polskie centrum bizarro

Po końcu świata

In Akcje Literackie on 23 grudnia, 2012 at 6:00 am

niedobreliterki-logo-koniec-świataJeżeli czytacie ten post (notabene, miał się pojawić – jak NASA przykazała – jakiś tydzień wcześniej, ale Paskud znowu kliknął nie ten button co trzeba), to znaczy, że świat się jednak nie skończył… zaraz, a może? Wyjrzyjcie za okno, tak kontrolnie. Widzicie pustynne pustkowie promieniujące radośnie radioaktywną aurą; na niebie malowniczą warstwę grubych, pyłowych chmur zwiastujących długą zimę nuklearną; a pośród tych cudów natury snujące się bandy wygłodniałych mutantów walczących o zasoby i paliwo… do grilla, no bo jakoś trzeba przygotować mięsiwo tych, co mieli mniej szczęścia celem zorganizowania skromnej, kanibalistycznej uczty? Jeśli tak, no to jednak pieprznęło i się skończyło. 

Albo… spójrzmy prawdzie w oczy: ten fioletowy napój, którego wieczorem spróbowaliście, to jednak nie było egzotyczne curacao, ale zwyczajny denaturat. A nie mówił Paskud: „rozcieńczaj, rozcieńczaj”?

Tak czy siak, my ufamy, że nic szczególnego się nie podziało, a te słowa czytacie nie układając strategii przetrwania w postapokaliptycznych realiach, a raczej strategię pochłaniania potraw wigilijnych w taki sposób, żeby uniknąć wzdęć i nadmiernego powiększenia tonażu. Dlaczego tak uważamy? Może dlatego, że Paskud swój rozum ma i czytać ze zrozumieniem umi, więc wie, że ci Majowie to w sumie o końcu świata nigdy nic nie wspominali. To, że ludzkość ma niesamowitego skilla w dopowiadaniu sobie całej ideologii do nieistniejących faktów i snucia przepowiedni w oparciu o bzdury, to jest już natomiast zdecydowanie bizarrystyczna sprawa…

…dlatego wkraczamy ponownie na arenę, by zaserwować wam następną dawkę Końców Świata w stylu pokręconym, niedorzecznym i po prostu dziwnym. Swoje wizje czasów ostatecznych zademonstrują wam dziś Karol Mitka, Tomasz Czarny, Marcin Rojek i Krzysztof T. Dąbrowski, a Armageddon zwizualizuje dla was Tomek Woźniak. Mamy nadzieję, że lektura tych szorcików (i drabble też tu są, a jak!) zapewni wam mnóstwo wrażeń i umili oczekiwanie na ustalenie przez „mędrców naszych czasów” kolejnej daty końca…

h

img051

h

Chujokalipsa by Karol Mitka

h

Ku niezadowoleniu rasy homo sapiens, koniec świata rozpoczął się dużo wcześniej niż przewidywano. Już w październiku powierzchnia planety gwałtownie zafalowała, pozbawiając życia trzecią część ludzkości. Pozostałym dwóm trzecim przypadł w udziale zaszczyt uczestnictwa w nad wyraz tajemniczym procesie.

Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, zaczął rozrabiać. Kipiał i bulgotał, woda w nim wrzała, zalewając pobliskie lądy niszczycielskimi falami tsunami.

Sztab geologów zaobserwował ogromną, poprzeczną szczelinę w dnie oceanicznym, rozszerzającą się z godziny na godzinę. Przy jej krawędziach, wbrew wszelkim teoriom naukowym, wypiętrzyły się nowe łańcuchy górskie.

Jakby tego było mało, w kierunku błękitnego globu zmierzała asteroida, która pojawiła się w obrębie Układu Słonecznego dosłownie znikąd.

Jedni widzieli w niej legendarną planetę Nibiru, drudzy pocisk sprawiedliwości wysłany przez rozgniewanego Boga. Trzeci zbiorową halucynację, a jeszcze kolejni ruską rakietę, nakierowaną na prywatną posesję prezesa Kaczyńskiego. Ilość teorii dorównywała liczbie milisekund pozostałych do zderzenia.

A kiedy pierdolnęło, i tak wszystkie straciły na znaczeniu.

Co tak naprawdę się wydarzyło, rozumieli jedynie trzej kosmonauci, wracający z dwudziestoletniej objazdowej wycieczki po galaktyce.

Ze zgrozą w oczach patrzyli na formującą się pośrodku Oceanu Spokojnego waginę oraz ogromnego kosmicznego kutasa, który z ogromną siłą wbił się w nią nieco później.

h

Koniec Świata by Tomasz Czarny

h

Garton stał ze mną w korytarzu. Ubrany w biały fartuch, sprawiał wrażenie zmęczonego i zniechęconego.

– Na pewno chcesz zobaczyć koniec świata, przyjacielu? – zagadnął mnie po raz wtóry i skrzywił się.

– Tak, jestem tego pewien. – odpowiedziałem.

– Dobrze, zaczynajmy więc…

Otworzył szklane odrzwia prowadzące do korytarza, w którym po lewej i prawej stronie znajdowało się nieskończenie wiele drzwi.

– Oto numer jeden… Głód – rzekł i spojrzał na mnie swymi chłodnymi oczami. Otworzył drzwi. Na linoleum siedziało skrajnie niedożywione, czarne dziecko, jedzące jakąś kleistą breję z glinianej miseczki. Miało duży, nadęty brzuszek. Obok znajdowała się muszla klozetowa, do której wymiotowała przeraźliwie chuda kobieta. Jeszcze dalej, w innym kącie, znajdował się mężczyzna ubrany w strój plemienny, grzebiący w jakiejś padlinie leżącej na podłodze. Z ust wystawał mu cienki kawałek mięsa, wyglądający jak jelito. Ostatnim mieszkańcem pokoju był mutant, wyjadający coś z puszki, którą trzymał w trójpalczastych dłoniach. Na puszce widniał duży, czerwony napis: GMO. Jego łeb był wielki i nieforemny, deformacje przypominały te z Czarnobyla. Patrzyłem na to wszystko i nie mogłem uwierzyć. Zebrało mi się na wymioty. Garton zamknął drzwi.

– I jak? Sam chciałeś… Wszystko w porządku? – zapytał mnie. Powstrzymałem odruch wymiotny i otrząsnąłem się.

– Tak…

– Zapraszam więc do drzwi numer dwa.

Przeszliśmy dalej. Garton znów otworzył drzwi. W środku pomieszczenia siedział przywiązany do krzesła mężczyzna z czarnym workiem na głowie. Nad nim stał gość w czarnej kominiarce z karabinkiem półautomatycznym, celujący mu w głowę. Obok nich znajdowała się kamera na statywie. Czerwone oczko świeciło.

– Fanatyzm religijny – wyjaśnił mój przewodnik. Oprawca nacisnął spust i krótka seria przeszyła ofierze głowę. Worek powstrzymał mózg przed rozpryśnięciem się na wszystkie strony. Zrobiło mi się słabo i duszno.

– Drzwi numer trzy… Choroby. – rzekł Garton. Drzwi otworzyły się. Ujrzałem potwornie zniekształcone kilkuletnie dziecko. Miało wielką narośl na środku twarzy, przypominającą jakiegoś grzyba. Jego dolna warga była dziwnie wydłużona do dołu i duża. Na łóżku siedziała młoda, zniszczona kobieta, ubrana w t–shirt z logo: AIDS. Wewnętrzna część jej rąk była pokłuta. Obok leżał zestaw do zastrzyków, łyżeczka i pasek.

– Boże… – powiedziałem.

W rogu pokoju stał facet w samych bokserkach. Co chwila sięgał do tylnej części swoich majtek, wyjmował z nich ekskrementy i smarował się nimi obficie, śmiejąc się przy tym do rozpuku. W jego oczach grało szaleństwo. Garton zamknął drzwi.

– Jeszcze? Mam pokazać ci jeszcze? – zapytał. Spojrzałem zmieszany w korytarz. Ciąg drzwi zdawał się niemieć końca.

– Tak… – zadecydowałem.

– A więc drzwi numer cztery… Przemoc.

Mój przewodnik uchylił drzwi. Najpierw ukazała mi się trójka dzieci w różnym wieku. Były zaniedbane i brudne. Ich twarze pokrywały siniaki, zatarcia i podrapania. W ich oczach widziałem przejmujący smutek i chęć zemsty. Następnie zobaczyłem chłopaka katującego dziewczynę. Znęcał się nad nią, zadając mocne ciosy. Wszędzie. Na pryczy siedziała kobieta, nad nią pochylał się mężczyzna z brzytwą. Gdy odsunął się, moim oczom ukazała się fontanna purpury tryskająca z otwartego gardła. Zamarłem, żołądek ciążył mi jak kamień.

 – Panie i panowie… Piątka… Nałogi – powiedział jegomość w fartuchu, otwierając pomieszczenie.

W pokoju stała na oko dwumetrowa, wielka butelka z napisem: WHISKY. W środku znajdowało się poskręcane ciało mężczyzny, z otwartą jamą brzuszną i wywleczoną na wierzch wątrobą. Nieopodal, na bujanym fotelu, siedziała staruszka. W rękach trzymała papierosa. Zaciągnęła się. Po jakimś czasie dym wydostał się na zewnątrz przez wszystkie pory skóry kobiety. Smród był odrażający. Jej ciało było żółto-brązowe. Na łóżku leżał na wznak mężczyzna. Jego oczy miały dziwny, nieobecny wyraz. Patrzył w sufit i trząsł się. Obok łóżka na stoliku stał cały arsenał fiolek, strzykawek, igieł i innych środków służących do zażywania narkotyków. Fajki, zwinięte w rulon banknoty… i pełno woreczków z proszkami w różnych kolorach. W kącie siedział bezdomny, pociągający z flaszki. Na piersi miał przymocowany kawałek tektury z napisem: HAZARD. Miętosił coś w dłoniach, prawdopodobnie zdjęcie. Nieco dalej mężczyzna obmacywał dwie prostytutki. Jedna miała na brudnym podkoszulku napis: KIŁA, druga: RZEŻĄCZKA. W rogu pokoju usadowiła się góra mięsa i tłuszczu, która kiedyś była kobietą. W rękach trzymała duże udko z kurczaka i wielki kubek coli. Musiała ważyć co najmniej dwieście kilogramów. W innym kącie goła dziewczyna ujeżdżała niewyobrażalnie wielki strap-on, który jej koleżanka umocowała sobie w okolicach krocza. Jej zachowanie świadczyło bardziej o wymuszonej potrzebie, niż o chwili przyjemności czy zapomnienia.

– Gotów na więcej? – zapytał Garton, zamykając drzwi.

– Nie, wystarczy… – odpowiedziałem.

– Więc widzisz chłopcze, to jest KONIEC ŚWIATA, a nie jakaś z góry ustalona, śmieszna data. Świat dąży do samozagłady każdego dnia, czy tego chcemy, czy nie. Jedyne, co możemy zrobić, to pogodzić się z tym i być lepszymi, niż jesteśmy dla siebie i dla innych.

Obudziłem się zlany potem. To był tylko koszmar, pomyślałem z ulgą. Spojrzałem na radiobudzik. 3.30. Wcisnąłem datownik. Moim oczom ukazała się data. TA data… 21.12.2012…

h

Kostuch kolor2

h

Jak się skończyć? by Marcin Rojek

h

Pewnego pięknego majowego popołudnia, dokładnie o godzinie 16.48 czasu ZULU, Świat postanowił się skończyć. Tak w sumie bez powodu. Każdy z nas ma czasem chwilę, kiedy najchętniej patrzyłby na wszystko z perspektywy parapetu na dwunastym piętrze i zastanawiał się czy skoczyć. Świat miał mniej więcej to samo, z tą tylko różnicą, że jak jest się planetą zamieszkaną przez prawie siedem miliardów inteligentnych istot, i niemal drugie tyle ludzi, to ciężko jest znaleźć parapet, na którym by się zmieściło. Dlatego Świat musiał porządnie sprawę przemyśleć. Z uwagi na swe rozmiary i prędkość, z jaką biegł dookoła Słońca, myślenie szło mu bardzo powoli. O właśnie.

Jak się skończyć? Pomysł pierwszy.

Wystarczy lekko zboczyć z orbity, przysunąć się bliżej środka i czekać, aż rosnąca temperatura zrobi swoje.

Zalety:

– łatwość wykonania – w sumie niewiele trzeba robić,

– ludzie się usmażą – spalone zwłoki to smaczna przekąska, aż się rozpływają w glebie (jeszcze gdyby tylko nie pakowali ich do tych drewnianych puszek, to byłoby w ogóle super),

– ewentualna randka z Wenus – jak za starych dobrych czasów, kiedy oboje byli jeszcze bardziej gorący niż teraz.

Świat drżał na myśl o możliwych erekcjach, erupcjach, wybuchach dawnych uczuć.

Wady:

– Wenus już chyba nie żyje – Świat nie jest nekrofilem,

– jeśli się uda, to Świat zostanie pustą, spaloną skorupą, siłą rozpędu krążącą po orbicie – jak już odchodzić, to z hukiem, przy akompaniamencie wrzasków, płaczu i eksplozji (gdyby jeszcze gdzieś produkowali okulary przeciwsłoneczne w jego rozmiarze, to kolejne małe marzenie by się spełniło).

Jak się skończyć? Pomysł drugi.

Oberwać meteorem wystarczająco wielkim, żeby anihilował wszystko.

Zalety:

– BUM!

Wady:

– Ostatni meteor tej wielkości przelatywał w pobliżu trzydzieści cztery miliony orbit temu i rozwalił Stefana (taka planeta, która kiedyś była za Plutonem. Serio.)

Świat spinał się i skupiał, żeby jak najwięcej energii przekierować na procesy myślowe. Systematycznie ograniczał aktywność wulkaniczną, redukował siłę wiatrów, hamował ruchy górotwórcze, poprosił nawet Księżyc, żeby wyłączył przypływy.

Na powierzchni zapanował spokój. Nie działo się nic. Przerażone ludziki patrzyły jak przestały rosnąć rośliny. Jakby tego było mało, pod koniec maja ustał cykl dnia i nocy. Skąd mogli wiedzieć, że zajęty myśleniem Świat zapomniał, że oprócz biegu, powinien jeszcze się kręcić.

Jak się skończyć? Pomysł trzeci.

Inwazja kosmitów.

Zalety:

– WOW! Oni istnieją.

Wady:

– Kurwa, a jak ich nie ma?

Świat poczuł dziwne pulsowanie w swoim wnętrzu. Uczucie bólu zwiększało się z każdą chwilą. Zamknięty na wszystko oprócz myślenia, Świat dostał zaparcia. Zebrane wewnątrz niego gazy gotowały się i bulgotały, na próżno szukając ujścia.

Bul, bul, bul.

A ludziki na planecie się cieszyły. Od dłuższego czasu nie zdarzyła się żadna katastrofa. Zmalała liczba wypadków i śmierci z przyczyn naturalnych. Wielu próbowało wyjaśnić fenomen, wiążąc go z brakiem obrotu wokół własnej osi. Na powierzchni panowała powszechna radość.

Pewnego pięknego, grudniowego popołudnia, dokładnie o 14.35 czasu ZULU, Świat postanowił, że jednak się nie skończy. Od ciągłego myślenia bolały go wnętrzności. Musiał przywrócić porządek. Znów zacząć się kręcić, biec tak jak powinien i utrzymywać porządek na swojej powierzchni. A jak kiedyś jeszcze przyjdzie mu do jądra durny pomysł, żeby się skończyć, przypomni sobie ostatnich kilka miesięcy i na pewno mu przejdzie.

Świat rozluźnił się. Poczuł jak wszystko wraca do normy.

Dokładnie pół sekundy później Świat został rozerwany na drobne kawałeczki przez gigantyczną eksplozję. To jego własne jądro nie wytrzymało tak drastycznej zmiany w zapotrzebowaniu energii. Ogromny jej nadmiar musiał znaleźć gdzieś ujście.

Umierający Świat wyglądał pięknie. Spokojne tło kosmosu rozjaśnił krótki błysk, który szybko przeszedł w falę uderzeniową, która zachwiała całym układem słonecznym. Resztki świata poszybowały we wszystkich możliwych kierunkach. Pozostałości jądra trafiły Wenus w twarz. Gdyby jeszcze żyła, to mogłaby się obrazić.

Przelatująca nieopodal kometa Halleya dramatycznym gestem założyła na powierzchnię okulary przeciwsłoneczne i zostawiając eksplodujący Świat za ogonem, udała się w kierunku błyszczącego Słońca.

h

Kostuch2

h

Drabble na Koniec Świata

by Krzysztof T. Dąbrowski

h

Koniec e-świata*

h

Zera i jedynki w rozpaczy bujały się to w tył, to w przód.

Ni przepastne czeluście tetrabajtów, ni zegara taktowanie, nikt już ani nic, nic nie wskóra, wszystko bezpowrotnie utracone. Wszystkie dane przepadną i bynajmniej nie stoczone wirusa zarazą.

Przed cyfrowym grobem stał Wielki Tranzystor i brzęczał cicho, brzęczał żałobnie, na żałość po systemie, który padł:

 – Z impulsu powstałeś, w impuls się obrócisz! O Wielki Informatyku, ulituj się nad nami biednymi!

Tak oto nastał koniec epoki, koniec świata doczesnego. Wszystko, co trwało, stanęło, działać przestało. Wkrótce zapadną bezprądne ciemności…

System się zawiesił. Komputer padł.

Wszystkich nas czeka wielki reset!

Ciemność!

h

Prawdziwa historia Chrześcijaństwa*

h

Nox zakląskał szczękoczułkami, przyglądając się długowłosemu, brodatemu cyborgowi.

 – Oto Jezus – oznajmił Thet. – Jeszcze parę cudów i załatwione. Otworzymy kontener z manną nad pustynią albo użyjemy antygrawitacji do łażenia po wodzie.

 – A jakby ukatrupili, włączy się obwody awaryjne! Będzie, że zmartwychwstał!

 – Gorzej jak się rozwiną technicznie. Wtedy kiepsko z wiarą.

 – Jakoś się ich ustawi. Może apokalipsa?

 – Dobrze kombinujesz!

 – Dla lepszego efektu możemy się cofnąć do starożytnych Majów i jakąś datę zapodać.

 – To może końcówka 2012?

 – OK!

 – A jak nie podziała?

 – To się zrobi globalną rozpierduchę, wulkany, trzęsienia ziemi, powodzie, meteoryt.

 – Przebiegunowanie!

 – To też. Ocalimy tylko grupkę najbardziej pobożnych i zrestartujemy eksperyment.

h

U psychiatry*

h

– Poczułem dziwnie roztrojenie. Byłem swym ojcem, synem i jakimś cholernym niematerialnym bytem. Potem część mnie umarła, ta będąca moim synem. Potem się odrodziła. Wielu ludzi coś ode mnie chciało. Aż nie mogłem ogarnąć. Prośby, skargi, złorzeczenia, błagania, podzięki… i te rzeczy, jakie dla mnie wyczyniali. Obłęd! Czuję jeszcze coś, co mnie przerasta… mam wrażenie, że wszystko zależy tylko ode mnie. Panie doktorze, co mi jest?

 – Obawiam się, że jesteś Bogiem – odparł psychiatra.

 – Niemożliwe! Gdybym był Bogiem, to bym się tak nie męczył.

 – Sprawiłbyś, że to wszystko przestanie istnieć?

 – Tak panie doktorze! Doskonały pomysł!

Zapadła absolutna, zapłodniona pustką czerń. Przestaliśmy istnieć.

h

* drabble pochodzą z najnowszej książki Krzysztofa T. Dąbrowskiego „Z życia Dr Abble”

h

***

h

I nadszedł koniec… tu możecie sobie mentalnie wstawić uderzenia piorunów i złowieszczy śmiech samego Szatana. W każdym razie my już o końcu napisaliśmy dla was, co wiedzieliśmy. Podobało się? Mamy nadzieję. Z bizarro nawet finał istnienia nieziemskiego dowcipu zwanego planetą Ziemia powinien zostawić was w znakomitym i skrajnie dziwnym nastroju. Cóż, do karpi i choinek, drodzy czytelnicy, a my wracamy do ciemnych czeluści literackiego półświatka, pichcić dla was nowe, chore teksty!

h
  1. Odpowiadając na pytanie w posłowiu: Podobało się! 🙂

  2. A to wcale jeszcze nie koniec… Już szykujemy następne dziwactwa 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: