polskie centrum bizarro

„Duża syrenka” by Maciej Kaźmierczak

In Opowiadania on Luty 27, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZima jeszcze niestety nie odpuszcza, jednak w ramach zaklinania rzeczywistości niedobre literki proponują wam wycieczkę w wakacyjno-letnie klimaty. Morze, fale, mewy, mewie odchody – tak wygląda standardowy urlop marzeń statystycznego Kowalskiego. No, z tym, że na literkach nic nigdy nie jest standardowe. Toteż obok nostalgii za kąpielami, romansami w nadbałtyckich kurortach i kilkoma dniami w roku w którym można mieć wszystko, a zwłaszcza robotę, w miejscu gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę; opowiadanie na dziś będzie traktowało o ludziach sztukę uprawiających i niezrozumieniu jakie gnębi artystów.

Dowiecie się też paru rzeczy o masturbacji na plaży…

A wszystko to za sprawą nowego u nas autora. Maciej Kaźmierczak w swojej „Małej syrence” w dość swobodny (erotycznie) sposób pokazuje uroki rozgrzanej upalnym słońcem plaży. Kto ma ochotę na pozytywne „wibracje”, tego zapraszamy do lektury. Wszystkich innych zresztą też…

h

Duża syrenka

h

Drżąc po spotkaniu z lodowatą wodą, powolnym krokiem wróciłem do miejsca na plaży, gdzie leżał pozostawiony przeze mnie rozłożony ręcznik i torba z podręcznymi rzeczami. Usiadłem na brzegu oblepionego piaskiem materiału i spojrzałem na spokojne morze, po powierzchni którego przemykały malutkie, niemal niewidoczne z tej odległości fale. Ich obecność zdradzały jedynie niskie, lekko spienione bałwanki. Na dłuższą chwilę pochłoną mnie ten piękny widok. Dopiero, gdy słona woda wyparowała z niemal całej powierzchni skóry, wstałem i ociężałymi ruchami zwinąłem ręcznik, po czym wsadziłem go do torby. Nie ubierałem się. Wolałem wrócić do samochodu nago. Nadal było ciepło, a lekki wietrzyk przyjemnie owiewał te rejony ciała, które zazwyczaj skazane były na ciemność i osamotnienie.

Piasek przyjemnie świszczał pod stopami, kiedy skierowałem się do najbliższego zejścia z plaży. Na skrzyżowaniu ścieżek skręciłem w prawo, zamiast iść prosto, do samochodu. Jeszcze choćby przez moment chciałem nacieszyć wzrok pięknem oddalającego się za zaroślami morza, które co kilka metrów niknęło za jakąś wydmą bądź gęstszymi krzakami. Co prawda mogłem iść plażą, jednak chciałem sprawdzić, co tak naprawdę robi tamta para za parawanem w paski. I gdy dotarłem na niewielką skarpę bez zarośli, skąd było ich doskonale widać, to dopiero piętnaście minut później wstałem z klęczek, oderwałem od nich wzrok, strzepnąłem resztki spermy z penisa i brzucha, po czym wróciłem na ścieżkę.

Uwielbiałem lato. Uwielbiałem momenty, kiedy opuszczałem plaże z powodu nadciągającego wieczoru, jednak jeszcze przez kilka długich chwil podglądałem kochające się pary, nie narażając się na powrót do samochodu po ciemku.

Przeszedłem kolejne kilkaset metrów, gdy niespodziewanie ziemia osunęła mi się pod prawą stopą, na którą właśnie przerzucałem ciężar ciała. Zachwiałem się i poleciałem na twarz. Wyciągnąłem ręce do przodu i poczułem jak jakiś duży kamień wbija mi się w prawy policzek, inny w bark i lewą dłoń.

Szybko pozbierałem się z ziemi, otrzepałem włosy z piasku i liści, po czym spojrzałem na przyczynę mego upadku. Niby nic szczególnego: podłużna dziura w ziemi, o długości może pół metra. Poszedłbym dalej i zapomniał o cały zdarzeniu, gdyby nie to, że dziura miała kształt stopy posiadającej sześć palców – jednego ogromnego po lewej stronie i pięć malutkich z boku.

Przez kilka długich sekund zastanowiłem się, czy na pewno widzę to, co widzę, przekonałem się jednak, że moja wyobraźnia nie płata mi figli: dokładnie obmacałem każdy fragment wyrwy w ziemi i utwierdziłem się w przekonaniu, że zmęczony wzrok przesyła do mózgu autentyczny obraz świata. Wszystko się zgadzało, jeżeli tak to w ogóle mogę określić.

No dobra, jakiś dzieciak bawił się i wykopał dziurę w kształcie stopy. Najwyraźniej miał dużo czasu, gdyż wykonał kilkanaście kolejnych wykopów, o takim samym kształcie i głębokości, które prowadziły w stronę wysokiego klifu, ciągnącego się przynajmniej do połowy plaży i sięgającego najniższych gałęzi wysokich sosen.

Jako nieustraszony turysta (takie określenie przyszło mi do głowy, gdy przypomniałem sobie oglądany ostatnio horror) postanowiłem to sprawdzić. Ruszyłem zastanawiającym tropem. Przedarłam się przez wygniecione chaszcze i zszedłem na plażę z prawej strony klifu, gdzie prowadziły ślady.

Kilka razy potknąłem się na stromym zejściu. Sztywna, szorstka i kłująca trawa nieprzyjemnie wdarła mi się w odbyt i jeszcze mocniej podrażniła otarte już od piasku jadra i pośladki.

W końcu stanąłem przy ścianie klifu. I wtedy ujrzałem JĄ. Wielką, nagą, półleżącą na plecach, z prawą nogą zgiętą w kolanie i stojącą pionowo, a lewą spoczywającą na piasku. Z tego miejsca nie byłem niestety w stanie dojrzeć miejsca, w którym łączyły się dwa pulchne uda. Widziałem tylko piękne, nabrzmiałe piersi rozlewające się na obie strony ciała olbrzymki, która podpierała się na kościstych łokciach, a głowę złożyła na kamiennej poduszce, wystającej ze skały klifowej.

Jej ciało było olśniewające, mlecznobiałe i bez jakichkolwiek skaz. W kilku miejscach uwydatniały się jedynie drobne wypukłości żył oraz ciemniejsze punkciki czarnych pieprzyków, widocznych obok ucha, między mokrymi włosami, na szczycie piersi i w okolicy pępka.

Ślady, po których tu dotarłem, z pewnością należały do smukłych stóp olbrzymiej kobiety, jednak te z kolei były częścią nie nogi, a czegoś nad wyraz dziwnego. Zamiast piszczeli miała ona coś w rodzaju przepołowionej na pół rybiej płetwy.

– Syrena – szepnąłem do siebie, mimowolnie robiąc mały krok do przodu.

Lekko chropowate odnóża, których dziwna faktura była ledwo dostrzegalna w świetle uciekającego już dnia, składały się z połyskujących łusek, wdzierających się także na dolną część pośladków i kończących w połowie rowka miedzy nimi. Ciekawiło mnie, czy w miejscu układu rozrodczego ma to, co każda kobieta, czy coś zupełnie innego.

Nie poruszała się. Najwyraźniej spała, jednak po długich obserwacjach, podczas powolnego kroczenia w jej stronę, byłem pewny, że jej klatka piersiowa ani razu się jeszcze nie poruszyła. Wzmagający się wiatr nie targał jej włosów. Cały czas pozostawały one mokre, przylepione do szyi i skały, na której ta opierała swą śliczną główkę.

Niespodziewanie rozległo się dziwne stukanie, dobiegające ze strony syreny. Z szybciej bijącym sercem robiłem coraz dłuższe i szybsze kroki. Gdy do kobiety-ryby pozostało mi może sto metrów, spomiędzy jej nóg wyszedł jakiś mężczyzna. Najpierw wychylił głowę, potem rozejrzał się, obrzucił mnie badawczym spojrzeniem, wrzucił jakieś metalowe narzędzie do spoczywającego na piasku czarno-pomarańczowego pudełka, po czym ruszył w stronę fal, które z każdym powiewem wiatru robiły się coraz wyższe. Gdy dotarłem do leżącego ciała, facet obmywał sobie brzuch i nogi w lodowatej wodzie.

Dotknąłem pośladka syreny. Był zimny i twardy. Ale przede wszystkim martwy.

– Podoba się? – zakrzyknął mężczyzna, idąc w moją stronę.

Mimowolnie spojrzałem na jego odkryte krocze i niczym nieskrępowanego penisa, który obijał mu się o nogi w okolicach kolan. Jakby przerzucając wzrok na kobietę, spojrzałem na swojego. Mój był przynajmniej trzy razy krótszy.

– Podoba, podoba. To pana dzieło?

 – Ma się rozumieć, że moje. – Poklepał skałę po udzie i stanął tuż obok mnie. Starałem się nie patrzeć na jego przyrodzenie, czując, jak moje klejnoty poruszają się, pęcznieją.

– Janusz jestem. – Wyciągnął dłoń, którą niechętnie uścisnąłem, przypominając sobie, jak mył w morzu brzuch. I zapewne nie tylko to.

– Maciej – odparłem. – Kiedy żeś pan to zrobił?

– To znaczy?

– Jeszcze wczoraj jej tutaj nie było.

– A, wystarczyło postawić główny, niemal w pełni wymodelowany już blok na wyciętej skale klifu, przymocować go do niego i gotowe. Dzisiaj wykończyłem ostanie partie i voilà

Zastanowiłem się nad kolejnym pytaniem. Łatwo mi przyszło do głowy.

– Co to właściwie jest?

Spojrzał na mnie jak na debila. Wcale mnie to nie zdziwiło.

– Kobieta. A konkretnie syrena. Lądowa. To dlatego ma rozciętą na dwoje płetwę i posiada stopy.

– Tamto, to też pańskie dzieło? – Wskazałem na ślady, odciśnięte w spoczywających pod klifem kamieniach i zwałach ziemi.

– Niezły wabik, co?

– Tak, zęby sobie prawie przez niego wybiłem.

Tego już nie skomentował.

Korzystając z chwili zakłopotania, odszedłem od artysty, minąłem prawą nogę syreny i oniemiałem. Oto zobaczyłem coś, co, nie wiadomo, czy było piękne, czy obrzydliwe, ale z pewnością niesamowite i budzące mimowolne pożądanie, o czym świadczył mój sztywniejący penis.

Rozmyślając wcześniej nad tym, co syrena ma między nogami, myliłem się sądząc, że to, co każda kobieta. Olbrzymka miała coś o wiele… większego. To, co wcześniej wziąłem za pępek, okazało się nadzwyczaj realnie wyglądającą łechtaczką, wieńczącą wargi sromowe, rozszerzające się aż do końca pachwin i kończące w miejscu, gdzie powinien być odbyt, który natomiast wdzierał się w głąb ciała w połowie jedynego widocznego pośladka. Między wargami widniało mokre wejście do ogromnej pochwy.

– Prawda, że piękna wagina?

– Ogromna.

– Ale piękna. – Rzeźbiarz znów stał koło mnie. – Dzisiaj ją skończyłem jako ostatni element. Podoba się?

– Podoba się, podoba – odparłem jak poprzednim razem.

Artysta usiadł na piasku, westchnął i zaczął opowiadać, zanim zdążyłem odejść czy chociażby zaprotestować.

– Ale tylko tutaj ją chcieli. Nigdzie indziej, a próbowałem w tylu miejscach, w których tak wspaniale by się prezentowała, eksponowała swoje wdzięki, ozdabiała okolicę. Mogło być tak cudownie, a teraz? Leży na plaży, nikt jej nie będzie oglądał, klif w końcu się zawali, albo morze zmyje rzeźbę i tyle będzie po niej i po mnie. Głupi ten kraj.

– A gdzie pan chciał ją umieścić?

Spojrzał na mnie wzorkiem pełnym wyrzutu, a może i nawet złości.

– Jak to „gdzie”? W którym miejscu można by było syrenę postawić? To chyba logiczne, że w Warszawie, na Starówce, wylegującą się na słońcu lub przy Wiśle, leżącą opodal brzegu. Przydałoby się zamienić tamte kupy złomu na coś nowego, nowoczesnego.

Zaśmiałem się w myślach.

– Jak mniemam nie spodobał się pański pomysł?

– Czy widzisz pan tę syrenę na plaży czy w Warszawie? Proponowałem też, żeby może obok tamtych syrenek postawić, ale nie…

– No cóż, niestety… – Westchnąłem, zarzuciłem torbę na ramię i odwróciłem się, by odejść. Artysta poderwał się nagle z piasku, sypiąc nim na wszystkie strony. Na pośladkach i udach zostały mu poprzylepiane do wilgotnego ciała, jasne ziarenka piasku, układające się w jajowate kształty.

– A może rzuciłby pan okiem na moje najnowsze dzieło? – Facet chyba ostatnio nie miał z kim pogadać.

– Jasne… – mruknąłem niechętnie, widząc, jak szybko sięga do ustawionego przy stopie syreny plastikowego pudełka na narzędzia i wydobywa z niego trochę niewyraźny wydruk komputerowy. Podał mi go i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Spojrzałem na ogromną waginę syreny i wróciłem wzrokiem na zrobione w jakiejś dużej sali zdjęcie strasznie grubego mężczyzny. Gdy już do mnie dotarło, co widzę, skomentowałem:

– No… Nawet… – Nie mogłem się zdecydować, który wariant odpowiedzi wybrać. – A gdzie ma pan zamiar postawić tę rzeźbę?

Było to niemal niemożliwe, on jednak uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym odparł:

– Też w Warszawie, obok budynku parlamentu. Zamiast masztu.

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: