polskie centrum bizarro

„Meatshop” – porcja mięsistych szortów od Jana Maszczyszyna

In Opowiadania on Październik 18, 2012 at 6:00 am

Macie ochotę na jakąś krwistą lekturę? Jeśli tak, to znaleźliście się we właściwym miejscu i o właściwym czasie, bo Jan Maszczyszyn zafundował wam potężną dawkę tekstów. Można konsumować do przejedzenia.

Dzisiejsza porcja opowiadań wyróżnia się tym, że ich tematem jest mięso oraz inne narządy kryjące się gdzieś pod skórą. Zwykle, bo zgodnie ze strategią szokowania Jana Maszczyszyna, w dzisiejszych szortach ani masa mięśni, ani inne flaczki i podroby nie będą tkwiły sobie na właściwym miejscu zbyt długo.

Zapraszamy więc na mały festiwal deformacji, body horroru, krwawego surrealizmu i ludzi, którzy robią z ciałami innych ludzi zdecydowanie złe rzeczy.

h

„Ześwinić Człowieka”

h

Harvey mocował się z walizką.

– Kurwa – zaklął Rudi Piglon. – Co ci przyszło do głowy, żeby dopychać tego więcej. Przecież i tak wystarczy, aby wypierdolić w popołudniową drzemkę pół dzielnicy.

Harvey nerwowo zamrugał. Mocniej docisnął nogami pokrywę.

– Zamilcz, bo ściągniesz nam tu automaty obstawy – wyrzucił z siebie, zadyszany.

– Zamilcz, zamilcz… Lepiej zamknij to wreszcie – marudził dalej Rudi. – I ja tym razem biorę wózek. Nie chcę, żeby znów towar skończył w czyimś pysku.

Walizka zatrzeszczała złowieszczo, ale zatrzaski nareszcie zatrzymały ogromne parcie od wewnątrz. Zdrapali trójwymiarowe resztki obrazka szynki na skórzanym pokryciu.

– Dobra, wyskakujemy.

– Opiekunkę żłobka biorę na siebie – wyszeptał Rudi repetując broń.

Przebiegli truchcikiem dzielący ich od budynku trawnik. Panowała niczym nie zmącona cisza. Tylko od wewnątrz dolatywała nucona dziecięca piosenka.

Wpadli do środka jak burza. Rudi przycisnął do ściany opiekunkę. Jednym strzałem pozbawił ją pamięci bieżącej. Harvey błyskawicznie zdetonował ładunek. Potem doskoczył do drzwi i otworzył oba skrzydła jednocześnie, robiąc miejsce na wjeżdżający samobieżny wózek. Boki pojazdu uniosły się jak skrzydła żuka. Z wnętrza wyskoczyły małe roboty rzeźne z lodówkami zamiast brzucha. Wycinały i kroiły najcenniejsze narządy w potwornym wrzasku zasypiających niemowlaków. Roboty montażowe szybko zakładały systemowe łączenia, doprowadzały węzły nerwów i arterii do nowych, odzwierzęcych części zastępczych. Zszywały i lepiły utrwalaczem skórnym. Ładowały w drobne, kwilące ciała litry depresorów immunologicznych i, ze świeżo usuniętym ludzkim narządem pływającym w odczynnikach brzusznej zamrażarki, chowały się na powrót wewnątrz samobieżnego wózka.

– Dobry czas… – mruknął Rudi wyłączając stoper.

– Poniżej dwóch minut i dwunastu sekund.  Myślę, że jesteśmy gotowi, aby zabrać się do tego na poważnie.

– A co z tym?

– Tym razem Edward chciał się wymienić.

Byli już na trawniku, kiedy Rudi zapytał ponownie.

– A kim jest Edward? Znam go?

– Jest świnią jak my. Rozłożony jak ludzka dziwka, czeka na operacyjnym stole od wczoraj.

Zachrząkali się obaj jak z dobrego żartu. Pomimo, że byli już w dziewięćdziesięciu procentach nielegalnie fizycznie uczłowieczeni, doznali świńskiej erekcji na samą myśl.

Podbiegli truchtem w butach na wysokich obcasach w kierunku napisu wymalowanego czerwoną farbą na białej ścianie.

– Walka o prawa zwierząt przybrała nową formę.

h

„Ozorek”

h

– Gdzie tego typu technologia miałaby według pana znaleźć zastosowanie? – zapytał generał.

– Przede wszystkim w obszarze żywienia zbiorowego. Instytucjonalnie wyznaczylibyśmy górną granicę wagową osobnika ludzkiego. Powyżej określonego limitu człowiek obligatoryjnie musiałby korzystać z własnych rezerw. Skanery przed sklepami blokowałyby zakup i konsumpcję towarów spożywczych.

Profesor Edward Hinger przesunął srogim wzrokiem po zaciętych twarzach. Wojskowi wyglądali na dobrych aktorów. Obojętni i zimni. Jakby pomylili miejsca, byli nieobecni w tym czasie i przestrzeni.

– Znalazłaby szerokie zastosowanie w armii – kontynuował niski prelegent, stojący w cieniu profesora. – Proszę sobie wyobrazić dobrze wykarmionych piechurów wykonujących zadanie w niedostępnym terenie. Nie zabierają ze sobą żadnych garnków, przypraw, czyli ordynarnie mówiąc żarcia. Niosą tylko broń i amunicję.

– Nie traćmy czasu. Może przedstawi pan to na konkretnym przykładzie? – zaproponował generał.

– No dobrze… Kto na ochotnika? – Prelegent długo wodził wzrokiem po obecnych. Wszyscy unikali jego spojrzenia jak ognia. – Może pan w berecie?

– Ja?

– Owszem. Poruczniku, proszę się nie obawiać. Co najwyżej pozostanie pan z tym darmowym pakietem żywnościowym – stwierdził profesor z łagodnym uśmiechem. – Mamy już sieć restauracji pracującą na podobnych zasadach w Ekwadorze i na Jamajce. Klientela bardzo sobie chwali ten sposób żywienia.

Prelegent pomógł porucznikowi zająć miejsce za stołem eksperymentalnym. Położył przed nim srebrny nóż i widelec. Biały talerz przetarł dokładnie ściereczką i ułożył pomiędzy sztućcami.

– Teraz proszę odchylić szyję i przekręcić głowę na bok. O tak. Będą z pana ludzie, poruczniku. No, nie krzywimy się i nie syczymy… – Szturchnął go pięścią w bok, tak żeby nikt nie widział. – Nie jesteśmy małym dzieckiem.

Prelegent wielką strzykawką wtłoczył w szyję i kark równe porcje przypominającej błoto substancji. Przez chwilę wyglądała jak napompowana. Pod paznokcie wcisnął płytki kontaktowe. Palce mocno krwawiły, ale uspokoił wszystkich stanowczym ruchem nakazującym milczenie. Porucznik cierpiał. Na czole wstąpiły mu krople potu.

– Za chwilę zadziała.

Porucznik beknął przeciągle, co było umówionym sygnałem od układu pokarmowego.

– Jak się pan czuje ? – zapytał profesor, notując coś zapamiętale na notebooku.

– Dobrze – odpowiedział porucznik nieco ochrypłym głosem. – Jestem głodny.

– Waży pan sto dwanaście kilo?

– Tak jest.

– I chciałby pan schudnąć? – pytał dalej profesor, notując odpowiedzi.

– Tak jest.

– Dobrze – zaczął prelegent, łapiąc wojskowego silnym uściskiem za kark i przyginając w stronę talerza. – Trzeba mocno się pochylić, żeby nie zaplamić obrusu i nie rozchlapać dania.

Przesunął dłonie porucznika bliżej do siebie. Na białym obrusie wyglądały jak dwa brudne i pomarszczone placki.

– W paznokcie wpiąłem panu transmitery mięsne. Mamy ogromny wybór, za odpowiednią opłatą, oczywiście. Przesyłają one stosowne informacje do kubków smakowych pod językiem, a one już wywołują sensację odpowiadającą życzeniu. W mózgu powstaje obraz pożywienia  znanego już z doświadczenia życiowego. Tak to zresztą wygląda w oryginale. Zapach wywołuje obraz. Smak wydzielanie śliny i w powodzi kwasów budzi się wściekły żołądek. Ma pan do wyboru pięć różnych pieczeni. Może na początek naciśnijmy paznokieć palca wskazującego. O tak. Bardzo dobrze. Proszę państwa – zaadresował uwagę do wszystkich obecnych. – Pacjent przez moment będzie miał problemy z wymową. Dotknie go bardzo przykre mrowienie rosnącego języka.

Język porucznika wypełzł z ust i ułożył się na talerzu. Formował się w kształt zgrabnego sznycla wieprzowego. Kiedy wzrost zakończył się niewielkim odruchem wymiotnym, prelegent zgrabnym ruchem przeciął język nożem. Kilku wojskowych pobiegło natychmiast do toalety, trzymając się za usta.

– Proszę się przyjrzeć językowi – zauważył profesor. – Nic, nawet kropelki krwi, żadnego draśnięcia. Przy odpowiednim treningu można to zrobić własnymi zębami. W warunkach polowych byłoby to nawet wskazane.

– Zęby trzeba najpierw wzmocnić specjalnym stopem tytanowym – dodał rozbawiony prelegent. – Na początku trochę to dziwne, ale uwierzcie państwo, pozbycie się własnej nadwagi wynagrodzi wam każde uczucie niesmaku i początkowego obrzydzenia. Z czasem każdy z was nauczy się, gdzie i kiedy należy przegryźć język, aby uzyskać soczystość oraz kruchość potrawy. To tylko kwestia wprawy.

– Pozostanie sama przyjemność z jedzenia i satysfakcja z przerobu własnego tłuszczu na gówno – dodał profesor.

– A czy istnieje wersja wegetariańska? – zapytał ktoś z tyłu nieśmiałym głosem.

h

„Meatshop”

h

Flur sięgnął po swój prezent z wahaniem. Napotkał ścianę wymuszonych uśmiechów. Ciche chichoty i wstrętne komentarze. Przez chwilę walczył z własnym tchórzostwem. Wyciągał kilkakrotnie rękę. Opuszczał. Podnosił.  I sięgał, zawieszając ją w próżni.

A jeśli znów ktoś zrobi mu brzydki kawał, w rodzaju torciku dopochowego, jak na Wigilii w zeszłym roku?

Przecież koledzy z domu starości wiedzieli, że nie ma zębów, że język jest już stanowczo za krótki i pokryty wstrętnym liszajami. Zresztą… u kogo miał to umieścić? Gdy zapytał o to Gerdę, najzwyczajniej w świecie go wyśmiała.

Torebka wyglądała na ekskluzywną. Różowiutka, z tysiącem srebrnych gwiazdek i bijących pulsującą czerwienią serduszek. Wszystko to sprawiło, że otwierał ją z mocno bijącym sercem. Pot wstąpił mu na sterane, pomarszczone czoło.

Prezent wysunął się sam. Wszyscy obecni nagrodzili pomysł sprzedawcy gorącymi oklaskami. Nawet siedząca na wózku inwalidzkim w samych stringach Gerda namiętnie oblizała stare wargi.

Henry już nie mógł wytrzymać. Wyrwał Flurowi prezent i szybko odpakował ze świątecznego papieru i wstążek, pośpiesznie wyjaśniając.

–  Ile się tego w przeszłości marnowało! Stare, młode i zupełne maluchy. Pocięte i wyrzucone. A dzisiaj? – Poruszał przez chwilę bezzębnymi szczękami, cmokając.

–  Kupa szmalu za tym stoi i tyle – rzucił ktoś spod choinki mocno zgryźliwym tonem.

–  Wytną pięknie z cielaczka, wyperfumują, napompują aktywizatorami i samooczyszczającą florą bakteryjną  – mówił inny.

– Zapakują do przeźroczystego pudełeczka… – rozmarzył się jeszcze inny.

– No to masz – powiedział Henry, podając mu pulsujący wibracjami przedmiot.

Flur nie wiedział co powiedzieć. To było spełnienie jego starczych marzeń. Któż po osiemdziesiątce otrzymuje tak podniecający gadżet? Gerda aż wstała ze swego siedzenia, zaglądając mu przez ramię. Czuł jej zwiędłe, niecierpliwe piersi na prawej łopatce.

Henry nie przerywał swojego monologu.

–  Cielęca pochwa jak malowana. A tu ciepły, wibrujący świński fiut dla Gerdy. Zaimpregnowany utrwalaczami i sterczący na wieki jak lśniąca rzeźba z galerii Von Hagensa. Aż dziw bierze, że dotąd ten seksowny interes nie wzbudził zainteresowania opinii publicznej. Sex shopy zginą, zasypane zawsze świeżym, biologicznym i samooczyszczającym się asortymentem z sexrzeźni.

h

„Urwanie dupy”

h

Samochód policyjny stał zaparkowany przed domem. Migały kolorowe światła, budząc pośród okolicznych zakamarków tańczące cienie. Niespokojni sąsiedzi wyglądali ponad krawędzie płotów. Co śmielsi nasłuchiwali i śmiali się, strząsając popiół z papierosów w kierunku ulicy.

– Inspektorze! Jestem korespondentem lokalnej prasy, Malcolm Fraser z Observera. – Próbował podać rękę, ale glina udał, że jest zajęty poszukiwaniem zapalniczki. Observer podał mu ogień. – Czy byłby pan tak uprzejmy i wyjaśnił, co się tu stało?

Inspektor zaciągnął się głęboko i uśmiechnął się z pogardą.

– Wie pan… – zaczął. – Ja już czasami wątpię w sens swojej pracy. Ciągle zamykają nie tego skurwysyna, którego trzeba. Akta pękają od idiotyzmów. Więzienia od winnych inaczej.

– A dokładniej?

– Zna pan najnowsze trendy w systemach inteligentnych domów? Kontrolowane szafy, samoczyszczące się okna, dbające o siebie toalety czy gotujące obiady na życzenie kuchenki mikrofalowe?

– Tak, tak. Mam taki dom – rzucił z nieudawaną dumą Observer.

– Otóż najświeższym trendem okazały się sedesy zamykające się jak migawka starego aparatu fotograficznego. – Znów zaciągnął się słodkim dymem papierosa. – Szybko i bezgłośnie, izolując wypływ smrodu.

– I co, i co? – zapytał nadbiegający drugi reporter. – Salamander Stories kłania się. Jestem z dzielnic południowych.

Rozmawiający nie zwrócili na niego większej uwagi.

– No i zamknęła się, zatrzasnęła na dupie jak gilotyna. Za szybko i na ostro, odcinając gospodarzowi tyłek razem z fiutem. Wszyscy wiemy kto za tym stoi! Popierają nowy sprzęt? Kto? Kliniki chirurgii plastycznej Dempseya, Orwela, Kidmana. Wszystkie zwąchały lukratywny  interes na celowo wadliwych konstrukcjach, powodujących tak zwane wypadki losowe. – Inspektor, szydząc, odwrócił się w stronę gapiów i zakrzyknął. – Dość łożenia środków publicznych na kosztowne implanty i wymiany narządów!

– Podobno oferta już padła? Okrągły milion baksów?

– Właśnie to chcemy wyjaśnić. Zbyt podejrzane. Przesłuchujemy żonę ofiary i syna. Mamy wgląd do monitoringu małżeńskiej sypialni. Wie pan, jakieś narzekania, zgrzyty w pożyciu. Facet podpadł mi już na początku.

– Zażądał nowego fiuta? – Salamander Stories był konkretny.

– I to o cztery rozmiary większego. Wyobraża pan sobie? Ponoć to żona skutecznie wykłóciła go od firmy ubezpieczeniowej jako zadośćuczynienie za ból. Powinno się zakazać takich chwytów, a winnych wsadzać do pierdla z gilotyną!

Reporterzy zamilkli przestraszeni  gwałtownością ostatniej wypowiedzi. Komisarz wyglądał na rozsierdzonego. Wreszcie Observer zadał krępujące pytanie.

– To dlatego pan, inspektorze, do ciemnej marynarki zakłada celofanowe spodnie?

h

„Skóra”

h

– Co to jest do cholery? – zapytał doktor Jonkhout. Na sali operacyjnej był on i czterech sanitariuszy z ambulansu. Z trudem wytaszczyli grube cielsko pacjenta na stół operacyjny.

– Nie mam pojęcia skąd się wziął, ale to już trzeci przypadek w tym miesiącu. Przynajmniej tam gdzie jeździmy z Jasonem, na Coasterfield i Donearben.

– A pozostałe dwa? Co z nimi?

– Dwa zejścia śmiertelne. – Doktor stał nieruchomo, z pytającym wzrokiem utkwionym w sanitariuszy  – Przez uduszenie.

– To znaczy, że skóra pacjenta nagle zaczyna zachowywać się jak niezależny, niestabilny byt i przesuwać się po ciele bez ładu i składu? To usiłowałeś mi powiedzieć w tej chaotycznej paplaninie przez telefon?

– Tak, właśnie.

– Pierwsze objawy są zgoła niewinne – dorzucił drugi sanitariusz. – Leciutkie drganie górnej wargi, krwawienie z nosa. Drugiego dnia możesz się pan obudzić z ustami w okolicach oka, z zupełnie nieczynnym przełykiem. Trzeciego znaleźć powieki otwierające się na kościanej powierzchni ciała, powiedzmy w okolicach żebra.

– Ależ to idiotyczne! Bzdury. Nikt was nie nauczył w szkole, gimnazjum, czy na zwykłym instruktażu sensu anatomii? Kurwa, nie wiem, pierwszej pomocy czy hydrauliki? Tego, że podział organizmu ludzkiego na części jest ściśle umowny, wykreowany przez człowieka?

– To znaczy? – niepewnie przebierali nogami.

–Jesteśmy ludźmi, do kurwy nędzy, w całości. Bez współgrania z innymi częściami ciała, w tym przypadku bez współpracy z mięśniami, układem krwionośnym, limfatycznym i neuronalnym, skóra po prostu nie istnieje.

– To proszę sobie obejrzeć pacjenta – zaproponowali z szyderczym uśmiechem.

Uwaga Jonkhouta skupiła się na leżącym. Poszkodowany z trudem oddychał.

– Proszę ułożyć go na plecach.

– On leży na plecach.

Twarz pacjenta była nienaturalnie zniekształcona. Tkwiła w okolicach barku i wolno przesuwała się w dół, jak na obracającym się globusie. Płaskie, zlepione powieki leżały nierówno pomimo braku wypukłości oczu. Były mocno podkreślone szkarłatnym cieniem. Spinały je sztucznie wydłużone rzęsy.

– Czy to kobieta?

– To jest pan Chłopiec. Ma w okolicach kolana niewinnie wyglądającego penisa. – Sanitariusz uśmiechnął się pod wąsem. Jonkhout zignorował prącie. Drżącymi palcami spróbował rozewrzeć ciasno ściśnięte powieki. Puściły. Odrobina ropnej wydzieliny potoczyła się wzdłuż pleców. Pod spodem ujrzał czerwień mięśni i wypukłości łopatki. Obraz przesuwał się jak w okularze mikroskopu.

– Co to do cholery jest? Ta skóra powinna być martwa… – Mówiąc, zatrzymał skórę, przesunął, popychając wzdłuż ciała w kierunku głowy. – Czy to pedał? – zapytał mimochodem.

– A jakie to ma teraz znaczenie?

– Nie ma. Ale widzę fioletowe warkoczyki ciągnące się za czołem dokładnie na lewym półdupku.

– Puzzle, no nie? Jakby ktoś to ponumerował, to mielibyśmy niezłą zabawę.

– I tak mamy zabawę, Jason. Proszę przytrzymać tę fałdę szczypcami. Dobrze. Teraz obrócimy pacjenta na bok. Prawie mam. Ciągniemy razem… trzy, cztery…

Otwory oczne wolno przesunęły się w okolice czoła. Po chwili  znalazły się dokładnie na wysokości oczu. Jedna z powiek roztworzyła się nieznacznie.

Puścili z krzykiem. Skóra twarzy strzeliła jak naciągnięta guma i błyskawicznie zajęła swą poprzednią pozycję na plecach.

– Wi …widziałeś!? – przekrzykiwali się sanitariusze. Doktor odsunął się w stronę ściany. Oparł się całym ciałem. Chłód muru przyniósł mu ulgę.

– Mam nadzieję, że to tylko sen – powiedział. Potem zbliżył się do stołu, poszukując igły i nici. – Panowie, skoro już tu jesteście, proszę was o zachowanie tajemnicy lekarskiej. Nie było takiego pacjenta. Nie znacie przypadku. Spalimy go w piecu na bandaże. Ludzkość wpadnie w panikę. Nie potrzeba nam paniki w sytuacji w jakiej znalazła się Ziemia.

Zgodzili się niechętnie. Pomogli przymocować ręce i nogi pacjenta. Skóra poruszała się w obrębie tułowia. Odnóża ulegały tylko nieznacznym wibracjom i przesunięciom. Jakby wszystko w tym organizmie porwała nagła, szalona wolność i niezależność.

– Teraz spróbujmy jeszcze raz.

Tym razem doktor zszywał szybko luźne kawałki skóry z prześcieradłem, na którym leżał pacjent. Udało się zbliżyć powieki do oczu. Przez chwilę pozostawały stabilne, tylko fryzura przesuwała się w kroczu tam i z powrotem, jakby się zacięła. Coś zachrobotało w dole tułowia. Zaśmierdziało.

– Chyba puścił bąka.

– Którędy? Ujście odbytu ma w okolicach ucha.

– Przestańcie wreszcie. Skupmy się panowie.

Z największą delikatnością i skupieniem przesunęli powieki na miejsce oka, tuż obok wypukłości dawnego nosa. Jonkhout plastikowymi szczypcami odchylił górną powiekę. Trzasnęły rzęsy. Posypały się jak drut z bezpiecznika. Zgrzyt. Dolna powieka opadła nagle sama.

W czaszce ziała dziura.

Od wnętrza biło ostre światło. Jakby ktoś pracował w głębi, mamrocząc do siebie i pogwizdując. Wbrew radom sanitariuszy, Jonkhout wsadził palec do środka oczodołu. Poruszał nim tam i z powrotem. Ślisko i zimno. Pochylił się ponad pacjentem. Zbliżył oko do dziury i zajrzał ostrożnie do środka.

Nic się nie działo.

Zbliżył bardziej.

Poczuł ostry zapach starej, spoconej skóry. Przytknął policzek. Przestał mrugać lewym okiem. Przycisnął mocniej. Nawet nie wiedział, czy to on naciska głową w głąb czaszki, czy to pan Chłopiec zasysa ją tym otworem z potwornym siorbaniem i mlaskaniem. Chciał krzyknąć, ale usta już zlepiły się z ruchliwą skórą pacjenta. Oderwały się i popłynęły w grząskim, organicznym bagnie. Niebawem przewróciły się do góry nogami. Sunęły uśmiechnięte i blade. Oderwane oko bębniło gdzieś we wnętrzu brzucha jak rzucona do puszki dobroczynnej moneta.

Sanitariusze  gwałtownie oderwali Jonkhuota od leżącego. Krwawił. Twarz była kompletnie zmasakrowana. Po zębach lała się krew. Brakowało mu tego cholernego oka i ust. Rrzucili go pod ścianę. Wył tam głucho i chrapliwie.

– Co, kurwa, robimy? –zapytał pobladły, wręcz siny Jason.

Pacjent na łóżku rozerwał krępujące go pasy. Podkurczył nogi pod siebie. Zrobił to w jakiś szatański sposób, jak rozwścieczony do ostateczności buldog. Zawarczał w środku przeciągle. Głos dochodził z wypiętego krocza.

– Przecież on leżał na plecach – jęknął pierwszy sanitariusz. Drugi, dla bezpieczeństwa, zamknął drzwi na klucz. – Jak mógł zgiąć nogi w ten sposób? To niemożliwe…

– A słyszałeś to wpadające oko? On chyba jest pusty w środku.

– Nie wiem jak wy, ale ja bym go rozciął. – Jason zawsze miał szalone pomysły.

– Czym? – zapalił się Petre, trzeci sanitariusz.

– Nożem do pieczeni. Jest taki w szafce z ekspresem do kawy. Henry przywlekł to z domu, bo obiecał żonie, że naprawi w godzinach pracy.

– Dawaj go…

– Wyście wszyscy poszaleli – rzucił panicznie przestraszony drugi sanitariusz. – Lepiej pomóżcie doktorowi. Czołga się do okna. Skóra złazi z niego i lepi się do podłogi.

– Przetnijmy tego gnoja. Szybko.

Jason przyskoczył z włączonym, grzechoczącym dziko nożem. Pacjent rozleciał się pod wpływem ostrza na dwie kołyszące się połówki. Huśtały się powoli i równomiernie na łóżku. Ze środka wydobywał się duszący pył.

Sanitariusze na widok ciągnącej się fali dymu uciekli na zewnątrz. Dopiero na podwórzu chwycili oddech. Różowo-brunatne słońce zatopiło ich twarze w ponurym półmroku.

– To od słońca. Mówię wam! – wrzeszczał Jason. – Przedtem  był czerniak złośliwy, wściekła opalenizna i bolesne poparzenia. Teraz wreszcie nas dopadło tą swoją parszywą, skórną zarazą.

– Przypuszczasz, że  stało się inteligentne? Zabija z premedytacją? – drugi sanitariusz dostał drgawek.

– O zobacz, mruga na czarno –  rzucił szybko Petre.

– To skóra… Skóra ci się rusza durniu. Popraw sobie oko i się uspokój.

h
h
Reklamy
  1. Chore i obleśne, jak zwykle 🙂

  2. … czyli tak jak trzeba.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: