polskie centrum bizarro

„Bobek” by Karol Mitka

In Opowiadania on Luty 23, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPerspektywa posiadania potomstwa u każdego spodziewającego się tegoż potrafi wywołać różne skrajne emocje. A podobno instynkt tacierzyński (nagroda Yobla należy się temu, kto wymyślił tak głupie słowo) potrafi silniej ryć psychikę niż instynkt macierzyński. Nic dziwnego, że jak ktoś, na przykład bohater dzisiejszego wejścia literackiego Karola Mitki, nagle zostanie postawiony przed faktem, że oto nadszedł czas zakasać rękawy i poojcować, może to się skończyć dołączeniem do szeregów osób zrównoważonych inaczej.

Zwłaszcza jak dziecko jest, hmm, mocno nietypowego pochodzenia.

Tytuł Bobek na pewno sporo sugeruje, a jeśli sugestia wam nie wystarcza, autor jak zwykle pokaże się z najlepszej (w jego przypadku z najbardziej zdegenerowanej) strony. Karol jak zwykle nie tyle jedzie po bandzie, tylko w ogóle ignoruje jej istnienie – z porażającymi skutkami. Dość powiedzieć, że dzisiejsze opko mogłyby sponsorować przedrostki zoo- i kopro-… taaak, nie mówcie, że nie ostrzegaliśmy!!! I zapraszamy do wgłębienia się w tę zaiste piękną opowieść o miłości i odpowiedzialności.

h

Bobek

h

I

h

Ranek przywitał Romana Faceshita gradobiciem.

Walące o parapet kule lodu rozmiarów byczych jąder sprawiły, że mężczyzna poczuł się, jakby leżał w okopie, pod ostrzałem baterii karabinów maszynowych. Dochodzące zza okna wycie alarmów samochodowych zmieniło się nagle w zbiorowy jęk agonii konających towarzyszy, a przekleństwa stojących na balkonach kierowców, obliczających ile będzie kosztowało wstawienie do ich aut nowych szyb, ewoluowały we wrzaski nacierających wrogów.

Chcąc jak najszybciej uciec z tego wyimaginowanego pola bitwy, Roman, z niemałym wysiłkiem, otworzył sklejone ropą oczy. Niechętnie zwlekł się z łóżka i, obiecując sobie w duchu, że nigdy więcej nie obejrzy przed snem żadnego wojennego filmu, poczłapał do łazienki.

Przemykając przez salon, odruchowo włączył telewizor. Cycata prezenterka, którą najchętniej zerżnąłby we wszystkich pozycjach kamasutry jednocześnie, piskliwym głosem odczytywała co też ciekawego wydarzyło się w naszym kraju i poza nim.

Na pierwszym miejscu listy przebojów figurowała informacja o niedawnych narodzinach kolejnego bękarta papieża Emmanuela Analle de Condoni – wedle legend stryjecznego wujka prababci sprzątaczki samego Rasputina. Nie byłoby w tym zapewne nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mózg kościoła odszedł z padołu ziemskiego ponad dwadzieścia lat temu, a w dodatku na łożu śmierci wyznał, iż jest kobietą. Ale skoro badania genetyczne ze stu procentową pewnością potwierdziły ojcostwo…

Ogłoszono również nową epidemię. Tydzień temu przymusowo szczepiono naród na okoliczność plagi stonki ziemniaczanej, a teraz sanepid odkrył zagrożenie ze strony roślin dwuliściennych i kolejne miliardy złotych wydarte z kieszeni podatników zaplanował wydać na chińskie ampułki z Randapem.

Roman słuchał tych newsów przez uchylone drzwi. Kiedy spikerka umilkła, rozpoczął poranną toaletę. Napełnił blaszaną miednicę wodą, do której dodał nieco pokruszonego szarego mydła, garść proszku „Homo” oraz pół szklanki Lizolu, po czym w ubraniu zanurzył się w tej miksturze. Tym sposobem upiekł trzy pieczenie na jednym ogniu. Umył się, wyprał ubranie i zdezynfekował balię.

Po kąpieli przyszła kolej na pucowanie zębów. Szczotkę do kibla nasączył sodą w płynie i wpakował sobie do ust. Po kilku energicznych pociągnięciach, pniaki lśniły niczym świeżo wylizane psie jajca.

To nie tak, że Faceshit był biedny, czy skąpy. Uważał się raczej za oszczędnego. Cóż z tego, że w klopie żyły miliony bakterii, skoro te bakterie należały do niego. Sam je wydalił, a skoro teraz wracały, to wielkie koło przyrody się zamykało. Kupno szczoteczki mającej służyć tylko i wyłącznie do umycia japy uzyskało więc rangę zbędnego wydatku. Zresztą, tyle dobrego słyszał ostatnio o urynoterapii…

Gdy poczuł się już w pełni odświeżony, wyciągnął z kredensu stary album ze zdjęciami i usiadł wygodnie w bujanym fotelu. Powoli, nieomal z nabożną czcią przewracał kolejne kartki. Wyblakłe fotografie były jedyną pamiątką, jaka pozostała mu po ukochanej Lili. Oglądał je mokrymi od łez oczyma, analizował dokładnie każdy szczegół.

Na jednej skakał z lubą przez ognisko. Na kolejnej baraszkowali w wysokiej trawie. Na jeszcze innej jedli kotlety wołowe.

– Lila, ach, Lila – westchnął.

Przypomniał sobie, że dzisiaj mijała dziesiąta rocznica jej śmierci. Wydarzenia z tamtego tragicznego dnia wryły mu się głęboko w pamięć, więc kiedy na chwilę przymknął powieki, obrazy powróciły z niezwykłą intensywnością.

Stał na rogu ulicy, a ona biegła do niego, tak radosna, jak skowronek o poranku. I wtedy ziemia zadrżała, a słońce zgasło. Zanim zrozumiał co się stało, było po wszystkim. Lila umarła, stratowana przez stado ślimaków uciekających z francuskiej restauracji. Na jej pogrzebie ryczał niczym bóbr z zapaleniem spojówek, tłukł pięściami o trumnę, na przemian rzygał i srał pod siebie, by pod koniec uroczystości zemdleć.

Z zamyślenia wyrwały go dziwne dźwięki dochodzące z kuchni, a dokładniej spod zlewu. Kiedy tam zajrzał, zaklął szpetnie. Od miesiąca nie opróżniał kosza na śmieci, przez co spleśniałe resztki jedzenia zaczęły same wychodzić z wiaderka. Uzbroiwszy się w zmiotkę, łopatkę oraz gumowe rękawiczki, zapakował niesfornych uciekinierów do foliowego worka. Zawiązał go na supeł i, pogwizdując pod nosem, wyszedł z mieszkania. Skierował się w stronę śmietników.

Gradobicie jakiś czas wcześniej ustało, a wraz z jego końcem życie na ulicy wróciło do normy. Psy, jak to na prowincji, obszczekiwały dupami przechodniów. Pod monopolowym łysi gangsterzy sprzedawali nieletnim narkotyki. Nawaleni w sztok bezdomni spali po ławkach, a nastoletni złodzieje kradli radia z pozbawionych szyb samochodów. W krzakach stary pedofil gwałcił małą dziewczynkę. Wykonywał ruchy frykcyjne w rytm wrzasków nieletniego chłopca, pałowanego przez trzech policjantów mortadelami bez kości za spacerowanie niewłaściwą stroną chodnika.

Roman nie zwracał na to wszystko uwagi. Pogrążony we własnym świecie, nawet nie zauważył, jak dotarł do celu. I wtedy ją dostrzegł. Leżała koło kontenera na szkło i lustrowała Faceshita uwodzicielskim spojrzeniem bursztynowych oczu. Stanął osłupiały. W całym swoim życiu spotkał tylko jedną istotę o tak niezwykłym kolorze tęczówek. Tą istota była Lila.

Worek ze śmieciami wylądował na asfalcie i pękł, a uradowane z odzyskania wolności odpadki natychmiast rozpełzły się na wszystkie strony.

– Lila… – szepnął Faceshit, właściwie nie wierząc w to, co widzi.

Oblizała zalotnie wargi, zupełnie jak tamta, po czym wstała i zbliżyła się. Kiedy poczuł jej zapach, uzyskał pewność, że to jego ukochana powróciła z zaświatów. Idąc z nią do domu, przysięgał na posągi Świętowida, że już nigdy nie opluje z okna żadnego z buddystów, nauczających o wędrówce dusz.

Po dotarciu do mieszkania wziął się za porządki. Sprzątnął zalegające wszędzie klamoty, pościerał kurze, wyszorował podłogi. Lila siedziała na kanapie i przyglądała się jego pracy. Wieczorem, dla uczczenia powrotu ukochanej, wyszykował kolację przy świecach, a kiedy zjedli, wskoczyli do łóżka nadrobić stracone lata.

Przez całą noc parzyli się jak króliki, we wszystkich możliwych pozycjach.  Zaczęli od delikatnych, czułych pieszczot. Potem wzajemnie lizanie odbytów w pozycji sześćdziesiąt dziewięć, zakończone masturbacją i niemal wulkanicznym wytryskiem Faceshita. Dalej standardowo – penetracja analna, krótka zabawa z pejczem, minetka, palcówka… Roman już zapomniał, jak to jest wtulić się w ciało bliskiej sercu samicy.

Przeszkadzało mu tylko jedno. Stara Lila była owczarkiem niemieckim, zaś nowa, bernardynem. Nigdy nie przepadał za tą rasą, jednak tłumaczył sobie, że liczy się przecież wnętrze. A według najważniejszej zasady reinkarnacji, zmarły nie mógł wniknąć do poprzedniej powłoki, bo tę zwykle już dawno zżarło robactwo.

Stary znajomy Romana zawsze mawiał: Gdy się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.

I tę złotą zasadę Faceshit postanowił wcielić w czyn.

h

II

h

Lila skomlała jak nekrofil, któremu trupi jad wypalił żołądź. Roman siedział obok niej, trzymał za łapę, głaskał i całował. Od ponad dwóch tygodni nie oddawała stolca, więc jej brzuch przypominał wypełnioną hektolitrami spermy prezerwatywę. Nie było wątpliwości, że suka cierpiała niewypowiedziane męki.

Wezwany Weterynarz pokiwał tylko głową i zaproponował szybkie uśpienie za pomocą gumowego młotka. Faceshit sprał go na kwaśne jabłko i zrzucił ze schodów.

Dokładnie dwudziestego pierwszego dnia od wystąpienia zatwardzenia, skóra na brzuchu Lily zaczęła pękać. Suka wyła tak głośno i intensywnie, że w całym bloku przerażone szyby popełniły samobójstwo poprzez wyskoczenie z okien. Roman wpadł w panikę. To biegał dookoła ukochanej, szaleńczo wymachując rękoma, to znów stawał w kącie i, obrócony twarzą do ściany, mamrotał niezrozumiale pod nosem.

Z amoku wyszedł dopiero, kiedy z jego lubej wylały się na podłogę wnętrzności, a ona sama wydała ostatnie tchnienie. Uklęknął przy niej, a łzy wielkości króliczych bobków spłynęły mu po policzkach.

Wtedy to ujrzał. Napis, wydrapany drżącym pazurem w płytce PCV:

„Zaopiekuj się nim”

Na początku nie zrozumiał o co chodzi. Kim miał się zaopiekować? Przecież poza rozbebeszonym truchłem bernardynki w pokoju nie było nikogo. Dopiero po chwili zauważył, że w parujących zwojach jelit coś się porusza. Walcząc z obrzydzeniem, rozgarnął je na boki.

Wśród oślizgłych flaków, ociekający krwią oraz płynami ustrojowymi, leżał bobas. Jego skóra miała kolor ciemnobrązowy, przez co Roman od razu wyobraził sobie Lilę, kurwiącą się z jakimś poobwieszanym łańcuchami Murzynem. Dopiero gdy podniósł wymachującego nóżkami malca, dostrzegł swoją pomyłkę. Dziecko było żywym stolcem.

– Kurwa mać! – wrzasnął zszokowany, upuszczając potomka na ziemię.

Całe ręce miał utaplane łajnem. Natychmiast pobiegł do łazienki i umył je dokładnie. Następnie założył sięgające łokci gumowe rękawiczki, i trzymając szkraba za jądra, stanął nad kiblem.

– Tu powinieneś trafić, nieczysty pomiocie! – warknął.

Już miał go puścić, ale coś w nim drgnęło. Przypomniał sobie prośbę Lili. I pojął, że omal nie zamordował własnego syna. Z tego co się orientował, za takie coś poszedłby siedzieć przynajmniej na dożywocie. Właściwie, zawsze marzył o dziecku, a teraz to marzenie się ziściło.

Przeprosił swojego pierworodnego, ucałował w czółko i przytulił do serca. Już nie przejmował się ufajdaną koszulą, czy smrodem. Opatulił chłopczyka w ciepły kocyk i położył na łóżku, a sam zabrał się za przygotowanie trupa ukochanej do pochówku.

Na pogrzebie nawet niebo beczało. Bobek, bo tak Roman nazwał niemowlę, leżał pod drzewem owinięty pledem i kwilił cicho, kiedy jego ojciec zasypywał trumnę. Po zakończeniu ceremonii Faceshit wziął małego i pomaszerował w stronę kościoła. Postanowił, że musi syna ochrzcić. Lila była niezwykle religijna, zawsze przechodząc koło świątyni czy krzyża spuszczała pokornie łeb i merdała ogonem, więc na pewno pragnęłaby, aby Bobek otrzymał ten najważniejszy z sakramentów.

W kaplicy nie zastali nikogo. Za to przed zakrystią stał tłum przedszkolaków, czekających na błogosławieństwo proboszcza.  Podstarzały klecha wołał dzieciaki po kolei i każdemu wpychał do ust nabrzmiałego członka. Zbryzgując ich czoła nasieniem, szeptał pod nosem modlitwy. Po każdym namaszczeniu sięgał do trzymanego w kieszeni pudełka i łykał niewielką, błękitna pastylkę.

Roman zaczekał, aż wszyscy wyjdą i wparował do pomieszczenia. Ksiądz na ich widok przyłożył chusteczkę do nosa.

– Chciałeś może skorzystać z toalety, młodzieńcze? – zapytał, krztusząc się bijącym od Bobka fetorem. – W takim razie udaj się proszę do miejskiego szaletu, gdyż nie udostępniam postronnym prywatnej ubikacji.

– Nie, nie! – zaprzeczył Romek. – Przyszedłem prosić, żeby ochrzcił ksiądz mojego synka.

– Mhm… – mruknął kapłan, starając się oddychać ustami. – A mogę go zobaczyć?

Roman odsłonił kocyk. Na widok Bobka źrenice pasterza rozszerzyły się.  Obrzydzony, wypuścił z klatki wielobarwnego pawia.

– Apage! – wrzasnął, czyniąc w powietrzu znak krzyża. – Czyś ty człowieku oszalał? Bezbożniku! Antychryście! Żarty sobie stroisz?! Won mnie stąd, albo po policję zadzwonię i w kajdankach cię wyprowadzą!

– Ale… Ale… – próbował oponować Faceshit, jednak postraszony całą gamą klątw, łącznie z ekskomuniką, dał za wygraną i uciekł.

W domu ułożył Bobka w prowizorycznym kojcu zbitym ze znalezionych koło śmietnika desek. Potem usiadł na kanapie i do późnej nocy rozmyślał nad dziwnym zachowaniem proboszcza oraz sensem istnienia.

Rankiem wybrał się do komisu, w którym za niewielkie pieniądze zakupił dziecięcy wózek. Zamontował w nim specjalną plandekę, ponieważ koło Bobka bez przerwy latały tabuny much, tylko czekających na okazję by złożyć swoje obrzydliwe jajeczka w jego niewinnym ciałku.

Kolejne dni upłynęły im na wspólnych spacerach. Mijający ich ludzie kręcili nosami i ostentacyjnie pukali się w głowę. Gdy tylko Roman z Bobkiem pojawiali się na placu zabaw, inni rodzice natychmiast zabierali stamtąd swoje pociechy. Faceshitowi było z tego powodu przykro, ponieważ chciał, aby jego syn się z kimś zaprzyjaźnił, ale ostatecznie postanowił, że będzie ponad to wszystko. Jeśli ci pierdoleni rasiści nie akceptują ich, to chuj im wszystkim w dupę.

Dwa tygodnie później Bobek zachorował. Dyszał ciężko, robił się blady, a jego skóra stała się chropowata i nieprzyjemna w dotyku. Już nawet nie brudziła rąk tak jak kiedyś i coraz mniej śmierdziała. Roman próbował pomóc malcowi na różne sposoby. Podawał suplementy witaminowe,  zwilżał czoło nasączoną denaturatem ściereczką, a nawet zabrał do sławnej czeczeńskiej uzdrowicielki. Ta jednak  zareagowała podobnie do księdza. Obrzucony setką wyzwisk, Faceshit został zmuszony do ewakuowania się z jej chałupy.

Kolejne doby nie przyniosły żadnej poprawy. Stan chłopca jeszcze się pogorszył i zrozpaczony Roman podjął desperacką decyzję o wybraniu się z nim do lekarza. Co prawda Bobek nie miał ani numeru PESEL, ani nie figurował w żadnym spisie czy urzędzie, jednak Faceshit postanowił zaufać dobremu sercu doktora i jego poczuciu obowiązku. Wszak każdy konował składa przysięgę Hipokratesa, która jasno mówi, że pozostawienie człowieka w potrzebie jest czynem niedopuszczalnym.

Łysiejący internista, słynący z tego, że nawet skarżącym się na ból gardła pacjentom zaglądał najpierw do tyłka, przywitał Romana szerokim uśmiechem.

– Dzień dobry. Proszę opuścić spodnie i wypiąć się – nakazał na wstępie.

– Ale ja z synem – odparł Faceshit.

– Mhm. A więc co mu dolega?

– Od tygodnia coraz bardziej blednie, skóra mu twardnieje, w dodatku mało je i strasznie sapie.

– Faktycznie, ciekawe objawy… Niech pan rozbierze chłopaka, muszę zbadać mu odbyt.

Roman wyciągnął bobasa z becika i podał doktorowi. Ten skrzywił się, jakby zobaczył ducha swojej teściowej.

– Panie, coś pan ocipiał? Co to ma być? –  krzyknął, spychając z biurka kloc, przypominjący stężały gips.

Bobek uderzył o ziemię i roztrzaskał się na dziesiątki mniejszych i większych kawałków. Roman oniemiał na moment, a gdy zrozumiał co się wydarzyło, skoczył na internistę z pięściami.

– Ty chuju! Zamordowałeś mi dziecko! – ryknął.

– Jakie dziecko! Człowieku! Przecież to zaschnięte psie gówno! Ludzie! Pomocy!

Do pomieszczenia wpadło trzech rosłych pielęgniarzy. Powalili Romana na podłogę, wykręcili mu ręce i podali zastrzyk na uspokojenie. Następnie skrępowali go kaftanem bezpieczeństwa i zamknęli w izolatce.

h

EPILOG

h

Roman nareszcie czuł się szczęśliwy. W nocy przyszedł do niego fioletowy anioł z trójkątną antenką na głowie i czerwoną torebką w dłoni. Powiedział, żeby się nie martwił, że wszystko będzie dobrze, bo w ramach zadośćuczynienia za śmierć Bobka, otrzyma szczególny dar. I rzeczywiście, już następnego ranka Faceshit urodził. I od tamtej chwili przynajmniej raz na dwa dni powijał kolejnego potomka.

Z tak dziwnym pacjentem doktor Grzegorz Dom już dawno nie miał do czynienia. Mężczyzna rasy białej, około czterdziestki, z całą pewnością niepoczytalny, zamknięty w zakładzie psychiatrycznym za napaść na internistę. Cierpiał na niezwykle interesującą przypadłość. Kiedy inni zjadali własne stolce lub rozmazywali po podłodze, on pielęgnował je, jakby były dziećmi. Rozmawiał z nimi, przewijał pieluchami zmajstrowanymi z papieru toaletowego i mył. A gdy starzały się i przestawały cuchnąć, urządzał im uroczysty pogrzeb pod materacem łóżka. Personel szpitala szybko zaczął go nazywać „Gównianym Romkiem”.

Dom już zacierał ręce. Po opisaniu i zakwalifikowaniu tego ewenementu, czekały na niego sława, uznanie i pieniądze, a może nawet rola w amerykańskim serialu telewizyjnym.

h
Reklamy
  1. nareszcie coś konkretnegOO(wno)! zajebobne!

  2. Keine Grenzen – jak to wyśpiewywał pewien czerwonowłosy Michaś:)

  3. Przegówniane, znaczy się – świetne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: