewski, sadowiąc się po drugiej stronie stołu.

– Jak? – Pokazałem palcem na głowę zakrytą abażurem.

– Marta miała wypadek na paralotni. Rodzice opłacili opiekunkę, która miała się nią zajmować całe dnie. Byli na swój sposób troskliwi: wzięli ją z ośrodka do domu. Zapewnili wszystko co mogli. Chcieli więcej. Opieka kosztuje, zaczęli pracować coraz więcej i więcej. Opiekunka zostawiała Martę w domu, wymykając się na miasto. Sądziła, że sparaliżowana dziewczyna nikomu nie powie. Nie poskarży się. Miała rację. Zaniechała wszelkiej ostrożności. Któregoś dnia zapomniała zamknąć drzwi do pokoju podopiecznej. Rodzice Marty mieli dziesięć kotów. Nigdy nie lubiłem tych małych, wrednych stworzonek… A ty?

– Ja… Eee… – Wybąkałem, ale Marceli nie zwracał uwagi na moje jąkanie, zajęty opowieścią.

–Twarzy nie udało się nam zrekonstruować, tak jak Zuzannie. Niesforne zwierzęta wyżarły jej oczy oraz obgryzły mięso z policzków, aż do kości, straciła też część języka. Jej rodzicie nie mogli tego znieść i chcieli oddać ją tam, gdzie się oddaje umierających, by o nich zapomnieć. Dogadałem się z nimi. Ulegli moim perswazjom, miałem już wprawę w takich rozmowach. Nie uwierzysz, ile mogą zdziałać pieniądze. Teraz Marta jest przydatna i pomocna. Świeci nam, gdy czytamy na głos. Dziewczyna uwielbia książki.

W uszach mi dzwoniło, pewnie ciśnienie. Skupiłem się na falowaniu mojego fotela. Pomogło. Nie zjadłem tego dnia ani drobiny, choć gospodarz mnie zachęcał. Patrzyłem w wypięte w moją stronę pośladki stołu i nie mogłem nic przełknąć.

Marceli za to najadł się do syta. Patrzyłem jak brał do ust kolejne kęsy, jak gładził uda dziewczyny – stołu dłonią, jak kładł na niej łokcie.

– Mam piękne meble. – Uśmiechnął się, widząc, że mu się przyglądam. – Żadni biedermeier ani chippendale nie umywają się do moich dziewczyn, prawda?

Talerze zabrała gruba kucharka. Marceli wyjaśnił, że to matka jednej z dziewczyn. Ponoć zrozumiała i docenia to co robi Staszewski. Chciała być także przydatna, umiała gotować, więc zajęła się tym oraz pomocą w domu.

– Pomoc. O to chciałbym cię prosić, prosić mój drogi Łukaszu. Byś zamieszkał z nami na stałe. Mamy piętnaście dziewczyn w całym domu i muszę ci się przyznać, że coraz więcej trudu sprawia mi opieka nad nimi. Nie mam już tyle sił co kiedyś. Oczywiście mogę liczyć na pomoc mojego zespołu, ale oni nie mieszkają tu ze mną. Zresztą, nie chciałbym ich fatygować.

Tu jest potrzebna osoba oddana, cierpliwa i… tak jak ty, pełna pasji. Mam tyle na głowie. Tyle pracy… A sił coraz mniej. W suterenie na operacje czekają dwie kolejne biedaczki. Niestety, obie mają po siedemnaście lat i jeszcze rosną, więc sam rozumiesz, musimy poczekać. Wiem, że masz mieszane uczucia, ale spójrz, skalkuluj, czy lepsze jest to, co widzisz, czy opieka społeczna? Możesz oczywiście iść do prasy, na policję.

Nie będę cię powstrzymywał. Ale pomyśl, co się stanie z dziewczynami? Prasa zrobi z nich ofiary degenerata. Dziwadła, nad którymi się trzeba litować. Nie chcesz tego, nie chcesz ich skrzywdzić?

Zamieszkaj ze mną, zapiszę ci w testamencie to wszystko. – Potoczył ręką zamaszyście dookoła. – Chciałeś mieć cel, w którym się spełnisz, większy niż jakikolwiek inny. Daję ci taki. Daję ci ideę.

Dzielę się nią. To mój dar. Ty masz swój dar. Podziel się nim z tymi kobietami. To piękne istoty, twoje dłonie są im potrzebne. Twoja troska. Twój upór. Twoje doświadczenie.

Nie będę przeszkadzał. Urządzisz wszystko po swojemu. Zajmę się tylko administracją, czasem im poczytam, a wszystkie sprawy medyczne będą w twoich rękach. Będziesz decydował, kogo przyjmować i z kim nawiązywać współpracę. Przecież widzisz, że nie pożyję za długo. Dlatego potrzebuję kogoś, kto przejmie pałeczkę. Wyjątkowego. Kto udźwignie ten ogrom… dzieła.

Bo to jest dzieło. Przyznaj.

Sam mówisz, że chcesz być lepszy od Boga. Przydatny. One też chcą być przydatne. To sens życia. Każdego dnia budzić się i wiedzieć, że ktoś cię potrzebuje, że dajesz komuś radość, nadajesz sens istnieniu, nawet jeśli to proste istnienie… Krzesło, stół, lampa.

Słowa Marcelego odpływały powoli coraz dalej. Byłem taki zmęczony, że w końcu usnąłem na fotelu, kołysany jego naturalnym falowaniem. Śniło mi się, że uciekam korytarzem pełnym żywych rzeźb, a bezgłowa kobieta taboret goni mnie, stukając drewnianymi nogami o posadzkę. Dobiegam w końcu do szafy, zbudowanej z kilkunastu kobiet. Ich piersi i pośladki niczym kunsztowne ornamenty sterczą ze ścian. Chcę się w niej schronić, ale nie wiem jak otworzyć drzwi, by nie postąpić obcesowo.

Gdy obudziłem się, w jadalni nie było nikogo. Marta zgasła najwyraźniej, by mi nie przeszkadzać. Gdy zacząłem macać dłonią, poruszając się niezgrabnie w poszukiwaniu włącznika usłyszałem jak westchnęła radośnie, a potem znów się zapaliło światło.

– Dziękuję Marto – rzuciłem odruchowo.

Zacząłem przechadzać się po pokoju. Zawsze tak robię gdy myślę intensywnie. Patrzyłem kobietom w oczy, zadawałem pytania, a te które mogły mrugać, odpowiadały mi ochoczo. Chyba istotnie żadna nie była tu więziona. Marceli traktował je dobrze. Czuły się szczęśliwe.

Chciałem by tak było.

Znów zasiadłem w fotelu blondynce. Zauważyłem, że było mi w nim błogo, bezpiecznie. Prawie znów usnąłem, gdy w drzwiach pojawiała się sylwetka gospodarza.

– To jak, Łukaszu, zostaniesz z nami? – zapytał Marceli.

– Niestety nie mogę – odparłem wstając z fotela. – Przepraszam, to dla mnie istne szaleństwo. Wybacz, ale masz świra. Nikomu nic nie powiem, obiecuję. Muszę już iść, żegnaj.

– Rozumiem, przykro mi – odparł starzec i odprowadził mnie do wyjścia.

Epilog

Trzy dni później stałem znów w tej jadalni pełnej żywych mebli.

– Zgadzam się – powiedziałem głosem dziwnie pełnym siły. – Może to chore, ale ten świat, który pozwala ludziom być roślinami, jest równie chory.

Marceli uścisnął mi dłoń i mocno potrzasnął.

– Nie pożałujesz, przyjacielu, zobaczysz.

– Ale mam jeden warunek – powiedziałem z lekkim zakłopotaniem spuszczając wzrok.

– Jaki? – zapytał staruszek.

Przełknąłem ślinę i odpowiedziałem.

– Wstaw mi ten fotel, ten na którym spałem, do mojego pokoju i już nigdy na nim nie siadaj.

Zaśmiał się rechotliwie.

– Jeśli Kinga nie będzie miała nic przeciwko, niech tak będzie. Ale i ja mam jeden warunek. Nigdy nie wchodź do łazienek na drugim piętrze. Nigdy, pod żadnym warunkiem. Aż do mojej śmierci, bardzo proszę. Rozumiesz?

Otworzyłem szeroko usta. Po kilku sekundach kiwnąłem głową, nie mogąc jednak okiełznać wyobraźni. Poczułem dreszcze.

– A teraz idziemy wybrać ci łóżko – powiedział Staszewski, biorąc mnie pod rękę.

Advertisements
  1. Pioter!!! Chyba padnę ze szczęścia, tak się cieszę, że Cię widzę (lub Twoje opowiadanie, whatevah!! :D:D:D Musiałam wyraz dać mej radości. Opowiadanie pożrę jak wrócę nah hause (zakładając, że mnie nie zmyje gdzieś po drodze).

  2. Kompletnie nie mam siły się mądrzyć o tej porze, ale przeczytałam z przyjemnością. Dobre! 🙂

  3. O.O. Doktor Moreau, tylko w meblaną stronę. Ciężkie. Dobre.

  4. Zeter: Ja też się bardzo cieszę, że cie widzę, czytam. Zuz mnie namówiła na napisanie „porąbanego” opka. Nieco się tonowałem. Ciesze się, że wyszło fajnie. Niedługo na rw2010 wyjdzie wersja z okładką 🙂

  5. Mocne. Ciary przeszły po plecach. Ostro zwichrowane i podobało mi się:) Przeczytałem z przyjemnością (nie taką przyjemnością przyjemnością ma się rozumieć), ale również z lekkim obrzydzeniem:)

    P. S. Dowiemy się kiedyś co Staszewski miał w łazience?

  6. Jakbyś miał jeszcze coś w równie zakręcony deseń, to się polecamy na przyszłość 🙂

  7. Ok specjalnie dla was napiszę następne opowiadanie w tych klimatach. Tym razem pójdę nieco dalej, zobaczmy gdzie jest próg mój i Wasz.

  8. Próg jak to mówiła piosenka Hey, wytrzymałości duszy na ból 🙂

  9. U, brzmi jak wyzwanie! 😉 Dawaj, weźmiemy na klatę :>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: