polskie centrum bizarro

„Anatomia szaleństwa” by Dawid Kain

In Opowiadania on Luty 5, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtJeśli szukalibyśmy wspólnych literackich idoli dla wszystkich eksploatujących nasze dziwaczne poletko bizarro zwane, to William S. Burroughs pojawiłby się w mgnieniu oka. Nie da się ukryć, każdy bizarrowiec mógłby go bez problemu obrać za patrona – i duża część otwarcie to przyznaje. Dlaczego ten autor tak oddziałuje na wariatów pióra? Być może dlatego, że sam taki był – kogo nie inspiruje szajbnięty wieczny ćpun, rebeliant o niekonserwatywnych preferencjach seksualnych, otoczony wianiuszkiem artystów z najwyższej kontr- i popkulturowej półki?

Najważniejsze jest jednak to, że głośny Nagi Lunch i praktycznie wszystko, co narodziło się w jego głowie po nim to jeden wielki, niekończący się festiwal dziwacznych eksperymentów i wizji na haju.

My oczywiście oddajemy cześć wielkiemu pisarzowi i w dniu jego urodzin mamy dla was coś, co jest jednocześnie trybutem i wypadem w biografię jego szaleństwa. A prezentuje wam to Dawid Kain – jak najbardziej kompetentny i wkręcony w temat Burroughsa. W opowiadaniu Anatomia Szaleństwa, pochodzącym ze zbiorku Makabreski, będziecie mieli szansę odnaleźć prawdziwego ducha Willa. Zapraszamy!

h

Anatomia szaleństwa

h

– Jak długo będzie jeszcze trwać epidemia? – spytałem.

– Dopóki uda się ją podtrzymać…

 

William S. Burroughs

h

Obudził się nagle, po kilkunastu latach. Odzyskał świadomość przy stole, w pewien słoneczny piątek, jedząc ze mną lunch, z widelcem zatrzymanym zaledwie parę centymetrów od spierzchniętych ust. Wszystko wokół było jak film puszczony w zwolnionym tempie, a on sam, Will, bardziej przypominał wykopalisko archeologiczne niż człowieka.

– Nie wyglądasz najlepiej, stary – powiedziałem. – Ale i tak witam z powrotem wśród żywych!

Miał podkrążone oczy, skórę szarą i wyschniętą jak pergamin. Przypominał mumię, ale wiedziałem, że – mimo iż fizycznie nadal był martwy – gdzieś tam pod kopułą jego czaszki wciąż pracował najważniejszy organ – pofałdowana masa komórek, kryjąca w sobie prawdę o tym, co mój przyjaciel ujrzał po drugiej stronie. Koniecznie chciałem wiedzieć, mimo że wiedza jest podobno pierwszym stopniem do Piekła. Nic nie mogło mnie teraz powstrzymać.

– Czuję się jak gówienko – wyszeptał. – Co się ze mną działo przez te wszystkie lata? Jaka bestia pożarła mnie, strawiła, a potem wysrała, że oto siedzę tu z tobą, kimkolwiek jesteś, jedząc jak normalny człowiek, oddychając jak normalny człowiek, a nawet mówiąc jak normalny człowiek?

Wokół słychać było tupot małych odnóży… Karaluchy – kiedyś mój brat zajmował się ich tępieniem, ale teraz, gdy wyjechał, stworzenia te mają u nas istny raj. A to z powodu wyznawanej przeze mnie zasady, że nawet największe paskudztwo powinno dostać swoją szansę. Każde życie warte świeczki, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się wprost odrażające.

– Nie wiem, co robiłeś przez cały ten czas. Z jakimi typami ćpałeś, gdzie mieszkałeś, z kim dzieliłeś łoże… To wszystko pozostaje dla mnie tajemnicą. Jednak mam tu coś, co może odświeżyć ci pamięć.

Wyciągnąłem z kieszeni strzykawkę, której igła wciąż upaprana była zaschniętą krwią, niczym organiczną rdzą. Położyłem ją na stole, przed Willem. Zbladł jeszcze bardziej, choć zaledwie minutę wcześniej wydawało mi się to niemożliwe.

– Chryste! Teraz już wiem, że amnezja była tylko chwilowym błogosławieństwem – rzekł.

Poprosił, bym zapisał każde słowo, jakie powie.

Tak też uczyniłem.

h

*

h

Trudno z resztek wspomnień ułożyć jakąkolwiek całość, bo puzzle mojej pamięci mają nieregularne kształty, nie pasują do siebie, tak jakby każdy z nich był fragmentem zupełnie innej historii, a właściwie nie historii, lecz histerii, histerycznego świata wytworzonego przez umysł ćpuna, amorficznej galarety, w której serwujesz swoje ciało innym na pożarcie, tym bestiom, których imiona ulatują z głowy, gdy tylko próbujesz otworzyć usta.

Zaczyna się spokojnie, jak każda taka opowieść. Może siedzisz sobie w pokoju hotelowym, może leżysz w wyrze, a może grzejesz gębę przed telewizorem. Masz wszystko na zawołanie, wystarczy jeden telefon, a już obsługa zapierdala, czy to z kawiorem, czy z suchą bułką. Nieważne, stary. Masz też alkohol, jakby cię suszyło, albo jakbyś po prostu był wkurwiony, zawsze można sobie golnąć, tyle, że to tylko chwilowa ulga, w dodatku ma beznadziejny smak, od którego cierpnie ci podniebienie.

Oglądasz telewizję, która cię nudzi.

Gadasz z kumplami, którzy cię nudzą.

Sypiasz z laskami, które też cię nudzą.

Życie przetacza się obok ciebie niczym kula gnoju, odwracasz wzrok ze wstrętem.

Jesteś znudzony, zniesmaczony. Obcy na tej planecie, gdzie jedynym towarzyszem twoich miejskich wycieczek jest tylko wierny i chudy cień. Choć nawet on wygląda lepiej od ciebie, człowieku.

Czyżby nic cię nie interesowało?

Czyżby ta apatia była dożywotnim wyrokiem, wydanym przez sąd, którego nigdy nie będzie ci dane poznać?

Myślisz, że dobrze byłoby spać całymi dniami, wpaść w komę niczym w czarną dziurę, być podłączonym do aparatury podtrzymującej funkcje życiowe. Wtedy, brachu, nie musiałbyś nawet samodzielnie oddychać. Czy to nie byłoby piękne?

I nagle ktoś puka do drzwi.

Otwierasz, ale okazuje się, że to tylko jakaś laska, których masz przecież dość, więc mówisz: „Nie, dziękuję”, albo: „Spierdalaj”, i próbujesz zamknąć drzwi. Lecz oto wychodzi na jaw, że ta zjawiskowa kobieta przyszła do ciebie z naręczem maków, więc wpuszczasz ją na moment i – wierz mi, człowieku – nie będziecie bynajmniej pierdolić o pszczółkach i motylkach.

Sprawa jest jasna jak dupa albinosa. Właśnie wjeżdżasz na jednokierunkową. Twój wybór, wóz albo przewóz. Nie będziesz już mógł zmienić zdania, choćbyś nie wiem jak tego pragnął.

– Hera – przedstawia się dziewczyna, układając maki na twoim łóżku. Jej twarz ma urodę modliszki, a mimo to zaczynasz czuć podniecenie, bo takiej jeszcze nie miałeś. – Ale nie ta od Zeusa. – Rozsuwa zasłony. Słońce wlewa się do mieszkania. – Lubię zwężone źrenice – patrzy na mnie.

– Zwężają się pod wpływem światła – tłumaczę bez sensu.

Maki leżące na łóżku zmieniają się w strzykawki wypełnione heroiną. Z łodyg wyrastają igły, pąki zrastają się ze sobą, tracą barwę i przeistaczają się w plastik. W powietrzu unosi się żółtawa mgiełka, pachnąca wiecznym odpoczywaniem, którego tak ci brakowało.

– Czy już mówiłem, że mi się nudzi?

– Jeszcze parę minut temu, kotku. Nawijałeś o tym w kółko, nakręcony jak zwariowana pozytywka.

– W takim razie zmieniam zdanie. Kto by pomyślał, że rozbujasz mi tu na zawołanie dwuosobową imprezę.

Hera bierze jedną ze strzykawek. Igła lśni jak uśmiech anioła.

Ty również uśmiechasz się od ucha do ucha i czujesz, że micha nie przestanie ci się już nigdy cieszyć, choćby spadł ci na barki koszmar nie do udźwignięcia.

– To jak, zatańczymy? Jesteś gotowy?

Przytakujesz, a twoja nowa partnerka życiowa wbija ci igłę głęboko w żyłę i naciska tłoczek.

Twoja głowa wypełnia się watą cukrową, a ty myślisz: „Skąd, u licha, wzięła się ta wata w mojej czaszce? I dlaczego jestem niemal pewien, że cukier, z którego ją zrobiono, był brązowy?”.

Twoje ciało zaczyna bujać się niczym kołysanka.

Jesteś w niebie, pląsasz z aniołami.

Sam Bóg poklepuje cię dobrotliwie po ramieniu.

h

*

h

Wdziej odświętne ubranie i napełnij kieszenie drobnymi! Cyrk właśnie przyjechał do miasta!

Ta modliszkowata zdzira każe sobie płacić dość wygórowane sumy, bo – jak sama twierdzi – załatwia tylko czysty towar, a nie jakieś tanie, meksykańskie gówno.

Miłość ustąpiła miejsca pożądaniu, potem nienawiści, potem lękowi, którego nie byłem w stanie opanować.

Pochłaniała kasę niczym jednoręki bandyta. Gdy brała pieniądze, jej gałki oczne zaczynały obracać się z niewiarygodną szybkością, z ust sypała iskry, niebieskie płomienie. Kiedy źrenice wreszcie zatrzymywały się w miejscu, mogłem dostrzec w nich swoją nagrodę – dwie strzykawki wypełnione po brzegi.

Zabawna to gra – jeżeli będziesz płacił wystarczająco dużo, wygrasz za każdym razem. Jak w automatach do zmieniania banknotów w bilon.

– My tu nie spełniamy marzeń, kotku, tylko pozwalamy o nich zapomnieć.

Zamawiałem jej żarcie przez telefon. Jadła wszystko, czym uraczyła nas obsługa hotelowa, nie wybrzydzała ani trochę. Dziwiło mnie tylko, że nie tyła. Jej figura nie zmieniała się, wciąż była doskonała w każdym calu, szczupła niczym anorektyczka. Ja tymczasem traciłem na wadze w zastraszającym tempie…

Raz naćpałem się tak mocno, że przez kilka dni byłem nieprzytomny. Kiedy doszedłem do siebie, brakowało mi jednej nogi.

– Co tu się za Hiroszima rozgrywa, do kurwy nędzy!? – wrzasnąłem, patrząc na ziejące metaliczną wonią miejsce amputacji.

Hera siedziała w fotelu. Jej usta i broda wybrudzone były zaschniętą krwią. Hemoglobina głęboko pod paznokciami. I na igłach, które walały się po podłodze niczym kwiaty z innego wymiaru. Było ich tyle, że doprowadzało mnie to na skraj szaleństwa.

– Chciałam sprawdzić, jak smakujesz, kochanie. To chyba nie powód, żebyś się tak wydzierał.

Wpadłem w panikę i dostałem drgawek. Szmata okazała się być kanibalem. Jeszcze tego mi było trzeba! Skąd ona się tu w ogóle wzięła? Co to za diler, co trzyma się ciebie jak bliźniak syjamski? Czy pójdzie, gdy każę jej spierdalać? Czy może ten związek ma charakter głęboko małżeński i tylko śmierć nas rozłączy?

W czasie tych rozważań noga odrosła mi jak gdyby nigdy nic.

– Widzisz, świrze? Nie trzeba było tracić głowy! – krzyczała. – Jak cię tylko zobaczyłam, od razu wiedziałam, że nosisz w sobie geny jaszczurki.

Czy to możliwe? – pomyślałem. – Czy jestem jakimś płazem, czy może już przeistoczyłem się w zwyczajnego gada? Stałem się nędzną gadziną, która pijąc własne szczyny i żywiąc się własnymi gównami, będzie kontemplowała upadek współczesnych wartości, norm, tak zwane gnicie moralności?

Jak nisko można się stoczyć?

Odpowiedź nadeszła niebawem.

h

 *

h

Potrzebowałem tańszego lokum, bo kasa była na wyczerpaniu. Gdy Hera spała, załadowałem do plecaka strzykawki, igły oraz ampułki z towarem, i dałem nogę z hotelu.

Przez parę godzin włóczyłem się po pustych ulicach: widmo sunące wytartymi ścieżkami map, które nie pokazywały drogi do żadnego skarbu.

Cisza jak makiem zasiał.

Piąta nad ranem, świt zaostrza krawędzie rzeczywistości do granic bólu. W zasięgu wzroku żadnej pomocnej dłoni, a jeżeli nawet pojawiała się jakaś, to okazywała się być protezą należącą do dilera albo gliniarza. Nikomu nie mogłem już ufać. Trzeba było uciekać, gdzie pieprz rośnie. Albo gdzie rosną maki, na pola pełne kwitnących opiatów. Tam ćpuny w kwiecie wieku nurzają się w niemej ekstazie.

Wstąpiłem do baru, który miał tę piękną cechę, że znajdował się nieopodal i był jeszcze otwarty.

W oparach dymu dogorywali transwestyci i kilku spedalonych artystów, wyglądających na twory pochodzenia pozaziemskiego.

– Witaj, Will, dawno cię u nas nie było – zagadnął ktoś; prawdopodobnie wcale go nie znałem. Delikwent miał twarz tak bladą, jakby odsączono z niej całą krew. Wyglądał niczym klaun, który za dnia zabawia dzieciarnię, a wieczorami wdziewa sukienki i wkłada sobie poduszkę pod cycki, żeby imitować samicę w stanie błogosławionym.

Tak czy inaczej – mnie nie nabrał. Byłem czujny, podświadomy lęk kazał mi uważać na fagasa.

– Podejrzewam, że są już na moim tropie – szepnąłem, choć nie miałem pojęcia, co mogą znaczyć te słowa. Paranoja przeszywała mi twarz bolesnym skurczem, rozglądałem się nerwowo w poszukiwaniu śladów pościgu. Schizofreniczne omamy nieodłączne jak czkawka w ostatnim stadium raka przewodu pokarmowego.

– Nie pękaj. Widzisz tego kolesia, tam? – Wskazał dłonią rozerwane zwłoki zajmujące pobliską lożę: z białych łodyg kości wykwitały strzępy mięsa i flaków.

– Co mu się stało, do licha?

– Mówiłem mu: „Nie pękaj”, ale nie posłuchał mojej rady – powiedział transwestyta w urojonej ciąży i wybuchnął obłąkańczym śmiechem.

To wszystko robi się zbyt popieprzone – pomyślałem.

Chciałem uciec, ale nie miałem dokąd. Wszystkie ścieżki splatały się ze sobą w jakimś punkcie, tak czy inaczej.

– My się w ogóle znamy? – spytałem.

– Och, Will, a jak myślisz, skąd wziąłeś towar? Z tego, co wiem, obsługa hotelowa nie zajmuje się takimi sprawami.

– To ty przysłałeś ją do mnie?

– Przysłałem trzydzieści trzy gramy. Przyszedłeś tu jakiś czas temu i powiedziałeś, że szukasz czegoś na nudę. Nie pytałem więcej, bo nie lubię wciskać nosa w nie swoje sprawy.

– Czemu akurat trzydzieści trzy, do nędzy?

– Powiedziałeś, że masz trzydzieści trzy lata, i że to dobry wiek, żeby zaszaleć. Nie zagajałem już o nic, od razu wyciągnąłeś kasę na stół.

Zamknąłem oczy i próbowałem ułożyć sobie w głowie nowe informacje. Wynikało z nich, że sam byłem sobie winien.

– Kończy ci się towar, co? – Transwestyta nie wyglądał na zdziwionego.

Wstał, a jego twarz zarumieniła się. Żyły na czole i policzkach nabrzmiały, nabierając niebieskiej barwy. Położył się na podłodze. Rozłożył nogi tak szeroko, jak się tylko dało. Uderzył się pięścią w brzuch i spomiędzy ud wypadło mu niemowlę ubrane we wzorzyste śpioszki – gmatwanina kolorów i kształtów.

Transwestyta za jednym zamachem roztrzaskał głowę niemowlęcia o kontuar. Na podłogę posypały się kawałki porcelany i ampułki z wiadomą zawartością.

Przeraziłem się.

Nie wiedziałem, co wyrosłoby z dziecka, które od urodzenia ma w głowie tylko narkotyki. Rozwścieczony yuppie? Prezes banku? Gospodyni domowa? Członek Kongresu? Czy może zwykły ćpun, żebrzący o drobne na dworcu?

Wolałem się nie zastanawiać…

– Załaduj sobie. Poczujesz się jak nowonarodzony! – wołali ludzie zgromadzeni wokół. Rozpoznałem wśród nich kilku wybitnych pisarzy (w tym jednego Noblistę), paru znanych polityków, jedną prezenterkę telewizyjną (tę od prognoz pogody) i jednego malarza-abstrakcjonistę. Towarzystwo wzajemnych akrobacji intelektualnych. Nie cierpiałem takich ludzi, bałem się ich.

Wyjąłem z plecaka strzykawkę.

h

 *

h

Kilka lat temu jeden z moich bliskich przyjaciół umarł na raka. Odwiedzałem go w szpitalu aż do samego końca. Choroba sprawiała, że stopniowo znikał, jego ciało więdło, a skóra stawała się coraz bledsza (tracił barwy, tak jakby coś je z niego wysysało).

Pewnego dnia, mniej więcej na tydzień przed śmiercią, powiedział:

– Wiesz, Will, każdy z nas ma swojego raka. Coś, co niepostrzeżenie zżera nas od środka. Niektórzy w porę się zorientują i pozbędą się pasożyta. Cała reszta skończy tak jak ja.

Faktycznie wyglądał, jakby coś go zżerało.

Powolny proces wewnętrznego rozkładu. Smutny i nieunikniony.

Czy do zatrzymania?

h

  *

h

Jakie nazwy mają ulice bezimiennych miast? Wszystko wygląda tu tak samo, budynki są podobne do siebie, a ludzie niemal jednakowi, jak ksero z jednego egzemplarza. Tak, te same twarze przepływają przed tobą, niosąc sztuczne uśmiechy niczym garby. Nie znasz nikogo, ale wszyscy znają ciebie. Jesteś czarną dziurą, która wsysa w siebie kłopoty innych, ich drobne i większe sprawy.

Mój emocjonalny kompas obracał się obłąkańczo, zwiastując nadchodzącą burzę, podczas gdy ja bezskutecznie próbowałem odnaleźć w tym wszystkim sens.

Czy nadal żyłem?

Media codziennie głosiły zagładę świata, rozwścieczeni księża-pedofile grzmieli o nadchodzącej apokalipsie, szuje z wydziału antynarkotykowego wciągały kokę w przestronnych biurach, a potem udawały się na polowania (Wirus Salem ogarnął wszystkich mieszkańców planety. Czyżby każdy obywatel nosił na karku wiedźmę uzależnienia?).

Za te kilka groszy, które wygrzebałem z zakamarków kieszeni (swojej i jakiegoś przechodnia) wynająłem kawalerkę na przedmieściach. Było tu niewiele więcej miejsca niż w kabinie miejskiego kibla, a zapach nawet gorszy. Łóżko tak małe, że nie dałoby się na nim  uprawiać seksu nawet z samym sobą… Z nudów drapałem się do krwi. Prowadziłem chaotyczne zapiski, które później miałem wydać, by uzyskać rozgłos jako wybitny przedstawiciel literackiej awangardy. Nigdy tego nie planowałem, bo w głębi duszy czułem, że nie mam nic wspólnego z tą przebiegłą zgrają współczesnych Don Kichotów… Ale tak się złożyło, że nagle i niespodziewanie stałem się jednym z nich.

Pewnej nocy obudziłem się, słysząc przeraźliwy krzyk. Dobiegał z bardzo bliska i sprawiał, że raz po raz przeszywały mnie bolesne dreszcze.

Ze zdumieniem popatrzyłem na własne przedramię. Od ciągłego dawania w żyłę w zgięciu łokcia wyhodowałem sobie potężną ranę, która – jak się właśnie okazało – bardzo przypominała usta. To ona tak wrzeszczała.

– Czego chcesz, podła gnido? – zapytałem.

– Jestem głodna – odparła. – Nakarm mnie, bo dłużej nie wytrzymam!

Też coś! Czyżby teraz przyszło mi matkować swoim najgorszym instynktom!

Tak czy owak – chciałem mieć spokój. Niezakłócony sen był jak lekarstwo, a mnie nagle zabrakło recept. Sięgnąłem więc po strzykawkę, napełniłem ją towarem, a następnie wsunąłem igłę w ranę (podobnie wtyka się smoczek w usta beczącego niemowlaka) i nacisnąłem tłoczek.

Rana się uśmiechnęła.

h

*

h

Całymi dniami leżałem w łóżku. Miałem coraz mniej towaru, podczas gdy organizm domagał się coraz większych dawek.

– Skąd przywozisz tę plagę? – spytał mnie kiedyś jakiś nieznajomy. Nie pamiętam, gdzie wtedy przebywałem. Podobno wyjechałem ze Stanów i przeprowadziłem się do Meksyku. Niektórzy mówili, że ćpam od ponad dziesięciu lat i że kontakt ze mną jest mniej więcej taki, jak z autystycznym dzieckiem.

– Nie wiem. Nie mam pojęcia.

– Jak my wszyscy, człowieku, jak my wszyscy…

Do szału doprowadzały mnie plotki, że zabiłem własną żonę. Czy w ogóle kiedykolwiek miałem żonę? Nie pamiętałem… Coś mi podpowiadało, że cała ta przygoda z dawaniem w kanał wcale nie zaczęła się wtedy w pokoju hotelowym.

Nie mogłem dotrzeć do prawdy. Moje zapiski były mgliste… Niezrozumiałe. Jak w ogóle ktokolwiek był w stanie to czytać, nie doprowadzając swoich oczu do bolesnego wypełznięcia z oczodołów jak para obleśnych ślimaków.

Na mieście wszyscy gadali o brzemiennym transwestycie srającym opium. Plotki niosły się jak osobliwe echo. Koleś pił ponoć specjalne piwo, od którego rolnicy tracili wzrok. Czy nikt go nie ostrzegł, że alkohol może szkodzić, szczególnie gdy jest się w ciąży? Toksyczny wpływ na rozwój płodu był niepodważalny… Jaką świnią trzeba być, by zaryzykować noszenie w swym łonie zlepku wadliwych komórek, wyglądających jak zgniłe ziarno fasoli?! Poronione pomysły na poronione czasy.

Jednego byłem pewien – tropili mnie. Nie wiem, jaki pies wywęszył dla nich mój towar, ale pościg stał się faktem. Wyciągnięte w mym kierunku dłonie oprawców i kapusiów w niczym nie przypominały niewidzialnej ręki rynku. Były równie namacalne, co cycki moich dawnych kochanek. Gliny szukały kozła ofiarnego, z którego wydoiłyby zeznania obciążające cały świat. Później spaliliby mnie na stosie. Jak wiele razy w przeszłości i jeszcze więcej razy w przyszłości, która malowała się marnie.

Nie miałem kasy ani towaru. Drobniaki dzwoniły po kieszeniach, rany na ciele płakały. Jednak przez te wszystkie lata w moim organizmie zgromadziło się tyle opiatów i innego świństwa, że nawet na trzeźwo byłem na haju.

Włóczyłem się po nienazwanych ulicach nienazwanych miast, nie pamiętając nawet własnego imienia. Uciekałem przed wrogiem, który równie dobrze mógł wcale nie istnieć.

h

   *

h

Często śniło mi się, że strzelam do pewnej kobiety i trafiam ją dokładnie między oczy. Zabiłem ją przez przypadek. Wcale nie chciałem. Nie zamierzałem tego robić, po prostu wstąpił we mnie duch Wilhelma Tella. Duch Willa Tella, mordercy z urojenia.

Po strzale kobieta przewracała się na podłogę. Życie uciekało z niej przez dziurę w czole. To życie miało postać czerwonej mazi.

Ta kobieta była kiedyś moją żoną.

Nic z tego nie rozumiałem.

h

*

h

Opamiętanie w końcu nadeszło. Musiało nadejść, po tylu latach amoku.

Zaprzyjaźniłem się z jednym kolesiem. Zajmował się walką z karaluchami, a jego żona była meksykańską prostytutką. Za przyzwoleniem męża mogłem z nią sypiać raz w tygodniu. Z mężem sypiałem jednak znacznie częściej… Czułem, że im obojgu było mnie strasznie żal. Nigdy wcześniej nie widzieli człowieka, który upadłby na dno, przebił je głową i leciał dalej, nie mogąc się zatrzymać.

Wieczorami ćpałem proszek na karaluchy. Odjazdy były nieziemskie…

Właśnie kończyłem pisać moją debiutancką powieść, gdy maszyna do pisania niespodziewanie przemówiła:

– Rozejrzyj się… Opisz istoty, które widzisz.

Wykonałem polecenie bez słowa sprzeciwu:

– Transwestyci odziani w różowe gorsety zabawiają rozwrzeszczaną gawiedź. Wśród publiki jest kilku papieży światowej krytyki literackiej. Gdzieś w zaułku żona mojego przyjaciela, a zarazem moja kochanka, zabawia się z prezydentami obcych mocarstw. Pięcioletnie dziecko z przykładnej amerykańskiej rodziny czyta „Ulissesa”, jednocześnie paląc jointa i dezynfekując tanim wybielaczem igły dla rodziców… Dilerzy wyśpiewują „Tren Finneganów”… Owadzie podrygi pośród planet wypranych z wszelkich nazw… Wirus języka doprowadzający do powstania wysokiej na piętnaście kilometrów Wieży Babel… Staruszka zrośnięta z wózkiem inwalidzkim w nierozerwalną całość…

– To odpowiednie towarzystwo dla kogoś takiego jak ty? – spytała maszyna do pisania, po czym zmieniła się w karalucha i odpełzła w mrok.

– Wiesz, Will… Każdy z nas ma swojego raka…

Postanowiłem zerwać z nałogiem.

Przyjaciel zamknął mnie w pokoju na klucz. Dwa razy dziennie przynosił ciepłe posiłki. Potem zniknął, a jego miejsce zajął ktoś nieznacznie do niego podobny…

Całymi tygodniami tylko srałem, rzygałem i płakałem. Wokół siebie widziałem widma dawnych przyjaciół oraz wrogów. Przemawiali we wszystkich językach świata, jakby w ich gardłach tkwiła wieża Babel, o której wcześniej wspominałem. Nie wiedzieli, jak mają mówić, żebym ich zrozumiał. Rzucali pod moim adresem jakieś absurdalne oskarżenia. I patrzyli na mnie wzrokiem, który wypalał dziury w trzewiach.

Miałem wszystkiego serdecznie dość. Skończyłbym ze sobą, gdybym miał do tego warunki… lub wystarczającą odwagę.

Ozdrowienie nadeszło niespodziewanie.

Pewnego dnia po prostu poczułem się lepiej.

Gęstym strumieniem wypłynęła ze mnie ostatnia fala wymiocin. Ku swemu zdziwieniu w rzece rzygów dostrzegłem coś czerwonego. Był to rak. Skorupiak kilkakrotnie zacisnął szczypce – klikety-klak! – klikety-klak! – klikety-klak! –  po czym oświadczył:

– Kończę naszą współpracę, Will! Hasta la vista, ty sukinsynu!

Następnie odpłynął na fali wymiocin, by zapomnieć o mnie na zawsze.

Odpłynął, żeby poszukać sobie nowego gospodarza, na którym mógłby zacisnąć swoje czerwone niczym maki szczypce.

h
Reklamy
  1. Odjechane 🙂

  2. ciekawi mnie Dawidzie czy zamierzasz w najbliższej przyszłości odwiedzić świętokrzyskie, by głosić chwałę bizarro?

  3. Najchętniej głosiłbym chwałę bizarro pod każdą szerokością geograficzną, ale ciężko mi to zrealizować. Jeszcze nie wiem, gdzie będę jeździł w tym roku i czy zawitam do świętokrzyskiego, na pewno bym chciał. Na razie wiem tylko, że w 2013 będę na co najmniej trzech konwentach: Siedlce, Kraków i Warszawa. Jak pojawią się inne opcje, na pewno gdzieś o tym napiszę 😉

  4. Jestem szczerze zakochana w tym opowiadaniu. Jak w większości zresztą. Ale cicho sza, widelce podsłuchują.
    Bardzo mi ciepło w miejscu po sercu kiedy mogę nacieszyć się takimi perełkami! Jeśli jakkolwiek, komukolwiek to pomoże, uraduje – dzięki Waszej pasji przyszło odnaleźć mi azyl w którym absurd, turpizm i wypchane zwierzątka nie są niczym strasznym, a psychobajki jakie dręczę od lat bez wstydu mogą zostać tu opowiedziane.
    A teraz wracam do bycia anonimowym worem mięsa, pozdrawiając przy tym wszystkich nachalnie.

  5. Dobrze Cię widzieć/czytać w tym miejscu. Odzywaj się częściej!

  6. Can you feeeeeeel daaa loooove tonight?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: