polskie centrum bizarro

Nadchodzi „Testimonium” – czyli co upichcił Jan Maszczyszyn

In Książka, Patronat on Styczeń 6, 2013 at 6:00 am

dad 9Ludzie książki piszą. Niekiedy nawet je wydają. A zdarza się (za rzadko, za rzadko), że te, które opublikują, są totalnie dziwne. Dla nas pojawienie się takiej książki to zawsze powód do świętowania – a cieszymy się tym bardziej, taką właśnie pozycję sprokurował właśnie ktoś z naszej niedobroliterkowej rodzinki…

Oznajmiamy więc wszem i wobec – Jan Maszczyszyn wypuszcza w świat antologię najdziwaczniejszych opowiadań science fiction, jakie mieliście okazję przeczytać. Czy bardziej; jakich nie mieliście okazji przeczytać, ale teraz będziecie ją mieć. Otóż, 30 stycznia 2013 roku nakładem Warszawskiej Firmy Wydawniczej ukaże się bowiem zbiorek pod jakże intrygującym tytułem Testimonium.

Jako, że nasza ekipa miała już wgląd w całość dzieła – a niektórzy nawet grzebali w nim w fazie preprodukcji, he, he – wiemy, że Jan zabierze was w podróż do takich światów przyszłości, o jakich nie śniło się futurologom. Nawet tym ze schizofrenią paranoidalną. Wiemy też, że książka jest po prostu super i każdy powinien ją przeczytać (za efekty uboczne, zwyczajowo, nie odpowiadamy). Dlatego jednogłośną decyzją Paskuda vel Pokraka (tak przy okazji: wiedzieliście, że poszczególni członkowie literkowej ekipy to tylko mroczne emanacje różnych aspektów wszechjaźni Paskuda? Nie? No co wy!?) nasz skromny portal obejmuje Testimonium zdecydowanie nieskromnym patronatem. OFICJALNYM, a jak! Dzięki temu książka Jana Maszczyszyna będzie tu gościć co najmniej parę razy, z mocą atrakcji i ciekawych ciekawostek. Pierwsza atrakcja już dziś – po krótkim przedstawieniu dzieła zyskacie przedpremierowy wgląd w jego treści i natraficie na ekstrawagancki fragment jednego z bardziej zakręconych opowiadań!

h

dad 9

„Testimonium” to zbiór niejednokrotnie wyróżnianych na portalu www.fantastyka.pl opowiadań spod znaku klasycznej science fiction, klasycznej, ale jednak dość odległej od tzw. hard SF, bazującej ściśle na naukowej futurologii. Co prawda, fani tej drugiej nie rozczarują się, bo odnajdą tu i kosmitów, i gwiezdne wojaże, i przedziwne osiągnięcia technologii, próby ukazania kierunku rozwoju ludzkości i cywilizacji, ale także teksty dotyczące ludzkiej moralności czy roztrząsające problemy egzystencjalne i religijne. Wszystko to jednak podane w języku już nie tak oczywistym dla literatury popularnej, lecz dużo bardziej intensywnym, mrocznym, żeby nie powiedzieć obsesyjnym. Czuje się, że opowiadania te nie tylko są napisane, lecz w jakiś dziwny sposób przeżyte. Nieobca im jest także ostra ironia i opary absurdu. Człowiek – to brzmi dumnie? Po lekturze niniejszego zbioru przyjdzie nam raz jeszcze się nad tym zastanowić.

h

***

h

Okej, oficjalny blurb oficjalnym blurbem, ale zawartość najlepiej mówi o dziele (i szaleństwie, jakie w nim zostało zapodane). Oto urywek tegoż, wybrany specjalnie dla was z czynnym udziałem selekcjonerskim samego autora:

h

Czas Przebudzenia (fragment)

by Jan Maszczyszyn

h

8.

Przed spaniem jak zwykle myłem zęby. Jakimś cudem do dziąsła po stronie prawego policzka przykleiło się pojedyncze włosie ze szczoteczki do zębów. Cholera… Przepłukałem usta i spróbowałem włos usunąć językiem. Niestety ta gimnastyka nie przyniosła żadnego rezultatu. Spróbowałem wyrwać go głęboko wsuniętymi palcami. Dotarłem do końcówki i zacisnąłem na nim paznokcie, ale zbyt bolało żeby gwałtownie pociągnąć. Postanowiłem posłużyć się pincetą. Szarpnąłem kilkakrotnie. Puścił wreszcie. Jednak usta zalała mi nie wiadomo dlaczego brudna krew z pobliskiego zęba. Spluwałem blisko godzinę, krzywiąc się z bólu. Przyjrzałem się szczotce. Wyglądała na bardzo starą. Mogła pochodzić sprzed drugiej wojny światowej, ale równie dobrze być kupiona w pierwszym lepszym sklepie z chińszczyzną.
Wydawało mi się, ba, byłem przekonany, że wyrzuciłem ją tej nocy pierwszego kontaktu, ale następnego rana zagapiłem się i znów myłem nią zęby. Tym razem włosie masowo przylepiało się do dziąseł i wewnętrznej strony policzka. Byłem pewny, że oszalałem. Kilkakrotnie przepłukałem usta. Zawsze z tym samym negatywnym skutkiem. Przetarłem usta. Kilka kropel czarnej, rozmazanej krwi i jasna ślina pozostały na wierzchu dłoni. Tfu… Spojrzałem do lustra w szeroko otwartą gębę. Te włosy wrastały błyskawicznie. Jakbym zasadził je tym szczególnym, posuwistym ruchem szczotki. Nie wiem, czy wymiotowałem godzinę czy dwie, ale czułem je rosnące jak rybie ości w samym gardle i przełyku. Wycinanie nożyczkami nie szło mi najlepiej, więc spróbowałem maszynki do golenia. Trochę pociąłem się ostrzem, ale zgoliłem co nieco z prawego dziąsła.

9.

Zwykle rano biegam z psem. Ale tego dnia pies wyglądał na ospałego. Nie chciał biegać i nie otwierał oczu, a z długiego pyska leciały mu wielkie strzępy żółtawej piany. Kiedy taki widok powtórzył się przez kilka następnych dni, postanowiłem działać. Nie chciałem niepokoić żony. Na pewno z lada powodu pobiegłaby do weterynarza, a ja płaciłbym za sukinsyna paraliżująco wysokie rachunki. Wydawało się, że wcale nie przeszkadzają mu zamknięte oczy. Znów wyglądał rześko, merdał ogonem przy każdym moim bliższym podejściu, szczekał wesoło. Zdecydowałem się odpruć oczy wielkiego, pluszowego misia w pralni i w największej konspiracji przylepiłem mu je klejem bezpośrednio na powieki. Wyglądał nienadzwyczajnie, ale współczesny, zagoniony człowiek nie zwraca uwagi na takie szczegóły jak pysk zwierzęcia. Raczej skupia się na jego tyłku i swoim wypicowanym, przydomowym trawniku.

W kolejną noc spotkała mnie kolejna dziwna historia. W głębokich zakamarkach naszej kołdry odnalazłem stare skarpetki. Sięgnąłem po nie z prawdziwym obrzydzeniem. Powąchałem. Skrzywiłem usta. Spojrzałem uważniej na wzór. Spody były twarde, dokładnie zjechane i wręcz szkliste od starości i brudu. Nie znałem tej marki. W ogóle nie znałem takich drachów w mojej kolekcji. Namacałem je nocą, przewracając się w łóżku na drugi bok. Nie przejąłem się zbytnio. W nocy wszystko wydaje się przedziwnie zagadkowe, a pierwsze światło brzasku prostuje ponure widoki z mroków. Ale rano namacałem wilgotne, męskie majtki. Nie powiem, żeby przyjemnie po tym spotkaniu pachniała moja ręka. „Jeszcze tego brakowało” – pomyślałem naprawdę już zdenerwowany. Przenigdy nie uwierzyłbym, że moja święta Martha przyjmuje kogoś w tym samym łóżku w godzinach mojej nieobecności w domu.

Ogarnęło mnie przerażenie. No bo niby jak? Moja Molly, irlandzka dziwka, jak nazywała ją żona po naszej przelotnej konwersacji na ten temat, narodziła się w naszym wspólnym łóżku, to skąd nagle pojawia się tajemniczy facet z jego obrzydliwymi gadżetami? Szuka jej? A moje zarastające włosami usta? Czym są? Pozostawiłem wątek obcych majtek bez komentarza. Patrzyłem tylko na żonę cały dzień podejrzliwie.

Jednak następnego dnia powróciła do łazienki dziwna szczoteczka do zębów. Była pokryta mydłem lub pianą, jakby dopiero co została użyta i pośpiesznie pozostawiona.

Zapytana Martha wyśmiała moje podejrzenia.

– Ładna – stwierdziła. – Musi być stara – dodała z tajemniczym uśmiechem.

– Lata sześćdziesiąte? – zapytałem, podejmując jej sarkastyczny ton. – Znasz jakiegoś faceta, który kocha się w dentystycznych antykach?

– Zdurniałeś? – Jej oczy wyrażały zatamowaną złość.

– To skąd się znalazła w moim kubku z pastą do zębów? – wyrzuciłem szybkie niby-oskarżenie.

– Nie wiem – powiedziała. Widziałem w jej oczach szczerość. – Zapytam jutro dzieci – dodała, uspokajając mnie obojętnym machnięciem ręki.

Nie zapytała. Zapomniała w natłoku wydarzeń. Była zła z powodu moich zabłoconych butów pod kołdrą. Przysięgałem jej, że nie oszalałem, że pozostało w moim starym mózgu zbyt wiele sprawnych części, aby pozwolić sobie na takie schizofreniczne szaleństwa. Nie uwierzyła. Śmiała się cały tydzień. Tym bardziej, że odkryła przylepione oczy psa. Nie przyznałem się. Przełknąłem tylko głośno ślinę na widok rachunku za interwencję weterynarza. Wyciął psu w powiekach dziury dokładnie wielkości źrenic. Boże, to było jeszcze bardziej chore. Zwykle widziałem tam przeświecające białka. Przecież sprawdzałem, ten pies nie miał źrenic już od miesiąca.

10.

W piątek odkryłem płaską walizkę, dociskającą głębiej cały nasz śmietnik pod łóżkiem. Chowaliśmy tam zapasowe dywaniki, obrazy, ozdoby choinkowe i całe pudełka papieru do pakowania świątecznych prezentów wraz z gustownymi kokardami. W tym bałaganie walizka wyglądała jak uporządkowany intruz. Otworzyłem ją bez wahania. Wnętrze wypełniały męskie, pomięte koszule i brudna bielizna. Nie zdążyłem zapytać żony o właściciela. W nocy jakaś potworna, wewnętrzna siła kazała mi ubrać jedną z koszul, wciągnąć na siebie te obleśne, mokre majtki z wielkim niedomkniętym rozporkiem i założyć sztywne od brudu skarpety na stopy. Dziwiłem się, że brakuje mi spodni. Umyłem zęby wspomnianą szczoteczką do zębów, stojąc w całkowitej ciemności naprzeciw lustra. Ten obraz wstrząsnął mną do samej głębi. Miałem zamknięte oczy, a jednak widziałem. W środku nocy panował dzień? Czy spałem? Czy tylko śniłem? Kilkakrotnie sprawdzałem opuszkami palców powieki, czy czasem rozzuchwalony weterynarz nie wyciął mi z polecenia żony otworów na źrenice. Ale nie – były w porządku. Tylko z ust wychodziły mi nieprzycięte, mokre od śliny kołtuny rosnących na dziąsłach włosów.

Zbliżyłem twarz do powierzchni lustra. Z moich ust wydobył się szept. Nic gorszącego. Kilka wyrazów odbiło się od tafli. Czy rozumiałem? Oczywiście, że nie wyłowiłem z tego komunikatu nawet pojedynczego słowa. Był jakiś zwierzęcy, perwersyjnie bezczelny. Czułem, że to istnienie we mnie pragnie nagłego wywrócenia. Jakby moje ciało było dwustronną kurtką, którą na życzenie można przewrócić z zewnątrz do wewnątrz i na odwrót. Czułem, że zaraz zwymiotuję, a potem zemdleję. Boże, co to było za piekielne uczucie… A może…? Wiedziałem już teraz, skąd te włosy wewnątrz moich ust. Miał w nich nieogolony podbródek, miękki jak moje dziąsła? W jaki sposób ten demon pętający moje zmysły działał? Co za typ? Skąd się wziął? Nie wiedziałem, ale przeczucie podpowiadało mi odpowiedź.

Jazda samochodem w środku nocy nie była niczym przyjemnym. Mokre, zabłocone buty za każdym nadepnięciem pedałów sączyły z wewnątrz dziwną, czarną, podobną do smoły ciecz. A stanie naprzeciw ciemnego domu w strumieniach ulewy, i to w dodatku bez spodni, również nie wzbudziło mojego zachwytu.

Nagle usłyszałem w jaźni szczególne wycie i jakby niedokończone, rytualne słowa wezwania. Boże, ile było w nich rozpaczy!

Wtedy w rozświetlonym oknie poruszyła się zasłona i przez moment za szybą zamajaczyła znajoma, kobieca sylwetka. Poznałbym ją na końcu świata. Moje serce zabiło żywiej. To była nasza… Molly.

h

***

h

Skonsternowani? No jasne. Zaciekawieni? Na pewno. Koszmarno-surrealistyczne wizje Jana Maszczyszyna mają właśnie taki efekt. Już niebawem pełnoformatowa ich porcja wyląduje w księgarniach, a my trzymamy rękę na pulsie i będziemy wam serwować różne donosy oraz dobroci, więc czekajcie… niecierpliwie 😀

h
Advertisements
  1. CZAD, CZAD, I JESZCZE RAZ CZAD!!! NO I ODJAZD, ODJAZD, ODJAZD!!! 😀 😀 😀 I TEŻ ODLOT, ODLOT, ODLOT!!! JESZCZE BARDZIEJ ODLOTOWY OD TEGO Z BALONAMI!!! 😀 😀 😀

  2. Też się nie mogę „doszczekać”! 😉

  3. jedno jest pewne – zabłocone buty pod kołdrą – nie cieszą

  4. Klasa sama w sobie. Rewelacja pod każdym względem. Absolutne „musthave” konesera bizarro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: