polskie centrum bizarro

Przed końcem świata

In Akcje Literackie, Opowiadania on 21 grudnia, 2012 at 6:00 am

niedobreliterki-logo-koniec-świataNie przebrzmiały jeszcze echa trzech okołoMikołajowych wpisów, a oto fani Paskuda et cetera dostają pierwszą z dwóch aktualizacji związanych tematycznie z zapowiadanym na jutro Końcem Świata. Niejako z góry (albo dołu – jak kto woli) przepraszamy autorów i czytelników, którzy być może w związku ze spełnieniem się przepowiedni Majów nie doczekają drugiej części. Liczymy jednak, że ewentualne szoł (liczne katastrofy, znaki na niebie i ziemi i takie tam) zrównoważy Wam wszelkie niedogodności.

Tak więc nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć Wam superaśnego Armageddonu, który spędzicie najprzyjemniej przy lekturze kolejnej porcji bizarrowych szortali! Tym razem przygotowali je: Sylwia Błach, Ian Giedrojć, Darek Kuchniak i Rafał Christ. Dodatkowo, w ramach ostatniego na świecie gratisu, mamy dla was dwie grafiki Tomka Woźniaka (więcej niż tematyczne, joł)!

Miłej lektury i… niech się dzieje.

Amen!

h

Pastorapokalipsałka by Ian Giedrojć

h

Watykan 20.XII.2012

Palec Benedykta XVI nad przyciskiem atomowym zawisł z niepewnością.

– No? Co znowu? – kardynał Delgado tym razem już nie mógł ukryć irytacji. – Szefie, bywasz taką pierdołą, że czasem mam ochotę wziąć ten pastorał i zlać cię na gołe dupsko. Cholerni Niemcy i te ich historyczne kompleksy na punkcie ludobójstwa!

Ojciec święty zdjął piuskę, ścierając z twarzy kropelki potu. – Scheise, czy to dziwne, że się boję? A jeśli Majowie blefują? Jeśli jutro nic by się nie stało?

Delgado zacisnął pięści, aż skrzypnął mu różaniec. – Ile starczych, pozbawionych przyjemności lat ci jeszcze zostało, że nie chcesz ich zaryzykować dla glorii Chrystusa? Tracimy siłę, jeszcze kilkadziesiąt lat i będzie po Kościele katolickim, a tak przynajmniej mamy szansę odejść z hukiem. Zobacz, oświadczenie dla prasy mam tutaj na laptopie. Jedno kliknięcie i zdążą to jeszcze nadać, zanim pierwsze rakiety uderzą w miasta. Tylko posłuchaj:

„W imieniu Jezusa Chrystusa ogłaszamy koniec świata i życzymy przyjemnej podróży w zaświaty. Z poważaniem Benedykt XVI

PS. I co teraz niedowiarki?”

Delgado wciągnął powietrze do płuc: – Czy widzisz ateistów? Jak popuszczają sraczkę, gdy biegają w poszukiwaniu jakiegokolwiek krzyża? Ha, a tak walczyli, żeby je zdejmować, frajerzy! Benek, nie bądź cipą. Nie mamy nic do stracenia! Jezus zapowiedział powtórne przyjście i koniec świata jeszcze za życia ludzi, którzy go pamiętają. To znaczy, że spóźnia się jakieś dwa tysiące lat. Do kurwy nędzy, wiesz jak my z tym wyglądamy? Tacy świadkowie Jehowy przesuwali już datę apokalipsy pięć razy.

– Ja za tych małych chujków nie odpowiadam – zaprotestował papież, drapiąc się po karku Pierścieniem Rybaka.

– Benny, Benny – nie widzisz całego obrazu – lamentował Delgado. – Tyle lat w tajemnicy rozstawialiśmy rakiety po kościołach na całym świecie. Igraliśmy z ogniem, wożąc pluton papamobilem podczas tych cholernych pielgrzymek… Tyle przygotowań i co, teraz zaryzykujemy, że jakieś dzikusy wyprzedzą nas z końcem świata? Choć na finiszu pokażmy, że nie byliśmy w tym tylko dla pieniędzy.

– Aha! – Benedykt poderwał się z tronu. W ułamku sekundy znalazł się przy kardynale, zaskoczonym i bezradnym. Świst rozdarł powietrze. Prowadzony pewną ręką pastorał zakończył lot na zębach Delgado. Mężczyzna runął na posadzkę, ciągnąc za sobą smugę krwi.

– Głupcze – wiem kim jesteś! – wykrzyknął papież. – Koniec świata wam się zamarzył, co? Moimi rękami, co? Scheise! Niedoczekanie! Maya schwein!

– Ale jak?

– Ciało Delgado przypadkowo znaleziono już miesiąc temu, w żołądku grubej tajskiej prostytutki. Och, doskonale go podrobiłeś, muszę to przyznać… Ja, richtig, fizycznie zgadzacie się co do pieprzyka na pośladku, psychicznie jednak czegoś zabrało.

– Ja też jestem Delgado. Kardynał był moim bratem bliźniakiem, a dla dobra tej akcji musiałem go zabić – zwiesił głowę agent Majów.

– Imponujące, sehr gut. Szkoda, że wybrałeś złą stronę. Tak czy siak, koniec świata poczeka. Bo dziś mein freund… – papież złowieszczo zawiesił głos, przygniatając pastorałem krocze mężczyzny. – Wyśpiewasz mi, gdzie jest ukryte złoto Majów!

czesc pierwsza

h
h

Koniec świata by Darek Kuchniak

h

Jak wieść gminna niesie, dzień w którym wszystko się urwie i to definitywnie, zbliża się coraz szybciej. I jak mówi przepowiednia pani Gieni z zieleniaka, w którym Pewien Apacz nabywa każdego ranka świeże marakuje: „Jest to proces nieuchronny”. W związku z tym Indianin kupił sobie platformę widokową, aby w komfortowych warunkach oglądać koniec świata. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie jest przygotowany mentalnie do wydarzenia o tak dużym ciężarze gatunkowym. Z tego właśnie powodu zaprosił na „nocne Apaczów rozmowy” miejscowego Szamana. Zasiedli na werandzie w fotelach bujanych, odkręcili termosy z ciepłą herbatą i w trakcie konsumpcji snuli przypuszczenia co do pierwszych oznak katastrofy.

– Dla mnie koniec świata zacznie się w chwili, kiedy okaże się, że „Rudy” 102 stracił właśnie gąsienice i lufę, obsiadają go niemieckie czołgi, Janek nie daje rady i płacze jak dziecko. No i okaże się, że Marusia miała romans z Brunerem. A dla ciebie? – zaczął Szaman.

– Musi stać się coś naprawdę niesamowitego. Na przykład wyjdzie na jaw, że Stadion Narodowy w Warszawie powstał głównie ze składek członkowskich mongolskich filatelistów. Mało tego, pieniędzy jest na tyle dużo, że starczy ich na budowę trzeciej linii metra w stolicy. W konsekwencji nieumeblowane jurty usychają z tęsknoty za doinwestowaniem, na nieprzyjaznym łonie pustyni Gobi – odpowiedział Pewien Apacz.

W tak zwanym międzyczasie ciężkie, ciemne chmury sunęły po niebie, niosąc ze sobą złe wróżby. W tym zapowiedź najazdu hord rozjuszonych gimnazjalistów, którym odcięto dostawy chipsów i coli. Zjawiskowym wydarzeniom na niebie towarzyszyły uderzenia wiatru, który wprowadzał wigwam Pewnego Apacza w irytujący rezonans. Nagle dało się słyszeć sygnał faksu. Indianin zerknął na wydruk, a następnie skierował wzrok w stronę niebieskiej sfery.

– Czemu patrzysz w dal, jakbyś chciał połknąć całą rzeczywistość bez oglądania się na jej kaloryczność? – zapytał Szaman, nadając swemu głosowi pozory troski.

– Odebrałem właśnie faks od rzecznika Majów. Zawiera oświadczenie, że nie będzie końca świata w grudniu 2012 roku. Okazało się bowiem, że jeden z odpowiedzialnych za obliczenia naukowców nie mył rąk i jego liczydła najzwyczajniej na świecie się skleiły. Doszło w związku z tym do istotnego przekłamania.

– To znaczy, że koniec świata już był! Ciekawe kiedy?

– W 1410 roku, jakoś w połowie lipca.

– To wiele tłumaczy.

Pewien Apacz zorientował się wtedy, że nie ma już o czym rozmawiać z Szamanem. Indianin spuścił więc psy, aby odprowadziły gościa, a i same zaznały rozkoszy ruchu na świeżym powietrzu. Hough.

h

Łagodny by Rafał Christ

h

Stałem nad jego ciałem. Miał dziurę w głowie, którą zrobił sobie przy pomocy wyprodukowanej przez was broni. Jego twarz była bardziej plastikowa niż kiedykolwiek, ale widniał na niej uśmiech. Świat odebrał sobie życie, gdyż się od niego odwróciłem.

Dlaczego to zrobiłeś?! – krzyknąłem.

Po cholerę pytałem, skoro znałem odpowiedź i winnych. To ja powinienem być na twoim miejscu. Byłeś moim najukochańszym dzieckiem, tak samo jak twoi mieszkańcy. Przepraszam, że opuściłem was wszystkich. Teraz widzę, jaki popełniłem błąd. Miałem się wami opiekować, a zamiast tego znalazłem sobie innych pupilków, o których istnieniu nie mieliście nawet pojęcia.

O świecie! Pamiętasz, ile razy rozmawialiśmy i prosiłeś mnie, żebym pojawił się na nowo i pomógł ci uporać się z problemami spowodowanymi przez mieszkańców? Mogłem zauważyć, że dążysz do tego, co przed chwilą zrobiłeś. Ostatnio ciągle powtarzałeś, że już nie dajesz rady. Ludzie eksploatowali cię bardziej, niż mogłeś to znieść. Zawsze cię wyśmiewałem, a powinienem wysłuchać i wesprzeć.

Te wojny, które cię niszczyły… Przyznam, że wolałem nie patrzeć. Byłem pewien, że sobie poradzisz. Dzieci wieszające się na drzewach i podcinające nadgarstki z powodu rówieśników, którzy się nad nimi znęcali? Co mnie to obchodziło? To była tylko mała garstka. Głód? Głód to wymysł ludzi! Sami doprowadzili się do tego stanu. Wszystkie choroby… Ja ich nie stworzyłem, umywam ręce.

Czy ty mnie w ogóle słyszysz? No pewnie, że nie. Jesteś teraz w niebycie i widzę, że ci to odpowiada. Chciałbym mieć na tyle odwagi, żeby pójść w twoje ślady, ale moja misja jeszcze się nie skończyła.

A pamiętasz jak próbowaliśmy to wszystko ratować? Powodziami, które bardziej niszczyły ciebie, niż nikczemników podnoszących rękę na twoją ziemię. Upałami… Nie mogłeś ich przetrwać. Prosiłeś mnie, żebym to zakończył i tak robiłem. Byłeś moim najlepszym przyjacielem. Już czuję jak strasznie mi ciebie brakuje.

Potrzebuję czyjejś pomocy. Jak mam powstrzymywać łzy, gdy patrzę na to do czego doprowadziłem? Najgorsza jest myśl, że mogliśmy to naprawić. Wystarczyłoby, żebyśmy założyli czarne maski i chwycili w dłonie butelki z benzyną. Spalilibyśmy to wszystko, a oni zaczęliby od nowa. Może by zmądrzeli… Może.

Najdroższy przyjacielu, muszę już iść. Nigdy cię nie zapomnę. Kiedyś mieliśmy wiele dobrych chwil, mieliśmy nadzieję. Wszystko zostało zniszczone przez moje dzieci… Liczę, że kiedyś się spotkamy i będziesz mógł mi powiedzieć, że wybaczasz.

Wtedy odwróciłem się na pięcie i odszedłem, zostawiając za sobą całe zło, które stworzyłem. To nie było zamierzone, ale tak wyszło. Muszę odpocząć. W końcu teraz nikt mnie już nie potrzebuje. Odchodzę w wieczną ciemność.

h

Bogowie w szachy grają by Sylwia Błach

h

Mocne złote światło sprawiło, że Zeus przymknął powieki tak szybko, jak je otworzył. Miał wrażenie, że w jego głowie miliard elfów, tych małych zielonych paskud od Mikołaja, gra na cholernych fujarkach. Gdy tylko unosił powieki, jasność wdzierała się do jego rozgrzanej gorączką głowy, powodując napady mdłości. Starał się nie ruszać, uspokajając żołądek i umysł… Po chwili jednak zrozumiał, że nawet nie wie, gdzie jest. Resztką sił znów otworzył oczy…

– Do stu piorunów! – zaklął najgorszym przekleństwem, jakie znał. Na chwilę zastygł w bezruchu, przerażony czy tymi słowami nie wywoła jakiejś katastrofy. W końcu był Zeusem Gromowładnym. Żadne nagłe drżenie ziemi czy błysk w oddali nie potwierdziły jego obaw, więc zataczając się lekko wstał, by się rozejrzeć.

Znajdował się na ośnieżonej polanie, skąpanej w blasku słońca… Z każdej strony promienie odbijające się od puchu raziły jego oczy, a chrzęst śniegu pod stopami wydawał się rozbrzmiewać echem w jego głowie. Czuł, że czaszka mu zaraz eksploduje.

„Musiałem się sturlać z Olimpu” – wydedukował, oglądając siniaki na rękach i rozejrzał się po raz kolejny, zastanawiając gdzie właściwie jest i co się stało. Zamknął oczy, próbując z mgły wspomnień wyłapać jakieś konkretne obrazy…

I nagle do niego dotarło! Pod powiekami jak żywe pojawiło się wspomnienie małego ciemnoskórego człowieczka o chytrych oczach. Nie był mieszkańcem Ziemi. Wskazywała na to lekko nadgniła skóra nieboszczyka i oczy pokryte bielmem śmierci… Przybysz z Hadesu? Z Czyśćca? Na pewno jednak był człowiekiem i żył kiedyś na tej odległej błękitnej planecie… Zeus zacisnął powieki i przywołał wspomnienie.

– Jestem Majem, o władco! Przyniosłem Ci wódeczkę, na cześć nadchodzących świąt Bożego Narodzenia!

– Dziękuję ci, tajemniczy przybyszu – odrzekł Zeus, zastanawiając się, cóż może oznaczać to dziwne pozdrowienie.

– Do świąt jeszcze kilka dni, lecz czy w podzięce za twój trud, pozwolisz się poczęstować? Możemy zawołać jeszcze kilku cyklopów i urządzimy niezłą imprezę przed świętami…

Wizja chlania całkowicie rozwiała resztę wątpliwości Zeusa.

Jak uradzili, tak zrobili. Gdy flaszka się skończyła, Maj z torby wyjął kolejną… I następną… I więcej Zeus nie pamiętał.

Wiedział tylko, że ma ogromnego kaca. A w jego obecnym stanie zlokalizowanie drogi do domu było niemożliwe… Jego wewnętrzny system GPS, wszczepiony pod skórę przez jakiegoś szalonego naukowca z Jowisza w zamian za nieograniczony dostęp do wody pitnej, wymagał pełnej koncentracji. Mógł więc tylko usiąść na śniegu, zmartwiony i przemarznięty, czekając, aż złe samopoczucie minie… Jego grecka szata nie uwzględniała futra ani bamboszy. A jedno i drugie w tej sytuacji byłoby niczym dar od Mojry!

Siedział więc i myślał. Coś nie dawało mu spokoju. Ciągle widział przed oczami ten cwany uśmiech Maja, to jego chytre spojrzenie… Czuł, że ta wizyta miała coś na celu… Tylko co? Był coraz bardziej wściekły i zdezorientowany. Nie wiedział. Nie miał pomysłu… Lecz kombinował…

I nagle niczym grom z jasnego nieba uderzyła go myśl! Błysnęło światło, a Zeus padł na ziemię, wściekły, że ludzie powymyślali powiedzenia, przez które jego własne pioruny go atakują. Otrzepał się i błyskawicznie wstał. Trzęsącymi się rękoma zaczął czegoś szukać po skórzanych sakiewkach przypiętych do pasa i ogromnych kieszeniach swej szaty.

– Komórka, cholera jasna, gdzie ja ją wsadziłem? – powtarzał niczym w amoku, coraz bardziej przerażony, z trwogą spoglądając na zegarek, według którego na Ziemi nadchodził dwudziesty pierwszy grudnia…

W końcu, na samym dnie wewnętrznej kieszeni, znalazł czarną, błyszczącą Nokię, prezent od jednego z astronautów z kapsuły Dragon. Poczuł, że nie wszystko jeszcze stracone, że jest nadzieja. Trzęsącymi się rękoma zaczął wybierać numer do Brunona, gdy nagle ekran ogłosił: „Rozładowana bateria” i zgasł. A Zeus krzycząc padł na kolana. Legendy mówią, że słychać go było nawet na Marsie…

***

Cyklop Brunon chrapał tak, że całe centrum dowodzenia Ziemią o wdzięcznej nazwie „CDZ” trzęsło się w posadach. W jego pustej głupiej głowie, pod ogromną zieloną i owłosioną powieką, przewijały się cudowne wspomnienia wczorajszej libacji połączone z marzeniami o szczupłych biodrach małych Ziemianek i ich smakowitych wnętrznościach… Flaczki, wątróbka, serduszka, mniam.

CDZ było maleńkie. Lecz nie rozmiar się liczy, a jakość! Wszystkie ściany pokrywały ekrany komputerów od najlepszych producentów, wyświetlające sceny życia ziemskiego, seriale czy też programy rozrywkowe. W kątach poustawiane były głośniki o boskiej mocy i wysokiej jakości dźwięku, a z sufitu pękami zwisały kable, które Bogowie wciąż uważali za lepsze rozwiązanie niż łączność bezprzewodową. Natomiast na środku pokoju znajdowała się plansza…

Przypominała olbrzymie szachy z oznaczeniami na brzegach. Jednak czarno-białe pola zamiast tworzyć tradycyjną szachownicę przyjmowały kształt najdziwniejszych wielokątów, wrysowanych w mapę Ziemi. Na niej znajdowały się miliony mikroskopijnych figur, możliwych jedynie do ujrzenia przez Bogów lub istoty obdarzone przez nich Mocą Widzenia Miniatur.

Były tam też dwa przyciski. Czarny – od zasilania, wciśnięty odkąd powstał świat. Obok zielony z napisem „autopilot”, także zwykle wciśnięty. Czasem tylko któryś z Bogów przychodził sobie tu na małą partyjkę…

Zdarzało się, że Hades wyzywał Jezusa lub Prometeusz grał z Magiem. Wtedy na Ziemi działy się dziwne rzeczy, dochodziło do wojen lub obserwowano wyż demograficzny… Na ogół jednak ludzie żyli po swojemu.

Tym razem jednak przycisk ten buńczucznie wystawał ponad planszę. Obok niego znajdował się maleńki ekran z napisem „Twój ruch”… I złowieszczy czerwony zegar odliczający… 20, 19, 18…

Brunon spał, nie zważając na to, że światła podświetlające planszę są coraz mocniejsze, rozbłyskają błękitem… Że odliczanie zbliża się do zera… Że wyje syrena alarmowa… Spał i śnił o ziemskich istotach, pięknych i smakowitych, wijących się w jego dłoniach, pijących z nim najlepszą polską wódkę, a na koniec pożeranych jednym dużym kęsem…

***

Jest taka jedna cecha, która charakteryzuje ludzkość i wyróżnia ją spośród innych kosmicznych gatunków: przeczucie. A Ziemianie właśnie odnieśli wrażenie, że coś jest nie tak… Każdy z nich podświadomie zaczął swoje obowiązki wykonywać szybciej. Spacer po parku przemieniał się w forsowny marsz. Karmienie dziecka było uzupełniane o słowa „Jedz szybciej”. A wyjście na zakupy wiązało się z przepychaniem w rozgorączkowanych masach ludzi, nie wiadomo czemu ustawiających się w kolejki.

Podświadomie bali się. Kalendarz Majów przewidział koniec świata i choć nikt w to nie wierzył, to jakiś wewnętrzny sygnał kazał uważać… Mieć się na baczności… Nie zamykać oczu, nie spać, obserwować, czekać…

Gdy słońce nagle zgasło, świat przemienił się w jeden wielki wrzask. To ludzie, ludzie krzyczeli, wiedząc, że nie ma dla nich ratunku. Że nadszedł Armagedon. A potem wszystko zastygło w bezruchu… Chaos został zastąpiony przez ciszę, a ludzkość upodobniła się do figur zastygłych w najdziwniejszych pozach… Wydarzyło się to dokładnie w tym samym momencie, w którym na Planecie Bogów, w CDZ, na planszy Ziemskich Szachów wyświetlił się komunikat „Game over”.

h

The End

Do zobaczenia… pojutrze. Chyba 😉

cz pierwsza

h
  1. kurcze… chyba przespałem ten cały koniec świata. Orientuje się ktoś o której godzinie miał nastąpić? Głupio byłoby się spóźnić na coś tak znaczącego…

    • Ja słyszałam o dwóch wersjach: 12.12 (przespałeś) i 16.00 (na tę można poczekać) 😉 Dawaj popcorn!

      • 16? To jeszcze zdążę parę grzechów głównych popełnić ;-). Popcorn czeka, jeszcze od poprzedniej apokalipsy… czyli tej sprzed bodaj dwóch tygodni (bez rozpiski człowiek się gubi)

  2. To już chyba niesmaczny… Która to już Apokalipsa! Przytyjemy od tych oczekiwań 😀

  3. Ktoś kiedyś policzył, że na rynkach finansowych „wydarzenia stulecia” zachodzą raz na pięć lat. Ciekawe jak to jest z końcami świata… Statystycznie.

    • Częściej. Pamiętam koniec świata 06.06.2006… Jakiś miał być też w 2008 (2009)? Wcześniej na pewno był koniec świata w 2000 i rok później, w 2001, bo ktoś źle coś policzył… Kiedy kolejny, ktoś wie?

  4. Następny będzie pierwszego stycznia jak za bardzo zabalujemy na Sylwka 😉

  5. Ja też pamiętam kilka końców świata, a taka stara znowu (ekhem!) nie jestem. To znaczy, że jeszcze co najmniej kilkanaście armagedonów przed nami. Możemy pić!

  6. ale kolejny fin de siecle już nie dla nas. trochę smutno

  7. 2060 ponoć… dziwi, że wspomniane rynki giełdowe nie reagują paniką… dobra, w ogóle nie reagują na te końce świata… A przecież POWINNY! 😛

  8. Dożyć i przeżyć, he he… A rynki najwyraźniej mają dobre schrony 😉

  9. A w ogóle, to muszę podkreślić, że Ian znowu dał czadu! 😀
    +1 do PRAWDY 😉

  10. […] Kilka szortów. Znalazłem się w towarzystwie czołówki polskiego bizarro. Zacznę od końca: https://niedobreliterki.wordpress.com/2012/12/21/przed-koncem-swiata/ […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: