polskie centrum bizarro

„Wenia” by Karol Mitka

In Opowiadania on Październik 4, 2012 at 6:00 am

W dzisiejszym poście opowiadanko wprawdzie krótkie, ale za to napisane przez autora, którego mieliście okazję już (nie)dobrze poznać – oczywiście dzięki niedobrym literkom i Paskudowi. Mowa o Karolu Mitce, który tym razem wyhodował – ku chwale świata bizarro – niejaką „Wenię”. O czym „Wenia” traktuje? Zdradzić możemy, ale nie chcemy. Bo i po co, skoro tekst znajdziecie parę linijek niżej?

A zatem, do lektury, jaśniemości państwo!

Wenia

Kupił ją na targu, od starego Cygana. Co z tego, że była jedynie kawałkiem wystającej z ziemi łodyżki z ostatnim, pożółkłym listkiem rosnącym na czubku? Za sprawą jakiejś tajemniczej siły, przyciągnęła Mariana Kolasę tak, jak magnes przyciąga do siebie opiłek żelaza.

Gdy podchodził do stoiska, bijące szaleńczo serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Czuł się niczym gówniarz z podstawówki, tracący zmysły na widok klasowej piękności. Zakochał się od pierwszego wejrzenia, miłością szaloną, pierwotną, niemal szczeniacką. Zupełnie, jakby Amor trafił go w tyłek strzałą nasączoną sfermentowanymi feromonami. Ostrożnie wziął doniczkę w ramiona i, pomimo wrodzonego skąpstwa, bez wahania dał sprzedawcy pieniądze.

Po dotarciu do domu od razu przesadził wybrankę, solidnie podlał, po czym postawił na najmocniej nasłonecznionym parapecie. Jako prezent powitalny otrzymała doziemnie pałeczkę nawozową.

Wenia, bo takie dostała imię, zaczęła odżywać po paru dniach troskliwej opieki. Drewniany kikut pokryła świeża kora, a listek nabrał intensywnej, zielonej barwy.

Nie minęły trzy tygodnie, a mierzyła już ponad pół metra i Marian musiał podeprzeć ją plastykową tyczką, by się nie złamała. Powypuszczała też nowe gałązki, a na nich maleńkie pączki. Z radości Kolasa skakał koło niej niczym zając przy taczce marchewek, głaskał i pieścił po coraz grubszej łodydze, prawił komplementy. Motyle wariujące w brzuchu utwierdziły go w przekonaniu, że to właśnie ona jest tą jedyną. Zapragnął doczekać u jej boku późnej starości.

Rankiem przeżył szok. Schlapał się wodą, uszczypnął w przedramię, a nawet wsadził palec w płomień kuchenki gazowej. Ale nie, nie spał. Dwie gałki oczne, które nocą wychynęły z pary największych pąków, z całą pewnością były realne. I na sto procent należały do kobiety. Świadczyły o tym długie, gęste rzęsy oraz jaśminowe tęczówki. Wenia mrugała do swojego opiekuna zalotnie, a on utonął w jej spojrzeniu. Stał osłupiały przez kilka godzin, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. W końcu zemdlał z wrażenia.

Odzyskawszy przytomność, wybiegł przed blok i tańczył w deszczu, aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa i padł twarzą w błoto. Mijający go ludzie pukali się znacząco w głowę, ale miał ich wszystkich gdzieś. Liczyła się tylko Wenia.

Usta! Dzisiaj rozwinęły się usta! Czerwone jak wino, soczyste niczym czereśnie. Musnął palcami pełne wargi, by po krótkiej chwili wahania złożyć na nich namiętny pocałunek. W głębi duszy obawiał się odrzucenia, ale kiedy ukochana wepchnęła mu język do gardła, a jednym z pędów pogładziła po policzku, momentalnie stał się najszczęśliwszym mężczyzną na Ziemi.

Choć do przykładnego katolika brakowało mu wiele, uklęknął i wzniósł ręce ku niebu. Dziękował Bogu za cud, jakiego doświadczył.

Przy roślince zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Częściej się uśmiechał, łatwiej nawiązywał kontakty interpersonalne, nabrał śmiałości do kobiet. Już nie podniecał się jak szczeniak widokiem sekretarki szefa ubranej w kusą spódniczkę, dłonie nie drżały mu w czasie rozmowy z cycatą kadrową, przestał się jąkać, udzielając informacji ponętnym klientkom. Znajomi, dla których do tej pory był tylko mrukliwym odludkiem i dziwolągiem, zaczęli zabiegać o jego względy. Zapraszali na popołudniowe piwko, grilla, czy imieniny. Jednak na pierwszym miejscu zawsze stała Wenia.

Pewnego wieczoru, gdy wracał z pracy, postanowił zrobić swej wybrance niespodziankę. Kupił dobre wino, mrożone krewetki oraz kawior. Po wejściu do mieszkania, zamiast do salonu, gdzie czekała Wenia, udał się najpierw do kuchni. Słyszał ukochaną, jak zniecierpliwiona trzepota liśćmi i nawołuje go słodkim świergotaniem, przywodzącym na myśl śpiew syreny. Z trudem pokonał pokusę porzucenia garów i skoczenia w jej gałązki.

Kolację przygotował z wyjątkową pieczołowitością. Na stole okrytym śnieżnobiałym obrusem stanęły talerze z jedzeniem oraz kryształowe kieliszki wypełnione Burgundem. By stworzyć odpowiedni nastrój, pozasłaniał okna i zapalił świeczki. Z zabytkowego gramofonu sączyła się romantyczna muzyka.

Wniesiona do sypialni Wenia aż oniemiała z zachwytu. Konsumowali w milczeniu, delektując się swoją obecnością. Niespodziewanie Marian poczuł, że coś gilgota go w okolicy krocza. Zerknął w dół i zobaczył cienkie pnącze, usiłujące rozsunąć mu rozporek, a kiedy zaskoczony zachowaniem roślinki podniósł wzrok, jego oczom ukazał się niesamowity widok. W najgrubszym miejscu łodygi wykwitała  ociekająca sokami wagina. Wiedziony niepohamowaną żądzą oraz samczym instynktem, rzucił lubą na łóżko i przyssał się do nabrzmiałej łechtaczki. Od wdychania wydzielanych przez Wenię feromonów zakręciło mu się w głowie. Coraz intensywniej smagał językiem wargi sromowe, jednocześnie robiąc ukochanej palcówkę.

W końcu przyszedł czas na creme de la creme. Przekraczając bramy rozkoszy, jęknął z podniecenia. Kopulowali powoli, smakowali swoje ciała, delektowali się każdym odczuciem. Wenia oplotła Mariana niezliczoną ilością giętkich pnączy. Ich dotyk sprawił, że mężczyzną raz po raz wstrząsały ekstatyczne drgawki . Oddał się ukochanej całkowicie i bezwarunkowo. Nie protestował nawet, gdy kolce, które nagle wyrosły z gałązek, wbiły mu się w żyły i zaczęły wpompowywać do krwiobiegu gęstą żywicę.

Otuliło go przyjemne ciepło. Kości mu zmiękły, jakby ktoś trzymał je przez tydzień w słoiku wypełnionym octem, a skóra oraz mięśnie nabrały konsystencji stopionej gumy. Zrozumiał, że łączy się z lubą w jeden organizm i teraz na zawsze pozostaną razem. Świadomość tego procesu wyzwoliła w nim pragnienie życia wiecznego.

Na chwilę zapadł w ciemność. Kiedy się wybudził, zobaczył, że rosną u brzegu ruczaju, przecinającego polanę otoczoną tęczowym lasem. Słońce ogrzewało im liście, kojąco szemrzący strumyk delikatnie obmywał korzenie. Spojrzeli w górę, a wtedy z bajecznie kolorowych chmur uformował się napis:

„Welcome to Eden”

Reklamy
  1. Love story. Fajna, organiczna poczytka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: