polskie centrum bizarro

Dziwne hałasy z komina czyli mikołajkowy atak bizarrowy part 3 + konkurs od Nietoperza!!!

In Akcje Literackie, Opowiadania on Grudzień 12, 2012 at 6:00 am

niedobreliterki-mikołaj-nieświęty logoI nadeszła ostatnia odsłona naszego spotkania z brzuchato-brodatym specem od rozdawania prezentów. Przedstawiliśmy Św. M z wielu stron (głównie z tych najgorszych), ale dziś czas na może najbardziej bizarryczne wizje mikołajkowych koszmarów. Surrealizm, absurd i zwyczajna głupawka – to zdecydowanie dobre zakończenie, o tak.

Usiądźcie więc i pochłońcie dawkę dziwactwa, które ma równie wiele wspólnego z osobą gościa od worków, sań i reniferów, co z objawami defektów mózgu. Nie wierzycie? Poczytajcie. Niektóre pomysły rozpuszczą wam szarą masę, którą zazwyczaj usiłujecie myśleć!

W ostatecznym mikołajkowym rozdaniu znalazły się teksty Rafała Kulety, Darka Kuchniaka, Zeter Zelke i Marka Grzywacza, okraszone mrocznymi grafami Tomka Woźniaka i Oli Zielińskiej – autorzy wykorzystali pełny repertuar twórczych wynaturzeń, abyście dzięki lekturze mogli cały rok słyszeć dźwięk dzwonków i kolęd… zamknięci w pokojach bez klamek. Reflektujecie?

„Miki Małż kontra Reprezenty”

by Rafał Kuleta

Geneza

h

Było to w grudniu. Gorąco jak na Alasce chodzącej o lasce, bo się pośliznęła, piznęła, aż pokrywy lodowe zazgrzytały, ale wciąż rozpalonej, napalonej jak po globulkach globalnego ocieplenia. Laską można dłubać w nosie, albo poniżej pasa: laska jest dłuższa od kutasa.

Mikołaj Małż, znany przez Znajome Glony jako Miki Małż, zamieszkiwał Rafę Koralową Rafała Koralety. Dziwy i cuda tam takie, że nie pytaj. Albo pytaj, i tak nie odpowiem, bo sam o tym opowiem. Zaraz zresztą i tuż, tuż, a nawet już, tak jak już jest też tusz. Tusz jak kurz–zwrotny, ulotny, zalotny, kałamarniczny, nie to co ten, elektroniczny.

Gnoza, Zgroza i Diagnoza

Miki Małż się wylegiwał i z nudów pisał Biblię Morza. Może inne Małże żartują z Mikiego, ale on traktował siebie poważnie. Pragnął oświecić swoje osiedle na cmentarzysku szkieletów organizmów morskich, które pokonał. Gdyż Miki Małż był bohaterem podmorskich głębin, rekinem kilerem, choć rekinem nie był. Ale kilerem już tak.

Żył tak sobie tu spokojnie, jak marzenie, dostatnio, całkiem zasłużenie, bo po ostatniej wojnie: Wszechobecnej Szarży Koników Morskich. I byłoby tak dłużej, gdyby nie to szambo, które się rozlało: nowa dilerka w mieście, typy jakieś takieś mroczneś, groźneś, bezwzględneś, sadystyczneś. Wróciła groza do ciszy w okolicy.

Diagnoza: Miki Małż do dzieła!

Reprezenty

-Mszywioły wykończone, Mięczaki zmiękczone, wydalone, Otwornice się nie otworzą, Gąbki pochłonięte, zostały Glony–wyliczał jeden z Reprezentów, ziomków-niespodzianek, zaskakujących nawet siebie ciętą ripostą i brzytwą skojarzeń.

-Mszywioły to jakby trafiły żywioły, przeszliśmy przez nie jak przez masło–komentuje drugi.

-Nie Zooidom zoofilia–chichnął trzeci.

-A jak Mięczaki zmiękły!–zaprezentował czwarty.

-Otwornice chętne były, ledwo co się otworzyły, już nie żyły!–zrymował zryty łeb piątego.

-Albo te, jak im tam?–głośno rozmyślał mrówkopodobny Reprezentant. -Gąbki! Wchłonęły się jak nic!

-No to teraz Glony! Atak na to kretowisko! Rozkopmy im kopiec!

-Glony z glutów!

-Koraliki sypną w siną dal!

-To do dzieła!

Konfrontacja kontra Kontrapunkt

Reprezentacja w natarciu. Na starcie idą ostro, czysto, prosto, uparcie w zaparcie. Uderzają zwielokrotnionymi znaczeniami, przewrotnymi pomysłami, popapranymi myślami. Ścierają się idee, zgłębiają mierzeje, szczerzą nurty, piaszczyste zawieje. Byle weselej, bardziej szalenie i dziwniej. Prawdziwe cuda niewidy dziwaczeją z nudów, z łona zwidów, dziwów, niewidzialnych odmętów. Wszystkie pomysły chcą zaistnieć i wszystkie chcą zadziwić, choć zaprezentować się mogą jedynie wybrani, wyłuskani z dna znaczeń, z podwodnych pokładów symboli. Z retoryki tylko krzyki i ryki, z których wyniki nie wynikają ot tak sobie i nie znikają, kiedy w oczy Miki kłuje, a ciała Małż kole. Jedyna runda zaskoczenia skończona. Teraz Kontrapunkt!

Oda do Dzieła

Podmorskie skały, skałki, skaliska i urwiska. Klify wyrastające z dna morskiego jak gejzery zmor, podwodne wulkaniczne widma, czy nawet rybie upiory. Milczący świadkowie akcji, która trwała, trwa i wytrwa w wierszowanych strofach wyrytych wszędzie, wszem i wobec, też w najgłębszych dziurach gniazd muren.

Zakotłowało! Zabuzowało! Się zwichrzyło!

Totalitarne wariactwo! Czyste szaleństwo! Brudne takowoż! Bo w jednej scenie aż się piasek wzburzył, zachmurzył, zakrył cały obraz! Można domniemać, co tam się działo! Pewno wszystkich pojebało, bo nikt sensowny nie wszczynałby takiej bójki, bitnej jak bitki z rozbitków obłąkanych na wyspie tuż nad nimi.

Miki Małż to szał!

Reprezentom się pakować czas!

Prolog Epilogu

Miki Małż spokojny, skoncentrowany, wciąga oponentów w wir. Obłęd upojenia. Reakcja zaogniona. Eskalacja niedościgniona. Rację mają relacje bliższe niż dalsze. Bliżej, to wydajniej, dosadniej, dobitniej! Wybitniej już nie może być, jedynie szybciej!

I…

…już po.

Finisz walki, koniec bajki, zamykamy, kredyty i do domu.

Ale co to?

No jak to?

A tak to!

Tylko co?

Reprezenty znów w zanadrzu tajemnicę mają: zmartwychwstają, odradzają się, odrzucają zbędne Re, zmieniają się, za chwilę stają się Prezydentami Mórz–tak przynajmniej siebie nazywają. Są też inni, dołączeni: Wodzowie Wód, Prezesi Oceanów, Bossowie Podmorskich Głębin, Szefowie Piaszczystego Dna–wszyscy zjednoczeni, dać by wpierdol Małżowi Mikiemu!

Epilog

Miki rzuca się na nich, rwie opakowania na strzępy, rozrywa, sztukuje, dzieli na mniejsze Prezenty, będą niespodzianki, zabawki, ubaw po paszki, po napletki, po same czubki Rafki Koralikowej Rafałka Koraletki! Glony aż się ślinią, pocą się, rozmnażają, fragmentują plechę, mają uciechę, tworzą, budują, mutują, wapienie buzują, gipsują się kości, krzyżują ości, prostują plany, rysują się projekty, efekty w szkicach, solach mineralnych na żywo wznoszących nową kolonię: Zielenice, Sinice, Bruzdnice, Krasnorosty, Chryzofity, Eugleniny.

-Miki Małż nasz Małż!–wołają, maszerując, marszując, ruszając na nowe terytoria.

Zgodnie drałują, podróżują, aż… stają jak włosy dęba!

Próbują iść dalej, ale nic! Napotykają na niespodziewany opór!

Epilog Epilogu

Wszyscy zdumieni, bo niby koniec, pozamiatane, gasimy światła, a tu jeszcze scena na ekranie śniącej jaźni!

-Awaria telewizora!–woła wyważony, momentami z wrażenia niezrównoważony wariat, całkiem zresztą normalny jak na standardy, i wyciąga wtyczkę z kontaktu, tracąc kontrakt ze światem, tak potrzebny jak suchy skecz z psubratem lub innym kabatem. Przynajmniej oczy odpoczną, umysł oczyści myśli, obieca, że teraz wszystko się strawi, ponownie narodzi, powieli, wcieli w nowe.

Zamiast telewizora–akwarium: zgnicieżycie w ciasnocie bycia ścieśnia się, nagle rozszerza, rozrasta, zarost narasta.

A potem nowy rok, modne wyzwania, choć nikt już na nic nie czeka, a prezentów dawno nie ma.

Merry_Christmas_by_olapacino bn b

Autorem ilustracji jest Aleksandra Zielińska.

h

„Odmienił oblicze Ziemi” by Zeter Zelke

h

Zusław trząsł się z zimna. Skulił się, skrzyżował ramiona i spojrzał do tyłu, odruchowo rozmasowując siniaka czerniejącego nad łokciem. Zmierzchało, toteż wytężał słuch bardziej niż wzrok, osłabiony zbierającymi się w kącikach łzami. Wysiłek włożony w ucieczkę przyprawił go o drżenie mięśni, płytki oddech oraz katar. Uniósł rękę, by przetrzeć cieknący nos rękawem rozciągniętego, zgniłozielonego swetra. Zdaje się, że umknął pogoni.

Najgorsze było to, że rozumiał swoich wrogów, a należało zaznaczyć, iż aktualnie niemal każda ludzka istota na Ziemi pragnęłaby jego śmierci, gdyby tylko wiedziała, co zrobił. Jeżeli sprawcą byłby ktoś inny, sam pewnie pałałby do niego słuszną nienawiścią. Tylko garstka ekscentrycznych myślicieli oraz różnej maści fanatycy i szaleńcy byli skłonni dojrzeć coś pozytywnego w jego dziele. A czego dokonał? Ano obrócił świat w jedną, wielką kupę gówna. Niby nic nowego, ale jednak.

Usiadł z sapnięciem na szerokim pniu, rozcierając gwałtownie zziębnięte ramiona. Był w lesie. Nigdy wcześniej nie zapuszczał się tak daleko w jego głąb. Jak wszędzie, tu również było widać efekty globalnej przemiany. Widać i czuć. Zusław podkulił nogi, buty odkleiły się z mlaskiem od błotnistej powierzchni. Pomimo nadciągającej nocy wciąż można było zauważyć na niej grudki kału. Powietrze, które przed przemianą pachniałoby sosnami, ziemią i topniejącym śniegiem, cuchnęło zapomnianą latryną oraz nadużywanym szambem. Gówno było wszechobecne: zakamuflowane w leśnym poszyciu, wypełniające miejskie kanały, kwitnące niczym słoneczniki pomiędzy pospolitymi kwiatami, wychodzące z łon niektórych zwierząt, by potem rozmnażać się na swoją indywidualną, gównianą modłę. Nadto, gdziekolwiek się nie pojawiło, tam roznosiło typowy dla siebie odór. Było wszędzie. Było go pełno nawet w morskich głębinach, skąd często wypływało na powierzchnię mórz i oceanów. Stamtąd fale wyrzucały je na onegdaj złote plaże, gdzie zalegało brązowymi wałami, strasząc koszmarnym wyglądem i fetorem z piekła rodem. „Jedynie muchy mają używanie w świecie po przemianie.”

Zusław przymknął powieki. Jakże był zmęczony! Jakże pragnął walnąć się na tej drewnianej kłodzie i zasnąć, choć na parę godzin. Ciągła ucieczka przed ludzką nienawiścią wyssała z niego chęć do życia. Gdyby tak chociaż na moment stracić czujność i pozwolić sobie na sen. Być może nigdy by się z niego już nie obudził? Być może śmierć przyszłaby szybko i bezboleśnie? Gdyby tylko ci, którym przyszło pewnego dnia obudzić się w innej rzeczywistości, wiedzieli jak banalnie się zaczęło…

To była niewinna rzecz, życzenie, nawet nie bardzo zależało mu na jego spełnieniu. Właściwie został wzięty podstępem. To zdarzyło się kilka miesięcy wcześniej, w grudniu, na świętego Mikołaja, gdy Zusław, świeżo upieczony student filozofii, szukał odpowiedzi na egzystencjalne pytania. Zusław nie był mistykiem ani magiem, nie znał się na tajemnych arkanach, nie wiedział przeto, że tego grudniowego dnia planety w równoległym Układzie Słonecznym właśnie ustawiały się w koniunkcji, otwierając bramę do naszego świata nadprzyrodzonym siłom. Jedna taka siła skorzystała z zaproszenia i objawiła się Zusławowi szóstego grudnia pod postacią siwego staruszka w czerwonym wdzianku, znanego skądinąd jako Święty Mikołaj.

– Ho, ho, ho! Witaj, strapiony wędrowcze! – zawołał jowialnie, wyrywając Zusława z zamyślenia, któremu oddał się na parkowej ławce.

– Już dałem datek na dzieci dwóm poprzednim mikołajom – uprzedził Zusław.

– Niczego od ciebie nie chcę, młodzieńcze! – huknął tamten i roześmiał się w głos. – To ja obdarowuję. Taki dzień zdarza się raz na kilka milionów lat! Szczęśliwcy, którzy dożyli tej chwili zyskują niepowtarzalną szansę na spełnienie pragnień. Jestem kimś, kto obraca życzenia w rzeczywistość. Powiedz tylko, czego chcesz, a sprezentuję ci twą wolę.

Zusław spojrzał na niego niepewnie; w głowie tłukło się podejrzenie, że miejscowy szpital psychiatryczny może właśnie teraz poszukiwać zbiegłego pacjenta. Zastanawiał się, czy zawiadomić policję, czy uprzejmiej byłoby po prostu zbyć natręta. Mikołaj jakby zgadywał jego intencje. Usiadł ciężko obok niego, klepnął po udzie i odezwał się cicho, ze zrozumieniem:

– Zusławie Polkowiczu, wiem o tobie więcej, niż ci się wydaje.

Chłopak zesztywniał. Jeśli nie psychiczny, to może pedofil albo gej? Słuchał dalej, obserwując bacznie rękę w czerwonej rękawicy, konfidencjonalnie spoczywającą na jego udzie.

– Jesteś dobrym, uczciwym młodzieńcem. Wydajesz się zadowolony z życia, lecz tacy jak ty też mają potrzeby. Potrzeby zupełnie innego rodzaju. – Gdyby Zusław miał odwagę spojrzeć Mikołajowi w oczy, dostrzegłby w nich czerwone, złośliwe iskierki, które oznajmiały intencje dalekie od zacnych. – Jakie jest twoje pragnienie, Zusławie? Mogę spełnić jedno. Mogę dać ci prezent, jakiego nikt inny nie będzie w stanie ci ofiarować.

Zusław znowu odczuł obecność mikołajowej ręki na swym udzie. „Jeśli chodzi o seks w krzakach, to wielkie dzięki” – pomyślał, mimo wszystko usiłując zachować zimną krew.

– Nie mam żadnych potrzeb – wybąkał.

– Nie pytam o rzeczy materialne, nie, chociaż mógłbym dać ci willę lub milion dolarów. Twoje potrzeby są inne, intelektualne. Pamiętaj, że mogę usatysfakcjonować każdą. O czym myślałeś przed naszym spotkaniem?

– O świecie. – Zusław zmusił się, by spojrzeć Mikołajowi w oczy. – Zastanawiam się, jaka jest jego prawdziwa natura.

– Tę rzecz da się poznać – odparł staruszek. – Da się ją poznać, jak każdą inną.

– Mam wrażenie, że większość ludzi nie rozumie rzeczywistości – kontynuował Zusław, wcale nie zaskoczony swoją nagłą wylewnością. – Ja też nie. Gdybyśmy tylko byli w stanie poznać, czym świat jest naprawdę, może życie stałoby się spokojniejsze, łagodniejsze, mniej brutalne. Czyż głupota i gwałtowność nie wynikają z niewiedzy?

– Gdybyś mógł, chciałbyś przeto odsłonić przed wszystkimi prawdziwą naturę świata? – zapytał Mikołaj z powagą w głosie.

– Tak – odparł tamten. – Tego bym chciał.

– Ho-ho-ho! Niech się stanie! – Mikołaj klepnął się po udach, wstał i odszedł

Zusław westchnął. Jak się spodziewał, rozmowa nie uczyniła go ani o krztę mądrzejszym.

Nazajutrz zaś zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Z doniesień medialnych wynikało, że atmosfera Ziemi się zmienia. Zdjęcia kosmiczne rejestrowały rosnącą chmurę, z minuty na minutę spowijającą coraz więcej powierzchni niebieskiej planety. Obłok gazu nie był gęsty, miał niezdrowy, zielonkawy kolor i emitował nieprzyjemny zapach – ludzie, którzy doświadczyli go pierwsi jednogłośnie określali fetor jako gówniany. Potem było jeszcze dziwniej: wschodnie wybrzeża Japonii zostało nadszarpnięte przez niewielkie tsunami, a gdy fala się wycofała, pozostawiła po sobie smrodliwy, ciemnobrązowy osad. Gdzieś w Południowej Ameryce osunęła się lawina błotna, lecz tym razem zwały ziemi były przemieszane z inną zawartością, którą korespondent lokalnej telewizji bezpardonowo określił słowami „wygląda i cuchnie jak rzadka sraczka”. W większych miastach Ameryki Północnej nieczysta zawartość wysadziła podmiejskie kanały, wylewając się na ulicę.

Ludzie byli przerażeni. Gdziekolwiek się nie obejrzeli, tam zalegały fekalia – w śniegu, w wodzie, na ziemi. Wszystko wskazywało na to, że oblicze ziemi uległo nieodwracalnemu przeobrażeniu. Botanicy odnotowali obecność nowych roślin – wszystkie mało urokliwe, o brązowej bądź żółtej barwie, rozprowadzające w promieniu metra odór zapchanej toalety. Według plotek wraz z nową florą pojawiła się i fauna. Nikt wprawdzie jeszcze nie widział istoty ulepionej z gówna, lecz zdesperowana wyobraźnia pracowała, toteż od czasu do czasu pojawiały się doniesienia o kryjącym się w syberyjskich lasach „Człowieku-Kupie” lub smrodliwych mutacjach wśród zwierząt.

Każdy, kto żyw i jeszcze z pełna rozumu, próbował ratować się przed wszędobylskimi: syfem i smrodem. Pobożni uderzali w trwogę, zapowiadając koniec czasów. Jednak Zusław wiedział lepiej – wysiłki były zbyteczne, jak również wiara w zbawienie. Żaden człowiek nie uniknie konfrontacji ze swoją prawdziwą naturą.  Jak długo można udawać, że rzeczywistość dnia codziennego nie jest ulepiona z gówna? Przed przemianą można było sobie wyobrażać wiele rzeczy, można było ignorować, zaprzeczać lub odwracać wzrok od tego, co burzyło wygodne wyobrażenia. Ale nie teraz. Nie teraz, kiedy rzeczywistość tak natrętnie rzucała się do oczu, nosa i przywierała do skóry. Natury nie da się oszukać; niektórzy się przystosują, reszta utopi się we własnej srace, wypowiadając ostatnie słowa modlitw oraz zaklęć.

Choć w sumie bystry, Zusław był na tyle przerażony tym, co uczynił i na tyle naiwny, że nieopatrznie chlapnął o swojej roli w globalnej transformacji komuś, kogo uważał za przyjaciela. Po prostu chciał się wygadać, był podłamany, potrzebował otworzyć do kogoś gębę. Lulek okazał się niegodny zaufania. Pewny, że namierzył sprawcę światowej biedy, zaraz doniósł swym kumplom z blokowiska. Ci zaś, wściekli jak osy, nie potrzebowali zachęty, by wziąć wymiar sprawiedliwości w swoje ręce. Po prawdzie, gdyby Lulek wskazał pierwszego lepszego przechodnia, kumple wymierzyliby „sprawiedliwość” i jemu. W czasie kryzysu niewiele znaczyło, czy ktoś był winny czy nie, ważne, by poniósł karę, co ironicznie dowodziło, że ludzka natura była równie gówniana, jak każda inna.

Zusław dobrze znał mentalność rozjuszonego tłumu. Nie mitrężył, spakował ciepłe odzienie, zapas pożywienia, latarkę, baterie, wiele zapalniczek oraz pudełek z zapałkami, wypłacił wszystkie pieniądze z bankomatu i ruszył, gdzie nogi poniosą. Najsroższą zimę przebył w opuszczonej chałupie pośrodku pola, kilka kilometrów poza miastem. Było mu tak dobrze, że rozważał zamieszkanie tam na stałe: cicho, spokój, żadnych ludzi, tylko wszędobylski smród. Z drugiej strony, w którym miejscu na planecie obecnie pachniało fiołkami? Niestety, z planów nici. Banda Lulka dotarła do tej odosobnionej chatynki, zdawało się, przypadkiem. Zusław w pełni sobie uzmysłowił, jak zdesperowani byli ci ludzie, jak bardzo żądni zemsty. Mogło minąć trzy miesiące od jego ucieczki, a oni wciąż go tropili, ubabrani w nieczystościach od stóp do głów.

Zauważyli go. Zusław porzucił wszystko, co posiadał i wystartował w kierunku tylnych drzwi, naciągając na plecy wysłużony sweter. Jeden z dryblasów Lulka niemal go dopadł, robiąc zamach kijem baseballowym. Przyłożył mu w ramię, tuż powyżej łokcia. Zusław syknął z bólu, lecz się nie zatrzymał. W pobliżu pola rósł las, skoczył więc między drzewa, mając nadzieję, że zgubi tam pogoń. Manewrował pośród chaszczy przez kilka godzin, tak że kiedy zdecydował się odsapnąć na pniu, zaczynało zmierzchać. Tutaj oddał się ponuremu rozpamiętywaniu swej przeszłości, aż przysnął.

Ze snu wyrwał go trzask, z jakim pękła jego czaszka, zalew gorącej krwi i łomot, z którym stoczył się z pnia prosto w przedwiosenną breję z topniejącego śniegu, błota i – jakżeby inaczej – fekaliów.

– Mamy go, chłopcy! – usłyszał przytłumiony głos: Lulek.

– Zakatujmy skurwysyna! – warknął ktoś inny. – Niech się, kurwa, w piekle smaży za to, co dobrym ludziom zrobił, kurwa!

I kolejne uderzenie, tym razem w wątrobę. Zusław skulił się odruchowo, niby coś poczuł, lecz oszołomienie po pierwszym uderzeniu jeszcze trwało, minimalizując cierpienie. „Szczęściarz ze mnie” – pomyślał ironicznie. Nawalali go teraz równo, jeden po drugim. Zusław drżał pod razami niczym słomiana kukła, ale ból był tylko widmowy, nie doskwierał. „Musieli mi jakiś nerw uszkodzić” – kołatała się w nim myśl. – „Uważają, że cierpię, a tu figa. Idioci! Gdyby tylko wiedzieli.” Ktoś uniósł go za sweter, Zusław widział jedynym okiem, które mu pozostało, jak szybko przesuwa się pod nim ziemia. Następnie rzucono go twarzą w grupkę grzybów: wyglądały jak psie, było ich mnóstwo, miały brązowy odcień i roznosiły odór rocznych odchodów – nie tak intensywny, niemniej uciążliwy. Zusław ostatni raz wciągnął w płuca zapach prawdziwej natury świata, po czym skonał. Oprawcy kopnęli go jeszcze tu i ówdzie, zbyt zapracowani, by wymieniać złośliwe uwagi, po czym odeszli.

Rankiem nad okolicą zaczęły zbierać się ołowiane chmury. Pierwszy przedwiosenny deszcz spadł na las. Krople czystej wody, delikatne jak jedwab, obmywały zmasakrowane ciało, leżące bez życia twarzą do ziemi. Tak świat żegnał człowieka, który odkrył przed ludźmi ich prawdziwą naturę; żegnały tego, który odmienił oblicze ziemi.

h

„Mikołaj” by Darek Kuchniak

h

Mało kto wie, że życie sławnego reżysera to nie tylko nieustanne rauty i cielesne igraszki z seksownymi asystentkami, które łatwo omamić, wmawiając im, że świetnie pasują do roli w najnowszym kasowym hicie. Nierzadko zdarza się, że filmowcy zapadają na zdrowiu i trafiają do szpitala. Najlepszym tego przykładem jest osoba Radzimira Opolańskiego. Sławny reżyser niszowych filmów pornograficznych, traktujących o życiu seksualnym NRD-owskich dyskobolek, został przywieziony do lecznicy w pewien jesienny poranek. Lekarze po wstępnych badaniach skierowali go na OIOM. Radzimir wolałby zapewne Oddział Zamknięty, przede wszystkim przed mediami i byłymi, seksownymi asystentkami. Warto w tym miejscu wspomnieć, że nikt z personelu medycznego nie wiedział, co tak naprawdę dolegało Opolańskiemu i gdzie przeszedł ostatnie badania. Mało tego, tajemnicą było również, czy uczynił to wolnym krokiem czy też raźnym – wpadającym w marszowy. Jasnowidz, do którego zwróciła się rodzina filmowca, oświadczył że: „Kluczem do rozwiązania zagadki jest Święty Mikołaj”. Nie chciał jednak powiedzieć nic więcej. Rozgoryczeni, ale i zdesperowani krewni sięgnęli po ostatnią deskę ratunku. I dlatego w kolejny jesienny poranek do izolatki, którą zajmował Opolański, wszedł Pewien Apacz. Po wstępnej a do tego obopólnej taksacji spojrzeniami nastąpiła chwila niezręcznej ciszy.

– Kim, do cholery, jesteś i dlaczego włazisz tu bez pytania? – zapytał wreszcie reżyser.

– Mniejsza o dane osobowe. Twoja rodzina wynajęła mnie, abym wyjaśnił jak z tym Mikołajem było.

– To se wyjaśniaj – odparł pogardliwie Radomir.

Indianin wydobył ze skórzanej teczki plik gazet i cisnął nim w twarz rozmówcy. A następnie oświadczył:

– Laotański tabloid „Lord Vader and Father”, zamieścił kilka dni temu informację, że jesteś chory na schizofrenię paranoidalną. Z kolej twój adwokat twierdzi, że: „Chodzi jedynie o drobne problemy ze skorygowaniem parametrów niezbędnych do korelacji śledziony względem wątroby z uwzględnieniem tajnych danych NFZ”. Jak jest naprawdę?

Reżyser nie zamierzał odpowiedzieć na to pytanie, czemu dał wyraz śmiejąc się gościowi prosto w twarz. Następnie odwrócił się plecami do wojownika i jął kontemplować krajobraz za oknem. Kiedy jednak Indianin wyciągnął z teczki solidnie naostrzony tomahawk oraz kilka ociekających jeszcze krwią skalpów, Opolańskiemu rozwiązał się język:

– Kilka miesięcy temu, jak zwykle o tej porze roku, zabraliśmy się za przygotowania do filmu o rumianym facecie z nadwagą, przynoszącym dzieciom prezenty. Wymyśliłem sobie, że ma to być historia Mikołaja z lat jego młodości, zanim zszedł na złą drogę i zaczął tyć, tudzież rozdawać różne rzeczy za darmochę. Po napisaniu scenariusza zwróciłem się do kilku agencji aktorskich i ruszyły zdjęcia próbne. Najlepiej wypadł dziarski i, co tu kryć, niezwykle przystojny młodzieniec – Alejandro. Zdawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. – Reżyser przerwał opowieść. Widać było, że wracanie wspomnieniami do tych wydarzeń sprawia mu ból.

– I co było dalej? – zapytał, po chwili przerwy, Indianin.

– Alejandro oczarował wszystkich. Miało to jednak i swoje złe strony. Po pierwszym dniu zdjęciowym przyszły do mnie aktorki. Oświadczyły, że pójdą wyłącznie drogą cnoty i odtąd będą grały tylko z Alejandro.

– To niemożliwe. Podpisałyście kontrakty – odparłem wściekły. – W tym biznesie nie ma miejsca na kaprysy czy sentymenty.

Wywaliłem chłoptasia na zbity pysk. Jakie jednak było moje zdumienie, gdy na drugi dzień rano usłyszałem dzwonki sań i do mojej sypialni wkroczył Święty Mikołaj.

– Chcę, żebyś wiedział, iż Alejandro to mój siostrzeniec. Skrzywdziłeś go w sposób haniebny. W związku z tym nie licz na to, że kupię kiedykolwiek któryś z twoich filmów. O kolejce też możesz zapomnieć – rzucił gniewnie i ostentacyjnie podarł mój list z opisem wymarzonego prezentu.

Reżyser sięgnął pod łóżko i wyjął solidną lagę.

– Oto co mi zostawił – szepnął smutno Radomir i rzucił się na łóżko, łkając żałośnie.

Pewien Apacz uśmiechnął się pod nosem i rzekł do siebie: „I pomyśleć, że do tej pory sądziłem, iż to mój umysł stanowi największą zagadkę”. Następnie wyszedł z izolatki i pospieszył zainkasować nagrodę. Wiedział bowiem, że w gorącym okresie przedświątecznym trzeba być przygotowanym na wszystko, a zwłaszcza na odpływ gotówki.

img908

Autorem ilustracji jest Tomasz Woźniak.

h

„Kampania” by Marek Grzywacz

h

Mały Dominik miał spokojnie dzieciństwo. Takie, jakie tylko może zapewnić ciągle wzbogacająca się rodzina zapracowanych mieszczuchów z domkiem na przedmieściach i paroma kontami w banku. Problemy, zmartwienia, powody do niepokoju nie istniały. Streszczając – mógł się skupić na byciu dzieckiem i nie myśleć o niczym innym.

Spokój Dominiczkowi zapewniało także to, że był jeszcze zdecydowanie za mały, aby mieć świadomość pewnych rzeczy dziejących się wokół niego. Nie wiedział, że na górze, w sypialni rodziców, mama odziana w skóry zakłada właśnie gigantycznego strap-ona, by dać tacie całą noc słodkiej, acz nieco bolesnej degradacji. Nie posiadałby dość pojęcia o życiu, aby zrozumieć dlaczego jego starsza siostra w krzakach trzy przecznice dalej wkłada sobie do ust niedomytego penisa podejrzanego typa, licząc na to, że dostanie w nagrodę więcej tajemniczego, białego proszku. Nie zgadłby, iż jego brat, przechodząc ostatni poziom ultrakrwawej wyrzynanki, fantazjuje skrycie o chwili, w której puszczą mu hamulce, dzięki czemu wreszcie przeniesie rzeźnię z ekranu do prawdziwego świata.

Czy gdyby Dominik poznał choć jeden z tych sekretów dorosłego życia, byłby w stanie zachować bezmyślną niewinność? Na pewno nie. Ale oszczędzono mu takiej wiedzy. Dzięki temu mógł poświęcić całą swoją uwagę pełnemu oczekiwania obserwowaniu najważniejszego obiektu w dużym pokoju.

Skarpety wiszącej nad kominkiem.

Tak, magiczna noc szóstego grudnia. W tym roku Dominik opracował plan. Rozpieszczający go rodzice zgodzili się, by spał na dole – ten punkt mógł już odhaczyć. Pozostało złapać na gorącym uczynku Świętego Mikołaja i cyknąć mu zdjęcie aparatem w komórce. Tym sposobem zyskałby dowód i ten wredny buc, jego starszy brat, już nie mógłby straszyć go oszczerstwami, że Mikołaj jest tylko żałosnym wymysłem dla małych dzieci!

Dominik marzył o tej chwili i oczyma duszy widział, jak z twarzy braciszka w momencie znika kpiący uśmieszek.

Czekał więc cierpliwie, ukryty pod puchową kołdrą. Czekał i czekał i czekał… aż doczekał się.

W kominie coś zaczęło nagle hałasować. Dziwny szmer, jakby coś powoli zsuwało się w dół. Dominik nie wytrzymał napięcia, zerwał się na równe nogi, wycelował aparat w palenisko kominka.

Co prawda spodziewał się, że Święty wejdzie oknem czy coś. W końcu w szybie komina nie zmieściłby się nawet on sam, a co dopiero znany z iście amerykańskiej nadwagi staruch. Ale coraz głośniejsze i liczniejsze dźwięki upewniały dzieciaka, że oto nadchodzi długo wyczekiwana chwila.

Dominik zamarł, zaskoczony tak dogłębnie, jak jeszcze nigdy w swoim krótkim życiu.

Z komina wydostała się ogromna kula ciemności. Poruszała się. Falowała i drgała hipnotyzująco. Pachniała w dodatku rybą i zgnilizną, której dziecko nie byłoby w stanie opisać. Światło księżyca oświetliło mroczne zjawisko i Dominik ujrzał wszystkie przerażające detale. Na kłąb macek, śliskiej skóry płaza oraz wypustek zakończonych otworami gębowymi pełnymi zębów jakiś chory do cna żartowniś założył charakterystyczną, czerwoną czapkę, a pod zestawem ośmiu jaszczurzych oczu i czterech papuzich dziobów przykleił siwą brodę z waty.

Ale przerażony chłopczyk już tego nie widział. Spojrzał bowiem w ślepia monstrum, a w ich opalizującym wnętrzu znalazł gwiazdę. Bynajmniej nie Betlejemską, o nie. Do świecącej kuli dołączyły następne, orbitowały wokół siebie, podróżowały przez firmament tylko po to, by ułożyć się w tej jednej, właściwej konfiguracji. I Dominik nagle wiedział, miał pełną świadomość, że gdy tylko bluźnierczy układ zaskrzy się na niebie, inne gwiazdy znikną i nad światem zapanuje ciemność barwy źrenic stojącej przed nim bestii.

Dominik nie wytrzymał. Zaczął wrzeszczeć.

Monstrum nie spodobały się krzyki małolata. Konwulsyjnie wymachiwało odnóżami, skarżąc się zestawem gulgotów i pisków. A potem spanikowało. Wyciągnęło z worka kryjącego się pod splotami macek duże pudło owinięte w czerwony papier. Cisnęło pakunkiem prosto w głowę drącego się chłopca. Uciszając go skutecznie. Dominik zemdlał, a oślizgła istota czmychnęła z powrotem w górę komina, gdyż od strony schodów słychać już było kroki taty, zezłoszczonego, że przerwano mu ulubioną zabawę – lizanie butów.

Gdy Dominik ocknął się w szpitalu, znowu wrzeszczał. Krzyczał tak, aż ulitowało się nad nim własne ciało i struny głosowe odmówiły posłuszeństwa.

***

Następnego dnia, gdzieś głęboko pod ciemną powierzchnią Południowego Pacyfiku, w malowniczo rozłożonym na dnie oceanu cyklopowym mieście, Wielki Przedwieczny z rosnącą niecierpliwością wsłuchiwał się w raport. Rybiooki (a, prawdę mówiąc, ogólnie rybiogęby) specjalista od PR przedstawiał Najmroczniejszemu z Mrocznych kolejne wykresy, diagramy słupkowe i zestawienia statystyk.

Wielki Przedwieczny miał tego serdecznie dość.

– W konkluzji muszę stwierdzić, iż akcja, z nieprzewidzianych w założeniach kampanii powodów, może nie wpłynąć na Twój, o Największy ze Śpiących, wizerunek tak pozytywnie jak zakładaliśmy – podsumował swój wywód Rybiooki.

Władca Ciemności westchnął, co brzmiało raczej jak ryk stada szarżujących nosorożców. Domyślał się, że nie będzie łatwo rozwiązać problemów, coraz rozleglejszych zresztą. To rozpoczęło się dekady temu, i choć te powinny być dla niego mgnieniem oka, stało się inaczej. To zaskakujące jak szybko marna, bądź co bądź, ludzka rasa potrafi przeobrazić najbardziej nawet napełniającego grozą starożytnego potwora w celebrytę. Odkąd banda małpoludów poświęciła Najmroczniejszemu zdecydowanie za dużo literackiej uwagi, reszta gatunku podchwyciła temat i Śniący stał się prawdziwą ikoną popkultury. Ku własnemu niezadowoleniu.

Bo Wielki Przedwieczny w istocie miał głęboko w zielonkawej dupie to, co działo się na górze. Cenił sobie spokój i marzył, żeby wszyscy w końcu się od niego zwyczajnie odpierdolili.

Na prawdziwą eskalację nic nie mogło go przygotować.

Ktoś powiązał niewymawialne miano Najmroczniejszego z kolejnym końcem świata, zapowiadanym tym razem na Gwiazdkę roku dwa tysiące dwanaście. To, że nie miał najmniejszego zamiaru uczestniczyć w żadnej apokalipsie nie liczyło się dla małpoludów. I nękano go coraz bardziej. Niedorobieni kultyści odczytywali w studenckich mieszkaniach bluźniercze księgi, paranormalni badacze szukali metod walki z bestiami, a autorzy tanich powieści i dennych gier komputerowych zarabiali krocie na wszystkim, co miało słowo „macka” w tytule.

Cyrk nad cyrki.

Wielki Przedwieczny nie zamierzał czekać, aż spuszczą mu do siedziby pakunek z bombą atomową albo, co gorsza, Jamesa Camerona.

Oczywiście „niezastąpiony” dział PR w R’lyeh opracował koncepcję jakby tu odwrócić uwagę pionków od zatopionej domeny i jej właściciela. Rybowaci wykombinowali mianowicie, że ludzie kochają się w monstrach, tragediach, krwawych jatkach i Armageddonach, za to niekoniecznie w słodkich do zrzygania, pełnych dobroci postaciach, które jak najszybciej zamiatają do bajek dla dzieci. Trzeba było tylko sprawić, by postąpili tak także z Jego Mackowatą Obecnością.

To i wymyślili.

Skoro wokół globu ze dwa razy do roku lata koleś zbijający kokosy na byciu bajkowym dobrodziejem dzieciarni, a dorośli interesują się nim jedynie w celach marketingowych, wystarczyło tylko pozbyć się go i podstawić do roznoszenia podarków tysiące milusich (i nieco oślizgłych) zastępców. W ten sposób nikt nie mógłby już potraktować ich szefa na poważnie.

Cóż, trochę nie wyszło. Dzieci okazały się nieco… nieprzygotowane.

– Myślę, że powinniśmy poddać dane dogłębnej analizie, pozbyć się błędów związanych z imidżem, połączyć to z kampanią marketingową promującą nowy wizerunek i na dwudziestego czwartego przygotować drugi, tym razem perfekcyjny etap akcji – zakończył Rybiooki, strasznie z siebie dumny.

Jego mistrz nie podzielał entuzjazmu. Macka sięgnęła ku ukrytej dźwigni i po chwili podłoga dosłownie wciągnęła nieszczęsnego specjalistę. Jego stłumione wrzaski jeszcze długo rozbrzmiewały w centralnej komnacie. Wielki Przedwieczny uznał je za ogromny brak wdzięczności i elementarnego dobrego wychowania. Przecież spadając ku jądru Ziemi jego sługa miał tak niecodzienną okazję podziwiać ornamenty na ścianach szybu, co rzadko jest dane jakiejkolwiek istocie żywej, a to przecież unikalne dzieła sztuki. Coś jak prace Gigera, tylko lepsze.

Śniący znów westchnął.

Totalna klapa. Akcja Boże Narodzenie została odwołana.

Właściwie to raz na zawsze i dla całego świata.

Grubego błazna w czerwonych pantalonach Wielki Przedwieczny spuścił przecież w dół szybu parę dni wcześniej.

h

***

h

I to już koniec zderzenia bizarro z okresem świątecznym i  zwłaszcza nieodzownym dla niego Świętym z Laponii. Mamy nadzieję, że właśnie na takie prezenty czekaliście…  a jak nie, to ufamy, że byliście co najmniej skonsternowani naszymi szczodrze polukrowanymi wariactwem propozycjami.

My już zamykamy mikołajkowy kram, ale to nie znaczy, że inni nie przynoszą wam mnóstwa atrakcji – w dodatku czasem takich, w ramach których trzeba się wykazać. O, np. zaprzyjaźnione Wydawnictwo Fu Kang oferuje wam szansę wygrania sobie literackiego prezentu. Wystarczy tylko dać się ponieść fantazji (ale może nie aż tak jak co po niektórzy nasi autorzy :P) i pogdybać co by było, gdyby Mikołaj natrafił w swych wojażach na pełen repertuar potworów rodem z katalogu wytwórni Universal czy innego Hammera.

Więcej informacji poniżej:

h

Zapraszamy do udziału w konkursie „Mikołaj” 🙂

Zabawa dzieli się na dwa etapy:
 
PIERWSZY– w terminie od 06.12.2012 do 21.12.2012 osoby chcące uczestniczyć w konkursie nadsyłają do nas (wydawnictwo(at)fukang.pl) krótkie opowiadania (0,5 – 1 str. A4) luźno nawiązujące do poniższego obrazka:

DRUGI – publikujemy nadesłane prace na stronie fukang.pl, pod każdym z nich uruchamiamy naszą „sondę” i zliczamy głosy oddawane na poszczególne opowiadania przez odwiedzających stronę. Ten etap potrwa od 22.12.2012 do 04.01.2013.
 
Uczestnicy, których opowiadania zbiorą najwięcej głosów i zajmą odpowiednio 1, 2 i 3 miejsce w konkursie, będą mieli możliwość wybrania sobie nagród książkowych spośród tytułów Wydawnictwa. Dodatkowo redakcja Wydawnictwa samodzielnie wybierze laureata nagrody specjalnej.
h
Szczegółowe informacje zawiera Regulamin konkursu dostępny TUTAJ
h
ZAPRASZAMY!
h
h
Advertisements
  1. HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!!!!! hAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!!!!!!!!!!!!!!!! HAHAHAHAHAHAHAHAHA!!!!!!!! HAHAHAHAHAHAHA!!!!!!!!!!!!!!!!

  2. … i oczywiście HU HU HUUU 🙂

  3. i coś kontrowersyjnego o zimie, np że zła

  4. No to teraz koniec świata może już następować 😉

  5. jeszcze przynajmniej tydzień. z drugiej strony nie trzeba będzie lepić pierogów na wigilię

  6. Ech, znając ich wsich, ten właściwy koniec świata pewnie był tydzień temu. 😉

  7. no i dobrze.przynajmniej nie ma się już czego obawiać

  8. teraz możemy czuć się pełną gębą (nie)bezpieczni…

  9. tylko co z innymi częściami organizmu?

  10. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie inne części organizmu też bywają (nie)bezpieczne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: