polskie centrum bizarro

„Świr” by Darek Kuchniak + grafa Oli Zielińskiej

In Grafika, Opowiadania on 14 listopada, 2012 at 6:00 am

Witajcie czciciele Paskuda i Wy, którzy dopiero nimi zostaniecie. Paskud we własnej, przepaskudnej osobie, udostępnia Wam kolejny tekst ze swojego różka obfitości.

Dzisiaj padło na autora już po wielokroć sprawdzonego, czyli Darka Kuchniaka, zwanego też Darkiem-Od-Apacza. Pewnego Apacza, coby być precyzyjnym. Cóż to by jednak był za róg – czy choćby rożek – obfitości, gdybyśmy w imieniu Paskuda poprzestali zaledwie na jednym przejawie paskudnej szczodrości? Tak więc, do „Świra” dorzucamy jeszcze lekką ręką grafikę Aleksandry Zielińskiej, którą przecież też już powinniście znać. Olę, nie grafikę.

I stała się jasność. I możecie już czytać, bo przy świetle wygodniej!

„Świr” by Darek Kuchniak

Mój czteroletni syn rzuca różnymi przedmiotami w kierunku okna, a ciało podryguje w ekstatycznym tańcu. Jego brat bliźniak robi mi zdjęcia zepsutym telefonem komórkowym. Z namaszczeniem. Jak jakiś profesjonalny fotografik, albo inny złodziej powierzchowności. Co chwila szczerzę zęby w nieszczerym uśmiechu. Rutyna. Postanawiam więc wysilić wyobraźnię.

– Czego znowu chcesz? – słyszę nagle.

– Uciec do ciebie na kilka chwil – odpowiadam błagalnym głosem.

– Nic z tego! – odpowiada hardo Wyobraźnia.

– Jak to? – pytam zdumiony.

– Haruję od rana do wieczora niczym wibrator nimfomanki. Od lat nie byłam na żadnym urlopie. Mój mąż grozi rozwodem, a dzieci wkrótce zapomną jak wyglądam – opowiada mi to wszystko płaczliwym głosem. Co chwila ociera, przy tym, oczy elegancką, jedwabną chusteczką.

Wzruszyłem się. Oto jak należy rozmawiać z pracodawcą.

– Masz ten urlop. Wracaj do dzieciaków! – wołam. – Wiem z własnego doświadczenia jak trudno jest, gdy nie ma przy mnie moich małych „świrów”.

Okno. Zobaczę, co robi świat za szybą. Deszcz, a do tego zimno. Też mi sensacje! Jawna kompromitacja matki natury. W prostych, żołnierskich słowach określam swój stosunek do zaistniałej sytuacji.

– Tylko nie „kurwa mać”! – protestuje Zaistniała Sytuacja. Odwracam się w jej kierunku. Wygląda jak podstarzała, i do tego zdenerwowana, diva operowa.

– A kto? – pytam.

– Ona na pewno nie ma nic wspólnego z zaistniałą sytuacją. Wierz mi, znam się na tym najlepiej – mówi zimno.

– Łapiesz za słówka – bagatelizuję.

– Nie narzekaj, mogło być znacznie gorzej – uśmiechając się dwuznacznie, odpowiada Zaistniała Sytuacja.

– Co masz na myśli? – nie kryję zainteresowania.

– Mogłeś być dyżurnym ruchu w miejscowości M. i nie zauważyć, że młoda kasjerka pała ku tobie gorącą miłością, a następnie umrzeć na deficyt uczuć – kończy i szelmowsko mruga okiem.

– Jestem szczęściarzem – wyrywa mi się nieopatrznie.

– A tak w ogóle, to co robisz? – moja rozmówczyni zdawała się czerpać przyjemność z naszej konwersacji.

– Nie oszczędzam się. W trudzie i znoju czekam na coś intrygującego – oświadczam z dumą.

– To zła taktyka – oznajmia z dużą pewnością siebie.

– Oświeć mnie zatem. Co mam zrobić? – pytam poirytowany.

– Poproś o pomoc świra, który ukrywa się w zaciszu twojego mózgu. Idę na ryby. Cześć.

– Cześć.

Nie mam innych pomysłów. Idę więc za radą Zaistniałej Sytuacji. Odkręcam kilka śrub i sprawnym ruchem zdejmuję górę czaszki. Za pomocą kamery połączonej z monitorem zaglądam do środka. Jest. Siedzi oparty niedbale o płat czołowy.

– Wyłaź! – rozkazuję.

– Nie! – protestuje stanowczo.

– Niby dlaczego? – pytam zaskoczony.

– Abo mi tu źle? – Jego głos jest zupełnie beztroski.

– Nie mam cię po to, aby ci było dobrze – przypominam rzeczowo.

– Zaczynasz mnie edukować? Jestem już na to za stary – cedzi przez zęby.

– Wyedukowany świr! To brzmi dumnie! – w moim głosie nie brakuje szyderczego tonu.

– Nie udawaj mądrali! Nie zapominaj, że mieszkam w twoim mózgu – odwzajemnia się Świr.

– Dobra. Wyłaź, bo wyciągnę cię za uszy i nakopię do dupy – idę va banque.

– Nie mam na to najmniejszej ochoty.

Jego hardy wzrok daje jasno do zrozumienia, że muszę użyć naprawdę ważkich argumentów. „Sam tego chciałeś!” – usprawiedliwiam się w myślach i łapę chwacko świra za uszy. Wyciągam go i przyglądam mu się z bliska. „To przecież ja, tylko te oczy jakieś takie dziwne” – myślę zaskoczony.

– Trzeba przyznać, że jesteś konsekwentny. Nakopałeś mi do dupy, co się zowie – odzywa się po chwili.

– Puchnie? – pytam z nadzieją.

– Mam tubkę markowej maści i plastry. Zaraz doprowadzę ją do porządku – oświadcza.

Po chwili wyciąga medykamenty i z dużą wprawą rozprowadza je po zasiniaczonych miejscach. Wyraz zadowolenia nie opuszcza go nawet na sekundę.

– Wygląda na to, że nie masz żalu – nie kryję zaskoczenia.

– No co ty, przecież jestem prawdziwym świrem. To co dzisiaj będziemy robili? – pyta beztrosko.

– Dzisiaj już nic, ale zapraszam jutro – mówię zmęczonym głosem. – Za dużo wszystkiego jak na jeden dzień.

– To strzała.

– Siemka.

Ranek wita mnie pochmurny jak myśli Józefa Stalina. Kołdro precz! Energicznie wstaję z łóżka i wtedy właśnie staje się cud. Na środku pokoju pojawia się policjant John McLain. Wygląda jakby przybył do mnie prosto z planu filmowego kolejnej „Szklanej pułapki”. Ten sam szelmowski uśmiech „made in Bruce Willis” i wyraz twarzy znamionujący dużą pewność siebie. A wszystko to zapakowane w świetnie skrojony garnitur.

– Cześć brachu – zagadnął.

– Cześć.

Nagle zmienia się w mojego świra. I mruga do mnie porozumiewawczo.

– To ja Świr. Pamiętasz mnie? – pyta beztrosko.

– Aha.

Zmienia się ponownie w John’a McLain’a.

– Przysłali mnie Dobrzy Ludzie. Chcą ci pomóc. Oni wiedzą jakie to żałosne, tak ciągle spoglądać w mrok. Skieruj wzrok gdzie indziej. Rozrywka to rzecz, która wyzwoli cię z okowów czarnowidztwa. Idź do kina i zapomnij o ranach zadanych ci przez rzeczywistość – kończy patetycznie, mobilizując na tę chwilę cały swój aktorski talent.

– Dobrych ludzi nie ma od dawna. Ostatniego zabił Kain – odpowiadam sarkastycznie.

– Daleko sięgasz w przeszłość – oznajmił niespeszony.

– Sięgam tam, gdzie wzrok nie sięga – staram się wyprowadzić go z równowagi.

– Masz noktowizor? Pokaż! – mówi wyraźnie zaciekawiony. Jak dzieciak, który ma dostać za chwilę nową zabawkę.

– To metafora, tępy jankesie – rzucam zdegustowany.

– Mniejsza o środki artystyczne. Lepiej powiedz, co myślisz o mojej propozycji?

– Niech pomyślę. Przychodzi do mnie główny bohater „Szklanej pułapki” i oferuje mi pomoc. I… zna jakiś „Dobrych Ludzi”. Tego się nie da racjonalnie wytłumaczyć. Pewnie zjadłem skażoną chemicznie żywność, albo jakiś pasożyt rozgościł się w moim ciele i rzuca mi się na mózg. Albo jestem w piekle, i za karę całą wieczność będę oglądał filmy z twoim udziałem.

– Ktoś tu się nie zna na dobrym aktorstwie – tym razem Bruce jest wyraźnie poirytowany.

– Ktoś tam przegrywa wojnę w Afganistanie – nie pozostaję dłużny.

– Tobie nie można pomóc – mówi z przejęciem i nerwowo trze policzek.

– Ciekawe, kto bardziej potrzebuje pomocy? – mówię ciepło i łagodnie jak do pacjenta „psychiatryka”.

John Mclain znika. Ale nie koniec na tym. Słyszę delikatne stukanie do drzwi.

– Proszę – odpowiadam automatycznie i otwieram drzwi.

– Dziękuję – mówi frytka z baru szybkiej obsługi, przekraczając próg. Wygląda młodo jakby przed chwilą wyszła z frytkownicy. Ocieka olejem, a całe jej filigranowe ciałko przyozdobione jest kryształkami soli. Z wdziękiem przynależnym jej ziemniaczanemu ciałku, wchodzi do salonu i zasiada w fotelu.

– Czemu zawdzięczam twą wizytę? – pytam oschle, bo frytka przypomina mi, że cały czas bezskutecznie walczę z kilkukilogramową nadwagą.

– Dobrzy Ludzie dają ci drugą szansę – mówi cienkim, dziewczęcym głosikiem. – Bez takich jak ty moje życie nie ma sensu. W barach pustki. Plantatorzy nie mają komu sprzedać specjalnych odmian ziemniaków, a studenci nadaremno szukają miejsca, gdzie mogliby dorobić do swoich skromnych budżetów. Poczuj się ważny i odwiedź jeden z naszych barów!

– „Fabryka grubasów” traci na popularności. To doskonała wiadomość – nie potrafię ukryć radości, co potwierdzam uśmiechem „od ucha do ucha”.

– Tobie nie można pomóc – mówi poirytowana i znika w oparach mgły, która pojawia się zupełnie znikąd.

Frytka stała się wspomnieniem. Ale takim, do którego nie wraca się zbyt chętnie i często.

Kolejny gość ma twarz znanego polityka. Okrągłą fizjonomię, jak komunały, które głosi, szpecą zimne i czujne oczy.

„O rany! – myślę zirytowany. Przecież on jest jak wrzód na dupie. Będzie teraz gadał ze dwie godziny te swoje pierdoły, nafaszerowane banałem jak dobra jajecznica szczypiorkiem. I jeszcze ta nalana morda”.

– Witam pana – zagaja znany polityk.

– Nawet pan chce mnie ratować? – udaję rozczulenie.

– Bez pana głosu nie dostanę przepustki do parlamentu. Niech pan pomyśli o ojczyźnie! – uderza w patetyczny ton, a jego twarz nabiera czerwonego barwy.

– Obawiam się, że tylko ja o niej myślę – cedzę wolno i pokazuję na drzwi. – Już dawno powinien się pan za nimi znaleźć.

– Pan mnie obraża. Panu nie można pomóc! – woła oburzony i znika w mgle o posmaku sejmowej restauracji.

Za oknem wisi gęsta zasłona mgły. Jest tak gęsta, że można jej użyć do wypychania materaców.

Dużo już dzisiaj widziałem, ale widok radzieckiego czołgisty gramolącego się przez okno w kuchni, dziwi mnie niepomiernie.

– Witajcie towarzyszu – rzecze po rosyjsku i rozgląda się ciekawie po mieszkaniu. – Nieźle tu sobie żyjecie. Tylko gdzie jest samowar?

– Jestem bezpartyjny – odpowiadam zaskoczony.

– Polak. Cholera, znowu pomyliłem kraje – wykrzykuje zirytowany.

– Czy Dobrzy Ludzie są w każdym państwie? – pytam zaintrygowany.

– Nie jestem upoważniony do udzielania takich informacji. Żegnam.

I już go nie ma. W oddali słychać tylko równą pracę tysiąckonnego silnika czołgu.

Kolejnym gościem jest „mały głód”.

– Cześć.

– Czy ty też chcesz mi pomóc?

– Tylko dzięki takim jak ty moje istnienie ma sens.

– Pozwiedzaj trochę naszą planetę. Jest wielu, którzy chcieliby cierpieć „małego głoda”, ale są skazani na twojego brata „dużego głoda”. Niech Dobrzy Ludzie im pomogą.

– A co z rachunkiem ekonomicznym?

– A co z przyzwoitością?

– A co to jest?

– Żegnam pana.

– Spadaj naiwniaku!

I nareszcie jestem sam. Nie na długo jednak. Na środku pokoju pojawia się „Iluzja Normalnego i Bezpiecznego Życia”.

– Dzień dobry panu – zaczyna.

– Witam. Nareszcie ktoś przewidywalny – odpowiadam, nie kryjąc zadowolenia.

– Przysyłają mnie Dobrzy Ludzie.

– Nie do wiary. Ty też przeciwko mnie.

– Mają mnie w garści.

– Spadaj, sługusie.

I tu rozmowa się urywa. Najpewniej Świr wykorzystuję krótką regulaminową przerwę, która mu przysługuje. Po chwili zjawia się ponownie.

– Wykorzystałem krótką regulaminową przerwę. Przysługuję mi przynajmniej jedna w ciągu ośmiu godzin.

– Wiem.

– Przemyślałem to i owo. Proponuję zmiany.

– Mój słuch jest do twojej dyspozycji.

– Nie ma sensu, żebym przychodził do ciebie pod wieloma postaciami. Rozmywa się kontekst i tak naprawdę nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi.

– Co zatem proponujesz?

– Jedna postać dziennie. To zupełnie wystarczy. Tyle, że dopracuję ją pod względem merytorycznym i będziesz naprawdę zadowolony.

– Brzmi rozsądnie. Zatem do jutra.

– Do jutra.

Świra nie ma. Wracam do rzeczywistości. Walczę z młodymi o przestrzeń przed telewizorem oraz dostęp do pilota. Zgaduję ich potrzeby. Biegam do sklepu. Próbuję wystrychnąć na dudka ich fizjologię. Marzę bowiem, aby sikali już do nocnika. Na jednorazowe pieluchy wydajemy fortunę. Lepiej byłoby ją zagospodarować w inny sposób. Może jakiś mały jacht, albo zapas paliwa do kosiarki na trzy lata. Jednym słowem – drobnomieszczańska rutyna.

I pomyśleć, że stosunkowo niedawno ta ostatnia była mi zupełnie obca. Nie dopuszczałem jej do siebie nawet na krok. Oglądała wyłącznie moje plecy. Codziennie słyszałem jej tęskny skowyt. A teraz. Mieszka u mnie na strychu razem z kotem. Muszę powiedzieć, że nawet żyją zgodnie. Dzielą się kuwetą i odgrywają inne scenki rodzajowe, skażone sielanką.

– Rutyno, dobrze ci u mnie?

– Nie narzekam.

– Nie mam serca cię wyganiać. Możesz zostać.

– Równy z ciebie chłop.

Wejście świra kończy naszą rozmowę.

– Masz bardzo skupioną twarz. Co mi szykujesz tym razem?

– Byłeś już na wojnie?

– W tym życiu jeszcze nie.

– To będziesz miał okazję.

Czyjeś plecy. Potykam się. Coś gwiżdżę w powietrzu. Padam. Słony smak ziemi. Spoglądam na świat z perspektywy żaby. Facet obok patrzy ma mnie szklistymi oczami. Trup. Jego wnętrzności szeroką strugą wypływają na ziemię. Wybuch. Dwie tony ziemi przefruwają nad moją głową. Ma to swoją dobrą stronę. Razem z ziemią pofrunął nieboszczyk, ale wkoło widzę dziesiątki innych.

– Co tak leżysz jak kurwa po numerku? Podnieś dupę i do ataku – wrzeszczy na mnie jakiś, naprawdę głośny, koleś.

– Nie, dziękuję. Dzisiaj nie mam nastroju na umieranie.

Czuję lufę na skroni.

– To świetne lekarstwo na zmianę nastroju.

– Tak jest, panie kapral.

Biegnę jakbym miał gniazdo os w dupie. Tym razem Świr nieźle mnie „urządził”. Niech ja go tylko dorwę.

Nagle coś rąbnęło koło mnie. Leżę. Staram się zaryć w ziemi jak najgłębiej. Jeszcze chwila, a dokopię się do złóż gazu łupkowego. Nagle wszystko ucicha i ktoś szarpie mnie za kołnierz.

– Kim ty jesteś do cholery? – kapral pyta z wyraźną sympatią.

– Dlaczego pytasz?

– Żyjesz! Cud prawdziwy – nie kryje zdziwienia i coś na kształt podziwu zaczyna się tlić w jego oczach.

– Bez przesady! Nie jestem żadnym herosem! Zesrałem się przynajmniej dwa razy ze strachu – staram się ostudzić jego entuzjazm.

– Jesteś farciarzem. W wojsku trzeba się takich trzymać – mówi z dużym przekonaniem.

– Nie jestem farciarzem, tylko humanistą. Od chwili przyjścia na świat robiłem same niepotrzebne rzeczy. Pierwszy przykład z brzegu – nauczyłem się czytać, ale zamiast się skupić wyłącznie na programie telewizyjnym, zająłem się lekturą nowel, opowiadań i innych nieprzyzwoicie długich tekstów. A życie płynęło obok wartkim strumieniem. Inni zakuwali matmę i angielski, zdawali na prawo jazdy.

– Co mnie to do „kurwy nędzy obchodzi”? – wrzeszczy kapral, wybałuszając oczy.

Niezrażony kontynuuję opowieść.

– Na studiach nie było lepiej. Sami humaniści wokół mnie. Koszmar. Gorzej może być tylko na „Szklanej pułapce VII”. Łączy nas to samo niedostosowanie społeczne – zamiast miłości do papierków ze zmarłymi prezydentami USA, zainteresowanie innymi denatami, mniej ważnymi. Czyli tym, co wcześniejsze pokolenia humanistów nazwały – historią i literaturą. Nie może więc dziwić fakt, że studia pogłębiły tylko moją alienację.

W kapitalizmie nie ma jednak miejsca na sentymenty. Skończyłem studia, musiałem więc poszukać pracy. Rodzice niechętnie okiem patrzyli na bezrobotnego humanistę pod swoim dachem. Czar osobisty oraz niebanalne poczucie humoru okazały się przepustką do redakcji lokalnego tygodnika w mieście, w którym wtedy mieszkałem. I co się okazało? Tylko tyle, że muszę zresetować swój mózg i wyrzucić z niego wszystko, czym był karmiony od chwili kiedy poznałem pierwsze litery. Stałem się narzędziem w rękach naczelnego. Przez trzy lata udawałem, że praca za najniższą krajową jest spełnieniem moich marzeń. W końcu jednak zrejterowałem i znalazłem się w Warszawie.

Zacząłem od sprzątania liści i innych roślinnych atrybutów na teranie jednego z centrów biurowych. Ten okres mojego życia należał do najspokojniejszych. Egzystowałem sobie z dala od humanistów, telewizji, anglosaskiej literatury oraz innych patologii. Ale Zły czuwał, a ja kierowany jego podszeptami zmieniłem pracę. I znowu to samo! Abstrakcyjna wiedza nijak się miała do rzeczywistości. Ta ostatnia kopała mnie w dupę jak napalony ogier. Znowu było coś nie tak. Wszystko wskazuje na to, że ciąży nade mną klątwa.

– Jęczysz jak eunuch po kastracji! – konstatuje rzeczowo kapral.

– Masz rację. Pogadajmy o czymś innym. Lubisz salceson?

– A i owszem.

– To weź głowę wieprzową z uszami lub okrojoną skórką z boczku z wąskim paskiem słoniny, serce, nerki, śledzionę i ozór. Nastawić je, posoliwszy z cebulą, jarzyną i przyprawami. Gdy mięso zmięknie po warzywnej kąpieli, wyjąć je i położyć na czymś płaskim i stabilnym, głowę obrać z kości, a gdy zastygnie, pokrajać wszystko w wąskie paski, popieprzyć, dodać trochę majeranku, gałki muszkatołowej i zalać pół na pół rosołem, w którym się mięso gotowało i krwią denatki, tak by mięso swobodnie pływało w rosole. Następnie, wlać to wszystko do żołądka lub do grubej kiszki…

– Jesteś pierdolnięty!

– Są na to liczne dowody. Może się zaprzyjaźnimy?

Zamiast odpowiedzieć mi na pytanie obserwuje rakiety, które nagle wzbiły się nad widnokrąg i wrzeszczy:

– Do ataku!

Znowu biegnę przed siebie. Padam. Wstaję. I przede wszystkim boję się jak cholera. Mam tego wszystkiego dosyć. Chcę wrócić do mojej małej stabilizacji. Wczołguję się do leju po bombie.

– Masz dość?

– Nie inaczej, panie kapralu.

– To znaczy, że jesteś normalny.

– Prawi mi pan komplementy. Pewnie za chwilę dostanę kwiaty.

– Co znowu pierdolisz?

– Pierduty na każdą okazję.

– To se je wsadź w dupę.

– Moja dupa nie jest schowkiem na pierduty.

– Spierdalaj.

Wczołguję się do innego leja. Komfort. Tyle przestrzeni dla jednego żołnierza. Tym razem to „nasi” strzelają.

– Masz dość?

– Masz przejebane. Ty totalny świrze! – krzyczę wściekły jak nigdy dotąd.

– Sznurówki ci się rozwiązały. Co z ciebie za żołnierz?

– Przynajmniej ty jesteś Świrem doskonałym.

– Wyślę cię teraz daleko w przeszłość. Baw się dobrze.

– Wal się.

Właśnie pochylam się, by nabrać wody ze strumienia, gdy nagle od strony traktu słyszę stukot końskich kopyt. Zwierzęta nie są same. Czuję, że mam powód, aby bać się tych ludzi. Nie wiem tylko jaki. Podrywam się i wyciągam miecz, ale jak mówi polskie przysłowie: „Nawet Zawisza Czarny dupa, gdy rycerzy kupa”.

Odzyskuję przytomność – powiało optymizmem, lecz czuję na swoim policzku czyjeś bardzo sfatygowane łapcie. Nie muszę otwierać oczu, żeby się zorientować, że spoczywam w ogromnej kałuży. Związany i zakneblowany.

– I co, w końcu i tak jesteś u moich stóp – słyszę.

Głos należy do wysokiego faceta w stroju urzędnika z odległej epoki. To z pewnością herszt bandy.

– Lubisz wsadzać nos w nie swoje sprawy, panie szlachcic? Zaraz ci pokażę, gdzie go możesz sobie wsadzić razem z resztą twarzy – kontynuuje.

– Jaki szlachcic? Moi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi. Możemy w każdej chwili jechać do powiatowego archiwum – mówię głosem pełnym obaw, co do mojego dalszego losu.

– Milcz! Nie interesują mnie twoje kłamstwa.

Jego towarzysze sprawnie rozkopali mrowisko. Kiedy tylko moja głowa spoczęła w jego środku, chłopi ponownie usypali imponujący kopiec. Owady nie doceniają mojej, nagle uzyskanej, pozycji społecznej. Kąsają bezlitośnie. Ponownie tracę przytomność.

Budzę się w jakimś kurniku. Kury i kaczki patrzą na mnie podejrzliwie, ale nie wszczynają alarmu. „Muszę tu długo leżeć” – myślę, patrząc na swoje ubranie bogato ozdobione ptasimi odchodami. Nie jestem już skrępowany, ale pracowite owady zrobiły swoje. Całe moje ciało pokryte jest śladami ukąszeń. Spuchnięty język kompletnie nie nadaje się do użytku. Próbuję rozprostować nogi, ale zupełnie nie chcą mnie słuchać. Czucie wraca bardzo powoli. Po wielu próbach udaję mi się wreszcie usiąść i oprzeć się o ścianę kurnika. I wtedy właśnie drzwi się otwierają. Do środka wchodzi herszt bandy. Wysokie chłopisko o zwalistej sylwetce. Jego ręce wielkie jak strach przed wojną atomową, zdają się szeptać: „Nasz właściciel to maniakalny morderca”

– Mogłeś dołączyć do nas i zyskać część nagrody – zaczyna. – Ale ty panie wzgardziłeś naszą propozycją. Takie zachowanie nie przystoi szlachcicowi.

– I tak nie wiem o co ci chodzi. Kończ tę marnej jakości przemowę i rób, co masz robić.

– Myślisz pewnie, że teraz przebiję cię włócznią, albo sprawdzę za pomocą miecza, co dzisiaj jadłeś na obiad? Mylisz się jednak co do moich intencji. Nie jestem łotrzykiem twojego pokroju. Rycerz, który się trudni rabunkiem, nie zasługuje na to, żeby umrzeć z mojej ręki. Wynoś się stąd jak najdalej! Jeśli jednak znów przetną się nasze drogi, to nie dam ci następnej szansy. Mrówki zastąpi coś innego. Większe i bardziej krwiożercze. Czy wyraziłem się dość jasno?

– Wystarczająco – mówię, zadowolony z takiego obrotu sprawy.

– To ci i tak nie będzie potrzebne – rzecze Nowak, wskazując na złamany miecz. – Konia weźmiemy sobie jako zadośćuczynienie za poniesione straty. Co prawda nadaje się tylko na kiełbasę, ale my uwielbiamy kiełbasę.

Skończywszy przemowę pomaga mi wstać i wyprowadza z kurnika. Bierze mnie pod pachę i stawia koło najsolidniej wyglądającego płotu, wtyka do ręki jakieś zawiniątko i odjeżdża z resztą towarzystwa. Zostaję sam. Sprawdzam zawartość zawiniątka. Chleb i ser. Dawno nie jadłem podobnych rarytasów. Solidny posiłek wraca mi chęć do życia. Analizuję swoją sytuację. Brak miecza i konia w samym środku średniowiecza to zły omen. Nie przejmuję się tym jednak. Miecz na wiele mi się nie przyda. No chyba, że będę chciał przypadkowo uciąć sobie głowę. Na koniu też nie umiem jeździć. Dobry jestem tylko w spadaniu z jego grzbietu. Pozostaje mi więc tylko podróżowanie na piechotę.

Po kilku godzinach marszu odparzone stopy odmawiają jednak posłuszeństwa. Na nic zdały się prośby i groźby. Muszę dać im wytchnąć. Siadam tuż przy drodze w nadziei, że stanie się cud. I gdyby nie jechał tamtędy pewien bardzo pomocny kmieć, to przestałbym wierzyć w cuda i mój system wartości uległby zupełnej degrengoladzie.

Droga wijąca się malowniczo wśród lasów i pól doprowadza mnie do miasteczka Łukowo. Chociaż w przypadku tej mieściny jest to określenie na wyrost. Kilkanaście kamienic stłoczonych przy małym rynku, plac targowy, karczma i kościół, ot i całe urbanistyczne szaleństwo.

Przybywamy w trakcie odczytywania jakiegoś obwieszczenia przez wysłannika od księcia Sapiehy, pana na pobliskim zamku. O czym dowiaduję się od bardzo pomocnego kmiecia. Goniec ma list biskupi, którego treść sprowadzała się do jednego: w okolicy widziano groźną czarownicę, a biskup i Sapieha dają sto dukatów za jej ujęcie. Warunkiem wypłacenia nagrody jest doprowadzenie jej żywej na zamek księcia.

Najwyższy czas znaleźć coś do jedzenia. Wstępuję więc do najbliższej karczmy. Kiedy moje oczy przyzwyczajają się do półmroku panującego w sali, dostrzegam znajome zwaliste sylwetki. Ludzie Nowaka w ciszy konsumują sutą kolację. Moje wejście nie umyka jednak uwadze biesiadników. Przerywają jedzenie jak na komendę i spoglądają wymownie w moim kierunku. Nowak podchodzi do mnie, kłania się dwornie i rzecze:

– Znowu się spotykamy, panie rycerzu. Nie chcę cię martwić synku, ale możesz się pożegnać z nagrodą za czarownicę.

– Pewnie już ją schwytaliście.

– Jak widzę inteligencja idzie u pana w parze ze szlachetnym pochodzeniem.

– Ironia jest bronią ludzi słabych, panie Nowak.

– Jestem pod wrażeniem. Od dawno nikt nie nazwał mnie słabym.

– A co się stało z poprzednim?

– Służy jako preparat studentom medycyny.

Nie tracę czasu w trakcie tej niezwykłej konwersacji i skrupulatnie lustruję izbę. Oprócz mężczyzn dostrzegam jeszcze jedną osobę. Ubrana w szary, podróżny strój kobieta siedzi skrępowana przy jednej z nóg stołu, jej szyję zdobi gustowny naszyjnik z czosnku, długie włosy niemal sięgają pasa. Twarzy nie mogę dojrzeć ze względu na półmrok. – Szkoda. Pewnie ją spalą – myślę.

Tym razem działam impulsywnie. Chwytam zydel i rzucam nim w kierunku Nowaka. Po czym, nie czekając na reakcję zaskoczonej kompanii sfrustrowanych inteligentów, biegnę ile sił w nogach na dziedziniec. Nie zamierzam się z nimi bić, nie jestem samobójcą.

Czuję na plecach oddechy pogoni. Przyspieszam kroku. Żałuję, że nie prowadzę higienicznego trybu życia i zaprzedałem duszę cholesterolowi. Próżne żale. Przeskakuję stojące na jakimś podwórku koryto i taranuję kolejny rachityczny płot. Wzburzone kury udzielają mi słownej reprymendy, a przestraszony pies podkuliwszy ogon chowa się do budy.

Wpadam do jakiejś zagrody, przerywając obiad dwóm sympatycznym świnkom i poprzez otwartą stodołę gnam w kierunku lasu. I wtedy uświadamiam sobie, że już nikt mnie nie goni. Oddycham z ulgą. Zawracam w stronę wsi i ukrywam się w stogu siana.

Po krótkim odpoczynku postanawiam jednak wrócić w pobliże gospody. Pod osłoną mroku zbliżam się do jednego z okien karczmy. Chcę bowiem zrobić dyskretny rekonesans. Niestety, przez małe i brudne szyby nic nie mogę dostrzec.

Wtem z karczmy wybiega kobieta. Jest ubrana w szary, skromny podróżny strój. Szybko zdejmuje coś z szyi i odrzuca z wyraźnym obrzydzeniem. „Przecież to czosnek” – zauważam. Szybko dosiadam wierzchowca jednego z ludzi Nowaka. Następnie chwytam czarownicę w pół i sadzam przed sobą. Ruszamy galopem. Okazuje się, że jednak umiem jeździć konno. Przynajmniej tyle.

Po dwóch godzinach jazdy zyskuję pewność, że nikt nie podąża naszym śladem. Skręcam w las, aby ukryć się w zaroślach. W chwilę potem leżymy w jakiś chaszczach, nakryci zdobyczną derką.

– Naprawdę jesteś czarownicą? – rozpoczynam rozmowę.

– Wydaje mi się, że nie, ale mogłam to przeoczyć. Jestem bardzo roztargniona – oznajmia sarkastycznie.

– Widzę, że nie masz o mnie dobrego zdania.

– Przynajmniej nie każesz mi nosić biżuterii z czosnku.

– Tak za nim tęsknisz? Możesz go otrzymać mnóstwo… W najlepszym gatunku.

– Zbytek łaski. Jestem zbyt skromna, by żądać takich dowodów uwielbienia.

– Nic z tego. Czosnek jest najlepszym antidotum na czary. Muszę cię czymś trzymać w szachu.

– A co będzie najlepsze na twój debilizm?

– Nie bądź bezczelna, wiedźmo!

– Zastanów się, czy gdybym naprawdę była czarownicą, to czy nie wykorzystałabym swojej mocy, by się uwolnić? A na czosnek jestem zwyczajnie uczulona. Jak się nawdycham tych cholernych olejków eterycznych, to płaczę jak minister po stracie teki. Już kilka razy byłam na granicy odwodnienia.

– Czyli żadna z ciebie wróżka-czarodziejka.

– Szybko kojarzysz jak na faceta.

Jej okrągła twarz, okraszona wielkimi brązowymi oczami, jest niezwykle piękna. Długie kasztanowe włosy kaskadami opadają na ramiona Nawet jej skromny strój podkreśla nienaganną figurę i wydatne piersi. I nagle przechodzi przeze mnie fala pożądania. „Czarownica czy nie, jest bardzo inteligentna i seksowna.” – myślę.

– Znam ten rodzaj spojrzenia. Nic z tego nie będzie, chłoptasiu. Jeżeli spróbujesz mnie dotknąć, zabiję cię – warczy czarownica.

– Nie obawiaj się, nie mam w zwyczaju używać przemocy w stosunku do kobiet. Poczekam, aż sama zaproponujesz mi miłosne zespolenie.

– Czekaj tatka latka. Zważywszy na średnią długość życia mężczyzny jest to nierealne.

– Jestem niezwykle cierpliwy. Jak masz na imię?

– Nie twoja sprawa.

– Mylisz się. Imię matki moich dzieci ma dla mnie kardynalne znaczenie.

– Nie dość, że przygłup, to jeszcze marzyciel.

„Nie jestem łotrem ani złoczyńcą, więc poczekam przynajmniej dziesięć minut, a potem poszukam grubego kija i z jego pomocą doprowadzę do szczęścia i harmonii w naszym związku” – myślę i uśmiecham się do wizji, które produkuje mój zakażony seksizmem umysł.

– Z czego się cieszysz, imbecylu?

– Wkrótce się przekonasz.

Zajęci rozmową nie zauważamy, że nie jesteśmy już sami. Dopiero trzask łamanej gałązki budzi moją czujność. Rozglądam się bacznie dookoła. Jest już jednak za późno, aby obmyślić jakiś chytry plan, albo salwować się ucieczką. Otacza nas przynajmniej kilkunastu zbrojnych. Wolno i w milczeniu podchodzą ze wszystkich stron.

Niczym specjalnym się nie wyróżniają. Zwykła banda obwiesi o wstrętnych gębach, źle utrzymanych brodach i wyraźnych ubytkach w garderobie oraz uzębieniu. I jak zwykle w takich wypadkach, ktoś musi zabrać głos. Padło na małego, zarośniętego jak trawnik pod koniec maja, zbója, który wyróżniał się ponadto ciepłym barytonem i w miarę schludnym ubiorem.

– Przyszliśmy po wiedźmę.

– Przykro mi, ale ten towar nie jest na sprzedaż.

– Rozumiem i pochwalam dobry gust. Daj nam sto dukatów, a oddalimy się nie zwlekając.

– Nie dysponuję niestety taką gotówką. Wasze towarzystwo nie stanowi dla mnie problemu. Miejsca tu dosyć.

– To bardzo miłe z twojej strony, ale bardzo się spieszymy.

– Jest mi niezmiernie przykro, że nie mogę wam pomóc.

– Tak mi się słodko zrobiło w gębie od tej gadki, że aż mnie zęby rozbolały. Bierzcie wiedźmę chłopcy! – komenderuje zarośnięty.

W stronę czarownicy rusza trzech najbliżej stojących drabów. Milcząca do tej pory wiedźma gwałtownie protestuje. – Precz ode mnie! Jeżeli którykolwiek mnie dotknie zabiję!

– Odejdźcie w pokoju dobrzy ludzie. My się zaopiekujemy tą panią. – Głos Nowaka, który pojawia się nie wiadomo kiedy i skąd, jest spokojny, ale cholernie stanowczy.

– Zaczyna się tu robić coraz bardziej tłoczno – zauważa czarownica. – Jeszcze chwila, a podepczecie się nawzajem. Czy w tym kraju są sami łowcy nagród?

Kobieta nie czeka, aż ktoś udzieli odpowiedzi i znika jakby nigdy nic. Powstaje duże zamieszanie. Korzystając z okazji daję dyla w krzaki. Idę w kierunku traktu i łapię tam „okazję” w postaci wozu z sianem, powożonego przez zacnego kmiecia.

– Koniec jazdy panie – słyszę po jakiejś godzinie.

– Jak to? Przecież to szczere pole – dziwię się.

– Nie mam zamiaru wozić w nieskończoność imbecyla twojego formatu – słyszę nagle znajomy głos.

– Wiedźma!

Ku swojemu zaskoczeniu odkrywam, że bardzo cieszy mnie to spotkanie.

– Mam na imię Marta.

– Jak ci się udało uciec?

– Za pomocą czarów.

– A mówiłaś, że nie jesteś czarownicą.

– Tylko, że ja nie miałam z tym nic wspólnego. Domyślam się jedynie, że coś potężnego zawładnęło mną na ułamek sekundy. Nie wiem co to było, ale zamieniło zbójców w dorodne borowiki i maślaki.

– Co się dzieje z Nowakiem i resztą ?

– Nareszcie robią coś pożytecznego. Zamienili się w przydrożny parking, gustowne toalety oraz samoobsługową myjnię z markowym odkurzaczem.

– Piękna robota.

– Zmieńmy temat. Czy twoja propozycja matrymonialna jest nadal aktualna?

– Prawdę mówiąc, chodziło mi wyłącznie, o niczym nieskrępowany, seks. Mam już żonę i dzieci.

– Mogłam się domyślić. Po raz kolejny upewniam się w przekonaniu, że wszyscy faceci to niewolnicy kutasa.

***

Zatrzymujemy się przed bramą okazałego zamku, otoczonego solidną fosą i wysokim murem. Wychodzimy z naszej limuzyny i idziemy w kierunku zwodzonego mostu. Na spotkanie wychodzi nam wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, o urodzie południowca, w białym garniturze prosto z Mediolanu. Nosi kilkudniowy zarost i okulary przeciwsłoneczne. Mimo, że zbliża się do czterdziestki, nadal odznacza się młodzieńczą energią. Witamy się z nim serdecznie.

– Witamy w Leśnicy. Zapraszam was do środka.

– Dziękujemy za gościnę, Miguel – odzywa się Marta.

Kiedy tylko przekraczamy próg jednej z komnat zamku, Miguel wskazuje nam bogato zdobione krzesła i pyta:

– Jak zamierzacie rozwiązać mój problem?

– Mój plan należy do wyjątkowo prostych – odzywa się Marta. – Wejdę do piwnicy, otworzę skrzynie ze skarbem, wspólnie go wycenimy i wezmę moje dziesięć procent.

– Aha – mruczy Miguel, patrząc na swoje świetnie skrojone buty. – Z tego co pamiętam była mowa o pięciu, droga hrabino. Teraz wiem, że bardzo droga.

– Mam wiele innych propozycji, więc jeżeli nie odpowiadają ci moje warunki, nie traćmy czasu na słowne igraszki.

– Masz mnie w garści. Zgadzam się na twoje warunki.

– Miło nam to słyszeć.

– Pozwólcie zatem za mną.

Schodzimy po krętych i kamiennych schodach. Na ich końcu znajduje się piwnica. Z trudem przeciskamy się przez rzędy beczek. Widać, że ktoś tu gustuje w winach i to najprzedniejszych, albo uwielbia kolekcjonować beczki.

– Jesteśmy na miejscu – komunikuje Miguel, wskazując na okazałą skrzynię, zaopatrzoną w ogromną kłódkę. Moja obecność jest już zbyteczna. Do zobaczenia.

– Do widzenia Miguel.

Marta czeka aż Hiszpan opuści piwnice. Następnie sięga do kieszeni i wyjmuje miniaturowy komputer.

– Czy wszystko idzie zgodnie z planem?

– Nie inaczej. Muszę sobie tylko przypomnieć jak skupiać strumień energii na poziomie molekularnym .

– A mówiłaś, że nie jesteś czarownicą.

– Bądź tak dobry i wyłącz u siebie fonię!

– Tak jest kapitanie.

– Nie spoufalaj się!

– Wyczuwam w twoim głosie agresję.

– Jak na to wpadłeś, przygłupie?

– Nie nazywaj mnie tak!

– Bo…………?

– Dobiegnie kresu nasza, jakże korzystna dla ciebie, współpraca.

– Dość gadania! Przypominam ci, że mamy zadanie do wykonania.

– Jestem na pani rozkazy, milady.

– Skoro tak, to weź laser i tnij kłódkę, a żałosny sarkazm zostaw sobie na inne okazje!

W milczeniu biorę się do pracy. Zajęty uruchamianiem urządzenia, nie dostrzegam, że moje blisko czterdziestoletnie ciało traci swoją dotychczasową postać. Uświadamiam to sobie, kiedy mój wzrok spoczywa na twarzy Świra.

– Gdzie jesteśmy? – pytam i rozglądam się trwożliwie.

– W kanale szyjki macicy Marty.

– Czy ona o tym wie?

– Tak. Zostawiłem jej wiadomość na lodówce.

– Bardzo śmieszne. I co teraz?

– Jeżeli cię lubi, to nie zabawisz tu zbyt długo.

– Czyli mam problem.

Marta wjeżdża do Wrocławia od zachodu. Parkuje przed gmachem Instytutu Biologii Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie jak zwykle pełno interesantów. Wchodzi do środka, odnajduje drzwi z tabliczką: prof. Silimir Nowak i puka.

– Proszę wejść… Na wszystkich moich przodków! Czy mnie wzrok nie myli? To ty, Marto?

– Witaj Silimirze.

Biolog całuje Martę w dłoń.

– Rzadko mnie ostatnio odwiedzasz.

– Obecne czasy nie sprzyjają składaniu wizyt. Słyszałeś może o Trichomonas vaginalis?

– Rzęsistek pochwowy. Pierwotniak, czyli mikroskopijny jednokomórkowiec zdolny do wykonywania wszystkich czynności życiowych. Ma dobrze rozwinięty aparat ruchu – pięć poruszających się wici i błonę falującą. Rozmnaża się przez podział. Jego miejscem bytowania jest najczęściej u kobiet pochwa, kanał szyjki macicy i pęcherz moczowy, a u mężczyzn – cewka moczowa, gruczoł krokowy i pęcherzyki nasienne. Rzęsistek pochwowy powoduje rzęsistkowicę, czyli chorobę dróg moczowo – płciowych.

– Jak zawsze przygotowany do zajęć.

– Rozumiem, że masz go przy sobie. Przepraszam, w sobie.

– Możesz coś z tym zrobić?

– Brak mi czasu. Jestem zaangażowany w bardzo tajny i szalenie ważny dla nauki projekt.

– Dobrze. Co chcesz w zamian?

– Seks odpada z wiadomych względów.

– Bardzo zabawne.

– Niech pomyślę. Wiem. Wystarczy, że narwiesz polnych kwiatów, przebierzesz się za krakowiankę i dasz mi je jutro, kiedy razem z kolegami będę oddawał się konsumpcji obiadu. Liczę również na jakiś okolicznościowy wierszyk.

– Chcesz mnie upokorzyć?

– Ja też mam prawo do kaprysów.

– Masz mnie w garści.

– Wiem i sprawia mi to ogromną przyjemność.

– Dzięki tobie moja samoocena osiągnęła niebotyczne rozmiary.

– Chylę czoła przed królową sarkazmu. Gdzie się zatrzymasz? Może u mnie?

– Zarezerwowałam sobie pokój w hotelu.

– W takim razie do jutra, Marto.

– Obyś sczezł! – rzuca Marta i opuszcza pokój Nowaka, trzaskając drzwiami. Kobieta chce nareszcie odpocząć.

W „Szpetnym konsumencie”, reprezentacyjnym hotelu Wrocławia, jest ludno i gwarno. Goście, miejscowi i przyjezdni, zajęci sobą nie zwracają uwagi na Martę. Ale ta ostatnia nic sobie z tego nie robi. Udaje się prosto do swego pokoju i kładzie na łóżku. „Ale jestem zmęczona” – przechodzi jej przez myśl. Tego wieczoru nie dane jej odpocząć. W tej samej bowiem chwili słyszy stukanie do drzwi. – Wejść! – rzuca ostro. Do pokoju wchodzi łysawy osobnik z twarzą oszpeconą blizną po wietrznej ospie.

– Witaj, Marto.

– Kim pan jest, do cholery?

– Nazywam się Artur Pawłowski i jestem pani Świrem.

Marta zaprosiła gościa do środka i wskazała kanapę. Następnie poprosiła:

– Może pan choć trochę jaśniej?

– To może zacznę od początku. Myśli pani pewnie, że swój pobyt w średniowieczu zawdzięcza pomyłce przy wprowadzaniu danych do chronotronu. To nieprawda. Podobnie wygląda sprawa ze zmianą pani asystenta w pierwotniaka, to żaden głupi dowcip Silimira.

– Skąd pan to wszystko wie?

– Czy chce pani odzyskać asystenta?

– Jestem zaskoczona tym co mówię, ale chcę tego imbecyla z powrotem.

– Każdy człowiek pielęgnuje w sobie Świra. Zwykle jesteśmy niegroźni i nasza działalność sprowadza się do paru wygłupów w roku. A to naszemu gospodarzowi film się wcześniej urwie na imprezie, a to butelka po piwie, rzucona przez anonimowego sprawcę, zahaczy o czyjeś ucho. Ten Świr jest jednak dużo potężniejszy. Za pomocą starożytnego, laotańskiego zaklęcia nauczył się pozyskiwać energię z biopola, emitowanego przez ludzkie ciało. Jedna wycieczka do Chin i Indii i stał się prawie wszechmocny. Jego niestabilny i nieprzewidywalny umysł może doprowadzić do zagłady wszechświata.

– To jakiś koszmar! – Marta nie potrafi ukryć niepokoju.

– Nie jakiś, tylko pani asystenta.

– Co za bzdury. Proponuję wizytę u specjalisty – Marta mówi stanowczo, ale jej głos jest spokojny.

Wtem jej rozmówca rozpływa się w powietrzu. Po chwili na kanapie pojawia się biały niedźwiedź w stringach i różowym topie.

– To w zupełności wystarczy. Rozumiem, że ma pan jakiś plan, skoro pan tu przyszedł – spogląda na niego uważnie.

– Silimir Nowak jest w tej chwili opanowany przez Świra. Trzeba go zneutralizować, i co za tym idzie, uwolnić pani przyjaciela.

– Pewnie ja mam się tym zająć.

– Czyta pani w moich myślach.

Artur kładzie na dłoni Marty niewielki prostokąt, wykonany z jasnego metalu.

– Oto urządzenie, które wyssie z niego całą energię.

– Wygląda jak najzwyklejszy iPod.

– Konwersacja z panią to ogromna przyjemność, ale niestety muszę już iść. Zbyt długo przebywam poza nosicielem. To może wzbudzić podejrzenia. Do widzenia.

– Jeszcze tylko jedno pytanie. Kiedy zamierzasz wrócić do zwykłej postaci?

– To jest moja zwykła postać – odparł Artur, rozpływając się w powietrzu.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za niespodziewanym gościem, Martę nurtuje tylko jeden problem. – Gdzie ja teraz znajdę strój krakowianki?

Stołówka Instytutu Biologii Uniwersytetu Wrocławskiego jest, jak zwykle w porze obiadowej, oblężona. Marta szuka w tłumie konsumentów znajomej sylwetki Silimira. Przeciska się do niego w chwili, kiedy mężczyzna wbija widelec w kotleta schabowego.

– Cudnie wyglądasz w stroju ludowym – lustruje ją z jawną satysfakcją.

– Uwaga, a teraz będzie wierszyk – ogłasza Marta uroczyście.

Na sali słychać pomruki aprobaty. Kobieta dostrzega nagle, że Silimir traci przytomność. Ktoś dzwoni po karetkę.

Powrót do świata ssaków nie oszołamia mnie. Człowiek, w którego domu, kot ma wspólną kuwetę z rutyną, nie daje się łatwo zaskoczyć. Budzę się w białym pokoju bez klamek i okien. Nie jest to jednak zakład dla psychicznie chorych. Klamki najzwyczajniej w świecie wyszły z mody. Szukam wzrokiem mojej wybawicielki. Marta patrzy na mnie jakbym przybył z głębi piekieł.

– Nie było tak źle. Są gorsze miejsca, choćby okrężnica – staram się wywołać uśmiech na jej twarzy.

– Z okrężnicy nie miałabym serca cię usuwać – mała, wredna bakterio.

Jedziemy wolno najnowszym odcinkiem autostrady, zadowoleni, że nie mamy najmniejszej ochoty, aby wrócić do rzeczywistości i pomnażać dochód narodowy brutto.

Świr w tym samym czasie tkwi w gondoli balonu, który dryfuje, w jednym ze światów równoległych, nad ogromnym morzem metanu. Wolnym od wszelkich objawów życia.

– Co teraz? Masz jakieś plany na najbliższe dni?

– Oczywiście. Jedziemy do Mąchocic. Zawsze chciałem odwiedzić to magiczne miejsce.

– A daleko to?

– Za górą, za rzeką i innymi przeszkodami wodnymi.

– Czyli nic się nie zmieniło. Świrujesz jak zawsze.

– I na tym polega cały mój urok.

  1. Prawdziwa epopeja wariactwa 🙂

  2. i to bez namaczania

  3. O i jeszcze zaznaczyć trzeba, że grafa świetna. Takie obce i niemal cthulhu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: