polskie centrum bizarro

Mikołaj przychodzi nocą czyli mikołajkowy atak bizarrowy part 1

In Akcje Literackie, Opowiadania on 6 grudnia, 2012 at 6:00 am

niedobreliterki-mikołaj-nieświęty logoRok zmierza z prędkością światła do końca i, jeśli nie przydarzy się po drodze szumnie zapowiadany koniec świata, to już niedługo Wigilia, Święta, upragnione dni wolne i okazja do obżarstwa. A także obdarowania się prezentami wszelkiej maści, takimi dla grzecznych i takimi dla mniej grzecznych dzieci. Oczywiście, zwyczajowo, macza w tym palce niejaki Mikołaj (vide portret obok). Święty zresztą. Poniekąd. A przed wigilijną akcją zmasowaną robi on zwykle próbę i odświeża swoje zdolności wchodzenia przez komin i poganiania reniferów w swoje imieniny, czyli dzisiaj, drogie dzieci.

My, jako wielcy fani działalności owego w szkarłat odzianego dziada, musieliśmy go także zaprosić do siebie. Jak można się domyślać, Mikołaj na bizarrowo może jednak nie przypominać dobrotliwego grubasa, którego widzimy w reklamach i filmach dla dziatwy.

Jak różne role i wcielenia może przyjmować Bizmikołaj (wszelkie prawa zastrzeżone, jakby co!), pokaże wam dziś trójka dobrze już znanych niedobroliterkowiczom autorów: Karol Mitka, Tomasz Czarny oraz Bartek Orlewski. A graficznie uświetni ich prace niezastąpiony Tomek Woźniak. I uważajcie – żadne z wcieleń Mikusia pojawiających się w owych tekstach nie zasłużyło na tytuł Świętego. A wręcz przeciwnie!

h

„Warszawskie Niespodzianki”

by Karol Mitka

h

– Uciekli! Kurwa, uciekli! Gwałtu! Rety! Uciekli! – wrzeszczał stojący w pustej celi salowy.

Natychmiast zrobiło się zbiegowisko. W pomieszczeniu stłoczyli się zaaferowani strażnicy, kilku pielęgniarzy, ordynator oraz dwóch psychiatrów. Wszyscy z niedowierzaniem patrzyli na dziurę wygryzioną w obitej materacami ścianie i ślady niewielkich stóp wydeptane w pokruszonym betonie.

– Co teraz będzie? – spytał ktoś z tłumku.

Ordynator podrapał się po łysinie.

– Mamy przejebane. Na pewno będą się mścić…

*

Dla warszawiaków był to najszczęśliwszy dzień w życiu. Każdy – duży czy mały, bogaty czy biedny – otrzymał prezent. Bajecznie kolorowe paczki obwiązane czerwoną wstążką z kokardką, aż prosiły się o otworzenie.

– Mogę, tato? – zapytał Jaś, ważąc w dłoniach pudełko.

– Tak, oczywiście… – odparł ojciec, próbując przypomnieć sobie wydarzenia wczorajszego wieczoru. Czy wypił naprawdę aż tak dużo, że nieświadomie sprezentował swojemu potomkowi jakąś zabawkę? Film urwał mu się gdzieś w połowie balangi, więc stwierdził, że wszystko możliwe. Ale dlaczego w takim razie i on został obdarowany?

Nie mogąc dojść do żadnych konstruktywnych wniosków, porzucił bolesne rozmyślania i energicznie pociągnął za końcówkę wstążeczki. Jaś uczynił to samo.

Dwie potężne eksplozje rozerwały obu na strzępy.

*

Święty Mikołaj obserwował stolicę z dachu Pałacu Kultury. Co chwilę do jego uszu dochodziły odgłosy wybuchów. Pokrwawione odłamki szyb wraz fragmentami ciał spadały na chodniki. Domy i bloki płonęły. Syreny policyjne wyły jak szalone, a pogotowie nie nadążało z transportowaniem rannych do szpitali.

Święty zaśmiał się demonicznie, wodząc opętańczym wzrokiem po pogrążonej w chaosie Warszawie. Gdy detonacje w końcu ucichły, zwiotczał jak gumowa lala, z której uszło powietrze. Spod czerwonej kapoty wygramoliło się kilka niewielkich, niebieskoskórych postaci.

– Co teraz? – zapytała cycata blondyna, spluwając resztką cementu.

Zgrywus wydobył zza pazuchy kolejny pakunek i wyszczerzył gnijące zęby.

– Idziemy do Gargamela.

img907

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

h

„6.XII.Śmierć” by Tomasz Czarny

h

Bliźniaki obudziły jakieś hałasy na dole. I tak miały wstać wcześniej, były przecież Mikołajki. Pete nastawił budzik na szóstą rano, ale szybko wyłączyły go by nie wył. Sara źle spała, kręciła się i wierciła w nocy, nie mogąc już doczekać się ranka. Pete to co innego, zawsze miał twardy sen i rzadko co mogło go przerwać. Ale tym razem na parterze było naprawdę głośno i nie przypominało to raczej porannej krzątaniny rodziców.

– Słyszałeś? – powiedziała dziewczynka.

– Tak. Myślisz, że znowu się kłócą?

– No coś ty głupia, pewnie to ten tłuścioch Mikołaj utknął w kominku i on narobił tyle hałasu. Dziś są przecież Mikołajki – zauważył Pete.

– Schodzimy?

– Ja go nie będę wyciągał z komina! – roześmiał się chłopiec.

– Chodźmy na dół, nie mogę się już doczekać!

Wylecieli w pośpiechu z łóżek, nawet nie myśląc, by pościelić je po sobie. Szybko pokonali schody, ścigając się na żarty. To co zastali na dole w żaden sposób nie pasowało do obrazu, jaki zwyczajowo oglądali w swoim salonie szóstego grudnia. Wszędzie panował bałagan i nieład. Porozrzucane rzeczy rodziców walały się po pokoju. Na środku stolika stała do połowy opróżniona butelka Jacka Danielsa. Spojrzeli po sobie z niepewnością. Nawet kiedy rodzice się kłócili, nigdy nie sięgali po butelkę. Nigdy. Zasłony pozostawały nadal zaciągnięte, a bujany fotel, który stał przodem do kominka, był zajęty. Dostrzegli sylwetkę Mikołaja. Fotel bujał się, skrzypiąc cicho. Kostium świętego nie był czerwono – biały ale czarno – biały. Dzieci zamarły. W ich głowach zamigotał sygnał ostrzegawczy, informujący o niebezpieczeństwie.

– Ho, ho, ho, wesołych świąt leniuszki, czekałem tu na was – odezwał się przybysz.

– Kkimm pan jest?! – zaczął niepewnie Peter.

– Gdzie rodzice? – spytała przestraszona Sara.

– Rodzice musieli pojechać wcześnie rano na zakupy. Przyniosłem wam prezenty, szkraby!

Postać wstała z fotela i obróciła się w ich stronę. Dzieci zastygły w bezruchu. To co zobaczyły przeraziło ich do szpiku kości. Nieznajomy w stroju świętego Mikołaja wyglądał co najmniej dziwnie.

Był wysoki i szczupły, a do tego miał długą, szarą i zmierzwioną brodę. Przekrwione oczy spoglądały czujnie, a niedopałek papierosa w ustach żarzył się złowrogo. Jego czarny strój śmierdział. Bliźniaki pomyślały, że rodzice nigdy nie zatrudniali kogoś, aby przebierał się za Mikołaja, dzieciaki były na to za duże. Poza tym nigdy nie zostawiliby ich bez opieki, a tym bardziej w towarzystwie nieznajomego.

– Kim pan jest? I gdzie jest mama i tata? – powtórzył pytanie Pete.

Mężczyzna obruszył się.

– A na kogo wyglądam, hę? Jestem Świętym Mikołajem. Nie jesteście ciekawi, co przyniosłem wam w tym roku? Tylko te pytania i pytania…

– Nie jesteś świętym Mikołajem! – wykrzyknęła nagle Sara. Dzieci instynktownie odsunęły się pod ścianę. W głowie Peta zaczął kiełkować plan, by zadzwonić na policję lub po prostu uciec. Strach złapał bliznięta w swoje sidła.

– Chcę do mamy… – powiedziała płaczliwym głosem dziewczynka.

– Zadzwonię do taty, jeśli pan nie wyjdzie… albo na policję – drżącym, ale zdecydowanym głosem rzekł Peter.

– Chcę tylko dać wam szczególny prezent w ten wyjątkowy dzień. To wszystko i znikam. Możemy tak się dogadać?

– Chyba… chyba tak. A później pan wyjdzie? Gdzie są rodzice? – zapytał chłopiec.

– Niedługo się z nimi spotkacie. Już niedługo – obiecał obcy. Peter dostrzegł kątem oka, że Sara cała się trzęsie i nerwowo zaciska pięści.

– A więc usiądźcie – polecił przybysz.

Rodzeństwo niechętnie zasiadło na kanapie naprzeciw mężczyzny. Obrócił fotel w ich stronę, usiadł.

– Pamiętacie jak nieraz narzekaliście na swoich starych? Kukułki mi doniosły. Mama goniła was do lekcji, kazała robić porządki w waszym pokoju. Ojciec zawsze miał dla was za mało czasu i był surowy. Chcieli, żebyście chodzili na dodatkowe zajęcia, rozwijali swoje umiejętności, pasje… Chcieli, żebyście wyrośli na ludzi i mieli lepsze życie niż oni sami. Ale nie, wam w kółko coś przeszkadzało, coś w nich zawsze było nie tak… Rodziców się nie wybiera i ma się tylko jednych…

Sara słuchała jak zahipnotyzowana, natomiast Pete nerwowo przełykał ślinę co jakiś czas, wiercąc się niespokojnie.

– Mój prezent wiąże się właśnie z tym – powiedział mężczyzna. Zza fotela wyciągnął duży, barchanowy worek.

– Jesteście gotowi?

Wziął szklaneczkę i nalał sobie whisky. Wypił łapczywie, ocierając wierzchem dłoni obrzydliwe usta. Wyciągnął z worka dwa pudełka średniej wielkości, oba przewiązane czarną tasiemką. Obydwa miały czarną, ozdobną kokardę na środku. Odsunął butelkę i postawił pudełka na stoliku. Były wielkości tych, do których wkłada się tort. Dzieci czekały na ten moment z niepokojem. Peter był pewien, że nie oznacza to nic dobrego…

– A więc proszę. Oto mikołajowy prezent ode mnie. Teraz już zawsze będziecie wolni…

Przybysz rozerwał wstążkę najpierw na jednym, potem na drugim pudełku. Łypnął szalonym wzrokiem na dzieci, po czym podniósł w górę wieczka. W środku znajdowały się odcięte głowy ich rodziców. Peter słyszał tylko krzyk Sary, bo zaczęła zabierać go ciemność…

h

„Chłopaki Rzeźnika” by Bartosz Orlewski

h

Przed spotkaniem z synem Manny’ego Rzeźnika, Michael Gravano, nazywany przez przyjaciół, wrogów i elfy „Mikim”, leżał w kompletnych ciemnościach z Biblią pod ręką, paląc papierosa za papierosem i rozmyślając karkołomnie. Za oknami świat wkraczał w lata pięćdziesiąte.

O zmierzchu Michael myślał o swojej zmarłej żonie, przez resztę nocy o córce, która umierała w szpitalu na raka. W początkowym okresie choroby życie Jenny podzieliło się na okresy narkotycznej ulgi i niewymownego cierpienia. Obecnie sprowadzało się tylko do tego drugiego. Lekarze byli bezradni.

Z łóżka wygramolił się dopiero po południu. Wypalił ostatniego papierosa, wziął zimny prysznic i przystrzygł bujną, śnieżnobiałą brodę. Potem założył swój najlepszy czerwono-biały garnitur. Siedząc w taksówce, zmęczony myśleniem o żonie i córce, a nade wszystko zawstydzony własną niemocą w obliczu cierpienia Jenny, pomyślał dla odmiany o zdarzeniu sprzed lat.

W 1944 roku trafił do Europy jako żołnierz amerykańskiej armii. Pewnej nocy, gdy z okopu obserwował błyszczący bielą las, w którym znajdowały się stanowiska nieprzyjaciela, usłyszał za plecami głos Manny’ego. Rzeźnik uśmiechał się szeroko. Miał końskie zęby i ogromne dziąsła o wyglądzie norweskich fiordów. Pachniał jatką.

Michael kiwnął głową na znak, że wszystko zrozumiał. Potem zamknął oczy. Gdy uniósł powieki, siedział w zaroślach, z dala od okopów. Jacyś mężczyźni przekrzykiwali się po niemiecku. Przeładował karabin. Na drodze pojawiły się dwie wychudzone sylwetki. Stara kobieta ciągnęła za rękę wystraszoną dziewczynkę.

– Schneller – powtarzała.

Zamarły z przerażenia, kiedy wyszedł spomiędzy zarośli. Przez moment stał z opuszczonym karabinem, obwąchując w pamięci otrzymany od Rzeźnika rozkaz. W końcu wyjął nóż i powiedział po niemiecku:

– Es tut mir leid…

Zrobił to szybko. Na zimno. Pewien, że postępuje właściwie.

Nadbiegli żołnierze z psami. Psy szczekały, mężczyźni krzyczeli:

– Halt! Halt!

Michael zanurkował w krzaki i przywarł do ziemi. Nagle ktoś wrzasnął po angielsku:

– Atakują!!!

Zamrugał powiekami. Znów siedział w okopie. Słyszał terkot karabinów maszynowych. Dźwięk rykoszetujących kul. I złowrogi pomruk czołgów.

Tamtej nocy był bogiem wojny i zwrotnicowym dziejów.

Taksówka zatrzymała się przed długim, owalnym budynkiem z  panoramicznymi oknami, wychodzącymi na przestronny parking. Michael zapłacił, wysiadł i upewnił się, że stalowa linka spoczywa w wewnętrznej kieszeni marynarki.

Johnny czekał w środku. Usiedli nieopodal baru, w niedużym boksie, na wygodnych siedziskach obitych gąbką i obszytych imitacją skóry.

Syn Manny’ego wyglądał na dwudziestoparolatka. Miał gładką, przystojną twarz, ciemne oczy i grzywę kruczych włosów usztywnionych żelem. Ubrany w biały, opinający mięśnie podkoszulek, obcisłe dżinsy i kowbojskie buty robił piorunujące wrażenie na przechodzących obok dziewczętach.

Zamówił mleczny koktajl i hamburgery.

Michael zadowolił się kawą.

– Skróciłeś brodę – zauważył Johnny.

– Mam wolne.

– Aha. Jak ci się podoba w nowej pracy?

– W porządku. Pod koniec roku mamy urwanie głowy. Stres jest duży. Ale dajemy radę.

– To dobrze. Kto by pomyślał? Michael Gravano został Świętym.

– Pomysł twojego ojca.

– Tak, wszystko przez słabość staruszka do poematu Clementa Moore’a.

– Nie czytałem.

Johnny pokiwał głową.

– Nie jestem zaskoczony.

Michael westchnął i spojrzał przez okno. Na parkingu, obok czarno-żółtego Forda Merkury, całowała się para. Dziewczyna miała na sobie biały golf, niebieską spódnicę i tenisówki. Chłopak, wyższy od niej o głowę, przypominał Johnny’ego. Zamiast kowbojek nosił buty na grubej podeszwie, wzmocnione na czubkach metalowymi płytkami.

– Cholerne nastolatki – mruknął Michael.

– Zazdrościsz im?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Chyba nie… nie wiem.

Potem dodał:

– Żałuję pewnych rzeczy. To wszystko.

Ubrana w firmowy fartuszek blondynka przyniosła zamówione wcześniej hamburgery i napoje. Miała urokliwy, lekko zadarty nosek.

Johnny mrugnął do niej okiem. Oblała się rumieńcem.

– Bogobojne dziewczę – skomentował, gdy odeszła do innego stolika.

– Bogobojne, zgrabne i naiwne. W sam raz dla ciebie, prawda?

– Bingo!

Chłopak napił się koktajlu mlecznego o smaku waniliowym i w kilku kęsach pochłonął pierwszego hamburgera. Na plastikowej tacy zostały jeszcze dwa.

Oblizawszy palce, zapytał:

– Zamierzasz się dąsać czy możemy przejść do interesów?

Michael sięgnął po kawę. Była gorzka i mocna. Pozwalała skupić myśli.

– Wiem, co chcesz powiedzieć, Miki. Ale zanim to powiesz, a wiem, że powiesz… zastanów się! Przecież znasz mojego ojca. Wiesz, jaki on jest. Nie zmienisz jego natury.

Michael popatrzył na dno kubka i, nie unosząc wzroku, powiedział:

– Johnny, nazwij mnie hipokrytą, ale tym razem chodzi o moją córkę. Pal sześć żonę! Nie układało nam się od lat. Sądziłem, że po moim powrocie z frontu będzie inaczej. Gówno prawda! Potem Laura zachorowała, w dodatku paskudnie, nie było więc czasu ani okazji, abyśmy mogli naprawić krzywdy, które wyrządziliśmy sobie nawzajem. Pochowałem ją w dobrym miejscu. Zadbałem o porządny grób i właściwą ceremonię. Wszystko za pieniądze twojego ojca. Jestem mu, kurwa, bardzo wdzięczny. Ale…

– Zawsze znajdzie się jakieś „ale”, prawda?

– …po pogrzebie twój ojciec zabrał mnie na spacer. Rozmawialiśmy długo. Szczerze. O poważnych sprawach. Zapewnił mnie, że odtąd wszystko będzie dobrze. Powiedział: „Twojej córce włos z głowy nie spadnie. Już ja o to zadbam”. Nie minęło pół roku, a Jenny zachorowała. Lekarze nie mieli dla nas dobrych wieści. Ta pieprzona choroba jest jak wyrok śmierci.

– Wiem, Miki.

– Wiesz? – Michel uniósł wzrok. Z kącików ust Johnny’ego nie schodził irytujący uśmieszek.

– Tak.

– Więc…

Johnny rozłożył ręce i zrobił taką minę, jakby nie rozumiał, o czym jest mowa.

– Czego ode mnie oczekujesz, Miki? – zapytał.

W Michaelu wezbrała wściekłość.

– Miłości, kurwa. A czegóż by innego, Johnny? Zawsze powtarzasz: „Jestem miłością. Kocham was wszystkich razem wziętych i każdego z osobna”. Bądź więc miłością, Johnny, zachowaj się jak cholerna miłość. I zrób coś dobrego. Uzdrów Jenny.

– Kocham cię, Miki, i twoją małą też. Mój ojciec również was kocha. Miłością nieporównywalną z ludzką. Ale wiesz, jak to wszystko działa. Wiesz, prawda?

Michael ponownie spojrzał na parking. Całująca się para zniknęła. Czarno-żółty Ford Merkury też. Syn Rzeźnika miał rację. Michael wiedział, jak działa cały ten bajzel zwany szumnie „światem”. Nie mógł działać inaczej, odkąd praludzie spierdolili to, co zostało im darowane.

Pieprzone dzikusy.

Trzy boksy dalej usiadły dwie pary. Chłopcy mogli mieć po siedemnaście lat, dziewczyny wyglądały na młodsze. Rozmawiali głośno, przekrzykując się wzajemnie i wybuchając gromkim śmiechem.

Johnny pochylił się nad blatem, poklepał Michaela po ramieniu i rzekł:

– Nie trać wiary, przyjacielu.

Potem ugryzł kolejnego hamburgera i z pełnymi ustami powiedział:

– Pamiętaj, że jestem obecny w jej cierpieniu. Nawet teraz.

Michael zmarszczył brwi.

Dawno temu dowiedział się od Rzeźnika, że nie ma zbędnego cierpienia. Wszelkie cierpienie jest zasłużone albo niezasłużone. Jeśli cierpienie nie jest zasłużone, to jest konieczne dla uniknięcia jeszcze większego cierpienia albo dla osiągnięcia jakiegoś dobra. Tak czy inaczej, wszelkie niezasłużone cierpienie jest konieczne dla dobra cierpiącego. Dla jego prawdziwego dobra. Dla dobra, którego nie byłoby bez Manny’ego.

Dla dobra, którym był Manny.

I Johnny.

Miłość w nażelowanych włosach. Ze słabością do niezdrowego żarcia.

– Wiesz, co to oznacza? – zapytał Rzeźnik, a Michael odrzekł, że nie wie.

– Pomyśl! Dopuszczając cierpienie nie robię niczego złego. Ba! Robię coś dobrego. Coś za co ludzie powinni być mi wdzięczni. Rozumiesz?

Wtedy Michaelowi wydawało się, że rozumie. Teraz – wręcz przeciwnie.

Johnny zjadł ostatniego hamburgera i beknął.

– Nadal myślisz o Jenny? Pomyśl o dzieciach tamtych… – chłopak zmarszczył brwi i podrapał się po czole –  …Egipcjan. Maluchy zmarły we śnie. Całkiem spore dzieciobójstwo. Cholerni Egipcjanie. Nie chcieli nas posłuchać. Dzieciaki wyszły jednak na tym dobrze. Kurwa, co ja mówię?! Wyszły możliwie najlepiej! Kocham je!

Michael zerknął przez okno na błyszczące samochody, a potem, zacisnąwszy palce na krawędzi stołu, przeniósł wzrok wyżej, ponad dachy pobliskich budynków, na błękitne niebo. Spomiędzy chmur wyłonił się znajomy kształt.

– Z pewnością – powiedział. – Wspomniałeś coś o interesach.

– Tak. Mam coś, co może cię zainteresować. Robota na boku. Drobna, ale dobrze płatna.

– Zaraz! Skończyłem z cynglerką. Rozdaję dzieciakom prezenty.

– Tak, wiem. I posuwasz elfy. Posłuchaj mnie, Miki. To poważna sprawa. Irlandczycy sprawiają kłopoty. Mają nowego przywódcę. Twardy i uparty facet. Wypowiedział umowę, którą zawarliśmy z jego poprzednikiem. Żąda korzystniejszych warunków. Wyobrażasz sobie? – Johnny prychnął i dopił koktajl. – Koleś ma żonę. Babka jest w ciąży. Szósty miesiąc. Spory brzuszek.

Michael pochylił się nad stolikiem, chrząknął i powiedział:

– Niech zgadnę. Gość zasłużył na karę. Ale jego żona? Skądże! On będzie cierpiał zasłużenie. Ona dla swojego dobra. Jej dziecko również. Chcesz, żebym ją zabił, prawda?

– Bingo! Staruszek pociągnął za sznurki i przestawił zwrotnice. Wszystko jest załatwione. Pod względem moralnym jesteśmy kryci. Absolutnie czyści. Wystarczy, że udasz się pod ten adres…

Johnny położył pomiędzy papierami po hamburgerach karteczkę z nazwą ulicy i numerem domu.

Michael podrapał się za uchem.

– Zastanowię się – powiedział.

Twarz Johnny’ego rozpromienił szeroki uśmiech.

– Znakomicie. Masz pięć minut. Idę do kibla.

Chłopak wstał, zgarnął śmieci na tacę i podszedł do kosza na odpadki.

Michael wsunął do ust papierosa

Postukał ciężką zapalniczką o blat.

– Kawy? – zapytała kelnerka o zadartym nosku.

– Nie, dziękuję.

Po drugiej stronie sali stała ogromna, kolorowa szafa grająca. Jeden z nastolatków podrygiwał do przeboju Erline Harris „Jump and Shout”. Pozostali śpiewali. Michael schował do kieszeni marynarki karteczkę z adresem, zgasił niedopałek, minął rozbawioną młodzież i wszedł do toalety. Zamknąwszy drzwi, odliczył w myślach do trzech i stanął przed kabiną, z której dobiegało wesołe pogwizdywanie.

Daleko stąd rozległ się szczęk przestawianych zwrotnic i zgrzyt ostrzonego noża.

Pięć minut później Michael rozpiął koszulę pod szyją i splunął do zlewu. Drżały mu ręce. Oddech miał przyśpieszony. Oczy nabiegłe krwią, a policzki czerwone.

Wyglądał jak pijak na skraju zawału.

Obmył twarz i wrócił do baru.

– Wszystko w porządku? – zapytała przechodząca z zamówieniem kelnerka.

– W jak najlepszym – odpowiedział z uśmiechem.

Nastolatków już nie było. Podszedł do szafy grającej, przejrzał listę utworów i wybrał „Rudolf The Red-Nosed Reindeer”. Po chwili zaczął wystukiwać nogą rytm.

„Wszystko będzie dobrze”.

Tak, pomyślał. Manny dotrzyma słowa i Jenny wkrótce wyzdrowieje.

Lekarze uznają to za cud.

Potem zabierze ją do siebie. Pozna z elfami. Wprowadzi w tajniki fachu. Kiedy będzie gotowa, zgłosi się po nią Rzeźnik. Ona i Manny. Piękna para. Wezmą ślub, pojadą na wakacje. Po dziewięciu miesiącach Jenny urodzi pięknego syna.

Lepszego niż Johnny.

Michael potrząsnął głową i tanecznym krokiem, zabawnie podskakując, ruszył do drzwi wyjściowych, na parking, gdzie czekał na niego czerwononosy renifer zaprzęgnięty do czarnych jak Styks sani.

W ubikacji stygła miłość.

h

 ***

h

Tyle na dziś… Zaraz – na dziś!? A no tak. Niedobre literki sypią prezentami, bo Pokrak jest hojniejszy od Mikołajów wszelkiej maści i wiele tekstów skrywa za pazuchą świątecznego kubraka. U nas Mikołajki trwają cały okrąglutki tydzień! A więc, drogie dzieci, grzecznie wyczekujcie – już niedługo do skarpety wpadnie więcej literackich prezentów.

h
h
  1. I tak nadrobiłam zaległości. 🙂 Czekam na więcej.

  2. Więcej jest i jeszcze będzie… znaczy się już w środę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: