polskie centrum bizarro

„Grubszy szpadel” by Aleksandra Brożek i Rafał Sala

In Opowiadania on Luty 20, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNawet sceptycznie nastawieni do rzeczywistości wieszczowie upadku bizarro, a niedobroliterkowego projektu w szczególności muszą zgrzytać zębami (lub raczej pieńkami, bo chyba już tylko one im w paszczękach zostały), widząc ile świetnych tekstów, tworów i wytworów pojawia się pod auspicjami Paskuda. Nie wiemy, czy to sławetny seksapil naszego jednookiego przyjaciela przyciąga tych wszystkich świetnych twórców, czy może po prostu wariatów nie brakuje nie tylko za kółkiem, ale też z piórem, przy maszynie do pisania lub nad wordowskim edytorem

A skoro wariatów nie brak, gdzieś muszą oni zrzucać dzieła swego chorego geniuszu. A to już nasza nisza…

Dziś do niesławetnej hordy dołączyli kolejni znani w netowym światku autorzy, a mianowicie duet Aleksandra Brożek i Rafał Sala. Ich wizja piekielnych zmagań o sukcesję po nieświętej pamięci Lucku zapiera dech w piersi i wywołuje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Warto przeczytać, nie ma co patrzałek żałować!

h

Grubszy szpadel

h

– W dwuszeregu, barany! – krzyczał Olivier, zdzierając gardło. – Bo wychłostać każę!

 Jego rozkazy nie na wiele się zdały. Grupka skazańców przepychała się i gniotła, szukając swoich miejsc zbiórki.

– Nie zapominaj, Olivierze, że cześć z nich lubi… no, nie ma nic przeciwko chłoście – wtrącił szeptem Belial.

Archanioł, upadły rzecz jasna, faktycznie dostrzegł na kilku twarzach uśmieszki, potwierdzające słowa współpracownika. Cholera jasna, inni mają żołnierzy, księży, skazańców, a mnie trafili się

– Artyści, baczność! – głos Lucyfera dobiegł z głośnika zawieszonego na metalowym słupie. – Ty, we flanelowej koszuli. No ty, ty. Stań prosto i krok w tył!

– Panie, siódmy krąg piekieł, sekcja „W”, gotowa do apelu – powiedział automatycznie Olivier. Ta, gotowi, jak dupa na rżnięcie, pomyślał.

W końcu Szatan przeszedł do innych sekcji i kręgów, a po wygłoszeniu wielogodzinnego przemówienia w głośniku rozległo się chrapanie.

Spojrzenia Oliviera i Beliala spotkały się mniej więcej w połowie. Znów to samo. Lucyfer miał już swoje lata… znaczy się… już trochę wieczności mu stuknęło. Coraz częściej przysypiał na apelu bądź też w połowie łapał go atak kaszlu, śmiechu, złości, a co gorsza płaczu. Piekło huczało od plotek. Niebo pewnie też, ale Olivier w nosie miał plotki. Co by się nie stało, miał służbę w najgorszym miejscu, na dodatek na wieczność. Do dupy z takim nieżyciem!

Skinął na Beliala i wydał rozkaz rozejścia się. Zgromadzeni pod murem miłośnicy chłosty poczuli głęboki zawód i, mrucząc pod nosami, ruszyli za resztą.

h

***

h

Gorąco, pomyślał Olivier, przechodząc pod łukowatym sklepieniem wejścia do „Rozwidlenia”. Ochroniarz musiał pewnie udać się na stronę, bo nikt go nie wylegitymował. Nie byłoby to chyba nawet konieczne. Co prawda niegdyś archanioł bywał tu częściej, ale i teraz zdarzało się mu zaglądać. Usiadł przy zamurowanym oknie i przywołał kelnera.

– To, co zawsze? – zagaił niewysoki faun, drapiąc się po brzuchu skrytym pod fartuchem z napisem „Taki duży, taki mały, może w piekle być”.

– Daj dwa truposze z lodem.

Faun pognał w głąb sali.

Olivier rozejrzał się po zadymionym pomieszczeniu. W najdalszym kącie siedziało kilku dobrze już podpitych szatańskich sług. Nosili małe czarne skrzydełka. Co za moda, cholera jasna. Olivier nie do końca rozumiał, na co komu takie ustrojstwo. Ani to przydatne, ani ładne. Jego rozmyślania przerwało nadejście wyczekiwanego gościa.

Cherub pojawił się w drzwiach i nerwowo pomacał się po piersi. Wyciągnął na wierzch wiszącą na rzemieniu przepustkę i, odnalazłszy wzrokiem Oliviera, podszedł do niego.

– Masz pietra? –  rzucił archanioł. Dobre powiedzonko jak na piekło, przemknęło mu przez głowę.

– Wpadnij kiedyś na górę, to się przekonasz, jak to jest – sapnął Marchiasz, rozsiadając się na ławie. Położył na stole ręce, po czym zaplótł tłuste palce i rozejrzał się nerwowo. –  Słyszałem, że stary ledwie zipie. Prawda to?

– Wpadnij kiedyś na sam dół…

– Dobra, już dobra. Bez gierek. – Cherub zawsze irytował się z byle powodu. –  Czego chcesz? I po kiego diabła, bez urazy, spotkaliśmy się w miejscu, gdzie każdy zna twoją gładką buziulkę, a mojej na pewno nie zapomni?

Olivier rozejrzał się. Poczekał, aż kelner przyniesie zamówienie i dokładnie przyjrzy się cherubowi. Potem sięgnął po oba drinki i zwinnie wrzucił do każdego po jednej małej pigułce.

– Co to? – zdziwił się cherub. –  Rozumiem, że twoi podopieczni żrą to jak mentosy, ale ja bardzo dziękuję. Nie tknę żadnego świństwa…

– Luzuj, stary – mruknął Olivier, opróżniając swoją szklankę, po czym czknął i wstał.

Marchiasz pomyślał, że sam zapach narkotyku musiał jakoś na niego podziałać, bo oto widział przed sobą dwóch Olivierów. Nie mógł się mylić. Jeden siedział i przyglądał się swoim dłoniom. Drugi stał i uśmiechał się tryumfalnie. Nie minęła chwila, a drugi Olivier – ten stojący – zniknął.

– No, na co czekasz? – mruknął ktoś.

Marchiasz poczuł dotyk na ramieniu. Drgnął przerażony.

–  Nikogo tu nie ma – usilnie starał się przekonać samego siebie.

– A właśnie, że jestem i nie mam zamiaru czekać. – Głos dobiegał znad głowy cherubina.

Szklanka uniosła się w powietrze, a zdezorientowany posłaniec niebios zaczął się dusić. Na szyi zaciskała się niewidzialna obręcz. Chciał się cofnąć, uciec, rozpłakać, ale ktoś, kto jak na gust Marchiasza był zdecydowanie za blisko, nie pozwolił mu na to. Siłą wlano mu do ust napój i dopiero wtedy niewidzialna ręka puściła go.

Marchiasz wstał. Zrobiło mu się niedobrze. Gdyby mógł, wyrzygałby całą ambrozję i nektar, jaki wpakował do brzucha przez całe anielskie życie. Przez łzy zobaczył siebie samego albo przynajmniej kogoś bardzo podobnego do siebie, zasiadającego przy stoliku.

 – Spasłeś się przez te miliony lat, co? – rzekł Olivier, szturchając cheruba.

 Marchiasz nie zdążył nic odpowiedzieć. Zemdlał.

h

***

h

Drzwi celi zaskrzypiały przeciągle. Gdy strażnicy wprowadzili do środka młodego człowieka, mężczyzna we flanelowej koszuli podniósł się na pryczy. Nowy wyglądał na nieźle wystraszonego i oszołomionego. Przykrótkie spodenki piłkarskie opinały mu tyłek. Dwa diabły zostawiły więźnia i pośpiesznie wyszły.

– Chłopy! Jo żem tam tylko przyśpiewywał! Za byle gówno do pierdla?! – krzyknął przybysz i załomotał w metalowe drzwi.

– Ty też za śpiewanie? – zapytał właściciel kraciastej koszuli.

– Ledwie hymn żem zaczął. No i „Odę do radości”, i sru. Do paki. Jak Niemca jakiego! Psiakrew!

– Zapal sobie, stary, i opanuj wrzeciono – westchnął jego przyszły współlokator, odgarniając z twarzy blond włosy.  – Kurt jestem.

– Kurw… – jęknął nowy, bo rąbnął w zwisającą z sufitu lampę.

– Miło cię poznać, Kurw – mruknął pod nosem blondyn.

– Józek mnie wołają, a nie żaden Kurw. Józek K. – powiedziawszy to, rozejrzał się dookoła. Co prawda siedział już wcześniej w ciumrze, ale wtedy było za co.

 – Rozgość się. – Kurt wskazał Józkowi łóżko tuż nad swoim. – Tamte dwa są już zajęte – dodał, widząc, że chłopak rzucił okiem na stojące po drugiej stronie celi prycze.

– Co tu tak smrodem zalatuje? –  zagadnął Józek.

– Ten spiryt. – Kurt wyciągnął spod łóżka przeźroczystą butelkę z zawartością wzbudzającą w Józku dosyć miłe wspomnienia. Zaraz jednak zemdliło go i ledwie zdążył dobiec do umywalki.

– Stary – zaczął muzyk – widzę, że twój stan marnie się przedstawia.

– Zara się mi poprawi, ino się walnę w kimono. Pewnie poczymajom mnie cztery osiem i jazda do chałupy.

Kurt roześmiał się i podszedł do stolika. Sięgnął po książkę umieszczoną pod jedną z nóg mebla, dzięki której ten mógł stać stabilnie.

– Tu masz regulamin, kolego – rzekł. – Chyba nie za wiele ci powiedzieli, co? Pamiętasz, jak się tu znalazłeś?

Józek usiłował sobie przypomnieć i w końcu w zakamarkach rozmiękczonej alkoholem głowy pojawiły się obrazy. Trochę rozmazane, jakby olejne i kubistyczne. Pieprzone artysty nowoczesne!, zaklął w myślach. Pamiętał, że po meczu poszedł do knajpy i tam trochę wypili z chłopakami. Nawet więcej niż trochę. A potem…

 – Zobaczyłeś światełko w tunelu? – zapytał Kurt, przerywając rozmyślania Józka.

No pięknie, siedzę z pomylonym, pomyślał i postanowił nie denerwować podejrzanego osobnika.

– I taki jeden cosik tam godoł. Głos znaczy się  –  mruknął mimo wszystko pod nosem.

– Głos? – Zainteresował się Kurt. – Widocznie miałeś nowszą wersję.

– Nowszą wersję? Co? Czego? Godoj po ludzku.

– Śmierci.

Wpakowałeś się, stary, oj, żeby ino to nie był jakiś grubszy szpadel, pomyślał Józek, któremu wcale nie uśmiechało się siedzenie z nawiedzonym typkiem. Wdrapał się na swoją pryczę i już miał się ułożyć wygodniej, gdy nagle podłoga rozpękła się, a w samym środku celi wykwitła dziura. Z dziury – jak to z dziury – coś wylazło.

h

***

h

– Kur… do jasnej anielki! Wdep… wdepnąłem sandałem w szczurze gówno – jęknął głośno zasapany Marchiasz, który co chwilę potykał się w ciasnym i dusznym korytarzu.

– Ciiii, niezguło! – pouczył go idący na przedzie Olivier. – Nie widać nas, ale słychać owszem.

Zatrzymał się.

– Jak… nas… złapią, to jesteśmy ugotowani. – Marchiasz otarł pot z czoła. – Na… na… miękko.

– Na potęgę posępnego czerepu! U was w niebie same takie fajtłapy?!

– Ciii.

– Posłuchaj – Olivier obniżył głos do szeptu. – Czekałem na ten moment od zarania dziejów. Ty pewnie stróżowałeś wtedy przy jakiejś uklejce. Jak się cykasz, to odmów jakąś… jakiś wierszyk. Na przykład ten: „Niech się dzieje wola nieba, z nią…

– Dobra już, dobra. Idziemy.

Wkrótce znaleźli się w miejscu, gdzie w nierównej ścianie znajdowała się spora szczelina.

– Dupowłaz  tędy wchodzi – oznajmił scenicznym szeptem Olivier.

– Kto?

– Sancho Pansa Belzebuba – mruknął Olivier, nie zagłębiając się w szczegóły, po czym wyszeptał szeptać niezrozumiałe dla Marchiasza zaklęcia. Szczelina zaczęła się powiększać.

Marchiasz skrzywił się i przymrużył oczy w oczekiwaniu na donośny grzmot. Do jego uszu nie dobiegło jednak najmniejsze skrzypnięcie, za to długa szpara cudownie przemieniła się w szerokie wejście.

– Właź – rozległ się ledwie słyszalny głos Oliviera.

Wyjątkowo szybko jak na korpulentnego cheruba Marchiasz wbiegł do pomieszczenia. W samą porę, bo już chwilę później przejście na powrót przemieniło się w szczelinę.

– Kto tam? – zapytał ktoś chrapliwym głosem.

Marchiasz stanął jak wryty i po omacku chwycił pazurzastą dłoń Oliviera. Dobrana z nas para, nie ma co, pomyślał.

Goń się, usłyszał zaraz w głowie.

To ty?, zapytał.

Ta, ja.

Słyszysz moje myśli?

Grubasku, tu wszystko jest możliwe. Tylko nie sap tak, bo Czarny, jak widzisz, nie ogłuchł do końca.

Naraz rozległo się ciche pstryknięcie palcami, a w pomieszczeniu pojawiło się przytłumione światło.

Sacre bleu – zaklęła szpetnie postać półleżąca na kanapie, po czym z mozołem na niej usiadła.

Olivier i Marchiasz zamarli w bezruchu. Lucyfer wyciągnął przed siebie dłoń. Przez moment mieli wrażenie, że wskazuje właśnie na nich, ale zaraz rozległo się jeszcze jedno, tym razem głośniejsze pstryknięcie. Nieosławiony Szatan zdawał się być niedołężny i powolny, a jego ruchy były ospałe. Tym razem jednak włożył w wykonywaną czynność całą resztkę sił, więc we wnętrzu rozbłysło jasne światło. Pomieszczenie, o dziwo, nie przypominało ani groty, ani komnaty. Wyglądało jak pokój przeciętnego nastolatka z końca XX wieku. W kącie stała nieprofesjonalnie podparta o szafę gitara. Na ścianach wisiały plakaty Guns’n’Roses i Nirvany, a po podłodze walały się brudne skarpetki. Sam-Wie-Każdy-Kto natomiast potwierdzał wszelkie stereotypy.

Ale on brzydki, pomyślał zupełnie nie na temat Marchiasz.

Testament, rumiana lalo, testament, upomniał go Olivier, który rogatą głowę, ciemne oblicze, żółte zęby i masywną przygarbioną sylwetkę Lucyfera oglądał na co dzień.

Pan piekieł podniósł się z mozołem i przysunął do kanapy niewielki stolik, na którym leżał zwój papieru, jakiego nie powstydziliby się biblijni faryzeusze. Szponiaste, drżące dłonie pochwyciły pożółkły dokument.

– Mój, mój… syn, mój sssskarb.

Olivier i Marchiasz nadstawili uszu. Tymczasem rogaty pochylił się nad zwojem i zaczął skrupulatnie notować coś na papierze.

Idziemy! Krok po kroku, grubasku, i nie szuraj za głośno.

Po tuzinie z górką prawie bezszelestnych tiptopków znaleźli się przy Lucyferze.

Ów, skupiony na piśmie, nie dosłyszał ich. Hebanowa, drżąca dłoń dzierżyła wieczne pióro i co rusz kreśliła na pergaminie nowy wyraz. Marchiasz zaszedł Szatana od tyłu, starając się zobaczyć treść testamentu.

Nie pchaj się!, usłyszał zaraz w głowie i omal nie krzyknął. Olivier jak zwykle był pierwszy. Już miał wygłosić nieśmiertelny tekst o drzewie i bananach, gdy jego uwagę przykuł równy szereg ciemnych, eleganckich liter:

„Ja, Lucyfer, syn Mike’a Careya,
Co on bredzi?, zapytał Oliviera Marchiasz.
W niebie nie macie komiksów? – odpowiedział mu upadły anioł.
Kogo?

Szatan mlasnął wargami i kontynuował pisanie:

…urodzony u zarania dziejów w Edenie, sporządzając tę ostatnią wolę, oświadczam, iż powołuję do spadku po mnie mojego syna antychrysta…

A nie mówiłem?, Olivier triumfował. Ich ryzykowna eskapada okazała się nie być daremną.

… którym jest…
Stalin?!, zaproponował Olivier. Mit wielkiego wodza zawsze go pociągał. Zaraz jednak uświadomił sobie, że pod rządami takiego władcy będzie mu gorzej niż…
Hitler?, przerwał mu myśl Marchiasz i skrzywił się.

… jedyny człowiek, który będzie w mocy otworzyć mój skarbiec, a uczyni to, wygrywając na mojej mandolinie melodię, jakiej go nauczyłem”.

Neron?!!!, pomyśleli jednocześnie upadły anioł i cherub. Najwyraźniej za głośno, bo Szatan wypuścił pióro z ręki, położył dłoń na włochatej piersi, a z ust wydobyło się rzężenie.

h

***

h

Dźwięk alarmu, który rozległ się w komnacie Belzebuba, był co prawda głośny, ale dla demona brzmiał prawie jak chóry… diabelskie. Zamknął przeglądarkę internetową. Najnowsze oferty muchozoli i maści przeciw owadom zeszły na drugi plan. Założył odświętny strój i skierował się do windy. Rój much, który do tej pory siedział uśpiony na suficie, zerwał się do lotu i obsiadł Belzebuba jak muchy gówno.

Belzebub z trudem wgramolił się do windy, nie po raz pierwszy uświadamiając sobie, że piekło mimo wszystko nie jest miejscem dla rogaczy. Nic dziwnego, że Szatan korzystał ze schodów. Demon przekręcił głowę pod dziwnym kątem i już w tej pozycji zjechał na sam dół.

Gdy wysiadł, coś nieoczekiwanie łupnęło go w nogi. Coś lub raczej ktoś, kto o milimetry minął diabelskie klejnoty.

– Freddy! – warknął Belzebub. – Zabieraj te lepkie łapska z mojego tyłka!

– Panie, to straszne, co nie? – załkał sługa. Z czarnego noska zwisał dorodny gil. –Panie…

– Przyzwyczaj się do zwrotu „Wasza Diabelskość” – rzekł Belzebub, gdyż już był prawie pewien, że „to bydlę”, to znaczy jego przełożony, nie żyje. – Kto go znalazł?

– Dwóch strażników, o pa… Wasza diaboliczność, znaczy się, tego – zaczął dukać Freddy zwany Dupowłazem – pilnują rozkładu.

– Przy zwłokach siedzą?

– Jakżem pełzał do ciebie, to siedzieli, co nie?

Dobrze, pomyślał Belzebub, teraz trzeba to bezbłędnie rozegrać, bo, jak mawiają ludzie: „The Show Must Go On”.

Po chwili stali już w komnacie Lucyfera. Muchy na moment przeniosły się na wysychającego trupa i demon zaczął mieć nadzieję, że choć część z nich zdechnie. Mylił się, bowiem ledwo zdążył się dobrze rozejrzeć, a już całe ciało pokryte miał dwucentymetrowym kożuszkiem z owadów. Dwa diabły w ortalionowych kurtkach stanęły przed Belzebubem.

– No i żeśmy zeszli – zaczął opowiadać pierwszy. – No i żeśmy zapukali, a i przez szparę pode drzwiami próbowaliśmy coś zobaczyć, bo dziś przyszły nowe czaszki do sali tronowej. Ciemny Pan chciał od razu je przetestować. Dużo tych czaszek było, dużo, a…

– A liczba ich sześćset sześćdziesiąt… – wydeklamował Freddy.

– Zamknij się! – Belzebub stracił cierpliwość do sługi. – No dobra. Potem weszliście i spoczywał w pokoju. Włączyliście alarm. Powiedzcie mi jedno. Czy ten dokument znalazł się w waszych łapskach? – zapytał, potrząsając testamentem Lucyfera.

– Nie – zełgali obaj.

– Wierzę wam – skłamał również Belzebub, po czym jednym ruchem wyszarpnął miecz z pochwy i ściął, a raczej chciał ściąć, dwie głowy, ale żelastwo było ogromnie tępe. Zdołał jedynie ogłuszyć obu strażników, potem już z pomocą czarcich czarów strącił ich w otchłań. Spojrzał na Freddy’ego.

– U mnie z czytaniem marnie – zawczasu zaczął bronić się sługa.

– Wiem, durniu – warknął Belzebub. – Nikt nie może się dowiedzieć o testamencie, trzeba pozbyć się ciał i…

Naraz rozdziawił paszczę ze zdziwienia i przerażenia, a dwa oddziały much, korzystając z okazji, wleciały do długiego gardłowego tunelu.

– A co to jest? – Wskazał na podłogę.

– Gdzie? – Kudłaty diabełek rozejrzał się.

Belzebub padł na kolana i uważnie obejrzał gumolit. Podniósł poskręcany i zdający się lśnić srebrem włos. Podsunął go służącemu pod nos.

– Wygląda jak łonowiec Szweda albo… – Policzek wymierzony przez Belzebuba przywrócił Freddy’emu zdolność rozumowania. – … albo włos anielski, co nie?

– Ktoś tu był – szepnął generał – Widzisz? Te ślady nie należą do nas. W takiej sytuacji trzeba ujawnić testament.

– Czy tych dwóch nie straciło życia po to, by ostatnia wola Ciemnonamniepanującego już nie wyszła na jaw?

– Niewielka strata. – Belzebub wzruszył ramionami. – Poza tym zmartwychwstawanie to nie nasza działka. Przewróciło się, niech leży. Uprzątnij ciała, a potem przyjdź do mnie. Mamy kupę roboty. – Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i wyszedł. Już w drodze do windy począł obmyślać przemówienie. Naczelnik piekła, nawet tymczasowy, musi mieć mocne wejście. Trzeba też znaleźć Antychrysta. Melodia, mandolina, władza, szeptał pod nosem, skręcając odpowiednio łeb, by zmieścić się w windzie.

h

***

h

Kurt i Józek z przerażeniem wpatrywali się w powstałą w podłodze wyrwę. Co gorsza, w celi rozbrzmiały dwa głosy. Jeden donośny, pewny siebie, drugi bardziej piskliwy i drżący.

– I co? Łyso ci? Jakoś nie miał racji ten wasz Nietzche. Bóg nie umarł. Zdechł za to…

– Łysy to ty jesteś! Zdechł to zdechł. Pies go lizał. A teraz trzeba zrobić tak, żeby wszystkim było dobrze.

– O, jaki mądrala! Ale wyjścia awaryjnego już nie przemyślał… Olivier… – Nagle właściciel dyszkantu zaczął mówić szeptem. Ktoś tu jest!

– To więźniowie, nie pękaj. Witam – zwrócił się do Kurta i Józka. – O której współlokatorzy wracają ze spaceru? – dodał służbowym tonem.

– Zara – mruknął Kurt, zezując w stronę miejsca w podłodze, gdzie jeszcze przed chwilą była dziura.

– Matulu, duchy. – Józek K. przykleił się do drzwi celi. – Ch… ch… chcę się przyznać! Śpiewałem ten hymn i się mi mylić mogło, ale już dosyć! – zawołał płaczliwie.

– A ten co? Nie wie jeszcze, że odwalił kitę? – zwrócił się do Kurta Olivier.

– Przyzwyczai się. – Kurt ziewnął, zapalając papierosa. – A wy kto?

– Nie twój interes.

– Jasne.

– Hej, Olivier. A może to ten? Był na ścianie u… u… – odezwał się Marchiasz.

– Zamilcz! – wrzasnął Olivier, a za chwilę, łagodniejszym już tonem, przemówił do Kurta: – Grywałeś na mandolinie, młodzieńcze?

– Na czym?

W tej chwili z korytarza dobiegł odgłos kroków. Otwierane przez strażników drzwi uderzyły w leżącego na podłodze, omdlałego Józka.

– Za co zaś? – jęknął ten półprzytomnie, a tymczasem w wejściu stanęły dwie osoby w pasiakach. Kobieta i mężczyzna.

– Nowy? – zapytała kobieta, bezwiednie zakręcając kosmyk włosów wokół palca.

– Z twarzy podobny zupełnie do nikogo – zauważył mężczyzna i pochylił się nad Józkiem. Kopniak jednego ze strażników sprawił, że natychmiast runął na ziemię obok pechowego kibica. Równocześnie rozległ się tupot Marchiasza i Oliviera, którzy postanowili wykorzystać okazję i wybiegli na zewnątrz, solidnie szturchając przy tym strażników.

– Co to ma znaczyć?! – wrzasnął pierwszy.

– Bo… bo… do karceru poślemy!!! – wkurzył się nie na żarty drugi. – Albo… albo na stos dla czarownic. – Tym razem zwrócił się tylko do długowłosej brunetki.

Nim mieszkańcy celi zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, diabeł prędko zatrzasnął drzwi.

***

Belzebub potarł zmęczoną twarz, rozdrapując co większe krosty i wywołując tym samym podniecenie much. Właśnie skończył odczytywać kilkugodzinne przemówienie

i język spuchł mu jak krowie wymię.

– Może bym naparu jakiego naparzył, co? – zapytał Freddy i zapakował kable od promptera do kufra. – Albo smoły nagrzał…

– Nagrzej, a potem wsadź tam swój ryj – burknął Belzebub.

W głowie kołatały mu się myśli. Przeróżne. Ogłosił śmierć Lucyfera i jednocześnie oświadczył, że do czasu znalezienia następcy będzie pełnił jego obowiązki. Tylko kim jest ten śmierdziel?, zastanawiał się. I jak tu zrobić, żeby nie dopuścić go do władzy? Tu trzeba kogoś z fantazją…

Panie, nieśmiało chciałem rozewrzeć usta i przypomnieć, że z Góry przyszła depesza, w której…

– Nie będzie paktowania. Niech sobie ten papier wsadzą.

– Gdzie mają wsadzić? – spytał Freddy, notując w zeszycie.

– Zostaw to, głąbie. Lepiej przygotuj instrument i listę kawałków. Dużo tego? – zapytał Belzebub.

– Wszystkie nuty są na dysku, a liczba ich…

Pierwszą moją decyzją będzie obcięcie mu języka.

Nie bardzo słuchając sługi, Belzebub zaczął się szykować do zadania. Zagra wszystkie melodie, jakie tylko Szatan mógł znać. Poczekał, aż Freddy skończy, kazał mu wyjść

i poczekać w komnacie Lucyfera. Chciał jeszcze przez chwilę zostać sam.

h

***

h

– To on, mówię ci, do… do… stęchłej ambrozji, że to ten! – Marchiasz próbował spojrzeć w oczy nadal niewidzialnego Oliviera, ale nie było to łatwe.

– Mało było mandoliniarzy w dziejach przeklętej ludzkości? Coś się uparł!?

– Bo tak mówi mi intuicja, do jasnej anielki! I ten jeden wisiał w grocie Lucyfera!

– Nie on jeden!

– No był jeszcze ten rudzielec, ale on nalał ży… – Marchiasz urwał, bo właśnie zauważyli z daleka stojącego u wejścia do „Rozwidlenia” strażnika.

Koniowaty diabeł podniósł ogon i zaczął drapać się po tyłku, a Olivier, choć niewidoczny, spąsowiał nieco. Że też ci durnie muszą zawsze przynosić wstyd przyzwoitym demonom!, zdążył jeszcze pomyśleć, nim jego uwagę odwróciła grupka imprezowiczów wychodzących z lokalu. Koniowaty odsunął się nieco, starając się nie wchodzić im w drogę.

– Widzieliście, jak temu lalusiowatemu głowa rąbnęła o stół? Normalnie r ą b n ę ł a – pysznił się tyczkowaty, zielonkawy diabeł, szczerząc żółte zębiska.

– Też wyczyn. Byli spici w trzy dupy. Nawet nie mrugnęli – prychnął fruwający mu koło głowy nietoperz. Zielony spróbował złapać go w locie, ale chybił.

– Zabił ich… zaaaabił – chichotał piskliwym głosikiem sięgający mu do pasa dusiołek. – Te, Gorgon. Jak nas skamerowali, to posiedzisz tydzień w pace jak nic! Regulamin piekielny mówi, iż… – zaczął tubalnym głosem.

– A co ty kurna wiesz o zabijaniu? Zamknij się, durniu – odciął mu się zielony.

Kłócące się diabły zniknęły za rogiem, a pilnujący wejścia ochroniarz, pozostając na swoim miejscu, wrócił do przerwanej czynności. Marchiasz i Olivier bez trudu wślizgnęli się do środka, a potem, minąwszy rozwrzeszczaną hałastrę w sali głównej, weszli do pomieszczenia, w którym zostawili swoje ciała.

Stanęli jak wryci.

– Lalusiowaty? Ja lalusiowaty? Lalusiowaty? Lalusiowaty? – powtarzał jak katarynka Olivier, jakby bardziej przejął się obraźliwym epitetem, niż faktem, że z zaświatów przeniósł się do niebytu.

– Jak, jak… to? – wydusił z siebie Marchiasz, przyglądając się własnemu, a przynajmniej do niedawna własnemu ciału, które leżało oparte o krzesło z pokaźnym toporem w piersiach. Z ust wypływała krew. Tymczasem górna część ciała Oliviera spoczywała na stole. Twarzą w dół. Dolna znajdowała się w dużej odległości od krzesła.

– Lalusiowaty? – nie dawał za wygraną archanioł.

– Zabiłeś nas – szepnął Marchiasz.

– Ja?

– Zabiłeś…

– Odbiło ci?! – Olivier potrząsnął ramieniem Marchiasza. – Jak się nie uspokoisz, to ci zaraz wepchnę ten jęzor w…

– A proszę cię bardzo! – Marchiasz krzyknął, bynajmniej  nie uspokojony. – Tam leży, to sobie wpychaj do woli! Gdzie tylko chcesz. Zwisa mi to. – Obrócił się na niewidzialnej pięcie i wyszedł z lokalu.

Olivier jeszcze raz spojrzał na swoje nienajlepiej już prezentujące się ciało i ruszył za cherubem.

– Dokąd to? – zapytał, gdy znalazł się przy anielskim wysłanniku.

– Do domu, do…

– Jak trwoga, to do Boga. Co?

– A żebyś wiedział. On zrobi, co trzeba.

– Zapominasz, że jesteś tu, by wykonać zadanie. Chyba taka była Jego wola?

Marchiasz zastanowił się przez chwilę.

– No i co niby mamy zrobić? Masz jakiś plan?

– Trzeba tam wrócić – stwierdził Olivier.

– O nie. Ja drugi raz nie wejdę w dupsko Szatana.

– Nie o tym gadam. Trzeba nam odnaleźć antychrysta.

– I pewnie wiesz, gdzie go szukać?

– W testamencie było, sam widziałeś, że syn szatana jest grajkiem.

– Muzykantem.

– Wrócimy zatem do celi, gdzie był ten blondynek.

– Co mu powiemy?

Olivier uśmiechnął się w duchu. Gdyby miał ciało, wyglądałby jak dzieciak, któremu udało się przechytrzyć rodziców.

– Ty chyba nie znasz ludzi. Są ambitni i łasi na stanowiska. Młody się skusi – powiedział.

– A jeśli to nie on?

– Szatan miał jego wizerunek u siebie. Czy to o czymś nie świadczy? Nie martw się. Chodź. Przekonamy go, że czeka go wielka przyszłość.

h

***

h

– Jakoś tego nie widzę – powiedział Kurt do niewidzialnego Oliviera.

Archanioł musiał się nieźle natrudzić, by dostać się do celi, ale jak się okazało, najtrudniejsze było przed nim. Pod ścianą trwało cucenie Józka, jednak cała uwaga Oliviera skupiona była teraz na byłym gitarzyście.

– Pomyśl tylko, grajku – silił się Olivier. – Całe królestwo piekielne twoje, diabły

i diablęta u twych kolan…

– Ten cały grajdołek mnie nie interesuje. – Kurt wyciągnął skręta i zapalił. – Chcecie?

Olivier z grzeczności nie odmówił, a później podał Marchiaszowi. Ten, o dziwo, zaciągnął się i nawet nie zakaszlał.

– U nas się pali kadzidło – wyjaśnił. – Wiecie. Kiedyś zabrakło…

– Przemyśl to – podpowiadał archanioł najbardziej spokojnym głosem, na jaki mógł się zdobyć.

– Dajcie mi trochę czasu.

No i trochę mu go dali.

h

***

h

Cztery tygodnie później

 – A nowe wiosło bym dostał?

Pytanie Kurta wyrwało z zamyślenia żującego ołówek Józka i obudziło z drzemki pozostałych mieszkańców celi, zarówno tych legalnych, to jest Amy i Jima, jak i waletujących tu od miesiąca Marchiasza i Oliviera.

– Hę? – wychrypiała nieprzytomnie Amy, zwieszając głowę z górnej pryczy.

– Chop ce wiosło – odmruknął Józek z dołu.

– Hej, Marchiasz, Olivier, jesteście tu? – kontynuował Kurt. – Gdybym okazał się antychrystem, dostanę władzę nad całym Wszechświatem?

– Bój się Boga! – zawołał Marchiasz.

– Znaczy się… nad całym tym grajdołem na dole? – poprawił się Kurt.

– Stałbyś się panem piekieł, synu – zaczął wywód Marchiasz. – Decydowałbyś o losach diabłów, czartów, demonów. Pertraktowałbyś z panem niebios, pojąłbyś tajemnice życia i śmierci, mógłbyś przechadzać się po najgłębszych czeluś…

– Wszystko bym mógł?

– Wszystko, co ci tylko przyjdzie do głowy, synu – obiecał Marchiasz. – Poza oczywiście wtrącaniem się w sprawy pana niebiańskich zastęp…

Fuck! Może wyciągnąłby nas stąd? – zainteresował się Jim.

– Wyciągnąłbyś? – podjęła temat Amy.

– Ja…

– I twoje byłyby wszelkie skarby władcy podziemi gromadzone od początków dziejów.  Złoto Azteków, klejnoty Salomona…

– Wszystko, wszystko twoje! – podjął pałeczkę Olivier.

– Parę zielonych mi styknie. Ale co z wiosłem?

Zapadła krępująca cisza. Olivier i Marchiasz zaczęli coś szeptać, Amy zawijała loka na palec, wyobrażając sobie swój wielki powrót na ziemię. O nie, tym razem nie dałaby się zrobić w balona! Jim rysował coś długopisem na ścianie. Józek tymczasem zmiął w dłoniach rozpoczętą, szóstą już z kolei petycję do Trybunału Praw Zabitych przez Pomyłkę.

– Godajo, że wszystko. To i wiosełko by ci uszykowali – zauważył przytomnie.

– Będziesz miał synu i wiosło – ożywił się ponownie Marchiasz. – Jakie tylko sobie zażyczysz. Albo wszystkie wiosła świata. Szalupowe, kanadyjskie, bosaki…

– Eee? – zdziwił się Kurt.

– No niech to czort! – wkurzył się Olivier. – Chciałeś wiosło, to dostaniesz wiosło. A my w zamian nowe ciała. Umowa stoi?

– A my wolność. I życie – rozmarzył się Józek. – Jak kumple z drużyny usłyszą, co mi się przytrafiło, nie uwierzą!

– On chce takie wiosło, głąby. – Jim wskazał na rysunek, który właśnie powstał przy jego pryczy.

– Aaa, mandolina! – odetchnął z ulgą Olivier.

– Dostaniesz i mandolinę, synu.

– To się nazywa gitara. Gi–ta–ra – pouczył ich Jim. – Tyle ich rozpizdrzałeś za młodu, a teraz co? Zatęskniło się? – tym razem zwrócił się do Kurta.

– Człowieku, daj se siana – odgryzł się dawny idol nastolatek. – Ty chyba zazdrosny jesteś.

– Ano! To bierze te gitare i niech gadajo, co masz robić! – wnerwił się Józek. – Toć do domów nam cza!

Kurt, Jim, Olivier i Marchiasz równocześnie otworzyli usta, by coś powiedzieć, ale nagle w więziennych głośnikach rozległo się zapowiadające komunikat gwizdanie i trzeszczenie.

***

Belzebub brzdęknął ostatni akord i opadł na misternie rzeźbiony fotel. Skrzypnęło oparcie, a leżący na podłodze Freddy drgnął we śnie, mlasnął i zachrapał.

– Wstawaj niezguło! – Demon szturchnął go nogą. – Ile jeszcze nam zostało melodii do końca? – zapytał, gdy sługa otworzył zaropiałe oko.

– O najciemniejszy z ciemnych, ledwieśmy zaczęli – odpowiedział Freddy, markotniejąc. – Toć żem gadał, że pieśni jest dużo i liczba ich…

Belzebub przestał słuchać. Przez ostatnie cztery tygodnie nie robił nic innego poza graniem. Nawet gdy pozwalał sobie na krótką przerwę, w głowie słyszał solówki, riffy, przejścia. Miał dosyć.

– Koniec z tym. – Odłożył gitarę na stojak. – Tak do niczego nie dojdziemy.

– Tak jest, moja Pomroczność. – Freddy pokiwał głową. – Jeśli uważasz, że bez gitary będzie ci łatwiej, co nie, to…

– Koniec z wszystkim, durniu! Nie mogę spędzić wieczności na graniu jak jacyś Rolling Stones.

– Racja. Zatem co zrobimy?

– Musimy znaleźć antychrysta.

– Umieścić ogłoszenie na Hellbooku? Tam jest dział Praca no i by…

– Tam to sobie możesz poszukać robotników do kopania studni, bęcwale. My musimy znaleźć prawdziwego antychrysta. Albo jeszcze lepiej nie znaleźć go i udowodnić innym, że władza należy tylko do mnie.

– Tylko do ciebie, o Niepodzielny. To może w dziale Ogłoszenia drobne?

Belzebub odgarnął resztki włosów z czoła. Przegonił muchy i podszedł do mikrofonu leżącego pod ścianą.

– Mam lepszy pomysł – powiedział do Freddy’ego. – Witajcie! – krzyknął, włączając sprzęt, a w każdym zakątku piekła z głośników dobył się głos.

Tu wasz Pan, ciemno panujący Belzebub! Właśnie odczytaliśmy całość testamentu Lucyfera i zgodnie z nim władzę w piekle obejmie antychryst. Jeszcze nie wiemy, kim on jest. Ujawnienie jego tożsamości, możliwe jest tylko w jeden sposób.

Co on pierdzieli? – wyjąkał Józek.

– Poddał się – szepnął Olivier do Marchiasza.

Tylko następca Szatana zna melodię, która otworzy jego skarbiec i da mu wszelkie atrybuty władzy, do których należą… – Rozległ się szelest papieru. – … należą: berło ciemności, czapka niebrzydka, palec niezgody…

Co to za diabelstwa? – zapytał Marchiasz.

– Skąd niby mam wiedzieć? – Wzruszył ramionami Olivier. – Wiem tyle co i ty.

…róg z Obi kości, gęsia skórka i trzy płyty Behemotha. Tu jest niewyraźnie… a tak. Trzy płyty Behemotha porysowane. Behemocie, jeśli słyszysz, to wiedz, że skoro są twoje, to pewnie antychryst ci odda. Ale nie o tym miałem. W związku z tym wszystkim zmuszony jestem ogłosić turniej. Turniej, w którym, miejmy nadzieję, objawi się antychryst. Jutro od rana zapraszamy grajków z całego piekła na Pola Hellizejskie. Służby piekielne dopilnują, aby wszystko odbyło się w należytym porządku.

W głośniku trzasnęło i zapanowała cisza.

– Co tak nic nie gadacie? – zainteresował się Józek. – Takieście wygadane były wszystkie.

– A tak właściwie, to skąd ty się tu wziąłeś? – zapytał Olivier. – Jakoś tak…

– Zaraz wziąłeś, zaraz wziąłeś – burknął. – Samiście mnie wzięli, jakżem z meczu wracał.

– W tym musiała być twoja zasługa – wtrącił Morrison. – Tu są sami…

– Samobójcy –  dodał Olivier.

– Mi samo wystrzeliło, gdy czyściłem strzelbę – wyjaśnił Kurt.

– Mnie też wrobiono – Amy puściła oczko do Morrisona.

– W sumie, to ja też jakoś tak przypadkiem – dodał wokalista Doorsów. – Ale skąd ty tutaj?

– Somobójce? – zdziwił się i podrapał po głowie Józef K. – Jeśli o to chodzi, to w ostatnim meczu strzeliłek trzy samobójce, a w całej karierze chyba z…

– Dobra, już dobra – uspokoił go Olivier. – Teraz nie żyjesz. Na amen. Jesteś z nami?

– Tatulek zawsze powtarzał, żeby być z tymi, których więcej – przypomniał sobie Józek. – Jestem z wami.

– To musimy trzymać się planu – dodał Olivier konspiracyjnym głosem.

– Mamy plan? – szepnął Marchiasz.

– Plan jest taki, że czekamy na rozpoczęcie turnieju, bo z pewnością po was przyjdą – Wskazał głową na muzyków. – Musimy wyjść razem.

– Kupą? – zapytał Józek.

– Kupą.

– Trzymaj się kupy, kupy nikt nie ruszy.

– O to właśnie chodzi.

h

***

h

Musimy być czujni, Freddy – rzucił w stronę sługi Belzebub, siadając na przygotowanym tronie.

Diabeł rozwinął ogromny arkusz papieru i obejrzał go z każdej strony.

– Gdzie my jesteśmy na tym planie? – zapytał.

– Tam gdzie napisano: Tu jesteś!

A jest, jest – mruczał pod nosem. – Generałowie zaraz będą wprowadzać publikę

i gości. Zawodnicy będą w sektorze podpisanym…

Zawodnicy? – odgadł Belzebub.

Dokładnie.

– Czy wszyscy generałowie są obecni?

– Jeden został kilka tygodni temu rozpołowiony w knajpie. Olivier dokładnie.

– Jednego mniej. – Machnął ręką Belzebub – I tak nie lubiłem tego lalusiowatego pajaca. Daj rozkaz do rozpoczęcia.

– Rozpoczynamy – powiedział Freddy przez krótkofalówkę.

No i się zaczęło. Pola Hellizejskie, jakkolwiek ogromne, nie widziały nigdy takich tłumów. Kilkoma brukowanymi drogami wlewali się potępieńcy z całego piekła. Tłoczyli się i deptali, choć diabły w kombinezonach z napisami Służba porządkowa wskazywały każdemu odpowiednie sektory. Skarbiec Szatana został poprzedniej nocy wyciągnięty z najgłębszych otchłani i teraz spoczywał na ogromnej scenie oświetlonej dziesiątkami lamp. W samym centrum ustawiono stojak z gitarą Lucyfera.

– Niebo jest? – zapytał Belzebub.

– Przybyli. Tam, gdzie taki się tłumek zrobił stoją dziewice. Tam gdzie luźniej – męczennicy.

– A czy…

– Miał być, ale jeszcze nie ma.

– Dobrze. Jak wszyscy wejdą, zadmiesz w trąbę.

– Zadmę – obiecał Freddy.

– Ale ludzisków. –  Józek kręcił głową, idąc zaraz za Kurtem. – Jak na papieżu, tylko trochę wienkcy.

– Wszyscy przybyli – dodał Olivier – nawet te twoje pokraki. – Szturchnął Marchiasza i wskazał na męczenników.

– A czy…

– Pewnie będzie, ale jeszcze nie ma.

W końcu diabły zatrzymały się i wprowadziły ich do odpowiedniego sektora. Olivier i Marchiasz z racji swej niewidzialności nie mieli problemu z wmieszaniem się w tłum. Wokół panował ogromny harmider i dopiero po chwili zabrzmiał głos z głośnika.

– …no dmij w ten róg! – Olivier rozpoznał Belzebuba, a potem prawie stracił słuch, gdy ktoś faktycznie zagrał na rogu.

Ogłoszono listę zawodników i zaczęto imiennie wzywać kolejnych muzyków.

Turniej się rozpoczął.

h

***

h

– Dziękujemy uczestnikowi pięćdziesiąt trzy i zapraszamy numer pięćdziesiąt cztery – rozległ się w głośniku głos prowadzącego turniej satyra.

Belzebub ziewnął znudzony.

– Szybciej – warknął na jednego z trzech wachlujących go sług. Gorąco było nie do zniesienia, a muchy wyjątkowo dawały się we znaki. Jego irytację potęgowała świadomość, że trybuny srebrnowłosych chronił przyjemny cień.

– Szkoda, że nie usiedliśmy tam, o najwspanialszy – zauważył siedzący obok niego Freddy, który skwapliwie starał się skorzystać z podmuchu chłodnego powietrza nad Belzebubem.

– Nie pchaj się, durniu! – Demon wymierzył mu siarczysty policzek.

– Prze… wybacz, o najgroźniejszy – wyjąkał Freddy, podnosząc się z podłogi. – Po prostu pomyślałem, że w cieniu byłoby nam… byłoby ci lepiej, co nie?

– A widzisz tam dach, ty wypierdku mamuta?! Ty zakało czar… – Belzebub przerwał i rozkaszlał się z powodu muchy, która właśnie wleciała w wielką gardziel.

Tymczasem występujący na arenie artysta numer pięćdziesiąt cztery zakończył swe wysiłki.

– Miałem za mało czasu! Zagram jeszcze Hey Joe, to na pewno poskutkuje! – wołał, gdy dwa postawne diabły ściągały go siłą ze sceny. Na chwilę wyrwał się jeszcze, by podbiec do gitary.

– Do ognia z nim! – zniecierpliwił się Belzebub.

Wybuchła mała awantura. Skazaniec wił się na piasku, usiłując dotrzeć do instrumentu, podczas gdy diabły trzymały go silnie za czarne loki. Posiłki już były w drodze.

– Aaaaaaaaaaaaaaaaa! – zdążył jeszcze wrzasnąć muzyk, nim pięciu rosłych czartów wrzuciło go w piekielną czeluść. Zajmujący ocienioną trybunę widzowie zakryli na chwilę oczy i wydali z siebie chóralne, pełne grozy westchnienie.

– Pozerzy – mruknął Belzebub.

– A właśnie, o najbystrzejszy. Skąd ten cień nad ich trybuną? I czemu nie fruwają tam żadne owady?

– Ty futrzasty bęcwale, to chyba oczywiste! Dokonali cudu! Jak zawsze! – ryknął. – Marne darmozjady, zawsze idące na łatwiznę…

– Rozumiem, o najcudniejszy.

– Zamilcz wreszcie, chyba że chcesz dołączyć do tego…

– Nie, o najłaskawszy.

Belzebub rozparł się na tronie. Z niecierpliwością czekał na finał konkursu. Wyglądało na to, że miał rację i że już za kilkadziesiąt minut stanie się prawowitym władcą piekieł. Nawet bez domniemanych, ukrytych w skarbcu mocy, to on był najsilniejszym z demonów. A oprócz zastępów diabłów, czartów i chochlików najprzeróżniejszej maści miał do dyspozycji zakopaną w jednej z pieczar terakotową armię. Gdyby nawet wybuchła rebelia, bez trudu zdusi ją w zarodku. A jeśli antychryst się odnajdzie? No cóż, wówczas będzie miał nieszczęśliwy wypadek. Nie żeby jakiś bękart, półczłowiek, mógł mu zagrozić, ale, jak to mówią, lepiej zawsze dmuchać na zimne.

– Uśmiechasz się, o najradośniejszy.

– Mówiłem ci, żebyś…

– Milczał, tak! Ale, panie, to już ostatni zawodnik, a właściwie dwóch. Wiesz, co to oznacza. Już wkrótce to do ciebie będzie należało królestwo ciemności.

– Jak to dwóch? – zdziwił się Belzebub i, nie czekając na odpowiedź, wstał z miejsca.

W stronę gitary, z mozołem poruszając się po piaszczystej arenie, zmierzało dwóch ostatnich kandydatów na pana piekieł. Spoceni i zasapani, wyglądali co najmniej niegroźnie. Z trybun, i Belzebub dałby sobie rękę uciąć, że również z tych anielskich, rozległy się gwizdy. Przygarbiony, wąsaty, ubrany w szorty i koszulkę z napisem „Huragan Skawica” piłkarz prowadził szczupłego blondyna, którego twarzy nie było dokładnie widać. Spocone strąki zasłaniały oczy i usta.

– Kurt! Kurt! Kurt! – skandowało kilka głosów.

Belzebub uśmiechnął się krzywo. Postąpił kilka kroków do przodu i szybkim ruchem odtrącił stojącego przy mikrofonie satyra.

– Droga publiczności, oto ostatni z dzisiejszych uczestników – ogłosił, delektując się każdym słowem. – Jak się nazywacie… moi… drodzy?

– Jażeg tu tylko przyprowadził wam muzyka – odezwał się wąsaty. – Bo cosik osłabł w tym upale.

– Spokojnie, młodzieńcze – wycedził Belzebub. – By sprawiedliwości stało się zadość… – zaczął, zezując w stronę zacienionych trybun – … każdy z was będzie mógł pochwalić się swym kunsztem.

Ukończywszy przemówienie, zasiadł z powrotem na tronie i leniwie przymrużył oczy.

– Nie mają szans, co nie? – zachichotał Freddy, szczerząc zęby.

– Smak zwycięstwa jest słodki, o najdurniejszy – odpowiedział mu Belzebub.

Tymczasem na trybunach ucichło. Wszyscy mieszkańcy niebios i piekieł zdawali sobie sprawę, jak wiele zależy od ostatniego muzyka.

– Obaj zagrają, o najwonniejszy? – dociekał Freddy.

– Owszem, niech wszelkie stany znają moją łaskawość.

– O, najprzebieglejszy!

Tymczasem roztrzęsiony Józek podał gitarę Kurtowi, nakładając mu pasek na szyję.

– Jezusicku, tylko nie zemdlej. Toć jak ty będziesz tym panem, to wyjdziemy stąd wszyscy! Do doma pódziem.

– Okej, stary – odparł Kurt, gładząc pudło gitary. – Już mi lepiej.

– To ja tu se stanę z boku i popaczę, co się robi – poinformował Józek K., robiąc trzy kroki w tył.

Kurt, wzorem przebywającego już w płomieniach piekielnych Hendrixa, przełożył instrument tak, by grać lewą ręką. Wkrótce rozpoczął się koncert. Widzowie, najwyraźniej oczarowani, milczeli przez trzy pierwsze kawałki. Po czwartym rozległ się szmer, a robiący za konferansjera satyr wyczekująco spojrzał na Belzebuba, ale ten, uśmiechając się z lekka, dał mu uspokajający znak kopytem.

Kurt czuł narastającą irytację. W ciągu ostatniego miesiąca nabrał przekonania, że to on jest osobą, która może rozpocząć rewolucję. Nie, nie znosił rozgłosu i wścibskich reporterów, ale gdyby tak opuścić tę śmierdzącą celę i robić, co tylko się zechce… Gdyby tak opuścić ten rogaty tłum i…

My girl, my girl… – zanucił, ze złością uderzając w struny – don’t lie

– Starczy! – zawołał Belzebub. – Dziękujemy ci, mój drogi – poprawił się zaraz z nie lada diabolicznym uśmiechem.

– Co? Dopiero zacząłem! – zdenerwował się Kurt.

– A teraz czas na twojego towarzysza – oznajmił Belzebub, uśmiechając się i rozkładając ramiona.

– Że mnie niby? – zaniepokoił się Józek.

– Jeszcze jeden utwór! – wołał Kurt.

– Panu w koszuli w kratę już dziękujemy, czekamy na występ futbolisty – powiedział stanowczym głosem Belzebub, dając dyskretnie znak straży przybocznej. Dwóch rosłych czartów wzięło Cobaina pod ręce i poprowadziło w stronę wyjścia.

– Co?!!! Tyle tygodni mnie namawiali! Pierniczę to! – wołał, wierzgając wściekle. – Lata ćwiczeń, lata występów, i co?! Wszystko jak krew w piach. Jak krew w piach!!!

– Panie… – przemówił Belzebub. – Jak się pan nazywa?

– Józek. To znaczy Józef. Józef Kozina. I zupełnie ni mom pojęcia, jakżem…

– Nie wiesz, jak się tu znalazłeś – przerwał mu Belzebub. – Jak większość z was. Co nam zagrasz?

– Jak żem był w szkole, to mi od muzyki pani pokazywała, ale niewiele umiem – przyznał Józek K.

– Jak krew w piach! – wrzasnął jeszcze raz jego poprzednik.

– Taaa, zara krew – mruknął Józek. – Panie demon, jak zagrom, mogę iść?

– Ależ tak – odparł z uśmiechem Belzebub.

Józek nałożył na szyję pas od gitary i wypróbował kilka strun.

– Cosik rozstrojone, panie Belzebubie – zauważył.

– Jak ci się nie podoba, to…

– Dobre, zagram – odparł Józek, po czym prędko, jak najszybciej mógł, wyciągnął z tylnej kieszeni szortów niewielki przedmiot.

– Cóż to?! – ryknął Belzebub.

– A to je se piórko tylko, wielki panie – wyjaśnił Józek.

– Piórko? – Belzebub zmarszczył brwi.

– No, do grania. Co by mnie palce nie bolały i …

– Graj!

Józek rozpoczął koncert. Gwoli ścisłości, wybrzdąkał fałszywie jedyną melodię, jaką był w stanie zagrać na instrumencie. Zdobył się nawet na śpiew:

– Były sobie kurki czi i gęsiego sobie szły…

Ledwie przebrzmiały pierwsze dźwięki, stojący na środku areny skarbiec nieświętej pamięci Lucyfera począł drżeć. Józek z przestrachem obrócił w jego stronę głowę, ale uparcie kontynuował:

– Pierszo przodym, za niom drugo…

Naraz rozbrzmiał głośny grzmot. Słoneczne dotąd niebo zasnuło się ciemnymi chmurami. W Józka jakby wstąpił diabeł, kontynuował uparcie, nie zważając na aurę:

– Trzecia z tyłu oczkiem mruga…

Józek rósł w oczach. Robił się wyższy i wyższy, ale wciąż nie przerywał.

– I tak sobie kurki czi, raz dwa, raz dwa, w pole szły.

Gdy tylko skończył, na trybunach jakby opustoszało. Cześć widzów zniknęła, część zaczęła zbierać się do wyjścia. Niektórzy w panice szukali drogi ucieczki, a część, zwłaszcza rogata część, klęczała ze zwieszonymi głowami.

– Ale jo tylko… – bąknął zakłopotany Józek, ale przerwał, gdy zobaczył na dłoni, czarnej dłoni, długie, czarne szpony. – A niech to! Jakiś grubszy szpadel! – krzyknął głośno. – Tak szybko się z tego nie wymigam.

– Milcz – usłyszał szept na prawo od siebie. – Jak będziesz robił, co ci każemy, to zapanujesz nad tą hołotą. – Józek usłyszał szept Oliviera.

– Ale jażeg nie chciał… ja tylko… bo myśmy te kury mieli i… – Przerwał, czując na kolanie silny uścisk Marchiasza.

– Cicho, synu. Teraz możesz już wszystko.

– Wszystko? – jeszcze raz zapytał Józek, przyglądając się klęczącym czartom.

– Wszystko – szepnął Marchiasz, nie zwalniając uścisku. – Nie martw się synu, będę z tobą.

– A niech mię ślag jasny trafi i krew nagło zaleje – wyszeptał Józek, po czym dotknął czoła, na którym wyrosła para długich rogów. Tuż przed nim stał skarbiec, który kusił klejnotami, złotym runem i wszelkimi atrybutami władzy. – Ale za co? – zaoponował znów podhalański piłkarz.

– Za żywota, stary – pouczył go Kurt. – Jakie życie, taki zgon.

h
Advertisements
  1. Ubaw. Zgrabnie napisane. Zwłaszcza gwara 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: