polskie centrum bizarro

Dentostory na Dzień Dentysty

In Akcje Literackie, Opowiadania on 5 marca, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNielubiany, oczerniany, często będący obiektem drwin, pretensji i pomówień… dentysta. Stomatolog. Sadysta. Jakby go nie nazywać, nawet takie indywiduum najwyraźniej zasługuje na swoje święto. Piąty marca jest właśnie tym dniem. Rokrocznie z tej okazji watahy stomatologów zasiadają na samobieżnych fotelach i lecą na Łysą Górę, coby odwiedzić swe przyjaciółki od serca. Dziś jednak nie bedzie o wiedźmach, lecz o wyrwizębach. Swoje historie zaprezentują szanownemu państwu Kasia Szewczyk, Zeter Zelke, Ian Giedrojć, Karol Mitka, Jan Maszczyszyn, Jerzy Łukaszewski, Darek Kuchniak, Juliusz Wojciechowicz i Kazimierz Kyrcz Jr. A zilustrował je dla was Tomek Woźniak.

A zatem, do dzieła, do lektury! Niech się zęby kruszą a wiertła rozkosznie drżą. Dentostory na niedobrych literkach są bolesne jak trzeba i ciekawe jak należy!

h

Tomek001

h

Ząbi by Ian Giedrojć

h

Szóstka chciała się skulić i udawać, że nie istnieje. Na taki wstyd jej przyszło! Jeszcze bardziej chciała, żeby TO nie istniało. Jedna mała rzecz, która zmieniała jej życie w pasmo cierpień i upokorzeń.

– Gdzie? – zapytał Siekacz oschle. W jego pojęciu profesjonalizmu życzliwość nie istniała.

– O tu z boku – wyszeptała Szóstka.

– A tak, widzę, widzę. Fatalna sprawa.

– Naprawdę?

– A co pani sobie myśli? Myło się?

– Nie za często.

– Nie za często, ha. Myśli pani, że ja nie wiem? – Siekacz uniósł się z wyższością. – Przecież ten dentysta już wygląda na zaśmiardniętego w połowie! Nie bolało wcześniej?

Szóstka rozważyła odpowiedź. Mogła wyjść na idiotkę albo na kłamczucha.

– Trochę tam bolało, ale zawsze przechodziłam jakoś i przestawało. Ja bólu aż tak nie czuję, odporna jestem.

Siekacz westchnął.

– Nie myje i nie reaguje jak się coś dzieje… Co z takimi pacjentami robić?

– Niech pan ratuje!

– Nie ma nadziei – odrzekł Siekacz. – Trzeba się go pozbyć.

– Och, nie!

– Niestety, proszę pani. Fartuch ma już brązowy, wiertełka tępe, główkę przekrzywioną. Lada moment kipnie i zrobi się z niego ząbi… Po co to pani?

– Ale jak ja teraz będę chodzić – bez dentysty? – Szóstka znajdowała się na progu histerii.

– Jakaś kara musi w końcu być. Nie uczyli pani wierszyka? – „Pucuj z rana, pucuj w nocy, dentysta nie zgnije, uśmiech uroczy”.

Szóstka zachlipała.

– Uczyli, ale ja… – Reszta zdania zginęła w szlochu, a zaśmierdnięty dentysta trząsł się razem z nieszczęśliwą właścicielką.

Teraz dla odmiany zawstydził się Siekacz. – Och, już dobrze, dobrze. Proszę nie płakać. Trochę pani tak pochodzi, a jak się zagoi, to wstawimy protezę… no.

– Naprawdę?

– Co prawda taki plastikowy to nie to samo co własny, ale nikt się nie pozna, nawet z bliska. A on proszę pani, nawet nie zżółknie na starość, wystarczy proszkiem przypucować. I nawet będzie głosem z taśmy mówił „Proszę wypłukać”, jak ten prawdziwy.

– Och, cuda teraz robią. Dobrze, że takich czasów doczekaliśmy. – Szóstka otarła łzy.

– Żeby pani wiedziała, złotko. To co, dajemy znieczulonko?

– Poproszę.

Siekacz wbił strzykawkę w głowę dentysty, dociskając ją aż igła dotarła do brzucha. Gdy mała postać pęczniała od płynu, jej oczy wybałuszyły się, jakby przerażone niespodziewanym końcem egzystencji.

– To nie będzie bolało – obiecał bez przekonania.

h

Hybryda by Darek Kuchniak

h

On natchniony, lecz niemłody był. I to miało swoje konsekwencje. W pewien piękny, marcowy poranek uświadomił sobie, że ból zęba nie cieszy. W jego umyśle pojawiła się natychmiast lista optymalnych metod walki z tą przypadłością. Natychmiast odzyskał spokój ducha i jął wprowadzać je w życie. Zaczął od hipnozy. I nuże wmawiać swemu trzonowemu, że jest piątek trzynastego i wszelka aktywność na niwie bólu jest praktyką wielce niepolityczną.

Po kilku dniach okazało się jednak, że ta metoda nie jest skuteczna. Podobnie było z zabiegami szamana sprowadzonego za pośrednictwem niezawodnego dotąd Internetu, czy też pocałunkiem zaprzyjaźnionej rusałki. On był na tyle zdesperowany, że koniec końców sięgnął po „broń ostateczną” i wyciągnął ze schowka pod bidetem starą księgę.

– Nie wyglądasz najseksowniej, stary – powiedziała. – Spuchnięty pysk, czerwone gały, fatalna praca śledziony. Bez dentysty się nie obejdzie.

To była ostatnia rzecz jaką mężczyzna chciał usłyszeć. Zbladł niczym feministka oskarżona o kult penisa. Przypominał trupa, który przez przypadek wyszedł z prosektorium i stoi, zadziwiony pięknem przyrody w przeróżnych jej aspektach.

– Boję się jak cholera połączona z czerwonką  – wyszeptał. – Nie mam najmniejszego pojęcia, co się ze mną stanie, jeśli poproszę o pomoc przedstawiciela tej profesji. Tyle złego o nich słyszałem.

– Co masz na myśli?

– Moja babcia opowiadała mi jak pacholęciem będąc odwiedziła dentystę i zjadła go, strawiła, ale nie mogła wydalić. Obstrukcja ciągnęła się tygodniami. Tymczasem dentysta nie próżnował i wyrwał jej wszystkie zdrowe zęby. I to bez znieczulenia! Nowe jej nigdy nie odrosły i całe życie była skazana na płynne pokarmy.

– Przypominam tylko, że matka twojego ojca była w połowie aligatorem. Zwykły dentysta nie stanowi dla ciebie najmniejszego zagrożenia.

Księga zamknęła się samoistnie i wróciła do siebie. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Nasz bohater nie pozbył się co prawda wszystkich wątpliwości, ale postanowił zaryzykować i pójść do najbliższego dentysty. Zwłaszcza że pulsujący ból doprowadził go na skraj załamania nerwowego. Kiedy tylko przekroczył próg gabinetu, zmierzył wzrokiem osobnika w białym kitlu i wykrzyknął zdumiony:

– Babcia!

– Jak mnie poznałeś? – zapytał młody, przystojny mężczyzna w typie Latynosa.

– Po oczach. Tylko ty potrafisz wygenerować w nich błysk o sile tysięcy kiloton… Jak widzę żyjecie sobie w harmonii. Dentysta daje młode ciało, a ty niebanalną osobowość. Jednym słowem hybryda doskonała.

On nabrał pewności siebie i zasiadł na dużym, białym fotelu. Po godzinie nie było śladu po zębie i bólu. Potwierdza się stara maksyma: „Bez rodziny w służbie zdrowia żyć się nie da”.

h

Szkopuł by Kazimierz Kyrcz Jr

h

Mówi się o dentystach, że są sadystami. Cóż za nikczemne i podłe kalumnie! Znam jednego, który nigdy nie obarczył mnie nawet odrobiną zbędnego bólu. Podczas każdego z naszych spotkań był delikatny, dowcipny, pełen zrozumienia dla mojego lęku, czy raczej Lęku. Dość powiedzieć, że nie protestował nawet wtedy, gdy kazałem mu znieczulać martwe zęby czy prosiłem o przerwanie borowania, choć akurat wcale tego nie robił.

Po prostu mogłem na niego liczyć.

Zasadniczo był tylko jeden szkopuł. Otóż, mój znajomy stomatolog uwielbiał swoją pracę. Szczycił się nią, traktował ją jak misję i cieszył się, gdy udało mu się uratować jakiś szczególnie ciężki przypadek. Choćby moją lewą siódemkę. Napieprzała mnie przez całą noc, dzień, kolejną noc… Dłużej nie dało się ignorować tego skurwysyńskiego bólu. Ze łzami w oczach powędrowałem do jego gabinetu, zasiadłem na fotelu, rozdziawiłem paszczę i…

Szczerze mówiąc, z siódemki prawie nic nie zostało. Poza bocznymi ściankami, niewiele zresztą grubszymi od włosa. Mój znajomy przypiął się jednak i oczyścił dziurę, przygotowując miejsce dla zaaplikowania lekarstwa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby zapakował lekarstwo, skasował mnie z floty i lżejszego o stówę puścił do domu. Zamiast tego wcisnął mi do spoconej ręki wielkie lusterko w kształcie trzonowca i manipulując drugim, znacznie mniejszym lusterkiem, kazał podziwiać swe dzieło. Próbowałem się od tego wykręcić, ale nie chciałem wyjść na niewdzięcznego gbura. Zerknąłem i…

Dziura była naprawdę duża, ba, nie duża, lecz ogromna! Nie zdziwiłbym się, gdyby zmieścił się w niej Kraków, Polska, a nawet cały świat!

Zakręciło mi się w głowie, wrażenie spadania w otchłań momentalnie wyssało ze mnie resztki myśli, zstąpiła je różowa mgła… Gdy się ocknąłem, zarówno mój ulubiony stomatolog jak i jego asystentka leżeli martwi, malowniczo wkomponowani w wyposażenie gabinetu, zaś ich pozbawione zębów usta zmieniły się w krwawe puree.

Nie pytajcie jak to się stało. Nie pamiętam. Słyszałem, że każdy pistolet musi sam w roku wystrzelić. Może podobnie jest ze sprzętem dentystycznym?

h

Paznory by Jan Maszczyszyn

h

Od 2017 roku jestem dentystą. Czyli posiadam około trzydziestu lat praktyki zawodowej i nic dotąd nie wyprowadziło mnie tak z równowagi jak styl zwany Paznora. Znam te nowomody, toleruję trendy, przymrużę oko na agrafkę przebijającą jamę ustną od policzka do policzka, ale wynalazek całkowicie przeźroczystej tkanki ludzkiej zaaplikowanej przez młodych idiotów w ramie twarzy najpierw zmusił mnie do głośnego rechotu, później do dreszczy obrzydzenia i grozy. Rozumiem części intymne, każdego ciekawi jak to właściwie tam pracuje, od środka, ale masy mielonego pokarmu i upychający to wszystko w gardle jęzor był widokiem naprawdę odpychającym.

Jednak czego to nie zrobi człowiek, aby zadziwić innych?

– Proszę usiąść – powiedziałem tego ranka do pierwszego pacjenta. Młodzian ciągnął po podłodze jakieś potargane gumy. Z młodości pamiętam łańcuchy i agrafki, ale temu takie stare badziewie nawet nie było w głowie. Od stóp do głów upstrzony był splotami przerastającej przez skórę gumy dętkowej i cętkowanych cekinami piór. – Z kim mam przyjemność. Dempsey? Syn, ojciec?

– A nie widać? Wnuk, do eźwy walonej, ciurku dłubany – wycharczał. Od razu zdałem sobie sprawę, że pacjent ma wadę wymowy, może nawet zgryzu. Śmierdział trunkami solwicznymi, a w gołym pępku kopcił się pozostawiony tam celowo niedopalony Stulew. Nie wiadomo, czy nie zaciągał się brzuchem. W dobie wszechogarniającej mody na innowacje kosmetyczne wszystko było możliwe.

Chciałem być miły i zapytałem:

– Jak praca? Bardzo zajęty?

– Robię w kickboxingu, doko. Nie wałuj, tylo czapierz.

Nic nie zrozumiałem. O nic już nie pytałem. Miałem dość tego wała. Uruchomiłem fotel dentystyczny. Podjeżdżał z tą paskudną gębą jak kelner z indykiem na srebrnej tacy. Z daleka widziałem brudne dziąsła i zależałe resztki chipsów pomiędzy zębami. Ale najbardziej zdziwiły mnie wielkością …zęby?

Otworzył usta.

– Co to ma być? – zapytałem, naprawdę zbulwersowany. – Żarty sobie stroisz?

Uniósł głowę.

– Nie czytałeś ostatnich numerów Digi Body Art? To wszechślizga! Wszystkie noworody tym błyskają na mieście.

– Co?

– Odlotowe, czadowe… No jak wy, staruchy, buźgacie? Mam zęby wrośnięte w kości moich palców u stopy. Sam je reperuję. Mówiłem, grochu, że robię w kopaniu.

– Jak ty jesz, człowieku?

– Doko, moje ćwiry robią papkę, którą takie ciapy zgryzą.

– Nie doko, tylko doktorze. Rozumiem, że zagryzasz specjalnie urobione fudzio?

– Dobe, dobe. Mam w dziąśle implanty paznokci. Rosną jak pograchane. Pracują lepiej niż u bobra. Chcę obciąć i maznąć wzorze. Może wypoleruj ikiś frencz tips.

– Czym mam podciąć ? – Przełknąłem głośno ślinę. Znałem się na pedicure jak moja stara na lataniu na miotle. Chciałem mieć to już za sobą. Widziałem skrwawione zęby wystające z sandałów. Była to z pewnością zaawansowana paradontoza stopy.

– Kleszczykami. – Podjął z tacy narzędziowej odpowiedni glej. – I pomaluj… Potem. Ciut, ciut.

Z wahaniem spróbowałem pochwycić koniec grubego, rozdwojonego paznokcia. Cały ich wyeksponowany, nierówny i obśliniony rząd wyglądał okropnie. Na pewno ćmił pety ustami. Przecież to świństwo wrośnięte w dziąsła było pożółkłe od długoletniego palenia.

Gwałtownie pochwycił moją rękę.

– Hollo, burwa… Bez znieczulenia chcesz czaprać?!

h

Tomek003

h

Black-out by Zeter Zelke

h

Jeszcze pięć lat temu miała uporządkowane życie, kochającego męża i dobrą pracę, dzięki czemu spoglądała z optymizmem w stronę jutra. Dzisiaj, chociaż praca była równie dobra, przyszłość malowała się w czarnych barwach. Nawracający koszmar zapoczątkowała nagła śmierć Patryka – jej ukochanego małżonka. Równolegle z nią pojawiły się ataki omdlenia, spontaniczna utrata świadomości. Od tak, po prostu, raz na jakiś czas światła gasły, Hanna padała jak długa; rozpoczynał się tajemniczy proces, podczas którego jej mózg nie rejestrował żadnych wrażeń. Mogło to trwać kilka minut, kilka godzin, a zdarzało się, że ponad dobę. Mogło nadejść dwa razy dziennie, raz w tygodniu lub raz na pół roku. Hanna nigdy nie wiedziała, kiedy znowu zaskoczy ją ciemność, a zbyt często nachodziła ją w złym miejscu, o złym czasie.

Pierwszy atak, pięć lat temu, był najłagodniejszy. Hanna na kilka minut straciła świadomość w przepełnionym, miejskim autobusie. Nikt tego nie zauważył, nawet ona sama. Pasażerowie co najwyżej zerkali na jej kiwającą się głowę, myśląc, że sami ucięliby sobie drzemkę, gdyby starczyło miejsc siedzących. Za drugim razem, około pół roku później, rzecz przytrafiła się na ławce w parku. Dziewczyna ocknęła się kilkadziesiąt minut po pierwszej w nocy; straciła torebkę, laptopa, a nawet elektroniczną książkę z lokalnej biblioteki. Kiedy indziej obudziła się na progu miejscowej dyskoteki: cuchnęła piwem, miała podarte rajstopy, zniszczoną spódnicę, a ulubiony, koronkowy stanik przepadł gdzieś bez śladu. To wtedy zdecydowała, że pora udać się do lekarza, do neurologa, nawet do psychiatry, jeśli będzie trzeba.

Specjaliści zdiagnozowali jakąś odmianę padaczki lub natręctwa powiązanego z szokiem po utracie najbliższej osoby. Zaproponowali jej lek, bazujący na substancjach stabilizujących poziom neuroprzekaźników. Hanna zaczęła go przyjmować ze wzorcową regularnością i rzeczywiście – omdlenia ustały. Jednak szkody już zostały wyrządzone. Życie zmieniło się w nerwowe oczekiwanie na kolejny black-out. Dziewczyna obawiała się podświadomie, że nadejdzie taki dzień, w którym leki przestaną działać i znów rozpocznie się loteria. Jeśli trafi w dziesiątkę, mózg awaryjnie zamknie system w jej własnym domu – bezpiecznie. Jeśli zaś wypadnie zero… mogłaby się więcej nie obudzić.

Obawy Hanny wezbrały, gdy lokalne media nagłośniły temat odrażających ataków na mieszkańców jej rodzimej metropolii. Wyglądało na to, że ciesząca się od stu lat nieposzlakowaną opinią Łódź przypomniała sobie o swojej dawnej niesławie i przyjęła w gościnę kolejnego psychopatę. Morderca zabijał nieregularnie, zazwyczaj krótko przed północą. Ofiary znajdowano przybite gwoździami do drzwi opuszczonych domów lub odosobnionych magazynów. Gdy policja wzmocniła patrole wokół osamotnionych nieruchomości, ofiary zaczęto odnajdować przywiązane drutem kolczastym do rozmaitych wertykalnych struktur: pali trakcji telekomunikacyjnych, słupów informacyjnych, czy wież obserwacyjnych. Każdemu ciału brakowało dwóch kości czaszki: szczęki oraz żuchwy. Zabójca usuwał je prymitywnymi narzędziami rodem z XX wieku, niewprawnie, w pospiechu, zapewne po uprzednim znieczuleniu lub oszołomieniu celu. Socjopata wydarty aparat gryzący zabierał, na miejscu zbrodni pozostawiając jedynie ósemki, o ile denat takowe posiadał.

Według gazet i portali, morderca był nader skrupulatny, przez co śledztwo przedłużało się w nieskończoność. Pierwszym podejrzanym (po przesłuchaniu przeproszonym i szybko zwolnionym do domu) był dentysta pracujący w jednym z trzech największych łódzkich szpitali. Pomimo jego uniewinnienia, Hanna wcale się nie uspokoiła. Sama była stomatologiem z wieloletnim doświadczeniem. Zrezygnowała przez nawracające ataki black-outu, głównie dla bezpieczeństwa pacjentów, jak również dla zachowania nieposzlakowanej opinii świetnej specjalistki, gdyby pewnego pięknego dania odważyła się wrócić do zawodu. Środowisko lekarzy było jej dobrze znane, wiele kolegów i koleżanek po fachu wiedziało z jakich przyczyn pożegnała karierę. Drżała za każdym razem, gdy pomyślała, że grasujący po mieście kolekcjoner garniturów zębów mógł od nich usłyszeć o jej słabym punkcie.

Wieczór drugiego października był jeszcze ciepły i pogodny, pachnący ulatującą pamięcią po lecie. Dzień wcześniej „Szczęka” zakatował dwie kolejne osoby. Znaleziono je dryfujące po sztucznym jeziorze przy Białej Fabryce, przybite gwoździami do surfingowych desek. Łódź Dzisiaj umieściła zdjęcie jednej z nich: z martwych, szeroko otwartych oczu wciąż krzyczało przerażenie, mały, zadarty nosek był upaprany krwią, a poniżej ziała groteskowa jama po brakujących zębach.

Hanna oglądała zdjęcie, gdy domowy system głosowy poinformował, że „Jess Sokolovsky stoi u drzwi”. Komputer wyświetlił obraz z zewnętrznej kamery. Hanna rozpoznała dobrą przyjaciółkę z czasów, w których obie pracowały w prywatnej przychodni stomatologicznej.

– Proszę wpuścić. – Hanna zamknęła Łódź Dzisiaj i wczytała jakąś nastrojową tapetę. Monitory na ścianie wyświetliły park pełen kolorowych, jesiennych drzew.

– Hanna! – wołała Jess od progu. – Widziałaś ostatnie wiadomości?

– Czytałam. – Hanna oświetliła przedpokój i przytuliła szczupłą szatynkę. – Wiesz, że rzadko oglądam telewizję.

– Słuchaj, rozumiem, że jesteś podminowana. Ale znalazłam ten film! – Koleżanka potrząsnęła kryształową płytką. W torbie zawieszonej u jej nadgarstka zabrzęczało kilka puszek. – Jutro mamy wolne, więc możemy poszaleć!

Hanna uśmiechnęła się skromnie. Jessica tryskała energią; była roześmiana i trochę szalona. Podobnie jak Hanna, dawno temu, zanim pojawił się black-out… Zanim odszedł Patryk.

– Rozgość się w salonie. W kuchni są przekąski. Zaraz przyniosę.

Jessica miała nietypowe zainteresowania. Jak sama mówiła: w dzieciństwie niemal paranoicznie obawiała się bólu, mdlała na widok krwi, a świadomość, że kość ręki, nogi czy każdą inną można było złamać w taki sposób, aby przebiła skórę, przyprawiała ją o torsje. Rówieśnicy wyśmiewali tę słabość, stąd Jess postanowiła udowodnić im oraz sobie, że jest w stanie pokonać lęk. Zrobiła to w najbardziej łagodny z możliwych sposobów; zaczęła od namiętnego oglądania horrorów oraz czytania książek o podobnej tematyce. Potem przyszła kolej na zdjęcia utrwalające okrucieństwa samej natury. Kolekcja tych zdjęć ozdabiała ściany jej domu do dziś dnia: gepard polujący na gazelę, pasożyt w oku dziecka, pająk wstrzykujący jad w owada, czy to, które Hanna uważała za najbardziej obrzydliwe – ostra infekcja glistą ludzką.

Jessice udało się oswoić odrazę do cierpienia, niemniej długoletnia z nią walka odrobinę zdeformowała jej osobowość. Podczas gdy normalni ludzie układali na półkach porcelanowe kotki i holograficzne zdjęcia swych bliskich, słodka Jessie zbierała żabki i insekty w słoikach z formaliną. Nie było wątpliwości, że film, który za moment miały razem obejrzeć, stanowił jedno z najnowszych dzieł mistrzów łamanych kości, wyprutych flaków i ludzkich wrzasków podniesionych do sześcianu. Hanna nie miała nic przeciwko. Atmosfera w całej Łodzi zdawała się sprzyjać tego rodzaju rozrywkom.

Gdy wróciła do głównej sali, zastała koleżankę przy drzwiach prowadzących na strych.

– Wiesz co? – mruknęła Jess z nadzieją. – Poddasza są bardziej klimatyczne. Może obejrzymy na górze?

– Wolałabym tutaj.

Jessica obrzuciła ją spojrzeniem z rodzaju: „Maleńka, daj spokój! Masz pietra we własnym domu?”, nacisnęła klamkę i powoli zaczęła piąć się po ciemnych schodach. Hanna odstawiła talerze i miski ze smakołykami na stół. Jej ręce drżały. Strych był dominium Patryka. Kiedyś. Patryk pracował jako entomolog, kochał owady społeczne, szczególnie osy. Na poddaszu miał spory zbiór wszelkich insektów. Tam też pięć lat temu zmarł na atak serca. Po pogrzebie Hanna uporządkowała strych, zamknęła, a klucz wyrzuciła przez okno. Tak przynajmniej jej się wydawało. Zwątpiła, gdy skrzypiące na schodach kroki koleżanki zatrzymały się, nastąpił zgrzyt przekręcanej klamki i jęk otwieranych drzwi. Jakim sposobem, skoro Hanna wyrzuciła klucz?

W domu zapanowała głucha cisza, którą moment później przerwał wrzask Jess. Tresowany od dzieciństwa strach przed bólem wreszcie wziął odwet, paraliżując ją całą. Na strychu szczerzyły się do niej szczęki i żuchwy: niektóre zasuszone, inne zanurzone w bursztynowych płynach, jeszcze inne ociekające ze świeżej krwi nad podrdzewiałymi zlewami. Zęby walały się na podłodze w niezliczonej ilości. Nikt nie znalazłby pośród nich ani jednej ósemki, z prostej przyczyny – Patryk nie miał ósemek. W kilku słojach pływały ludzkie głowy z doskonale wyeksponowanym, zębatym uśmiechem. Tylko w jednym kąciku poddasza panował nieskazitelny porządek, jakby zupełnie inny świat. Tylko tam, na pokrytym złocistą tapetą fragmencie ściany, wisiały obramowane zbiory motyli, os i mrówek. Pod ścianą, na fotelu, siedział zmumifikowany trup, niczym groteskowy król w swoim groteskowym królestwie. Czarne, wysuszone ciało było zdeformowane, za wyjątkiem zadbanego garnituru białych zębów.

– Hanna? – pisnęła Jess, usiłując zmusić mięśnie nóg do pracy.

Lecz Hanny już nie było. Kilka chwil wcześniej jej osobowość tymczasowo wymazał kolejny black-out.

h

Ropa by Karol Mitka

h

Marecki bał się cholernie. Do tego stopnia, że porzucił pracę i zabarykadował się w mieszkaniu. Zamurował drzwi wejściowe, pozabijał okna deskami, zalał cementem kibel, dokładnie poodcinał i pozatykał wszelkie przyłącza gazu oraz wody. Trzęsąc portkami jak trzylatek po zgaszeniu światła, uzbroił się w nóż kuchenny i czekał. Sam dokładnie nie wiedział na co lub kogo, ale w duszy obiecywał sobie, że tanio skóry nie sprzeda.

A wszystko z powodu bólu zęba. Dokładnie dolnej piątki po prawej stronie. Przez tego zafajdanego pniaka nie spał już cztery noce. Jego policzek przypominał przepełnioną prezerwatywę made in china – z niewielkiej ranki w skórze wyciekała gęsta ropa o barwie i konsystencji spermy.

Marecki oczywiście próbował coś z tym zrobić. Jakiś czas temu wybrał się nawet do dentysty, ale gruba pani z rejestracji odprawiła go z kwitkiem. Ponoć trwał właśnie ogólnopolski strajk głodowy i pozamykani w swoich gabinetach lekarze usiłowali wywalczyć podwyżki.

– Chuje jebane – burknął na widok obładowanego kebabami dostawcy, bez żadnych sprzeciwów ze strony pielęgniarki wchodzącego do lekarskiej samotni.

W drodze powrotnej przejrzał najnowszą gazetę. Ze zgrozą przeczytał artykuł o kolejnych zaginionych osobach. Wszystkich łączyło jedno – chore zęby. W ich domach nie znaleziono dosłownie nic, co świadczyłoby o włamaniu lub napaści. Znikali podczas wykonywania najzwyklejszych czynności – spożywania posiłków, mycia zębów czy srania.

Marecki skowyczał jak pies złapany w kłusownicze sidła. Leżał na podłodze w kałuży własnych ekskrementów, przyciskając dłoń do obrzydliwie rozjątrzonej dziury w policzku. Spuchnięte dziąsło wystawało na zewnątrz niby szczyt wulkanu. W regularnych odstępach czasu następowały silne erupcje cuchnącej ropy pomieszanej z krwią, przez co ściany pokoju wyglądały jak wnętrze pochwy dotkniętej zaawansowaną grzybicą połączoną z obfitymi upławami. Tapety zostały zżarte do gołego betonu, a i ten powoli poddawał się trawiącej wszystko substancji.

Tego dnia coś w Mareckim pękło. Resztkami sił dowlókł się do sypialni, gdzie w szafie trzymał stary rewolwer czarnoprochowy. Drżącymi dłońmi załadował bębenek ołowianymi kulkami, założył spłonki i przystawił lufę do czoła. Wtedy pojawili się oni.

Przekrwione oczy mężczyzny niemal całkowicie wyszły z orbit na widok kilku maleńkich ludzików odzianych w bogato zdobione galabije i turbany. Wzrostem nie przewyższali hipków z klocków Lego. Rozmawiali głośno w nieznanym języku, celując w Mareckiego drewnianymi laskami.

Niespodziewanie ogarnął go paraliż. Podłoga pod nim zaczęła mięknąć i w końcu zapadł się w nią jak nieostrożny Beduin w ruchome piaski Sahary, tracąc przy okazji przytomność.

Wszystko co działo się później, przypominało narkotyczny sen. Jego umysł rejestrował pojedyncze sceny i doznania, pozornie kompletnie ze sobą nie powiązane. Jakieś czarnoskóre kurduple majstrujące mu przy szczęce. Krzyki, strzały z bicza, parskanie wielbłądów. Zapach szlifowanej stali, parzące skórę snopy iskier, błyski spawarek.

Kiedy się w końcu ocknął, pierwszym co ujrzał była żelazna płyta przesłaniająca całkowicie widok. Spróbował odwrócić głowę, ale ta była unieruchomiona. To samo z resztą ciała. Chciał wrzasnąć, lecz ktoś pozbawił go warg, strun głosowych oraz języka. Nie miał pojęcia gdzie jest i co się z nim stało. Czuł jedynie przeszywający ból zęba, który już zawsze mu towarzyszył.

Zrozumiał wszystko dokładnie dwadzieścia siedem lat później. Kilka sekund po śmierci, gdy jego udręczona dusza szybowała ku niebiosom, zerknął w dół. Dobrze, że nie miał już serca, bo w tym momencie z pewnością zatrzymałoby się na zawsze.

Na połaciach zielonej trawy leżeli ludzie w liczbie setek tysięcy. Skrępowani żelaznymi linami, podpięci do kroplówek, zacewnikowani, z rurami odprowadzającymi ekskrementy wciśniętymi do tyłków. Na twarzach mieli pobudowane miniaturowe platformy wiertnicze obsługiwane przez półnagich hipków. Pomiędzy niewolnikami spacerowali szejkowie, doglądający wydobycia ropy z opuchniętych dziąseł uprowadzonych.

– Jak jakiś pierdolony Guliwer – pomyślał Marecki, nim wchłonęła go jasność zwieńczająca długi tunel.

h

Pamięć Dziecka by Jerzy Łukaszewski

h

Z dziennika Jana Janusza Pokorskiego

1 germinala 18 r.

h

Obserwuję go codziennie. Gdy wychodzi z pracy w urzędzie. Gdy wsiada do tramwaju. Gdy wchodzi na klatkę. Jestem przy nim zawsze. Gdyby tylko wiedział. Jestem tak blisko. Prawie jak anioł stróż. Tyle tylko, że go nie strzegę. Choć może. Może pilnuję go. W pewien sposób. Nie chciałbym, aby spotkało go coś złego. Nie przed czasem.

Za to, co mi zrobił, musi być mój. Nie ma na świecie drugiego takiego człowieka jak on. Robił mi… nam… ale przede wszystkim mi… rzeczy niewysłowione. Boże, przecież byliśmy dziećmi!

Nie krzycz, Boga nie ma.

Pierdolony dentysta-sadysta. Tak go nazywaliśmy. Wkładał nam do ust różne… rzeczy. Cieszyło go to. Lubił patrzeć, co się dzieje z naszymi zębami. Taka dziewczynka… Łusia, Lusia?… Włożył jej taką gruszkę do buzi i kręcił korbą. Każdego dnia po trochu. Aż rozsadziło jej usta. To była jego zabawa. Prawda, że fajna? Chodźcie dzieci, pobawimy się. Zamknij oczka, otwórz buzię.

Już tyle lat minęło, a ja wciąż słyszę jego głos. Muszę go uciszyć.

Dzisiaj. To będzie dzisiaj.

h

Fragment Gazety Robotniczej

22 marca 1962 r.

h

W dniu dzisiejszym funkcjonariusze wrocławskiej milicji znaleźli ciało ob. Franciszka W., szanowanego urzędnika wydziału komunikacji, w jego mieszkaniu przy ul. S. Mężczyzna padł ofiarą wyjątkowo brutalnego ataku ze strony psychopaty lub psychopatów – prawdopodobnie posiadających powiązania z reakcyjnymi ugrupowaniami, którym bliskie są ideały partyzanckich band, jakie co starsi obywatele pamiętają z lat powojennego chaosu.

Ob. W. zginął w wyniku uduszenia, jednak wcześniej poddany został bestialskiej torturze, przywodzącej na myśl sceny z dantejskiego piekła. Do jego ust włożono okrągły, oszlifowany kamień, rozmiarem zbliżony do niedużej pięści, a następnie jego głowę umieszczono w przemysłowym imadle, które było zaciskane z makabryczną powolnością, co spowodowało miarowe wyłamywanie zębów, a później także i żuchwy.

Na ścianie mieszkania ob. W znaleziono napis następującej treści:

ZBRODNICZA SWINIO DZIECI PAMIETAJA 1944

Ten właśnie trop każe funkcjonariuszom milicji sądzić o ideologicznej przynależności mordercy/morderców…

h

Z dziennika Jana Janusza Pokorskiego

13 floreala 18 r.

h

Obserwuję go codziennie. Gdy wychodzi z pracy na poczcie. Gdy wsiada do autobusu. Gdy spacerem idzie przez park. Nie ma na świecie drugiego takiego człowieka jak on. Musi zapłacić za to, co mi zrobił.

Pierdolony dentysta-sadysta. Tak go nazywaliśmy. Pewnie myśli, że zapomnieliśmy, jak wygląda. Ja nie zapomniałem. Będzie mój. Za to, co mi zrobił. Co nam zrobił.

h

 Tomek002

h

Korytarze Urzędu Do Rozwiązywania Spraw Oczywistych najczęściej świecą pustkami by Kasia Szewczyk

h

Korytarze Urzędu Do Rozwiązywania Spraw Oczywistych najczęściej świecą pustkami. Niewielu decyduje się nam zaufać, co jest absolutnie zrozumiałe dla fachowca mojego pokroju. Zbyt długo tam pracuję, by czemukolwiek się dziwić. Uważam wręcz za rzecz normalną to, że ludzie unikają oczywistych, a tym samym skutecznych rozwiązań jak ognia. Bezmózgi.

Przychodzi taki i jojczy, że mu się nie chce pracować. To nie pracuj, chłopie, wysyłamy gościa na bezrobocie. Kolejne banalne przypadki – nie mam co jeść. To napij się wody – powiedziałby każdy inny, a my wymyślamy kanapkę lub jakąś egzotyczną potrawę. Ręka mnie boli – to ją odetniemy. Mąż mnie bije – to mu oddamy. Babcia umarła – to ją wskrzesić trzeba. Dziwne, że sami nie potrafią tego wykombinować, tylko płacą nam za to niechude pieniądze. Mogłoby się wydawać, że to praca lekka i przyjemna, bo ani się człowiek nie ubrudzi, ani zakwasów nie dostanie, ale… można się zmęczyć. Opowiem o jednym z najlżejszych przypadków.

Przychodzi facet do szefowej i biadoli, że mu się nudzi. Proponujemy rejs statkiem wycieczkowym, który rozbije się u brzegów malowniczej wyspy.

– A co ja tam niby będę robił?

– Jak to co? – wzdycha szefowa. Wymieniamy litościwe uśmieszki na tyle dyskretnie, żeby facet nie pomyślał, że współczujemy niskiego IQ. – Będzie pan walczył o przetrwanie, klecił szałas, montował tratwę…

– A coś innego?

Wyobraźcie sobie, że nic mu nie pasowało. Nie chciał walczyć z żywymi trupami, trafić do nawiedzonego domu na przedmieściach, nie chciał szukać skarbów we wraku statku zatopionego setki lat temu. Szefowa już zaczynała się gotować.

– Pan nie współpracuje. Rozumiemy, że pan się nudzi, ale o wiele łatwiej by było, gdyby zgodził się pan na „żyli długo i szczęśliwie”, prawda?

– Pieprzę „długo i szczęśliwie”! Ja się nudzę, rozumiecie?! Nudzę!

Byłyśmy zrezygnowane, ale wpadł mi do głowy pewien idiotyczny pomysł. Tak idiotyczny, że bez najmniejszych szans powodzenia. Powiedziałam to głośno tylko dla żartu:

– Kacha, a może wyślemy pana na fotel dentystyczny? Na Niedobrych Literkach jest teraz akcja. Wiesz, Dzień Dentysty. Piątego marca.

– Puknij się w dyńkę – odpowiedziała szefowa, która chyba nie miała ochoty na żarty.

Cóż, Szewczykowa zwykle jest w porządku, tylko czasem miewa takie fochy. Mogłaby się uśmiechnąć chociaż z grzeczności.

– Tak! – klient klasnął w ręce i uśmiechnął się szeroko. – Tak! O to mi chodziło. Coś w tym stylu, żebym nie wiedział, czego mogę się spodziewać.

Próbowałyśmy wytłumaczyć mu, że Urząd nie został stworzony po to, by znęcać się nad klientami, a do rozwiązywania spraw oczywistych. Na żadnym szkoleniu nie uczono mnie, co robić w takich sytuacjach. Facet nie chce wygrać w totka, chce iść do dentysty, każdy na moim miejscu by zgłupiał.

– A jak okaże się, że pan wszystkie zęby ma zdrowe?

– To już wasz problem.

Zapłacił z góry i umówiliśmy się na wyznaczoną datę. Szewczykowa zmyła mi głowę, opieprzyła siarczyście i wylewnie, ale cóż – miała rację. Na Niedobrych Literkach publikują sami szaleńcy, a moja reputacja i tak została nadwątlona już kilka razy. Albo ja po prostu mam pecha, za często trafiam na takich popaprańców.

Żeby klient był zadowolony, urządziłam gabinet w najzwyklejszym mieszkaniu, w wieżowcu z wielkiej płyty. Obskurna rudera nie wchodziła w grę, żeby nie zarzucono mi banału, a elegancki gabinet byłby wyprany z klimatu. Klimat moim zdaniem był w porządku. Całe, acz nieszczelne okna. Firanki lekko przyżółcone, meblościanka z pierdołami. Że niby normalnie na pierwszy rzut oka. Klient adres znalazł w porzuconej na przystanku autobusowym gazecie. Rany, szkoda mi faceta, Bóg mi świadkiem, ja nie chcę, żeby on tu przychodził.

Żeby odrobinę poprawić sobie humor, dentystę o imieniu Eugeniusz obdarzyłam urodą filmowego amanta, oczywiście póki klient nie przyjdzie.

– Ładny pasztet – fuknął Eugeniusz, kiedy wyjaśniłam mu szczegóły zlecenia. – A ty nie pomyślałaś, że ja nie mam ochoty na takie akcje? Co za niewdzięczna robota. Tobie co najwyżej ktoś powie, że masz nierówno pod sufitem, a mnie ludzie znienawidzą i tak już zostanie na zawsze.

– Gienek, przepraszam. Ja też czuję się parszywie. Masz może coś w barku? Wiesz, wolałabym się napić, zanim się zacznie. Tobie też nie zaszkodzi.

Wypiliśmy duszkiem po szklance wódki i miałam gdzieś, czy Szewczykowa nie będzie miała przez to problemów. Byłam na nią wkurzona. Siedzi sobie pańcia przy komputerze i wydaje rozkazy. A my po tym wszystkim będziemy mieli ciężką traumę.

Wzdrygnęłam się, słysząc pukanie do drzwi. Gienek poszedł otworzyć, rzucając mi przez ramię pełne wyrzutów spojrzenie. Spanikowałam i zapomniałam mu zmienić wygląd, ale machnęłam ręką. Taki przystojny, kulturalny i miły człowiek też może być oprawcą-sadystą.

Gość rozpłaszcza się i rozgląda po gabinecie. Jest mu lekko nieswojo, widzę jak pocą mu się dłonie. Pociąga nosem, szukając źródła zapachu alkoholu.

Oczy Eugeniusza błyszczą niezdrowo, ale ten idiota się nie przejmuje. Usiedlibyście na fotelu dentysty, kiedy od lekarza jedzie wódą?! Co za palant! Krótka rozmowa, klient wyjaśnia, że jakieś kłopoty z dziąsłem, dolna siódemka boli. Dentysta tłumaczy, że trzeba będzie zastosować leczenie kanałowe.

– Podam panu znieczulenie…

– Nie trzeba. I tak boli, i tak boli, he he he.

– Nalegam. To naprawdę wyjątkowo bolesny zabieg.

– Dawaj pan wiertarę, młotek, czy to co pan trzymasz w zanadrzu. Żebym sam się musiał upominać, skandal. Grube pieniądze za to zapłaciłem, miało być hardkorowo. Strach, pot, łzy, flaki. Autorka spieprzyła sprawę, poskarżę się. Cieniara, nawet dentysty sadysty nie potrafi wykreować. Bierz się pan do roboty!

Ponieważ nie jestem zbyt odporna na krytykę, oburzyłam się i postanowiłam interweniować.

– Stul pan pysk! To nie wina Eugeniusza, że jesteś pan chory na głowę i zboczony. Eugeniusz, dawaj mi tu strzykawę ze znieczuleniem. Sama to załatwię!

– Nie chcę żadnego znieczulenia! – Gość zapowietrzył się, poczerwieniał na gębie i wycelował we mnie palec. – Zapłacicie mi za to! Podam cały ten beznadziejny urząd do sądu.

– Gienek, trzymaj go za głowę – wydałam polecenie i spokojniutko, uśmiechnięta podeszłam do pacjenta, który zaczął się wyrywać, wymachiwać łapami i wierzgać nogami.

Namęczyłam się z tym zastrzykiem jak jasna cholera. Naprawdę trudno wcelować igłą w podniebienie, poza tym robiłam to po raz pierwszy. Nie chciałam trafić w oko, nie takie były moje intencje. Przeprosiłam, oczywiście.

W końcu preparat zaczął działać, twarz pacjenta zastygła w bezruchu. Ruszała się tylko gałka oczna w dość nieregularny, powiedziałabym – histeryczny – sposób. Drugie oczko się nie ruszało, ale to już przeze mnie (poniekąd, bo jakby się nie wyrywał, to bym go nie dziabnęła przecież).

– Eugeniusz, zrób co trzeba. Ja w tym czasie zastanowię się jak nie wylecieć z roboty. Szewczykowa się wkurzy jak gość się na mnie poskarży. Myślisz, że to uszkodzone oko się liczy na moją korzyść?

– Trudno powiedzieć. Nie jestem pisarzem, tylko dentystą.

– Wiem – ziewnęłam, próbując pozbierać myśli. Nie jestem katem, Gienka też nie mam sumienia zmuszać. Usłyszałam ohydne chrząknięcie. – Co, już?

– No. Wyrwałem. Mam dziś ciężki dzień, nie chciało mi się babrać.

– Rozumiem – westchnęłam. No pięknie. Zostałam z niechcący przebitym okiem i bezboleśnie wyrwanym zębem. Będzie bura jak stąd do nie widać.

Nagle mnie olśniło.

– To jak go nic nie boli, to może usuń jeszcze górną jedynkę i dolną też, ale na przemian, żeby została mu szachownica. To powinno pomóc.

Chrup, chrup, chrup. Chrup.

– Kaśka, to nie wygląda jak szachownica. Ale też nie na tyle obleśnie, żeby ci się upiekło. Co? Rwać dalej?

– A, wszystko mi jedno. – Sięgnęłam po papierosa, który na własne życzenie zmaterializował się na stoliku. – Nie wiem, czy będzie zadowolony…

– To może…

– Myślisz o tym samym co ja?

– Dolna póła, czy górna?

– Obie. Miał być hardkor. Moim zdaniem cała stomatologia to hardkor, jedno wielkie bizarro, ale ty tu jesteś dentystą…

***

– Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy – tłumaczyłam się przed Szewczykową. Jak dobrze się ją podejdzie, to bywa wredna tylko umiarkowanie. Tyle razy lądowałam na dywaniku, że wiem jak zagrać, choć ze skutecznością bywa różnie. Zniosłam jakoś te nudne „znowu pozbawiłaś literaturę piękna”.

– Facet jest, lekko mówiąc, wkurwiony. Chciałby ci nagadać, ale tak sepleni, że nie może. Przysłał maila o treści: „Ostatnią rzeczą, którą się spodziewałem, to znieczulenie na Niedobrych Literkach i dentysta ciota. Dziękuję ślicznie, Kasiu Szewczyk.”

h

Bez znieczulenia, czyli czkawka stomatologiczna

by Juliusz Wojciechowicz

h

Gdy zauważysz krew

h

Nieco bezmyślnie błądził sfatygowaną szczoteczką po przerzedzonym uzębieniu, podczas gdy ekran telewizora, wesoło mrugając, pluł jadem reklamowych spotów.

„Paradontax, polecamy osobom, które zauważą krew podczas szczotkowania, zadzwoń, zamów!”

Stefan natychmiast odrzucił szczoteczkę do zębów i chwycił za telefon. Wybierając numer telezakupów „Ząbek” spoglądał tępo na świeżo posiekane zwłoki, niezdarnie owinięte tureckim dywanem – zwłoki małżonki, ortodontki. Trudno było nie zauważyć juchy wypływającej ze środka, niczym gęsty syropu z wielkiego naleśnika.

h

Czerwone szaliczki

h

Przystanął przy stoisku z zimowym „musthave” każdego zmarźlucha. Czapki, rękawiczki, szaliki, skarpety. Od przybytku bolała go głowa, a od mrozu zęby. Przerażony patrzył na rozmiary szalików – cena nie grała roli. W końcu sprzedawca się zlitował i z przyklejonym do twarzy grymasem uśmiechu zapytał:

– W czym mogę pomóc szanownemu panu?

– Ctery sialiki potsebuję – wyseplenił mężczyzna. – Najmniejse dostępne, coś ponizej rozmiaru XS.

Cień gniewu przemknął przez oblicze sprzedawcy, lecz już po chwili trzymał w ręce minimaskotki reklamowe, odziane w malutkie czapeczki, rękawiczki i czerwone szaliczki.

– Proszę uprzejmie – warknął pod nosem. – Mniejszych nie ma. Maskotki gratis.

Mężczyzna był zachwycony. Od samego rana słyszał lamenty swoich czterech zębów – ostatnich, które ostały się po latach – że im zimno w odsłonięte szyjki. Tylko trzonowiec zastanawiał się głośno, czy czerwony szalik nie przyćmi przypadkiem blasku korony, którą dzierżył z prawdziwym dostojeństwem.

h

Dentanal

h

Leżał na brzuchu w pozycji urągającej wszelkiej godności, na odwrotnie ustawionym fotelu dentystycznym  – głową w dół, dupą do góry.

Od kiedy ludzkość zastosowała się do wytycznych „Kampanii Na Rzecz Zdrowych Zębów” i zastąpiła tradycyjne odżywianie wchłanianiem energii kosmicznej, problem chorób jamy ustnej niemal zupełnie zniknął. Jednak już po kilku miesiącach gehenny bezrobocia, stomatolodzy znów zacierali ręce. Energia kosmiczna, choć wchłaniała się znakomicie, była ciężkostrawna i tradycyjny układ pokarmowy przestawał sobie radzić, zwłaszcza odcinek końcowy jelita grubego. Zrozpaczeni ludzie zgłaszali się teraz masowo do swoich dentystów, niejako zmuszeni do implantacji uzębienia w miejsce, którego nigdy wcześniej nie brali pod uwagę.

Leżał więc i Jan, szczęśliwie doczekawszy się swojej kolejki. Pozycja nie była zbyt wygodna, jednak znacznie bardziej dokuczała mu perspektywa nauki żucia i rozdrabniania. Zazdrościł żonie od lat ćwiczącej mięśnie Kegla. Dla niej to będzie pestka.

h

Posłowie

h

Nazywam się Oktawian Achtel i jestem Ósemką – zębem mądrości Pana. Od niepamiętnych czasów toczy mnie zgorzel ludzkości.

h
  1. Nie mam nic przeciwko dentystom, odkąd udostępnili szerzej znieczulenie. Choć na bizarro ze znieczuleniem faktycznie nie wypada. 😉

  2. Tak, bizarro zdecydowanie jest dla twardzieli i twardzielek 🙂

  3. czyli niedługo Arni i Chuck będą pisali dla Niedobrych. warto było dożyc takich czasów.

  4. Problematyka pokrewna każdemu, rekomenduję publikację

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: