polskie centrum bizarro

„Zdzira” by Juliusz Wojciechowicz

In Opowiadania on 14 lutego, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtwalentynkiCóż, niektórzy autorzy potrafią nas zaskoczyć… Na przykład Juliusz Wojciechowicz przypomniał nam, że zbliżają się (w sumie już nawet są!) Walentynki. O tym święcie śpiewał już Marylin Manson, a także mnóstwo innych trubadurów współczesności, nie godzi się więc, by na niedobrych literkach nie pozostał żaden ślad tegoż wydarzenia.

Jeśli do czegoś Was przyzwyczailiśmy, to z pewnością do szukania nietypowych pomysłów. A czy jest coś bardziej nietypowego, szalonego i ogólnie: pojechanego po bandzie, niż walentynkowa opowieść małżeńska? Aj, aj, aj! Zapnijcie pasy i poznajcie Zdzirę.

Miłej lektury i nie zapomnijcie:  czyńcie miłość sobie a drugiemu to co Wam niemiłe!

Zdzira by Juliusz Wojciechowicz

Żonie, kobiecie o wielkim sercu:)

 Nadchodzi, a smród nadtrawionego alkoholu wyprzedza go na kilka metrów. Trzaska drzwiami, choć początkowo próbował się skradać. Przekleństwo, beknięcie, syk bólu, gdy kolanem zahacza o szafkę na buty. Przedpokój – klaustrofobicznie ciasny, mroczny; mężczyzna sięga do gniazdka, ślepą dłonią klepie bezradnie po ścianie, zatacza kręgi, maca. Trafia w końcu na przycisk. Trzykrotnie zapala światło, gasi – odurzona kończyna, jakby obca, porażona bezwładem nie może się zdecydować. Wreszcie nastaje jasność. Blask stuwatowej żarówki rżnie po przekrwionych oczach, wbija w mózg nieznośne szpilki, rozdrapuje jaźń na strzępy. Na wprost łazienka – drzwi są niedomknięte, przez szparę wyziera czerwony kawałek obdrapanego plastiku. Mężczyzna przez chwilę patrzy, próbuje skupić myśli – w końcu doznaje olśnienia: to kocia kuweta. Opiera się całym ciężarem o starą pralkę, stojącą, a jakże, w sieni – łazienka jest jeszcze mniejsza. Chwieje się, próbuje zzuć buty. Wsuwane mokasyny od Deichmanna walczą, opierają się, zdają się złośliwie przyrastać do stóp. Pierwszy schodzi; mężczyzna trzyma but w lewej ręce, patrzy nań z mieszanką nienawiści i dzikiej satysfakcji, równocześnie obserwuje kawałek gówna wprasowanego w podeszwę. Mamrocze pod nosem, sięga po druciany wieszak i dłubie ostrym końcem; kawałki psiego kału spadają na podłogę. Przemieszcza się w lewo – podłużny aneks kuchenny zdaje się nie mieć końca. Ale on przecież tylko do zlewu; przemyć mokasyna, twarz, wypłukać usta, zanim otworzy następne drzwi – drzwi do sypialni. Woda ciurka z kranu, obmywając obsrany but, skapuje brunatnymi kroplami na stos talerzy, widelców, filiżanek, które piętrzą się chybotliwie w obdartym z emalii zlewie.

Nagły skurcz krtani, paląca żółć drażni przełyk. Mężczyzna zastyga w pół obrotu, potyka się – wciąż ma na sobie płaszcz; grzęźnie stopami w zdradzieckich połach prochowca. Po drodze jednak stoi lodówka; chwyta się jej kurczowo jak tonący brzytwy, zastyga zawieszony w próżni, niemal ją przewraca. W końcu podłoga wstaje, wymierza bezlitosny cios prosto w twarz. Podnosi się też lodówka i odzyskawszy równowagę zrzuca z siebie balast od lat ciążący jej na barkach. Otwarte opakowanie mąki leci statecznie, zasłaniając się dyskretnie welonem białego pyłu, grad przypraw „Kucharek” szybuje majestatycznie na wzór kolorowych latawców, ciężki stalowy prodiż dobija leżącego.

W drzwiach sypialni pojawia się zaspana twarz – twarz wybudzonej z koszmaru kobiety. Przez chwilę w jej wielkich oczach widać jedynie przerażenie; odgarnia kosmyk włosów z odciśniętego poduszką czoła, rozgląda się, widzi, rozumie. Odwraca się z rezygnacją – powyciągana koszula nocna śledzi ją niczym groteskowy tren panny młodej – zamyka za sobą drzwi.

On próbuje walczyć – strużka żółtego śluzu cieknie z kącika ust – wyplątuje się z objęć płaszcza, podpiera kolanem. Już prawie stoi, gdy tą jedną wciąż obutą stopą natrafia na kocią miseczkę. Trzask szkła przypomina suchy strzał pistoletu. Kopie z furią w lodówkę. Przenikliwy ból zwala go z nóg – zapomniał, że jest jednostronnie bosy.

Chlusta po ścianach kolorowym pawiem, w przerwach wyje – chyba złamał palec. Sąsiad z góry wali szczotką w kaloryfer, słychać gwar wyrwanych ze snu piętro niżej.

Wyciera się bezradnie rękawem podartej koszuli, czuje jak śmierdzi – alkoholem, kurwą, psią kupą. Płacze; patrzy na zegarek, cyferki zlewają się w jednolitą zielonkawą poświatę. Toczy błędnym wzrokiem po ścianach, zahacza o zegar wiszący nad okapem – ten ma kształt i wygląd pizzy, a co najważniejsze duże wskazówki. Jest za pięć czwarta, a na siódmą do pracy.

Czołga się w kierunku sypialni, sapie, rzęzi. Podpełza do łóżka – pościel pachnie świeżym krochmalem – obejmuje kobietę, drżące ręce błądzą po jej piersiach.

– Proszę, zrób to. Ten ostatni raz. Przysięgam – szepce jej do ucha. Zionie fetorem wymiocin.

Ona odwraca się, patrzy; widzi łzy skruchy żłobiące jego brudne oblicze. Kładzie ręce na jego rozpalonej głowie, coś mruczy pod nosem – modlitwy, zaklęcia?

Twarz mężczyzny łagodnieje – wyraźnie się odpręża. Oczy nabierają ostrości, rozumu; nakrywają się zaraz powiekami, by odpłynąć w senny niebyt.

Kobieta wymiotuje – w głowie wirówka, żołądek pęka z bólu, a smród jest nie do wytrzymania. Zwija się w kłębek, prostuje, wstaje; potworne pragnienie każe jej pełznąć do kuchni, do zlewu. Pije wprost z kranu, woda spływa jej po brodzie, wprost na but, talerze, filiżanki.

Poranek jest rześki, mężczyzna wyspany. Idzie dziarskim krokiem, pogwizdując wesoło – czysty, schludny, wzorowy obywatel. Przepełnia go miłość do żony. Znowu to zrobiła. Po raz kolejny wzięła na siebie jego straszliwego kaca. Dziś będzie uważał. Daruje sobie dziwki, wypije najwyżej kilka kieliszków po ciężkim dniu biurowej rzeczywistości. Przecież jutro wtorek, kolejny dzień pracy.

– Stachu, widziałeś go? – dozorczyni mało nie wypadnie z okna, wołając do męża w głębi mieszkania. – To ten co ci mówiłam, co się tak fatalnie wżenił. – Jej palec wodzi za postacią w płaszczu.

– Ten od tej zdziry, co się tak łajdaczy? Tej pijaczki, co dzień w dzień chleje i po nocach baluje, a potem o trzeciej nad ranem meble przestawia? – Rybie oczy Stacha zerkają zza grubych szkieł okularów.

– Tak, tak, to ten.

– Jak ja mu współczuję. Muszę go kiedyś na piwo wyciągnąć. Niech chłop też coś z życia załapie. – Stach wręcz emanuje empatią i zrozumieniem. – Jakim to trzeba być bezdusznym potworem – mamrocze pod nosem – Ach, te baby…

  1. Smutnie-piękne. I ładne językowo. Podoba się QQ

  2. Bizarro… usłyszałam ten termin po raz pierwszy, całkiem niedawno i zupełnie przypadkiem. A cóż to takiego, myślę sobie, to „bizarro”? Zaintrygowana poezją nowobrzmiącego słowa, rozpoczęłam poszukiwania. Lubię wiedzieć.
    Aaaa, to nowy gatunek literacki! Czytam dalej… „środki wyrazu – absurd, groteska, satyra… wyłamująca się ze schematów proza”? To coś dla mnie! Muszę przeczytać cokolwiek z tego gatunku. Trafiam na „Niedobre Literki”. Są akurat Walentynki. Na pierwszym planie… „Zdzira”.
    Cóż ja tu widzę?! Absurdalny, groteskowy dowcip słowny, charakterystyczny (dla pewnego gatunku poezji) schemat fabularny, zaskakująca pointa… toż to, powalający na kolana, misternie utkany ze słów, i rzeczywiście „niedobrych literek”… limeryk napisany prozą! Mistrzostwo!

    Od tamtej pory czytam publikowane na „Niedobrych Literkach” opowiadania, ale komentarz zostawiam tu, bo to właśnie mistrzowska „Zdzira” Juliusza Wojciechowicza wciągnęła mnie w Bizarro. Dziękuję.

  3. Dzięki, za wpisy nieprzyzwoicie wręcz pochlebne… jak komuś jeszcze mało to wersja audio „Zdziry” dostępna na przeczytamy.pl 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: