polskie centrum bizarro

„Zły Komin” by James Darko

In Opowiadania on Marzec 27, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtGaleria handlowa nie wydaje się zbyt przerażającym miejscem. Oczywiście, można do niej wpuścić hordy zombie, co pierwszy zrobił niejaki Romero, ale bez tego trupiego czynnika ciężko wyobrazić sobie, ażeby między sklepami o kuszących wystawach, lokalami gastronomicznymi i marketami spożywczymi czaił się strach.

Nie wydaje się, jeśli jest się dorosłym.

A dziecko? Zobaczmy… łatwo odłączyć się od rodziny i zgubić w tłumie… pełno tam tajemniczych korytarzy prowadzących na zaplecza, do pokojów technicznych czy toalet… a i znajdą się zakątki podejrzanie puste. Tak, dziecko może znaleźć strach w markecie. A czasem, na własne nieszczęście, coś więcej. Co? O tym opowie wam James Darko w mrocznym tekście o zwiedzionej dziewczynce pod tytułem Zły Komin. Zapraszamy!

h

Zły Komin

h

Światła centrum handlowego jak zwykle przyciągały wzrok małej Sandry. Było to tak magiczne miejsce, że za każdym razem, kiedy jechała tam z rodzicami, drżała na samą myśl
o migających neonach, panu z watą cukrową, setkach sklepów i milionach ludzi dookoła niej! Taki wyjazd był dla dziewczynki jak wczesny prezent gwiazdkowy. Jej rodzina mieszkała w małym miasteczku, gdzie znajdowały się tylko supermarkety i osiedlowe sklepiki.

– Sandra, trzymaj mnie za rękę – rozkazała mama. Jak zawsze martwiła się, a Sandra była przecież taka duża, miała już całe dziesięć lat! Jednak posłusznie złapała dłoń matki. Nie chciała jej złościć. Zwłaszcza teraz, kiedy pokłóciła się z tatusiem. Sandra bała się, że tatuś i mamusia już się nie kochają. Tatuś chyba zrobił znowu coś złego. Sandra starała się nie słuchać, co krzyczeli rodzice, ale było to niemożliwe. Pomimo zatykania uszu palcami, dziewczynka słyszała jak mama wrzeszczała, że przez tatę stracą wszystkie pieniądze, a może nawet dom i że tata znowu ją okłamał. Bardzo ją smuciło to, że przez tatę mamusia była smutna.

Sandra cały czas to widziała. Mamusia uśmiechała się do niej i żartowała, lecz dziewczynka podświadomie czuła, że mamusia tylko udaje. Zwłaszcza, że tatuś miał tutaj
z nimi przyjechać, a został w domu.

h

***

h

– Chodź za mną. – Sandra po raz pierwszy usłyszała ten głos wychodząc z toalety na parterze galerii handlowej. Przestraszona rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie zobaczyła. Zastanawiała się czy to do niej mówił ten Głos. Może jej się zdawało? Ale brzmiał on tak znajomo. Trochę jak głos pradziadziusia, lekko chropowaty od nadmiaru wypalonych papierosów, ale ciągle miękki i ciepły.

– Chodź… nie bój się. – Dziwny głos przybrał na sile, jakby jego właściciel stał gdzieś obok. Jednak dziewczynka nie dostrzegała nikogo. Mimo tego postanowiła mu zaufać. Może to pradziadek mówił do niej z Nieba?

– Idź do stanowiska ze słodyczami, weźmiesz sobie batonika… nie bój się, jestem twoim przyjacielem. – Głos faktycznie musiał być Przyjacielem. Czemu miałby kazać jej iść po łakocie, jeśli był zły?

– A co z mamusią? – Dziewczynka miała jednak wątpliwości. Przede wszystkim nie chciała, żeby mama się martwiła o nią, albo złościła. Bo złość mamy mogła oznaczać tydzień bez telewizji, a tego Sandra by nie zniosła.

– Twoja mamusia czeka na ciebie, tylko najpierw musimy iść po cukierki dla niej. – odpowiedział Przyjaciel.

 Dziewczynka ruszyła więc korytarzem, w stronę stanowiska ze słodyczami. Bała się trochę, ale chęć zjedzenia pysznego ciastka albo czekoladki była silniejsza. Sandra, jak każde małe dziecko, kochała słodkości. I to, co mówił Głos zaważyło na tym, że dziewczynka posłuchała. Musiała tam iść!

Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła raj. Batoniki! Cukierki! Żelki! Słodkie, kwaśne, o smaku coli i owocowe! Wszystko to stało przed nią. Ale Sandra nie miała pieniędzy. Nie mogła więc nic kupić i to ją smuciło. Bardzo chciała zjeść coś pysznego.

– Kiedy ci powiem, weźmiesz sobie batona, dobrze? – Głos odezwał się ponownie z tą samą niepokojąco miękką barwą. Był podejrzanie miły. Ale Sandra nie pomyślała o tym i kiwnęła głową. Miała zbyt dużą ochotę na słodycze.

– Teraz. – szepnął Głos. Sandra chwyciła upragniony batonik i szybko schowała go do kieszeni bluzki. Nikt nie zauważył.

– A teraz idź do korytarza za toaletą, żebyś mogła spokojnie zjeść – rozkazał Głos. Ciągle był ciepły i miły dla ucha, jednak stał się bardziej stanowczy. Dziewczynce się to nie podobało, miała wrażenie, że kryje w sobie coś złego. Tak jakby pod warstwą słodkiej czekolady znajdowała się się kwaśna żelka. Pomimo tego ruszyła tam, gdzie kazał jej iść. Doszła do drzwi toalety, minęła je i weszła w korytarz za nimi. Nie było tu tak miło i przytulnie jak w innej części sklepu, ale i tak zdawało się, że nic jej tu nie grozi. Jasne światło dodawało jej otuchy.

Nigdzie nie widziała swojej mamy. Pewnie coś kupowała niedaleko. Ale to dobrze, Sandra mogła zjeść w spokoju zdobycz.

– Smakował ci? – spytał Miękki Głos.

– Tak, był pyszny. Powiesz mi jak dostać następnego? – poprosiła Sandra. Była pewna, że jej nie powie, ale spróbować musiała. W końcu w grę wchodził kolejny batonik, a może nawet żelki!

– Powiem ci. Ale reszta słodyczy znajduje się gdzieś indziej.

– A te, które widziałam na stanowisku? Nie mogę ich wziąć? – zapytała Sandra.

– Nie, ponieważ są one przeznaczone dla innych dzieci – odpowiedział Miękki Głos. – Jeśli chcesz dostać więcej, musisz pójść w specjalne miejsce.

– No… dobrze. – Dziewczynka zawahała się, jednak postanowiła zaryzykować.

– W takim razie idź do końca tego korytarza, w którym właśnie stoisz.

Sandra posłusznie wykonała polecenie. Dotarłszy na miejsce, zobaczyła drzwi, które pewnie były zamknięte na klucz. Dziewczynkę znowu ogarnęły wątpliwości. Po co Głos miałby kazać jej iść jakimś strasznym korytarzem? Co tam było takiego ważnego? A może to tam schowano żelki przeznaczone dla niej? Te wszystkie pyszne słodkości, które zamierzała zjeść.

Głos, jakby czytając w jej myślach, odpowiedział:

– Masz rację, Księżniczko, tam są ukryte słodycze przeznaczone dla ciebie. Najlepsze, tylko dla małej Księżniczki. Teraz naciśnij mocno klamkę i wejdź do środka. Nie bój się, zaraz dostaniesz tyle łakoci, ile będziesz mogła unieść!

Dziadziuś nazywał ją Księżniczką. Skoro Głos też tak mówił, musiał być dobry! Sandra nacisnęła klamkę tak mocno jak potrafiła. Zamek ustąpił i drzwi otworzyły się z cichym zgrzytem. Teraz dziewczynka zaczęła się naprawdę bać. Patrzyła w ceglany korytarz prowadzący w dół. Jego ściany nie składały się z czystych, czerwonych cegieł, tak jak ściany budynku. Ich fragmenty poodpadały, a pozostałości pokrywał brud i pleśń. Przywodził dziewczynce na myśl drogę za jej blokiem. Prawie nieoświetloną, wysypaną czarnym żwirem. Sandra zawsze bała się tam chodzić, zwłaszcza kiedy zmierzchało. Po jednej stronie znajdowały się ogródki, a z drugiej rozciągał się teren szkoły podstawowej. Gdy wracała wieczorem z korepetycji, z trwogą zerkała w ciemne zaułki, w krzaki przy ogrodach, w załomy w murze. Te mroczne zakątki zawsze ją przerażały. Bała się, że w każdej chwili z cienia wychynie jakaś ogromna dłoń i zagarnie ją w dół. I nikt jej nigdy nie znajdzie ani jej nie pomoże. Teraz czuła to samo.

– Nie obawiaj się. – Głos rozbrzmiał tak niespodziewanie, że Sandra aż podskoczyła i pisnęła. – Po prawej stronie masz włącznik światła, naciśnij.

Dziewczynka z wahaniem sięgnęła ręką w korytarz i pacnęła przycisk. Całe pomieszczenie zalała jasność.

– Widzisz? – powiedział Głos radosnym tonem. – Nie masz się czego bać. Tylko ci się wydaje, że to jest straszne. A teraz chodźmy po twoje słodycze, co ty na to?

– Chcę wrócić do mamy. Boję się tam schodzić. – Sandra była bliska płaczu. – Nie chcę, zabierz mnie do mamy!

– Czego się boisz? – spytał Głos. Dziewczynka miała wrażenie, że teraz brzmi jakby był zły. Ale może jej się wydawało. – Chodź, zejdziemy szybko na dół i weźmiemy tyle słodyczy, ile się da.

– Obiecujesz, że później zabierzesz mnie do mamy? – upewniła się Sandra. Ciągle się bała i pochlipywała cichutko, ale nie mogła się oprzeć perspektywie zdobycia łakoci, które na nią czekały.

– Cokolwiek zechcesz, Księżniczko – odpowiedział przymilnie Głos. Teraz brzmiał jak jej dziadziuś, więc postanowiła mu zaufać.

Dziewczynka powolnym krokiem ruszyła w dół. Najtrudniej było jej zrobić pierwszy krok. Gdy nadepnęła na najwyższy stopień i nic się nie stało, ośmieliło ją to. Ponowiła swój marsz w stronę piwnicy.

Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła duże pomieszczenie, przypominające salę gimnastyczną z jej szkoły. Wyglądało jak stary magazyn, do którego wszyscy wrzucali niepotrzebne im rzeczy. I tak powstał ten bałagan. Spośród wszystkich zalegających tam przedmiotów, jeden bardzo się wyróżniał. Był to ogromny piec, stojący w najbardziej oddalonym rogu pomieszczenia. Sandra rozglądała się z przestrachem dookoła siebie, szukając wzrokiem obiecanych słodkości.

Nagle w pobliżu pieca coś zaczęło jaśnieć. Dziewczynka spojrzała w tamtą stronę, przestraszona.

– Widzisz to światło, Księżniczko? – Głos po raz kolejny odezwał się w jej głowie. Sandra wzdrygnęła się. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, że nie jest tu sama.

– To są właśnie słodycze, które na ciebie czekają.

– Dlaczego są tak daleko od wyjścia? Boję się tam iść. – Sandra nie chciała zapuszczać się w głąb tego ciemnego pomieszczenia.

– Musiałem je ukryć dla ciebie, inaczej właściciele sklepu wynieśliby je stąd
i sprzedali innym dzieciom. A w ten sposób wszystkie są twoje! – Głos przekonywał
i kusił, jedna Sandra ciągle miała wątpliwości.

– Ale dlaczego tak daleko? – spytała.

– Ponieważ ludzie tutaj chodzą, moja droga. Musiałem je schować głęboko, żeby nikt ich nie zobaczył i nie zabrał.

– No… dobrze. – Sandra w końcu uległa i ruszyła powoli w stronę swiatła. Nie podobało jej się tutaj. Było ciemno i chłodno, a na stopach czuła lodowaty wiatr. Chciała jak najszybciej chwycić wszystkie słodycze i uciec stąd do mamy. Gdy zbliżała się do rogu pomieszczenia, spojrzała uważnie na piec, który czerniał, niczym cień wielkiego potwora, czekającego tylko na kolejną ofiarę. Było to ogromne urządzenie, od dawna już nieużywane. Pozostała z niego sama obita okopconymi cegłami komora i wiodące w górę rury. Ze środka dobiegał smród starego paleniska. Połączenie wilgoci i zgnilizny. Sandra wzdrygnęła się. Bardzo bała się tego pieca, mimo to podeszła bliżej.

Ciągle była wpatrzona w skrzynkę, z której wydobywało się światło, tę cudowną krainę pełną ukochanych słodyczy.

Gdy stanęła przy niej, drzwiczki pieca otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem.

Dziewczynka nie zdążyła nawet krzyknąć, kiedy spadła na nią ciemność.

h

***

h

– Czy pan rozumie, co ja mówię?! Moja maleńka zniknęła! – W tej samej chwili matka małej Sandry kłóciła się z ochroniarzem, którego tabliczka identyfikacyjna mówiła, że na imię ma Dale. Nie mogła znaleźć córki od ponad dziesięciu minut i mimo, że ochroniarz stwierdził, iż dziewczynka mogła po prostu wejść do jakiegoś sklepu, ona wiedziała, że stało się coś złego. Po prostu wiedziała. Intuicja matki, ot co!

Ochroniarz Dale patrzył na nią sceptycznie. Swoje już w życiu widział. Pamiętał dzieci, które znikały, żeby odnaleźć się godzinę później przy stoisku z zabawkami. Pamiętał też małe dziewczynki, które się zagapiły na świecidełka na wystawie u jubilera i zgubiły swoje matki. A potem, przestraszone, niczym zwierzęta w obcym otoczeniu, błąkały się bez celu po centrum handlowym, dopóki jakiś spostrzegawczy klient ich nie zauważył i nie zawiadomił ochrony.

– Tak, rozumiem, ale nie możemy podnosić alarmu, musimy najpierw przeszukać sklepy, może pani córka jest w którymś nich. A może się schowała pomiędzy ubraniami? Nie uwierzy pani, kiedyś mieliśmy takiego chłop…

– Zamknij się! Czy nie jest w stanie pan pojąć, że mojej małej dziewczynce coś się stało?! Ja to wiem! Proszę nadać komunikat przez radio, natychmiast! Albo wzywam policję!

Z drugiej strony Dale pamiętał też zaginione tutaj dzieci, których do dzisiaj nie odnaleziono.

– Dobrze, wyślę wszystkich moich ludzi z tego kompleksu na poszukiwania pani córki. Jeśli w przeciągu pięciu minut mała się nie znajdzie, zawiadamiam policję, zgoda?

Dale był przerażony. Pierwszy raz w takiej sytuacji ktoś chce wzywać policję. Czym to się skończy? Zawsze cała sprawa rozchodziła się po kościach.

– Najwyższy czas! – odburknęła matka. Była wściekła i przerażona. I w zasadzie trudno się dziwić, w końcu zniknęło jej dziecko. I możliwe, że już nigdy się nie odnajdzie.

– Chłopaki, ważny komunikat. Macie wszyscy porzucić swoje zajęcia i zacząć poszukiwania dziewczynki. Wiek dziesięć lat. Imię Sandra. Krótkie, kręcone blond włosy. Ubrana była w białe rajstopy, czerwoną sukienkę z szelkami i pomarańczową bluzeczkę. Macie ją znaleźć, czeka tutaj zmartwiona matka. – Dale powiedział do krótkofalówki. Chwilę później nadał podobny komunikat przez główny system nagłośnieniowy centrum handlowego. Dla pewności powtórzył go dwa razy.

h

***

h

Sandra nie mogła się ruszyć. Ani rączką, ani nóżką, ani nawet głową. Nie wiedziała co się dzieje, ale bardzo się bała. Zapłakałaby, gdyby nie to, że nie mogła nawet tego zrobić. Starała się rozejrzeć dookoła, jednak było to niemożliwe, bo nie miała oczu. Ale wiedziała, że jest w piecu. Pamiętała jak szła do skrzynki ze słodyczami (skąd słodycze w skrzynce?!), a potem drzwi pieca otworzyły się i spadła na nią czerń, jakby nagle schowała się pod kołdrę. Spróbowała coś powiedzieć, jednak zdała sobie sprawę, że nie może nawet otworzyć buzi. Nawet nie wie czy ma jeszcze buzię!

Dziewczynka zauważyła, że przesuwa się powoli w jedną stronę. Ale ciągle nie mogła nic zrobić! Usiłowała jeszcze raz coś powiedzieć, poruszyć ręką, ale wszystko na darmo. Była śmiertelnie przerażona i w myślach wołała mamusię. Tylko to mogła teraz robić, skoro nie dane jej było nawet otworzyć ust.

Sandra posuwała się w górę. Zdawała sobie z tego sprawę, bo w jakiś nieodgadniony sposób widziała jak poruszały się cegły w murze. Najpierw z prawej do lewej, teraz z góry na dół. Nie mogła odgadnąć co się dzieje, była przerażona i bardzo smutna. Pomyślała, że pewnie już nigdy nie zobaczy rodziców. Zaufała Głosowi, a teraz miała za to zapłacić. Nie wiedziała dlaczego, może dlatego, że okazała się krnąbrna (Skąd ja znam takie słowa?) i nie posłuchała mamusi. Poszła sobie gdzieś, słuchając jakiegoś obcego Głosu. Głosu, który przyprowadził ją w to straszne miejsce, z którego już nie ucieknie. Teraz może tylko biernie obserwować co się dzieje. Sandra płakała. Jeśli to można było nazwać płaczem. W końcu nie miała już twarzy, więc nie mogła ronić łez. Stała się tylko strzępkiem świadomości. Nagle zrobiło się ciemno. Ale tylko na chwilę, bo za moment Sandra zobaczyła dach centrum handlowego. Nie wiedziała co się dzieje, dookoła siebie widziała tylko szarą mgłę, a pod sobą parking i chodzących ludzi. Wśród nich pewnie była też mama, teraz już zapłakana, zdesperowana, żeby odnaleźć swoją córkę.

h

***

h

Mężczyzna w garniturze stał przy biurku i patrzył na opasłą teczkę. Powolnym ruchem, jakby bardzo nie chciał tego robić, otworzył ją i zaczął przeglądać zawartość. Pierwszy wycinek pochodził z lokalnej gazety. Strona opatrzona była datą 15.05.1873 r. Treść wyciętego fragmentu brzmiała następująco:

h

Policja wciąż poszukuje Billa L., robotnika zatrudnionego przy budowie fabryki PoTex. L. Zaginął na terenie budowy w dniu przedwczorajszym w godzinach porannych. Według świadków L. zszedł do piwnicy, w celu zamontowania elementów pieca przemysłowego. Od tamtej pory nikt mężczyzny nie widział. Świadkowie twierdzą…

h

Mężczyzna przerwał lekturę i przeniósł wzrok na kolejny wycinek, o bardzo podobnej treści. Jedyne, co się zmieniło to personalia osoby zaginionej. I data. Nawet miejsce pozostało to samo. Rzucił okiem na kilkanaście pozostałych wycinków z gazet (znowu będę musiał to zrobić).

Wszędzie to samo. Piwnica, piec, zaginięcie. Jak długo jeszcze będą musieli to karmić?

I dlaczego to zaczęło pożerać dzieci? – pomyślał mężczyzna.

Westchnął, zamknął teczkę i schował ją do sejfu.

Poprawił garnitur, strzepując niewidoczne pyłki, podszedł do drzwi, otworzył je
i wyszedł na korytarz, gdzie w towarzystwie policjantów siedziała zapłakana kobieta.

Przywołał na twarz zatroskaną minę, i spojrzał ze współczuciem na płaczącą matkę.

– Pani Kerr, zapewniam panią, że cały personel kompleksu łączy się we wspólnym poszukiwaniu pani córki. Chcę jednocześnie obiecać, że nie spoczniemy, dopóki jej nie znajdziemy.

h
Reklamy
  1. Prawie jak urban legend.

  2. Wyobrażacie sobie jeden budynek z tymi wszystkimi piecami, pralkami, maglownicami i innym groźnym wyposażeniem? Niech jeszcze zarządza tym Freddie Kruger i można bilety sprzedawać. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: