polskie centrum bizarro

Elfki, koks, dzwonki sań czyli mikołajkowy atak bizarrowy part 2

In Akcje Literackie, Opowiadania on 9 grudnia, 2012 at 6:00 am

niedobreliterki-mikołaj-nieświęty logoNie uważacie, że Św. Mikołaj to podejrzany typ? Owszem, niby święty jak nikt, dobrodziej wszystkich dzieci, ale jego modus operandi… Wchodzenie do domu przez kominy, prześlizgiwanie się po cudzych sypialniach, obcowanie z brudnymi skarpetami czekającego na podarunki. I te rózgi na dodatek, co to niegrzeczni je dostają… coś jest na rzeczy. Kto wie, czy jemu tylko prezenty w głowie?

Święty czy zwyrol? Oto jest pytanie. Na które chętnie odpowiemy, a jak!

Jerzy Łukaszewski, Krzysztof T. Dąbrowski, Rafał Christ, Kazimierz Kyrcz Jr. oraz Tomasz Woźniak zapraszają was na show, któremu można by nadać chwytliwy tytuł: „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Świętym Mikołaju, ale baliście się zapytać (i słusznie)”. Dewiacje, ekscesy, szaleństwo. Czyli nasza wizja mikołajkowego nastroju, urokliwa niezwykle. Enjoy!

h

„Prezent” by Jerzy Łukaszewski

h

Nowy fotel pomrukiwał skórzaście w tym samym rytmie, w którym poruszały się panienki na ekranie.

O, tak! O, kurwa! O, ja pierdolę! Rżnij ją tą macką! O, tak! O, kurwa! Gdzie on pcha te czułki! No, rżnij ją, elfią kurwę jebaną, niech łyka fiuta, prosto w dupala!

Seba jęknął nagle. Oczy stanęły mu w słup. W ostatniej chwili złapał skarpetę ze specjalnie przygotowanego stosiku.

Uff… Fuck yeah!

Mało brakowało a zapaskudziłby klawiaturę. Dobrze, że jego stanowisko było tak przemyślnie przygotowane.

Do Mikołajek co prawda brakowało jeszcze całego dnia, ale nie mógł się powstrzymać przed przetestowaniem nowego fotela, który sobie z tej okazji sprawił. Wygodne było cholerstwo. Zarówno do pracy (informatycznej), jak i do rozrywki. I tak gołym, spoconym tyłkiem po miękkiej skórce szorować…

Mmm, elegansior.

Ale drugi prezent miał być jeszcze lepszy. Prawdziwa elfka do rżnięcia. No, to znaczy prawie prawdziwa. Silikon pierwszej klasy, specjalne wierzchnie pokrycie – w dotyku podobno jak prawdziwe ciało. Trzy tysie go to kosztowało. Eurasów. Wibrująca nakładka na fiuta w kształcie kosmicznego odnóża w gratisie.

Poruszył myszką, żeby zamknąć stronę Tentacles&Testacles Super Fucked Up Porn XXX, ale w ostatniej chwili się zawahał. A może by tak jeszcze jedną rundkę?

Wyrzucił zużytą skarpetę. Poprawił stosik.

Zanim jednak zdążył zabrać się do rzeczy, komputer zrobił blip! Karta z otwartym fejsikiem zaczęła migać. Seba kliknął w nią. Dostał wiadomość. Otworzył.

WIDZE CO ROBISZ

Zamarł.

Co je, kurwa…

PRZESTAŃ TRZEPAĆ GRUCHE!!!

O żesz w kurwę!

Seba pospiesznie odłączył od kompa kamerkę internetową. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. No, spanikował, no. Z rozpędu rzucił urządzeniem o ścianę.

Ale zaraz, zaraz. Przecież dostałby powiadomienie, że ktoś go wywołuje na wideo-czata. Sprawdził, od kogo dostał wiadomość.

SWIETY

Nie znał nikogo takiego. A pamiętał wszystkich swoich znajomych, całe trzy tysiące czterdziestu ośmiu. Czyżbyś jakiś skurwiel mu zhakował fejsika?

Na wszelki wypadek pozamykał wszystkie strony, odpiął się od sieci, reaktywował komputer w trybie awaryjnym i zaczął wszystko sprawdzać.

Niczego nie znalazł. Z czasem zaczął się uspokajać. No w sumie to trzy tysiące czterdziestu ośmiu znajomych. Mógł kogoś dodać i zapomnieć. No a jak Nyarlathotep posuwał naraz te trzy elfie kurewki, to w sumie trochę odpłynął, więc mógł nawet przypadkowo podłączyć się do wideo-czata. Tak, tak… Przypominał sobie, że w pewnym momencie (cztery szponiaste języki pokryte wrzodami właśnie wślizgiwały się do…) trącił klawiaturę łokciem.

I proszę, wszystko się wyjaśniło!

Uspokojony, poszedł spać.

Następnego dnia, a praktycznie w środku nocy, bo przed południem, obudził go dzwonek do drzwi. Poczłapał do przedpokoju. Wyjrzał przez judasza. Na klatce stał gruby facet w polarze DHL i czerwonej czapeczce na głowie.

– Kto tam? – zawołał mimo wszystko Seba.

– Kurier.

O żesz w kurwę, to musi być ona!

Otworzył drzwi.

– Pan Sebastian Pchalski? – grubas popatrzył w notatnik.

– Ta, ta, gdzie podpisać?

– Tutaj. I tutaj. I tutaj.

– Dobra, pan to tu postawi.

Kurier spojrzał na niego wrogo. Skrzynia była wielka i ciężka. Najwyraźniej liczył na to, że Seba mu pomoże.

A niech się pierdoli, tłuścioch jebany. Trochę gimnastyki dobrze mu zrobi.

Facet nasapał się i napocił, ale w końcu udało mu się przepchnąć skrzynię do przedpokoju. Grubymi jak serdelki paluchami otarł nalaną gębę. Podparł się pod boki i stał. Stał, stał, stał…

Seba zaczął się niecierpliwić.

– Coś jeszcze? – zapytał.

Chciał już odpakować swoją lalę.

Grubas podrapał się po czole. Wygrzebał notatnik.

– A tak, jeszcze to – powiedział.

Wyszedł na klatkę i zaraz wrócił, trzymając w dłoni walcowaty pakunek długi na jakieś półtora metra.

– A co to jest? – zdziwił się Seba.

– Na nalepce napisano „Lap. NieGrz.” – odpowiedział kurier.

– Ja niczego takiego nie zamawiałem!

– Jest tu pańskie nazwisko. Jak pan chce, to otworzę, zaraz zobaczymy.

– Dobra, pan otwiera.

Grubas zdarł grubą warstwę tektury i wydobył z paczki długi, czarny bat.

– Co to? – Seba był w coraz cięższym szoku.

– Pejczyk. Inaczej rózga. Myślałem, że lubisz takie rzeczy.

Seba nie dostrzegł dziwnego błysku w oku grubasa, ani nie pojął aluzji.

– Ja tego nie zamawiałem – powiedział tylko, robiąc krok naprzód.

Zaraz potem wrzasnął głośno. Upadł. Z niedowierzaniem patrzył na krew cieknącą mu z ust na dłonie.

– BYŁEŚ GRZECZNY?! – wrzasnął grubas zamachując się ponownie.

CHLAST!

– NIE BYŁEŚ!

CHLAST!

– NIE BYŁEŚ!

Seba próbował zasłonić głowę. Pierwszy cios zostawił na jego ramionach czerwone pręgi. Odruchowo cofnął ręce. Wtedy twarda skóra ponownie trafiła go w twarz. Zaskomlał. Zwinął się. Wypiął dupę. Lepiej tam niż w twarz.

Grubas kopnął go za całej siły. Seba krzyknął. Rozkraczył się nieporadnie. W tym momencie bat zasunął mu prosto w jaja.

Seba zakwilił po raz ostatni i zemdlał.

Grubas odrzucił pejcz na bok.

– Nienawidzę, jak takie wypierdki jak ty psują mi imieniny, zamawiając pojebane prezenty – oświadczył. – Wesołych Świąt, skurwielu.

h

 „Niegrzeczni” by Kazimierz Kyrcz Jr.

h

Gość w czerwonej czapce i kubraku siedział na obitej pluszem ławce. Pochylony, gwałtownie potrząsał ramionami, jakby otrzepywał się z pcheł. Może zresztą naprawdę chciał się ich w końcu pozbyć, kto wie?

Niedoczekanie. Pchle kolonie w brodzie i bujnym owłosieniu pod jego pachami miały idealne warunki rozwoju, zarówno materialnego, jak i duchowego.

Dla odmiany skoncentrujmy się jednak na Mikołajku – pomocniku świętego, który od lat załatwiał za niego najgorszą część mikołajowego biznesu.

Kilka lat wcześniej Mikołajek został porwany z rodzinnej Australii przez komando elfów i zmuszony do dorastania na biegunie północnym. W okresie dojrzewania nauczył się karate i poznał tajniki bezszelestnego wchodzenia do domów przez komin. Znał się też na komputerach, no i umiał czytać we wszystkich językach świata…

Sporo chłopak osiągnął w tak krótkim czasie, powie ktoś nie obeznany z tematem. Może i tak, jednak istniała druga strona medalu. Otóż, Mikołajek nigdy nie miał dziewczyny (poza wiernym reniferem Waldorffem, ale to już zupełnie inna bajka), a lista jego przyjaciół ograniczała się do dwubiegunowego niedźwiadka polarnego Rufusa, który codziennie musiał łykać tonę pigułek, żeby nie latać po okolicy z maczetą, oraz dowódcy elfów Humpreya, o którym chodziły pogłoski, że jest nowym wcieleniem Hannibala Lectera.

img909

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

Jak widać, egzystencja pomocnika świętego nie była usłana różami. Mikołajek starał się radzić sobie, szprycując się kokainą i wysokooktanowym paliwem lotniczym, jednak te specyfiki pomagały mu w coraz mniejszym stopniu. Jego chwiejna równowaga psychiczna runęła, gdy przypadkowo dowiedział się, że Waldorff romansuje z Rufusem.

Poćwiartował obu, zapakował w ładne pudełeczka i teraz, klnąc jak szewc, roznosił je niegrzecznym czytelnikom horrorów. Spytacie, skąd znał ich adresy?

Zhakował je z baz danych waszych dostarczycieli Internetu.

h

„Córka Mikołaja” by Rafał Christ

h

Tego wieczoru jego oczy płonęły z pożądania, a jej piekły od łez. Siedziała przywiązana do krzesła i czekała na to, co on zrobi. Zawsze kochała ten czerwony kubraczek i moment, w którym dostawała od niego wymarzony prezent, ale tym razem postanowił ją za coś ukarać. Nie za bardzo wiedziała za co, w końcu miała dopiero siedem lat…

Szóstego grudnia tego roku była już gwałcona niezliczoną ilość razy, a zapowiadał się kolejny i to gorszy od poprzednich. A przecież wszystko o co prosiła, to skromna i niedroga laleczka, która zachowywała się jak dziecko.

Podszedł do jej malutkiego ciałka i pogładził ją po włosach.

– Nie płacz – powiedział tym ojcowskim tonem, który kiedyś kołysał ją do snu.

– Ale ja chciałam tylko laleczkę…

– Ty jesteś moją laleczką.

Gdy to powiedział, znowu zrobił to, co tak bardzo ją bolało. W tym momencie nienawidziła go jeszcze mocnej. Piekło ją od krocza po samo serce, ale nic nie mogła zrobić.

Gdy skończył na jej drobnej twarzyczce, spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. Zawsze na niego działał. Co by nie było, to jego mała córeczka, nie mógł jej odmówić. Rozwiązał ją i uniósł na rękach. Przytulił do ramienia, płacząc razem z nią. Czuł dotyk jej niewykształconych piersi.

Zauważył hak wystający ze ściany stodoły. Powiesił ją na nim i poczekał, aż się rozpłacze. Dziewczynka jednak tego nie uczyniła. Wiedziała, że tylko na to czeka, a i tak nic jej nie uratuje.

Chwycił siekierę i odrąbał jej małe nóżki. Nie jęknęła, bo już była martwa. Za to on w amoku rozczłonkowywał jej ciało. Potem z każdej jej części pieczołowicie ściągał skórę, którą ozdabiał i ocieplał swoją stodołę. Jego królestwo. Żałował, że w tym roku nie znalazł żadnej innej, która by mogła zastąpić jego ukochaną córeczkę. Niestety, było za późno, żeby o tym myśleć.

Wyszedł na zewnątrz, zapalił papierosa i wrócił do domu. Ciało jego żony leżało pozszywane i pozbawione wnętrzności na łóżku. To ją oskarżał o swoje zboczenie, bo przecież gdyby jeszcze żyła, nie musiałby szukać zaspokojenia swoich żądz u małych dziewczynek. I to od sześciu długich lat.

Włączył telewizor. W tym momencie na każdym kanale jakiś prezenter ubrany w podobną do jego czapkę, zachwalał okres przed Bożym Narodzeniem.

– Wesołych świąt! – wykrzyknęła twarz w odbiorniku.

– Wesołych – odpowiedział, mocno zaciągając się papierosem

h

„Bo było niegrzeczne”

by Krzysztof T. Dąbrowski

h

Fragment z książki „Grobbing

W tym samym czasie Mikołaj oddawał się rozlicznym przyjemnościom – w jednym domu pałaszował pizzę. W innym zajadał się słodkościami. W jeszcze innym opróżnił trzy butelki wina, co pomogło mu wreszcie zrozumieć, czemu ludzie aż tak lubią ten trunek.

Było mu bardzo, ale to bardzo wesoło i robiło się coraz weselej!

W kolejnym mieszkaniu zaczął oglądać film „Grinch: Świąt nie będzie”, ale szybko sobie odpuścił – przedstawiano go w nim w bardzo niekorzystnym świetle: jako zielonego, odrażającego stwora! Na dodatek złośliwego…

Dla odmiany Święty Mikołaj postanowił poczytać jakąś książkę. Padło na „Anima vilis”, zbiór opowiadań niejakiego Krzysztofa T. Dąbrowskiego. Niestety książka też mu nie podeszła. Rzucił ją w kąt już po pierwszym opowiadaniu – bo w nim również przedstawiono go w niekorzystnym świetle. Niekorzystnym to mało powiedziane!

W mieszkaniu Tomaszka Święty Mikołaj rzucił na Agnieszkę czar iluzji.

A to po to by nie słyszała krzyków mordowanego podopiecznego.

Opiekunka akurat czytała książkę – coś, co ludzie z pogardą nazywają ‚romansidłem’. A że bardzo jej się owo ‚romansidło’ podobało, postanowił sprawić dziewczynie przyjemność i spowodować by miała wrażenie, że znalazła się w świecie z kart powieści.

Ot po prostu, taka silna halucynacja.

Agnieszka siedziała z szerokim od ucha do ucha uśmiechem na twarzy.

Książka wysunęła jej się z ręki i opadła na bok fotela.

Dziewczynie zdało się, że opala się teraz na tunezyjskiej plaży w towarzystwie adorującego ją przystojniaka – wiecznie uśmiechniętego (a może po prostu mającego jakiś częściowy paraliż twarzy) tubylca, Ahmeda.

Jej habibi!

Gdy Święty nieco uważniej przyjrzał się Agnieszce, uznał, że ma problem – nie może oderwać od niej wzroku… Może i nie była modelką, ale miała w sobie TO COŚ!

Jej koleżanki ze studiów powiedziałyby, że nie umie o siebie zadbać, że nie potrafi wydobyć i podkreślić swych zalet. No i że źle się ubiera.

I pewnie miałyby rację, ale mimo tego, Mikołaj dostrzegł w jej twarzy naturalne piękno, zaś pod workowatymi ciuchami doskonale zbudowane, jędrne ciało.

Święty poczuł się podniecony jak wszyscy diabli.

Uśmiechnął się lubieżnie i rzucił czar pogłębiający iluzję.

Agnieszka spojrzała na Świętego roziskrzonym wzrokiem, przygryzła dolną wargę, i prężąc się jak dzika kotka wyszeptała:

– Och, habibi.

Może być i habibi – pomyślał Mikołaj.

Wstała i zmysłowo kręcąc biodrami ruszyła ku niemu.

– Och Ahmed – wyjęczała.

Zatrzymała się i nie spuszczając z niego wyzywającego spojrzenia zaczęła się rozbierać.

On robił dokładnie to samo, lecz na chwilę musiał spuścić wzrok i rozpiąć pasek opinający ogromne brzuszysko. Gdy to zrobił spodnie same opadły (cóż zamówił o wiele za duży rozmiar mając nadzieję, że się solidnie podtuczy. Kto by przypuszczał, że tak się to wszystko ułoży?).

Gdy ponownie na nią spojrzał, Agnieszka była już naga.

I tylko majteczki niezdarnie zsuwały się ku ziemi.

Nie była jednak taka, jak sobie wyobrażał – całe ciało miała czymś poplamione…

Gdy przeszło mu pierwsze zdumienie, dotarło do niego, że to nie jakieś pstrokate plamy –  że Agnieszka, od stóp aż po dekolt, cała jest pokryta tatuażami. A jej wargi sromowe…

…było tam kilka kolczyków.

A niech mnie kule biją! – pomyślał. – Jak kto nie akceptuje swego wyglądu, to tak to się kończy.

– Ale co tam – mruknął pod nosem. – zbyt długo już kobity nie miałem! – uznał, że tak to nawet fajniej będzie, tak trochę egzotycznie i najwyżej fetyszystą zostanie.

Mimo, że cała wytatuowana, Agnieszka nadal była niesamowicie podniecająca.

Idealnie płaski brzuch obdarowany ślicznym pępkiem, który aż prosił się o to, by zanurzyć w nim język. Średniej wielkości jędrne piersi z fikuśnie sterczącymi do sutkami. No i nogi, ani za grube, ani za chude – idealnie byłoby zostać tak ściśniętym tymi jędrnymi udami.

Ruszyła ku niemu. Jej biodra kołysały się zmysłowo na boki, a piersi podniecająco podrygiwały.

Świętemu aż zaparło dech w świętych piersiach.

Gdy była już tuż przy nim, wśród wytatuowanych czaszek, smoków i różnej maści ciężkich do zidentyfikowania stworów, Mikołaj dostrzegł również samego siebie.

Na rysunku, miast twarzy miał paskudną trupią gębę – na dodatek jakąś taką dziwnie znajomą. Dopiero po chwili skojarzył, że to gęba Eddiego – maskotki zespołu Iron Maiden, którego płyty często w ostatnich latach podrzucał jako prezent pod choinkę.

Rysunkowy Święty stał w rozkroku, a w wyciągniętych do góry łapach trzymał gitarę elektryczną. Gatki zsunięte miał do kostek, a między jego nogami klęczała naga kobieta, zasłaniająca głową strategiczne miejsce.

Oj, ty niegrzeczna – pomyślał szczerze rozbawiony Święty Mikołaj. – Chyba zasłużyłaś na rózeczkę! Na goły tyłeczek… – rozmarzył się i szczerze go to zdziwiło, bo nigdy siebie nie podejrzewał o takie skłonności. Chyba trzeba będzie kupić pas z ćwiekami…

Nim Agnieszka wpiła się w jego usta serwując mu namiętny pocałunek, zdołał jeszcze dostrzec, że ma też po kilka dziurek w uszach i ze trzy w nosie. Ale gdy tylko poczuł jej ruchliwy, szorstki języczek wewnątrz swych ust i gorąco kobiecego ciała, przestał zwracać uwagę na przejawy jej oryginalności i naprężył się tam na dole jeszcze bardziej. Miękkie piersi napierały na jego włochaty tors. Czuł naprężone sutki i już miał ją złapać za jędrny tyłeczek, przycisnąć do siebie, gdy dziewczyna przestała go całować i złapała za Mikołajową brodę.

Dookoła układających się w przekorny uśmieszek ust miała lekkie zaróżowienie po pocałunku.

Pociągnęła, mocno.

Jego święty penis sterczał dziarsko i lekko pod kątem, niczym Krzywa Wieża w Pizzie.

Oczy dziewczyny iskrzyły się jak u diabliczki.

Święty Mikołaj poczuł ból i stwierdził, że w sumie bardzo mu się to podoba – zresztą jak wszystkim świętym, którzy przecież od czasu do czasu musieli sobie trochę pocierpieć.

Oj, mała. Prześwięcił bym cię rózeczką, oj prześwięcił –  Mikołaj posłusznie ruszył za Agnieszką. Szurał przy tym stopami bo u kostek wciąż miał krepujące ruchy czerwone spodnie.

Dziewczyna pchnęła go w kierunku łóżka, ale krępujące stopy spodnie sprawiły, że zatoczył się w bok i wpadł wprost na choinkę.

– Niegrzeczny! – zaśmiała się szczebiotliwie Agnieszka.

Choinka zachwiała się i spadła z niej bombka. Bombka przedstawiająca małego Świętego Mikołaja.

Potłukła się w drobny mak.

– No i pięknie, sam żem się w końcu ukatrupił – mruknął Mikołaj. – Zły omen, oj zły.

Tymczasem Agnieszka padła na czworaka i prężąc swe krągłości ruszyła ku niemu. Marszczyła przy tym nosek i posykiwała jak zła kotka. Zresztą kto wie, może i była złą kotką?

Piersi dziewczyny kołysząc się zalotnie obijały się o siebie.

W tym czasie Święty Mikołaj nie spuszczając z niej pożądliwego spojrzenia, uwolnił ze spodni prawą stopę.

Agnieszka, jak to kobieta, od razu spostrzegła, że jej piersi bardzo mu się podobają.

Wyprostowała się tuż przed nim i klęcząc objęła samą siebie. Ścisnęła biust przedramionami.

Piersi uwypukliły się, a dziewczyna przygryzła wargi wpatrując się błyszczącymi oczyma w jego sterczącą męskość. Święty Mikołaj, jak to facet, od razu spostrzegł, że jego penis bardzo jej się spodobał.

Mikołaj chciał jak najszybciej uwolnić drugą nogę, by nic mu już nie przeszkadzało.

I udało mu się – choć nie do końca tak, jak tego chciał.

Nie mogąc oderwać wzroku od Agnieszki, rozpalony do czerwoności Święty, zupełnie zapomniał o jednym drobnym szczególe: tym drobnym szczegółem był on sam…

Święty wdepnął w potłuczoną bombkową wersję samego siebie…

Ostre kawałki szkła wbiły mu się w piętę i śródstopie.

Mikołaj aż podskoczył łapiąc się przy tym za nogę w tak nieszczęśliwym momencie, że niechcący przygrzmocił Agnieszce kolanem w szczękę.

Dziewczyna poleciała do tyłu i przez oszołomiona leżała bez ruchu.

Mikołaj skakał na jednej nodze wyjąc jak potępiony i trzymając się za krwawiącą stopę.

Po chwili klapnął ciężkim cielskiem na krześle.

Mebel wydał z siebie ostrzegawczy zgrzyt i choć w jego przypadku nie mogło być mowy o żadnej religijności, to jednak nie wytrzymał wagi tak doniosłego wydarzenia jak obcowanie z cielesnością samego Świętego – drewniana noga złamała się i Mikołaj poleciał do tyłu.

Z ciężkim plaśnięciem wylądował na plecach, a w zadku utkwiło mu co najmniej ze dwa tuziny drzazg.

Można by powiedzieć, że jego stan był teraz opłakany, ale Święty, jak każdy święty, nie poddawał się tak łatwo – w chwili najcięższej próby, gotów był dzielnie stawić czoło wszelkim przeciwnościom losu.

Choć nie miał już zbyt wiele energii rzucił na siebie czar uśmierzający ból.

W pierwszej chwili chciał jak najszybciej wyciągać szkło ze stopy, ale zaraz pomyślał o nieprzytomnej seksownej dziewczynie i uznał, że na zabawę w chirurga jeszcze przyjdzie pora. Agnieszka, mimo ogromnej siły zadanego ciosu, wcale nie była już taka nieprzytomna – pojękując właśnie powoli zaczynała się podnosić.

Biorąc pod uwagę, że tak silne uderzenie mogło ją nieco wytrącić ze świata iluzji, Święty  wymamrotał sekretną formułkę i ponownie rzucił czar. Gdy tylko to zrobił, poczuł nagłe osłabienie – zbyt dużo już energii zużył na to całe czarowanie.

Żeby mi tylko nie oklapł w decydującym momencie – zaniepokoił się, czy osłabienie nie wpłynie negatywnie na jego małego przyjaciela.

Wstał i oparł się o ścianę. Ledwie to zrobił, a już klęczała przed nim  rozochocona dziewczyna.

Ona jest niezniszczalna – pomyślał Święty.

Małe na powrót stało się wielkie – jego męskość znowu dziarsko sterczała, jakby nie przejmowała się poturbowaniem i chwilowym osłabieniem właściciela.

Agnieszka złapała Mikołaja za uda i przejechała różowym języczkiem po penisie.

Święty aż westchnął z rozkoszy. Doznanie było nieziemskie – rzec by można, że wręcz niebiańskie.

Jedyną rzeczą, która go jeszcze rozpraszała był wiszący na sąsiedniej ścianie portret Jezusa. Obraz był blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Mikołaj chwycił go i wstrząsany dreszczami odwrócił w stronę ściany.

– Tylko nie wypaplaj ojcu – wysapał Święty czując, że wreszcie może sobie do woli pogrzeszyć.

Dziewczyna jakby wyczuwając sytuację, jeszcze zachłanniej przyssała się do jego przyjaciela. Gdy ów powoli znikał w jej zmysłowych ustach, wpatrywała się weń ciemnobrązowymi oczyma.

Mikołaj czuł, że jeszcze odrobina tych pieszczot, a chyba wyrosną mu skrzydła i wzleci jak anioł.

h
h
  1. Taaa. Już wiem, czemu nigdy tak naprawdę nie ufałam świętym. 😉

  2. Przy takiej ekipie nie wiadomo czy lepiej nie zrezygnować z prezentów 😉

  3. Cóż, a mnię się chętka na prezenty wyostrzyła… 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: