polskie centrum bizarro

„Acne vulgaris” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Listopad 20, 2012 at 6:00 am

Niedobroliterkowy Paskud co prawda już dawno ma za sobą okres dojrzewania płciowego, mutacji i transmutacji (tudzież ogólnie rzecz biorąc: mutacji w znaczeniu raczej szerszym niż węższym), jednak do dziś z drżeniem serca wspomina czasy, kiedy jego twarz została zaatakowana przez pryszcze i moralną zgniliznę… Jeśli chcielibyście przekonać się jaką męką potrafią być podskórne gejzery ropy i jakie konsekwencje niosą one za sobą, zapraszamy do lektury naszego nowego autora. Patryk Bogusz i jego „Acne vulgaris” wstrząsną wami do głębi! A może i zmieszają.

Czytajcie, tylko nie mówcie później, że nie ostrzegaliśmy. Co? Że niby nie ostrzegliśmy? Hmm… no niby tak, ale między wierszami, sami rozumiecie. Nie rozumiecie? No dobra, niechaj będzie: OSTRZEGAMY! I git 😉


Acne Vulgaris

             – Cześć. Słuchaj, muszę odwołać dzisiejsze zdjęcia.

            – Co?! Możesz powtórzyć?

            – Kasia, nie wkurzaj się, wiem że wszystko było dogadane i trochę późno dzwonię…

            – Zgadza się. Trochę za późno. Za pięć godzin zaczynamy i chcę cię tu widzieć, inaczej będziesz skończony…

            – Kasiu..

            – Nie zaczynaj, żadne Kasiu, Gosiu nic ci nie pomoże. Jestem twoją promotorką baranie i jeśli dziś olejesz zdjęcia dla niego, to nieistotne jak śliczny i przystojny jesteś! Gwarantuję ci, że już nigdy nie zrobisz dużego spotu reklamowego. On wykańczał nie takich jak ty…

            – Nie rozumiesz. Jak tam przyjadę dopiero będzie po mnie! – Moja przechodząca menopauzę agentka przymknęła się na chwilę. Usłyszałem szmery w słuchawce.

            – Co się stało? Mów!

            – Mam problem z twarzą.

            – Jaki problem? Wdałeś się w bójkę? Tyle razy ci mówiłam, że jesteś kochankiem nie wojownikiem.

            – Nie, nic z tych rzeczy, dostałem jakiejś wysypki.

            – Wysypki?!

            – Nom.

            – Przecież ci to przykryją make upem.

            – Chyba nie dadzą rady. Te krosty są ogromne i mam je na całej twarzy. Jeszcze pół godziny temu wszystko było w porządku, a teraz nawet na powiekach mam wypryski, wyglądają jak jakieś czyraki. Do tego wydaje mi się, że cały czas ich przybywa, a te które już są powiększają się…

            – Nie panikuj, nie może być tak źle. Już do ciebie jadę..

            – To nie jest dobry pomysł…

Rozłączyła się. Rzuciłem komórkę na łóżko. Robione na zamówienie. Wstałem i pełen obaw poszedłem do łazienki. Odczuwałem strach przed zapaleniem światła.

            Nacisnąłem włącznik i uniosłem głowę, stając przed lustrem. Całą twarz pokrywały czerwone krosty. Były wszędzie: na policzkach, oczach, dwie dostrzegłem na ustach. Niektóre z nich miały nawet po centymetrze średnicy. Wyglądałem jakbym zapadł na jakąś zarazę. Tyle, że to nie jest pieprzone średniowiecze. Może Bóg zesłał na mnie jakąś odmianę trądu albo łuszczycy?!

            Nie mogłem powstrzymać nerwów i uderzyłem pięścią w twarz przede mną. Szkło posypało się, wpadając do umywalki.

            Faktycznie nie byłem wojownikiem – bo za chwilę żałowałem tego co zrobiłem. Patrzyłem jak krew ściekała mi z poranionej dłoni. Kapała na jasną terakotę. Kap. Kap. Kap. Zemdliło mnie. Nigdy nie mogłem patrzeć na krew, a już na pewno nie na swoją.

            Owinąłem dłoń ręcznikiem i rozgoryczony usiadłem w pokoju. Fotel ze skóry. Robiony na zamówienie. Znów wpadłem w wściekłość.  Kasia miała rację – ten dzisiejszy spot reklamowy to moja wielka szansa. Praca u grubego Momo to było marzenie wielu modeli i modelek.

            Nie czarujmy się – albo teraz albo nigdy. Miałem już dwadzieścia trzy lata. Przychodzili młodsi i zgrabniejsi. Coraz ciężej było mi utrzymać sześciopak na brzuchu. Organizm za wszelką cenę próbował uzbroić mnie w tłuszcz. Walka z „oponą” zabierała mi większość wolnego czasu.

            Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz byłem na randce.

            Od ponad roku płacę za seks. Zabawne: bożyszcze nastolatek i nie tylko, słynny model Tomasz o pseudonimie Ken – jest tak zajęty, że nie ma czasu poderwać dziewczyny.

            Przecież laski mają moje zdjęcia nad łóżkami. Osiągają orgazmy patrząc na moje pozy. Zamykają oczy rżnąc się ze swoimi facetami i wyobrażają sobie, że mój fiut je penetruje, a na końcu zalewa.

            Teraz mógłbym wystąpić u boku Pinheada – tyle, że ja mam twarz nadzianą wypryskami. Chyba wolałbym te jego gwoździe.

            Przyszło mi do głowy, że taki Pinhead raczej nie liże cipki. Wybranka, której by próbował tam buszować, na pewno by tego nie zapomniała.

            Jak doszło do tej nieciekawej sytuacji?! Przecież nigdy nie miałem problemów z cerą – nawet w okresie dojrzewania. Stosuję kosmetyki z górnej półki: peelingi, kremy, maseczki… Dwa razy w tygodniu jestem u kosmetyczki. Nie rozumiem…

            Chciałem przemyć twarz tonikiem oczyszczającym, ale nie dałem rady. Każda próba dotknięcia twarzy powodowała ogromny ból. Nie wiem nawet do czego to porównać… może do otwartej rany, w którą ktoś wciska ci paluch i przekręca go. Dałem sobie spokój.

            Usiadłem na łóżku i włączyłem TV. Chociaż na chwilę muszę o tym zapomnieć. Zaczekam spokojnie na Kasię. Ona coś wymyśli.

            A może to ze stresu? Słyszałem, że człowiek może sam wywołać u siebie różne schorzenia skórne.

            Tylko, żeby to nie była łuszczyca – to byłby mój koniec. Patrzyłem na jakiś teledysk popowy. Gapiłem się na gości i dziewczyny, które tam występowały. Jezu, jaką oni wszyscy mieli śliczną cerę!

            Ja do niedawna też taką miałem. Poczułem, że coś spłynęło mi po nosie. Przetarłem to miejsce dłonią (oczywiście lewą – prawa piekła). Zobaczyłem na ręce żółty płyn. Ropa. Pękł któryś z czyraków.

            Pobiegłem do szafy. Jedne je drzwi były lustrzane. Nachyliłem nad nimi twarz. W tym momencie pękła kolejna krosta. Ropa wystrzeliła z niej i rozbiła się o lustro, zostawiając plamę. To było obrzydliwe, ale napełniło mnie optymizmem. Skoro ropa sama wycieka z krost, może jakoś się tego cholerstwa pozbędę.

            Poleciałem do łazienki po waciki. Wróciłem przed szafę i przetarłem te krosty, które zdążyły eksplodować. Niestety, to co zauważyłem po wytarciu resztek ropy i krwi, przeraziło mnie jeszcze bardziej. Z tych starych krost wykluwały się nowe. W miejsce jednej powstawały dwie.

            Za chwilę pękł mi kolejny wyprysk na ustach. Miałem je rozdziawione z niedowierzania w to co widzę. W gardle poczułem smak ropy. Zamknąłem je nim zwymiotowałem.

            Usiadłem na łóżku i próbowałem złapać oddech. To wszystko to jakaś paranoja. Zaswędziało mnie coś na szyi. Podrapałem się odruchowo. Pod palcami wyczułem kolejne bąble. To coś atakowało całe moje ciało. Zrzuciłem z siebie koszulkę i znów przerażony stanąłem przed szafą.

            Na doskonale wyrzeźbionej klatce pojawiały się czerwone plamki. Jeszcze były małe. Prawie nie wyraźne jak cycki tej laski z Ally McBeal, ale były tam. Ściągnąłem spodnie: uda zasypywały czerwone plamy. Gdy na nie patrzyłem – te bezczelnie mnożyły się.

            Przyszło mi na myśl, żeby zajrzeć pod bokserki, ale nie miałem na to odwagi.

            Żółto-czerwona maż trysnęła znów na lustro. Patrzyłem jak spływa zostawiając po sobie ślad jak pełzający ślimak. Pękły kolejne dwie krosty. Jedna na czole, druga na nosie.

            Zgiąłem się w pół i zwymiotowałem. Poprzedniego wieczoru na kolację jadłem spaghetti. Niestrawione kluski rozbiły się o moją podłogę z klepki. Kilka nitek makaronu wypłynęło mi nawet z nosa.

            Usłyszałem dzwonek do drzwi. Przetarłem twarz z rzygowin. I tak nie lubiłem tej koszulki. Machnąłem nią  w kąt i pobiegłem otworzyć.

            W drzwiach stała Kasia i jakaś młoda dupa – ruda. W normalnej sytuacji przesłałbym jej uśmiech i patrzył jak podziwia mój brzuch i klatkę. Wtedy myślałem, że zapadnę się pod ziemię. Podłoga wchłonie mnie z dywanem jak ćpuna  w Trainspotting. Dziewczyna zrobiła tylko wielkie oczy i przygryzła wargi do krwi. Miała ze sobą jakąś walizeczkę. Kasi odebrało mowę, co nie zdarza się często. Ta czterdziestoośmioletnia kobieta zawsze miała coś do powiedzenia. Wydukała z siebie : – Ja pierdolę.

             Gdy już oswoiły się z moim widokiem, usiedliśmy w pokoju gościnnym. Zrobiłem go na modę antyk, choć te krzesła i stół obok antyków nawet nie leżały, aż tyle pieniędzy nie miałem. Ta fajna dupa z walizeczką to była kosmetyczka z planu. Andżelika. Stwierdziła, że czegoś takiego jeszcze nie widziała i nie wie czy da radę coś z tym zrobić, a już na pewno nie w tak krótkim czasie jaki pozostał do zdjęć.

            Kasia kazała jej próbować i załamała ręce. Po plecach ciekła mi ropa. Czyraki cały czas pękały a z nich wykluwały się następne. Andżelika założyła rękawiczki lateksowe. Próbowała przetrzeć mi plecy wacikami, ale one nie wystarczały. Przyniosłem jej komplet ręczników.

            Ból przy osuszaniu wyprysków był  nie do zniesienia.

            – Nie chcę być niemiła czy coś, ale odkąd pracuję w tej branży, a kilka lat już minęło, nigdy czegoś takiego nie widziałam – stwierdziła Andżela.

            – Nie interesuje nas co widziałaś, a czego nie, masz coś z nim zrobić, żeby nie wyglądał jak ofiara napromieniowania nie znanymi ludzkości substancjami.

            – Nie bądź dla niej niemiła – zwróciłem uwagę Kasi. – I tak mamy szczęście, że dziewczyna jeszcze tu została po tym co zobaczyła.

Andżelika chciała chyba powiedzieć coś w stylu, że nie jest tak źle, ale ugryzła się w język.

Najbliższa godzina minęła na przecieraniu wycieków. Cały lepiłem się od żółtej substancji. Kasia spędzała czas w kuchni. Nie mogła na to patrzeć. Nie dziwię jej się. W pokoju było czuć smród zgnilizny. Psuję się od środka. A może zamieniam w pieprzone zombie?

            – Nie chcę cię denerwować, ale one cały czas rosną… – powiedziała mi w końcu, załamując ręce i wyrzucając w kąt kolejny ręcznik.

            – Wiem, czuję to… – Każdy ich wzrost oznaczał dla mnie ból i swędzenie. Wolałbym sam ból.

            – Z jednej się coś wykluwa!

            – Wykluwa?

            – Nie ruszaj się.

            – Z której? Gdzie?

            – Prawy bark.

Skierowałem tam swój wzrok. Była na nim osadzona jedna krosta, ale za to największa. Zajęła praktycznie całą powierzchnię mojego barku. Pulsowała i otworzył się jej środek. Wyglądała jak wulkan, który zaraz ma wybuchnąć. Coś z niej wychodziło. Zobaczyłem białą główkę – nie miała oczu ani nic takiego – tylko opływowy kształt głowy – była obrzydliwego kremowego koloru, do tego pokryta krwią i jakimś dziwnym śluzem.

            Andżelika zemdlała. Nie dziwię się jej. Byłem teraz przerażony i to tak na serio. Atak krost to jedno, ale jakieś obrzydlistwo wydostające się z ciebie to już zupełnie co innego. Chciałem to złapać ręką, wyciągnąć i zdeptać, ale nie mogłem się przemóc.

            – Kasia!!!

Przybiegła z kuchni. Spojrzała na Andżelikę leżącą pod moimi nogami, a potem na mój bark. Poznałem już co to było. Larwa. Wypełzała ze mnie larwa. Wystawało już jej z dobre sześć centymetrów i było grube na jakieś dwa centymetry. Kaśka zwymiotowała wprost na nieprzytomną kosmetyczkę.

            To był pierwszy dzień moich poważnych problemów.

                                                                       ***

Nie wiem jak wy się na to zaopatrujecie, ale powiem wam, że kiedy twoje ciało zostaje pokryte ropnymi krostami i wypełza z was larwa długości dwudziestu centymetrów – wasze życie nie będzie już takie jak przedtem.

            Minął tydzień od feralnego dnia. Spędziłem go w domu. Co wieczór przychodziła do mnie pielęgniarka. Tak zacząłem mówić na Andżelikę. Oczyszczała mi ciało. Dbała, żeby nie wdało się zakażenie, dawała zastrzyki przeciwbólowe (w tym temacie nic się nie zmieniło – te czyraki czy cholera wie co – strasznie bolały), które przepisał mi lekarz dermatolog. Facet brzydził się mnie dotknąć i wybiegł z mieszkania zaraz po tym, kiedy mnie zobaczył.

            Raz Andżelika strzepała mi konia. Zrobiła to w rękawiczce, bo nawet na penisie miałem krosty. Zlitowała się nade mną. Nie mogła już patrzeć jak fiut rozsadza mi gacie za każdym razem, kiedy mnie dotyka. Była naprawdę seksowna i nie mogłem powstrzymać erekcji. Pozwoliła mi nawet trysnąć na piersi. To była naprawdę miła dziewczyna.

            Przejdźmy do części mnie. Części mnie, która opuściła moje ciało. Larwa. Umieściłem ją w akwarium. Nawrzucałem tam liści, trawy i innych pierdów, imitując tym samym jak najbardziej środowisko naturalne. Byłem ciekaw, co się z niej wykluje.

            Przez ostatni tydzień spędzałem po kilka godzin dziennie obserwując ją. Ruszała się. Rosła, a właściwie to pęczniała. Jej średnica powiększyła się z dwóch centymetrów na około dziesięć.

            Zastanawiałem się, czemu mój organizm wydalił tylko jedną larwę i prosiłem Boga żeby więcej ich nie było. Prosiłem go też o inne rzeczy – błahostki w stylu – spraw, by te pieprzone krosty zniknęły i pozwól mi wrócić do normalnego życia!

            Oczywiście nigdy nie było by już tak jak przedtem. Gruby Momo wkurzył się, że opuściłem zdjęcia, za które on zapłacił. Rozpuścił wieści po mieście i w reklamie byłem skończony. Kasia nie opuściła mnie. Kombinowała, żeby załatwić mi pracę we Francji – ponoć miała tam jakieś wejścia. Wciąż liczyła, że wyleczę się z tego wyjątkowo ciężkiego trądziku.

            Dzwoniła po najlepszych specjalistach, wysyłała im moje zdjęcia. Odpowiedź była zawsze ta sama: nigdy czegoś takiego nie widzieli.

            Byłem obrzydliwy, zamknięty sam ze sobą w mieszkaniu, wycieńczony i osłabiony. Bałem się jeść. To może dziwnie dla was zabrzmi, bo nie mieliście nigdy tak wielkich krost na pośladkach i odbycie.

            Usiąść na kiblu to było wyzwanie, a co dopiero wypuścić z siebie przetrawione żarcie! Raz nawet zemdlałem z bólu. Straciliście kiedyś przytomność podczas srania?

            Prysznic brałem kilkanaście razy dziennie. Krosty wciąż pękały, zalewając moje ciało lepką żółtą cieczą. Smród w mieszkaniu był nie do zniesienia, mimo że okna przez większość czasu były otwarte. Czasem płakałem. Chciałem umrzeć. Zastanawiałem się nad samobójstwem, ale wstydziłem się, że mnie znajdą. Porobią mi zdjęcia, które wylądują na pierwszej stronie Faktu z podpisem „Człowiek Pryszcz”, a pod spodem umieszczą moje normalne zdjęcia, żeby wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Moja matka jeszcze żyła. Dziennikarze i telewizja nie daliby jej spokoju. Do tego moje ciało wylądowałoby w jakimś uniwersytecie medycznym, gdzie cięli by je i badali w nieskończoność.

            Jestem katolikiem. Nie uznaję sekcji zwłok. Moje ciało powinno w całości trafić do ziemi. Wiem, wiem, ktoś czepliwy zaraz powie, że katolicy nie uznają samobójstwa. Okay, zgadza się, i powiem wam, że taki Hiob to musiał mieć jaja, że się nie wyhuśtał podczas tych wszystkich prób Boga. Ja wymiękam. Jeśli to ty Boże mi zrobiłeś, to kurwa przegiąłeś.

                                                                       ***

Pewnego dnia (przestałem je liczyć – każdy był taki sam) odwiedził mnie kolega. Oczywiście był niezapowiedziany. Otworzyłem drzwi bez namysłu, bo myślałem, że to Kasia. Miała do mnie podjechać jakoś po południu.

            Mario stał i gapił się. Nie wiem nawet czy mnie poznał. Z nerwów pękło mi kilka krost na policzku i ropa ciekła mi po brodzie. To nie pomogło. Zgiął się wpół i zwymiotował. Będę musiał wyrzucić wycieraczkę.

            – To ty?! – zapytał.

Kiwnąłem głową i zaprosiłem go do środka.

Usadziłem go przy oknie, żeby powstrzymać kolejne torsje.

            – Jak? Co ci się stało?

            – Nie wiem dokładnie. Po prostu któregoś dnia tak mi się zrobiło.

Patrzył na mnie jak na kosmitę. Nie ma co mu się dziwić. Wyciągnął z kieszeni jeansów marlboro light w miękkiej paczce i zapalił.

            – Kurwa, ale to ci zejdzie?

            – Nie wiem.

            – Ale to nie jest zaraźliwe…? – W sumie dobre pytanie.

            – Nie. Codziennie przychodzi do mnie pielęgniarka i nic jej nie jest.

            – Byłeś z tym u jakiegoś lekarza?

            – Był tu jeden, ale szybko uciekł. Wystraszył się.

            – Szczerze mówiąc, to nie ma co mu się dziwić. – tTk, dzięki kolego, tego mi właśnie było trzeba. Słów otuchy.

            Posiedział u mnie z godzinę. Większość tego czasu spędziliśmy na milczeniu. Na koniec poklepał mnie po plecach (pod koszulką pękły mi kolejne krosty) i powiedział, żebym się nie martwił, że to na pewno mi zejdzie i że zajrzy do mnie na dniach. Wiedziałem, ze już go nie zobaczę.

            I dobrze. Teraz lepiej czułem się sam.

                                                           ***

            Kasia przywiozła mi większe akwarium. Larwa wciąż rosła. Kasia się jej bała – mówiła, że jestem nienormalny, że jeszcze te paskudztwo tu trzymam. Dla mnie ta larwa to być może jedyna szansa, żeby zrozumieć, co tak naprawdę mi się stało. Choćby miała zajmować cały pokój, to nigdzie jej nie wyrzucę.

            Czasem siadałem nad nią i do niej mówiłem. Zadawałem głupie pytania. Szukałem kontaktu jak Mulder w Archiwum X.

            Bo jeśli to nie byli kosmici, to co to było? A może ja nigdy tak naprawdę nie byłem człowiekiem. W sumie jak się nad tym zastanowić – to byłem zbyt doskonały. Prawie nigdy nie chorowałem, potrafiłem przebiec kilka kilometrów, a nigdy nie trenowałem biegów – już jako nastolatek miałem wspaniałe wyrzeźbione ciało – zanim zacząłem jakąkolwiek przygodę z siłownią.

            Byłem jak pieprzony superman – widać trądzik okazał się moim kryptonitem.

            Którejś nocy, po kolejnej nieudanej próbie kontaktu z obcą cywilizacją, łaziłem po mieszkaniu i chciałem znów zobaczyć swoją twarz. Choć kawałek zdrowej skóry, który by prześwitywał zza ropni. Nie wiem, czy taki istniał, bo nie miałem w domu już żadnego lusterka. Wszystkie kazałem Kasi wyrzucić. Przeszklone drzwi od szafy zostały zdjęte i wyniesione. Musiałem zrobić to sam – wylazłem w nocy, zakładając na głowę czapkę wełnianą i długi płaszcz. Na szczęście nikogo nie spotkałem. Taki sam los spotkał drzwiczki od szafek w kuchni. Czasem zarys twarzy odbijał mi się w telewizorze. Jego się nie pozbyłem (chyba nie wytrzymałbym dnia sam ze sobą i swoimi myślami).

            Tamtego wieczora myślałem, że oszaleję. Dusiłem się i nic nie mogłem na to poradzić. Nałykałem się tramalu i zapiłem to gorzałą. Byłem przekonany, że zdechnę.

            Nic z tego. Rano ocknąłem się w swoich wymiocinach. Spojrzałem na kalendarz (odliczałem w nim dni choroby) – minął trzydziesty pierwszy dzień.

            Trzydziestego trzeciego dnia larwa pękła na pół. Obudził mnie smród gnijącego ciała. Musiało być duże stężenie tego nieprzyjemnego zapachu, bo towarzyszył mi on od jakiegoś czasu i nie robił już na mnie wrażenia. Ten był bardziej wyrazisty. Znacie te powiedzenie, że jak ktoś pierdnie mówi się, że jest taki smród, że aż w oczy szczypie?

            Ten szczypał i gryzł w gardło. Pobiegłem do akwarium. Szkło leżało na podłodze. Larwa pękła w pół. Wylały się z niej jakieś soki – naprawdę ciężko mi określić co to było. Szybko otworzyłem okno, bo nie dawało się oddychać.

            Zajrzałem do wnętrza larwy – było w niej dziecko. Mniejsze niż niemowlę ludzkie, ale poza tym wyglądało identycznie: dwie rączki, nóżki – chłopiec.

            Gdy spojrzałem na jego twarz przeraziłem się. Miał zdeformowaną główkę. Była wgnieciona z prawej strony – jakby ktoś czymś go uderzył i kości czaszki już tak zostały. Prawe oko było lekko zapadnięte i obsunięte w dół.

            Chłopiec patrzył na mnie i uśmiechnął się. Miał ząb! Jeden ząb – jedynkę.

Postanowiłem zadzwonić do Kasi. W końcu nic nie wiedziałem o dzieciach.

            – Mam dziecko.

            – Co ty wygadujesz? Znów chlałeś? – była zaspana.

            – Nie, nic nie piłem, musisz tu przyjechać…

            – Słuchaj, rozumiem że masz problem, ale to nie może tak dalej wyglądać. Jutro zabiorę cię do szpitala i nie chcę nawet słyszeć twoich sprzeciwów

            – Musisz przyjechać teraz!

            – Tomek, jest po północy, może to dla ciebie niesamowite, ale nawet takie wiedźmy jak ja potrzebują snu….

            – Dziecko wykluło się z larwy.

            – Co? Jakie dziecko?!

            – Dziecko, normalne, niemowlak, to znaczy nie jest do końca normalny – w końcu wyszedł z mojej krosty i był larwą, ale to jednak dziecko, nie wiem co mam robić! Musisz tu przyjechać. – Kasia nie wierzyła w to co słyszała.  – Widziałaś przecież tą larwę, widziałaś jak rośnie – dziś pękła i zostałem z niemowlakiem.

            – Już jadę.

Odłożyłem telefon i patrzyłem na dzieciaka. Wciąż się uśmiechał.

            – I co tu z tobą zrobić?!

            – Tylko mnie nie pakuj do beczki i nie wrzucaj do żadnej studni – odpowiedział mi dzieciak. Szczęka mi opadła. On to powiedział i miał dojrzały głos. Patrzył na mnie i szczerzył tego zęba.

            – Ty mówisz?

            – Przecież słyszysz.

            – Kim ty jesteś?

            – Dzieckiem kretynie, nie widzisz?

            – Ale jak ty…

            – Mam do ciebie prośbę. Mógłbyś mnie umyć, jestem cały oblepiony tymi płynami i śmierdzi tu jak w murzyńskiej chacie…

Co miałem zrobić? Wziąłem go na ręce. Był pokryty jakimś lepkim śluzem i musiałem użyć trochę siły, żeby oderwać go od resztek akwarium i larwy. Zaniosłem go do łazienki. Zapaliłem światło.

            – O stary, ale ty jesteś brzydki – skomentował moją twarz, którą widział teraz lepiej w świetle. Gdy byłem nad nim pochylony, poczułem odór z jego buzi. Chyba wszystkie narządy wewnętrzne mu gniły. Odrzuciło mnie. To nie było dziecko, tylko jakieś śmierdzące gadające monstrum w ciele niemowlęcia.

            Napuściłem wody do wanny. Trochę więcej niż powinienem. Trzymając go na rękach zanurzyłem małego w wodzie.

            Stwierdziłem, że muszę się pozbyć tego potwora. To nie jest dziecko. To nie jest dziecko. Tak sobie powtarzałem, gdy jego główka schowała się pod wodą. Wierzgał. Wypłynęło mu te schowane i usytuowane niżej oko.

            Gdy było po wszystkim, zawinąłem go w ręcznik i położyłem przy drzwiach. Później wyniosę go do zsypu.

            Kasia przyjechała kilka minut po dokonaniu przeze mnie dzieciobójstwa. Nalałem jej wódki (sobie zresztą też) i opowiedziałem o wszystkim co się stało.

Pokazałem jej rozbite akwarium, śluz na dywanie, a na sam koniec zwłoki gadającego potwora.

Siedzieliśmy do rana przy butelce. Zasnęła przy stole, więc zaniosłem ją do pokoju i położyłem do łóżka. Sam usiadłem przed telewizorem. Leciały wiadomości. Wyświetlili napis: Uwaga materiał zawiera szokujące zdjęcia.

Po chwili pokazali kobietę, która miała taki sam burdel na twarzy jak ja. Kobieta próbowała coś powiedzieć dziennikarzowi, ale krosty zaczęły pękać. Ucięli filmik.

            Prezenterka w studio poinformowała, że to już czwarta zarejestrowana ofiara niespotykanej do tej pory ludzkości odmiany trądziku. Kobieta utrzymywała, że z jednej z krost wykluła się larwa.

            – Czy możemy już w Polsce mówić o epidemii? – mówiła prezenterka. Przyjrzałem się jej. Fajna dupa. Uśmiechnąłem się i postanowiłem jeszcze dolać sobie wódki.

Reklamy
  1. Fajny tekst. Szkoda tylko, że Autor urwał w momencie, w którym tak naprawdę powinien się rozkręcić. A może następnym razem sequel, albo remake, już z perypetiami po odchowaniu dzieciaka? 😉

  2. Otóż to, Fasoletti! Historia ma potencjał i jest nadzieja na coś ciekawego, jeśli Patryk skrobnie kontunuację. A młody może przeżył? W końcu takie stwory pewnie i pod wodą oddychać potrafią… 😛 Czekam na więcej!

  3. świetny tekst, Patryk! i tak jak przedmówcy: aż się prosi o kontynuację/aberrację/rozwinięcie/jeszcze większe przegięcie!

  4. Aż nabrałam ochoty na jajo z majonezem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: