polskie centrum bizarro

„Ristretto” by Bartosz Orlewski

In Opowiadania on Grudzień 18, 2012 at 6:00 am

niedobreliterki-mikołaj-nieświęty logoJak zapewne zauważyliście, niedobre literki i panoszący się na nich Paskud oferują wiernym czytelnikom jedynie towar lepszy i lepciejszy. Do tej drugiej kategorii z pewnością zaliczają się teksty Bartka Orlewskiego. Jego najnowsze opowiadanie Ristretto stanowi doskonały dowód na to, że nasze przechwałki są w pełni uzasadnione.

Jak to w tekstach Bartka, w jego najnowszym wejściu smoka znajdziecie metaforyczny świat, refleksyjną atmosferę i więcej niż odrobinę filozofii. Wszystko to w plastyczno-niebanalnej oprawie językowej.

Lecz ostrzegamy; nie dajcie się zwieść łamiącemu język brzmieniu tytułu ani powyższym przymiotnikom – jeśli już będziecie narażeni na łamanie, to nie języka a umysłu. To historia dla prawdziwych twardzieli. Z akcją, epickim konfliktem, upiornymi paskudztwami fruwającymi i całym przynależnym takowej menażerii bagażem estetycznym (znajdą się nawet efektowne wybuchy). Chcecie przekonać się, czy należycie do tego grona? Zapraszamy, wszak do odważnych…

h

Ristretto

h

Gdy nadszedł kres dziejów, siedzieliśmy w kafejce na stacji benzynowej, wśród chromu i szkła, wsłuchani w szum naszych sumień. Słońce krwawiło nad horyzontem, szosą mknęły rozmazane światła, nieliczni klienci, głównie kierowcy ciężarówek, oglądali wieczorne wiadomości, złotowłosa kelnerka przyjmowała zamówienia, a w kuchni trwał festiwal niezdrowego żarcia – w tym samym czasie stary świat ustępował pod naporem zakulisowych machinacji Maszynerii. I ani ja, Johnny Ristretto, ani Diogenes, mój najlepszy przyjaciel, mimo szczerych chęci i nadzwyczajnych umiejętności, nie mogliśmy temu zapobiec.

Straciliśmy bowiem Czarną.

*

Czarna nie miała spojrzenia kradnącego serce ani ust wartych cudzołóstwa. Nie miała też długich, zgrabnych nóg ani pełnych, sterczących piersi, których widok mógłby skutkować epidemią priapizmu. Nie poruszała się z gracją i nie ubierała z klasą. Była jednak wspaniała.

Narodziła się wśród zgliszczy i ruin. W dymie i huku. Na dnie rany zadanej rzeczywistości.

Bardzo dobrze pamiętam tamtą noc. Siedziałem nad filiżanką podwójnego espresso, gapiąc się przez okno na pustą ulicę, kiedy dach baru został rozerwany na strzępy, a do środka wpadła naelektryzowana kula. Diogenes zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i brązowy cukier. Robił to z pogardą właściwą cynikom. Nawet nie zaszczekał, gdy kula osiadła na kontuarze, tuż przed osłupiałym barmanem, i eksplodowała snopem iskier. To właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Przykucnęła… na blacie. Skulona, drżąca. Oblepiona dogasającymi iskrami. Bezdennie czarna. Po chwili zeskoczyła… na podłogę i pomknęła ku drzwiom. Wyleciały na ulicę, wyrwane z zawiasów.

Dokończyłem w milczeniu kawę. I wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad tym, co dalej. Wkrótce dołączył do mnie Diogenes. Zamerdał ogonem i oblizał pysk z bitej śmietany. Powiedziałem mu, co zamierzam zrobić. Szczeknął, że się zgadza. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć i poznać jej tajemnicę. To, skąd się wzięła, kim/czym była, co planowała. Nie dawało mi spokoju jej spojrzenie, w którym dostrzegłem wyzwanie rzucone całej rzeczywistości.

Oto, czego się dowiedziałem po dwóch tygodniach poszukiwań, uboższy o stertę cudzych banknotów oraz garść własnych zębów. W końcu byłem prywatnym detektywem.

Tamtej nocy, zanim Czarna wpadła przez dach do baru, rozpędzone gitary elektryczne przypuściły szturm na niebiosa, doprowadzając do wrzenia pięć sal koncertowych w różnych zakątkach Ziemi. Maszyneria dostała zadyszki. I stanęła na jedną decydującą chwilę w miejscu. Błąd w systemie. Wywołany, jak się później okazało, przez intruza.

To była gorąca noc. Księżycowa, rozedrgana kąśliwymi riffami. Pięć heavymetalowych bestii wygrywało oldschoolowe hymny. Pięć cuchnących potem, skórami i stalą widowni. Na każdej po pięciuset pięćdziesięciu pięciu fanów. Razem: pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt rąk uniesionych w geście mano cornuta. Brakowało tylko gwiazd ustawionych w należytym porządku. Kiedy rozbrzmiały początkowe riffy pięciu czaderskich kawałków, znane ludziom gwiazdozbiory zniknęły, zastąpione nowymi w kształcie diabelskiej dłoni. To właśnie wtedy rozpoczęła się akcja porodowa. Maszyneria zazgrzytała, jakby zawodząc z bólu, a potem znieruchomiała na jedną, długą chwilę, podczas której pięć solówek zraniło rzeczywistość. Z gitar wystrzeliły błyskawice, skumulowały się pod sklepieniem niebieskim, po czym pomknęły w dół – prosto do baru, w którym Diogenes i ja piliśmy kawę.

Heavymetalowe bestie zagrały głośniej niż piekło i rozpętały sekwencję zmian. W dziejach. Nie oszczędzając przeszłości.

Na początku Czarna przemierzała bary, kawiarnie, restauracje, puby i tym podobne przybytki, dzieląc się sobą z ludźmi. Wszędzie tam, gdzie było to możliwe, zostawiała cząstkę samej siebie w posiłkach i napojach. Nie rzucała się w oczy. Nawet Maszyneria nie zorientowała się, że wypuściła na świat własną zgubę. Dzwonek alarmowy rozdzwonił się dopiero wtedy, gdy Czarna zaczęła odwiedzać należące do międzynarodowych korporacji fabryki i wzbogacać sobą produkowane w nich napoje i jedzenie. W ten sposób jej działalność zyskała globalny zasięg.

Pod wpływem Czarnej zmieniali się nie tylko ludzie, którzy w większości byli nieświadomymi nosicielami sensów wytwarzanych przez drzemiącą w czeluściach rzeczywistości Maszynerię. Czarna zmieniała również dzieje. Przepisywała je na nowo, uwalniając spod władzy nie-ludzkich znaczeń.

Wzmianki o Czarnej zaczęły pojawiać się w świętych księgach ziemskich religii, na kartach dzieł filozoficznych, w dziełach literackich, na obrazach, w filmach, piosenkach i komiksach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj nie wiedzieli o jej istnieniu, nabierali przekonania, że widziano ją z jakimś rzymskim legionistą na miejscu kaźni Chrystusa. Wspominali o tym w swoich ewangeliach Mateusz i Łukasz. Wcześniej napomknął o niej Platon w „Uczcie”. Sceptyk Eubulaos napisał w swoich pamiętnikach, że jego mistrz Tymon, skądinąd uczeń samego Pirrona, stracił dla Czarnej nie tylko głowę, ale i majątek. Kochał się w niej Epikur. Bez wzajemności jednak.  Zenona i Chryzypa, dwóch stoickich mędrców, wyrywała z apatii. Ku ich uciesze, a zgorzeniu uczniów. Mahomet się z nią nie rozstawał, co według niektórych komentatorów hadisów budziło w Allachu zazdrość. Czarna znalazła się też na kilku płótnach Andy’ego Warhola. Na „Let It Be” Beatlesów. W „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Nagle wszędzie jej było pełno – w przeszłości.

Była sprytna. Ale zadarła z Maszynerią. Boskim gadżetem do generowania historiozofii i powiastek mniejszego kalibru. Nic więc dziwnego, że rychło na trop Czarnej wpadło Ślepiszcze. Wielki łeb, możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Na nosie okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne. Dopadliśmy bestię, kiedy zagoniła Czarną w ślepy zaułek. Swym potężnym cielskiem, wciśniętym w podarte dżinsy, zieloną koszulę i sztruksową marynarkę, odcięła jej drogę ucieczki. Diogenes prowadził, ja obsługiwałem działo. Czarna tańczyła między szponami i szczękami Ślepiszcza, starając się nie uronić ani jednej kropli swej cennej substancji. Nie mogłem zwlekać. Gdy Diogenes ustawił samochód bokiem do uliczki, którą tarasowało monstrum, otworzyłem ogień. W plecach bestii zakwitły krwawe kwiaty. Ślepiszcze straciło równowagę i zatoczyło się na ścianę, co skwapliwie wykorzystała Czarna. Przemknęła między nogami napastnika i wskoczyła do samochodu. Ruszyliśmy.

W stronę horyzontu. I dalej. Do baru przy Końcu Świata. Takiej ulicy. Tam mogliśmy porozmawiać w spokoju. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była czwarta nad ranem. Świt miał nadejść za dwie godziny. Z kubkiem cappuccino usiadłem naprzeciwko Czarnej. Byliśmy jedynymi klientami. Przedstawiłem się i powiedziałem, czego od niej chcę. Zgodziła się. Nie dlatego, że uratowałem jej życie. Po prostu nigdzie się nie śpieszyła. Lubiła igrać z losem. Poza Ślepiszczem ścigała ją Biała Śmierć i Laktoza. Wyjątkowo wredni natural born killers Maszynerii. Kiedy jej o tym przypomniałem, jedynie prychnęła w ten dziwaczny sposób, w jaki prychają istoty jej rodzaju, i rozpoczęła swoją opowieść.

Skończyła, gdy świt zawitał do baru. Zmrużyłem oczy. Skąpana słonecznym blaskiem, wyglądała ponętnie. Poczułem ssanie w żołądku. Wiedziałem o niej wszystko, co mogłem i chciałem wiedzieć. Pozostała mi tylko jedna rzecz do zrobienia.

Opowiedziałem jej o sobie.

*

Byłem prywatnym detektywem i znałem sekretną stronę rzeczywistości. Nie zajmowałem się jednak wampirami, wilkołakami ani mniej standardowymi nadnaturalnymi odmieńcami. Moim głównym zadaniem, z racji przynależności do pewnej starożytnej organizacji, było stawianie czoła machinacjom Maszynerii. Wespół z cechowymi koleżankami i kolegami dbałem o to, aby Maszyneria nie zdefiniowała naszego świata w całości na swoją modłę. Wiedzieliśmy, że gdyby to zrobiła, natychmiast skonsumowałaby owoce swojej sensotwórczej działalności. Po czym wyruszyłaby w poszukiwaniu nowej ofiary.

Maszyneria była pieprzonym pasożytem. Zmieniającym ludzi w znaki uwikłane w semantykę i pragmatykę spoza granic rzeczywistości.

Od Czarnej dowiedziałem się, że istnieją inne metafizyki. Cały kosmos pieprzonych pasożytów, o jakich nie śniło się największym członkom naszej organizacji: Arystotelesowi, Leibnizowi i Chalmersowi. Można je pokonać, powiedziała Czarna i złożyła kuszącą propozycję. Aż gwizdnąłem z wrażenia. Myśl o tym, że można zniszczyć Maszynerię, wprawiła mnie w ekscytację. Nie spodobała mi się jednak jedna rzecz. Czarna postawiła warunek, że zrobimy to sami – tzn. Diogenes, ona i ja – albo wcale. Miałem nie informować przełożonych. Wymieniłem spojrzenia z Diogenesem, który siedział przy barze i opróżniał drugą szklanicę kawy po irlandzku. Zmarszczył brwi i pokręcił z dezaprobatą łbem. Miał pchlarz rację, zacząłem więc marudzić, jak przystało na podejrzliwego detektywa, ale po trzech kolejkach podwójnego espresso, za które zapłaciła Czarna, typowa męska próżność – jedna z moich największych słabości – mocnym kopniakiem odesłała wątpliwości na cmentarzysko dobrych pomysłów.

Zgodziłem się, a wtedy Czarna zdradziła nam swój plan.

Dla istot pokroju Maszynerii tacy jak ja, Diogenes i Czarna – nie wspominając o wampirach, wilkołakach i innych nadnaturalnych odmieńcach – byli anomaliami. Odchyleniami od naturalnego porządku. Perwersami. Dopóki istniały anomalie, metafizyka nie mogła pożreć świata, na którym pasożytowała. Dlatego ze wszystkich sił – korzystając z zaklęć w formie różnego rodzaju inferencji, prowadzących na ogół do paradoksalnych wniosków – walczyliśmy z Maszynerią i jej agentami, wśród których, co ciekawe, trafiały się istoty nie mniej anomalne niż my – Ślepiszcze, Biała Śmierć czy Laktoza. Używaliśmy również zmodyfikowanej zaklęciami broni. Diogenes preferował wydrążone w środku pałeczki do sushi, które nie dość, że ostrzegały o zbliżających się agentach Maszynerii, to jeszcze pozwalały mu na plucie śmiercionośnymi kulkami whiskey, brązowego cukru i upiornie mocnej kawy.

Pałeczki zaświeciły na niebiesko, gdy Czarna skończyła wyjaśniać, w jaki sposób możemy włamać się do Maszynerii i… zniszczyć ją od wewnątrz. Byłby to skok wszechczasów. Przynajmniej dla mojego świata. Diogenes warknął i zeskoczył z barowego stołka. Spojrzałem przez ramię w kierunku wejścia i zobaczyłem sunące środkiem ulicy kłopoty – promienie słońca tańczyły na kuloodpornej powierzchni dwumetrowego dzbana. W środku chlupotała Laktoza. W ułamku sekundy byłem już na nogach. Pomiędzy Czarną, która zdążyła schować się pod stolikiem, a lecącymi w moją stronę resztkami drzwi. Padłem na ziemię i sięgnąłem do kieszeni po kluczyki od samochodu. Spod klap po obu stronach intruza wyjechały z metalicznym łoskotem wysięgniki, do których były przymocowane obrotowe działka. Zanim z wirujących luf wyleciały białe smugi, Diogenes aktywował swoją energetycznie najkosztowniejszą moc i zmienił się w rozmazaną kulę biszkoptowej sierści. Wymachując z obłędną prędkością czterema pałeczkami, pomknął na spotkanie z pociskami, które wystrzeliła Laktoza. Część z nich wróciła do nadawcy, spychając go za próg, pozostałe przeleciały nad kryjówką Czarnej, zmieniając fragment lokalu w ogromne sitko. Działka zamilkły, Laktoza zawrzała, zabulgotała, puste magazynki wypełniła nowa porcja śmiercionośnego płynu. Diogenes wylądował na czterech łapach, z jęzorem wywalonym na wierzch, dyszał jak miech. Wiedziałem, że nie zdoła powtórzyć tego samego numeru. Moja kolej, szepnąłem do Czarnej i kazałem jej trzymać się blisko podłogi. Zaparkowany przed lokalem samochód namierzył napastnika. Wcisnąłem właściwy przycisk w breloczku, a zamontowane w bagażniku działo jednym strzałem zmiotło Laktozę na drugi kraniec ulicy. Teraz, krzyknąłem i poderwałem się do biegu, ciągnąc za sobą Czarną. Diogenes ostatkiem sił wskoczył na tylne siedzenie. Wrzuciłem pierwszy bieg i pomknęliśmy w głąb dzielnicy, mijając dzban gramolący się spod gruzów pustostanu.

Laktoza nie podjęła pościgu.

Wyjechaliśmy z miasta, aby przeczekać kilka dni w ukryciu i przygotować się do realizacji planu Czarnej. Gdy skręciliśmy w leśną drogę wiodącą do niepozornej chatki, zapytałem moją nową wspólniczkę o heavy metal. Czarna opuściła szybę i zmarszczyła swą smolistą toń. Nie lubię heavy metalu, powiedziała. Zależało mi na tym,  aby Maszyneria pomyślała, że tamta koncertowa anomalia to robota kogoś stąd, jakichś długowłosych metafizyków, a nie dzieło intruza. Chciałam zyskać na czasie. Nic poza tym. Kiwnąłem głową. Rozumiem, odparłem. Diogenes warknął. Wyczuł zawód w moim głosie. Widzisz, dodała po chwili, pochodzę ze świata podobnego do twojego, Johnny. Ze świata, w którym ukrzyżowano Judasza, Beatlesi wymyślili punk rocka, Philip K. Dick napisał „Cyberiadę”, a „Czas Apokalipsy” nakręcił Robert Zemeckis. Mogłam wybrać cokolwiek. Nie gniewaj się.

Dojechaliśmy na miejsce. Zgasiłem silnik. Nie gniewasz się? – intensywny zapach Czarnej podrażnił moje nozdrza. Nie, odpowiedziałem i nachyliłem się, aby ją pocałować, ale ona była już na zewnątrz, obok Diogenesa, który obsikiwał rosnące wzdłuż drewnianego płotu krzaki.

Cholera.

*

Od tamtego czasu minęły dwa tygodnie. Włamaliśmy się do Maszynerii, dotarliśmy do jej sekretnego centrum i u stóp czegoś, co Czarna nazwała „istotą tej metafizyki”, zostawiliśmy tykającą niespodziankę. Do tego momentu wszystko szło dobrze, podejrzanie wręcz łatwo, jak na mój przeczulony gust. Byłem więc czujny, Diogenes również. W drodze powrotnej, mimo naszych wyostrzonych zmysłów i rozbieganych spojrzeń, podrasowanych miksem najmocniejszych kaw, wpadliśmy w zasadzkę. Pojawili się nagle, doskonale skoordynowani, ich humanoidalne ciała były białe, gładkie, bezwłose, nagie i bezpłciowe, mieli ogromne skrzydła o czarnych piórach ze złocistymi brzegami. Diogenesa i mnie związali walką, odcinając od Czarnej, która została z tylu, w głębi korytarza. Walczyła dzielnie, zawzięcie, mimo że napastników było zbyt wielu, aby mogła wygrać. Wysypywali się z bocznych korytarzy, z kryjówek w ścianach, podłodze i suficie. Silni i sprawni. O wyglądzie olimpijskich bogów. W końcu im uległa. Opuściła broń i krzyknęła, byśmy uciekali. Skinąłem głową i dałem znak Diogenesowi. Nie mogliśmy jej pomóc. Nie tutaj i nie teraz.

Uciekaliśmy korytarzami rozciągającymi się ponad naszym światem, na styku królestwa Maszynerii i kosmicznej pustki, w której krążyła Ziemia. Gdy dotarliśmy do samochodu, Diogenes wskoczył za kierownicę, a ja zająłem fotel pasażera i wyciągnąłem z plecaka detonator. Popędziliśmy ku Ziemi sekretnym tunelem wiodącym przez zaplecze rzeczywistości. Boczne lusterka odbijały gnającą za nami hordę skrzydlatych albinosów. Diogenes docisnął pedał gazu. Opuściłem szybę i pomachałem pościgowi dłonią z wyprostowanym środkowym palcem. Potem Maszynerią wstrząsnęła eksplozja.

Wszystko zgodnie z planem. Tyle, że awaryjnym.

Po kilku dniach dwie rzeczy stały się dla nas oczywiste. Czarna nie pojawiła się w leśnej kryjówce ani w żadnym z innych, wcześniej ustalonych miejsc. Prawdopodobnie była martwa. Natomiast Maszyneria nie przestała istnieć. Coś poszło nie tak i eksplozja – zamiast pozostawić po sobie metafizyczne truchło – wzmocniła metafizykę, która przystąpiła do kontrataku i w kilku sprytnych posunięciach zyskała miażdżącą przewagę. Większość moich cechowych koleżanek i kolegów została zabita, wampiry, wilkołaki i pozostali nadnaturalni odmieńcy zaczęli systematycznie znikać, wręcz być wymazywani z rzeczywistości, jakby nigdy nie istnieli. Triumfująca Maszyneria snuła bez przeszkód zaplanowaną dla naszego świata opowieść.

Mogliśmy jedynie czekać na koniec kresu dziejów.

Więc czekaliśmy, siedząc w kafejce na stacji benzynowej, wśród chromu i szkła, wsłuchani w szum naszych sumień. Słońce krwawiło nad horyzontem, szosą mknęły rozmazane światła, nieliczni klienci, głównie kierowcy ciężarówek, oglądali wieczorne wiadomości, złotowłosa dziewczyna dolewała kawę, a w kuchni trwał festiwal niezdrowego żarcia. Zamówiłem tackę wypełnioną po brzegi dwudziestoma filiżankami podwójnego espresso. Kelnerka popatrzyła na mnie jak na wariata, ale po kwadransie przyniosła moje zamówienie. Diogenes zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i cząsteczki brązowego cukru. Nie odzywał się od kilku godzin. Podziękowałem kelnerce i wypiłem szybko pierwsze cztery filiżanki. Wypełniła mnie gorzka w smaku moc. Wciąż byłem sobą. Nie miało to jednak już żadnego znaczenia.

Diogenes zastrzygł uszami. Przestał siorbać i posłał mi ostrzegawcze spojrzenie. Też to poczułem. Złowrogą obecność. Padającą na człowieka niczym cień. Zaczęło się, powiedziałem. Przyjaciel pokiwał ze smutkiem łbem. Do kafejki weszła Biała Śmierć. Wyglądała jak manekin zbudowany z kostek cukru, ubrany w czarny, dopasowany do sylwetki garnitur. Powiodła wzrokiem po sali, po czym podeszła do naszego stolika i bez słowa usiadła na wolnym krześle. Na widok filiżanek z espresso wygięła pogardliwie usta i powiedziała: Mogę je posłodzić. Diogenes warknął i zacisnął lewą łapę na pałeczkach od sushi. Nie, dziękuję, odparłem ze spokojem i opróżniłem kolejną filiżankę. To już koniec, prawda? – stwierdziła Biała Śmierć. Przyszłaś się napawać? – zapytałem. Napawać? – powtórzyła zdziwiona. Przegraliśmy, przypomniałem. Wtedy się roześmiała, co jeszcze bardziej zbiło nas z tropu. To wystarczyło, byśmy przeoczyli, jak sięga za plecy, pod marynarkę, i szybkim ruchem wyjmuje pistolet. Rozległ się huk, głową Białej Śmierci szarpnęło w lewo, broń uderzyła kolbą o podłogę, znieruchomiała pod stołem. W kafejce ustał festiwal niezdrowego żarcia, strumień kawy zastygł w połowie drogi do kubka stojącego na sąsiednim stoliku, słowa przylgnęły do warg kelnerki flirtującej z wytatuowanym mężczyzną o dużych, psich oczach. Wszystko to zaszło obok nas. Na drugim planie. Tym mniej ważnym.

Ziemia drży, powiedział Diogenes i szczeknął. Faktycznie, drżała. Drżały stoliki i półki. Talerze, sztućce i filiżanki. Te ostatnie zeskakiwały z blatów i sunęły w stronę drzwi. Na zewnątrz było ich więcej. Wypełniały parking, nadciągały szosą i bocznymi ulicami – z domów i sklepów. Setki bojowo nastawionych filiżanek.

Tęskniłeś?

Spojrzałem na krzesło, na którym spoczywały zwłoki Białej Śmierci. Obok nich zobaczyłem Czarną. Wyglądała wspaniale, mimo że nie miała spojrzenia, którym mogłaby skraść serce ani ust wartych cudzołóstwa. Jesteś jedną z nich, powiedziałem. Pieprzonym pasożytem. Zniszczyłaś ten świat. Czarna wskoczyła na stół. Nie, odrzekła ze złością. Nie jestem taka, jak one. Jestem lepsza. Mądrzejsza, bardziej sprytna i tolerancyjna. Jestem metafizyką nowej generacji. Jedyną w swoim rodzaju. I przyszłam tutaj dla  ciebie, Johnny. Z nową propozycją.

Oblizałem wargi. Czarna westchnęła wyczekująco. Diogenes wsunął głowę pod moją lewą dłoń i zaskamlał. Podrapałem go za uchem, a potem nachyliłem się ku Czarnej. Zanurzyłem w niej język i zamknąłem oczy. Smakowała cynamonem, rumem, wiśniami, bezmiarem stepu, wiatrem wiejącym nad prerią, była gorzka, mocna, zdecydowana na wszystko. Jasno i wyraźnie ujrzałem przypisany mi sens, moje miejsce w dziejach opowiadanych przez Maszynerię, w tym, co niekiedy brano za ogromy tekst liturgiczny, „w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta”*. Mogłem się przepisać. I przepisałem. O świcie, zanim na czele kofeinowej armii pomaszerowaliśmy doprowadzić kres dziejów do końca.

Bez wątpienia straciłem głowę dla Małej Czarnej w niezniszczalnej filiżance.

*L. Borges, Dalsze dociekania, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179

h
h
Reklamy
  1. Jaki fajny wstęp. 🙂

  2. Weird indeed.

  3. zajefajniocha tekściocha! 😀 😀 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: