polskie centrum bizarro

Kilka szortów o wstawaniu z martwych czyli niedobra Wielkanoc

In Akcje Literackie, Opowiadania on Kwiecień 1, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtwielkanocI nadszedł kolejny obowiązkowy długi weekend, tym razem ten pisankami i barszczem białym stojący. No, dziś bardziej wodą i mokrymi ciuchami (a w dodatku jest Prima Aprilis czyli wielka kumulacja niezbyt mądrych tradycji…). Tradycji zapewne zadość się stało i jesteśmy już wszyscy napchani specjałami zwyczajowymi dla śniadań wielkanocnych i w spokoju kontemplujemy niezbyt atrakcyjną ramówkę telewizyjną.

No tak, więc czas trochę zamieszać! Juuuupi!

Jak sygnalizuje Paskud, bawiący się w cosplay i przywdziewający przebranie Zębatego Zbuka… tfu, Pisanki, teraz będą teksty. A z czym najbardziej powinna się kojarzyć Wielkanoc? Ze wstawaniem z martwych, to raczej oczywista oczywistość. Naszym autorom – w osobach Juliusza Wojciechowicza, Karola Mitki, Pauliny Kuchty i Artura Kuchty – także… choć niekoniecznie z tym kanonicznym. No, może kanonicznym, ale nie dla Biblii, a bardziej dla szeroko pojętego horroru. Zapraszamy i wesołego Zbuka… sory, Jajka znaczy się! Co my dziś z tym zbukiem, zawartość koszyczków była drugiej świeżości?

h

Chwyt Marketingowy by Juliusz Wojciechowicz

h

Zatroskany Jezus szedł piaszczystym brzegiem jeziora Genezaret. Na Boskim czole odznaczały się zmarszczki utrapienia, po Boskim karku, skrząc refleksami Słońca, spływały krople Boskiego potu. Syn Człowieczy martwił się okropnie o swoją wiarygodność w oczach coraz mniej licznych, za to coraz bardziej dociekliwych wyznawców.

„Tak, ponoć wiara czyni cuda”, pomyślał, a głośno dodał: – Tylko, że teraz jest zupełnie na odwrót; to cuda czynią wiarę.

Zawsze, kiedy był mocno zatroskany o los swoich owieczek, miał w zwyczaju spacerować i gadać sam do siebie. Bóg Ojciec w swojej nieskończonej mądrości chyba trochę jednak przesadzał z wymaganiami wobec syna swego jedynego. Jak tak dalej pójdzie to zostaną mu jedynie apostołowie, kilku wiernych „pomimo wszystko” maniaków-fanatyków i bezrobotny Duch Święty przysypiający z nudów na ramieniu. A co z planem przejęcia władzy nad światem? Jak przekonać ludzkość do swojej Boskości z tak skromnym wachlarzem możliwości i cieniutkim arsenałem mocy? Co prawda Ojciec wyposażył go w pakiet cudów, którymi mógł do woli dysponować, lecz były to jednorazowe gotowce, wyreżyserowane spektakle – taki pakiet podstawowy, wręcz socjalny. Oczywiście każdy cud dało się wykorzystywać wiele razy, ale jak długo można zwodzić ludzi chodzeniem po wodzie tylko po jednym jeziorze (w innym poszedłby przecież na dno jak kamień), zamienianiem wody w wino (wyłącznie w jedną stronę), czy wreszcie wskrzeszaniem po raz setny biednego Łazarza, który i tak już od dawna balansował na granicy schizofrenii. Najgorzej było wtedy, gdy został niejako „zmuszony” do wyczarowania kilku tysięcy bochenków chleba i tyluż ryb, podczas gdy głodna była zaledwie pięćdziesięcioosobowa grupka wiernych słuchaczy.

Na nieszczęście wszyscy wtedy skonali w strasznych męczarniach, zjadając to, co przygotował. Niektórzy w świętym szale połykali po dwie, trzy ryby naraz, na surowo. Inni w religijnym amoku dusili się bochenkami jeszcze ciepłego chleba. To był prawdziwy przykład oddania, szacunku i dobrego wychowania, które nakazują nie zostawiać na talerzu ani okruszynki, tym bardziej zasadny, że gospodarzył Syn Boży we własnej osobie.

– Tak, miarka się przebrała – stwierdził Jezus. – Czas najwyższy na największy cud wszechczasów, tak spektakularny, by zapamiętany został do końca świata i jeden dzień dłużej. Czas na ZMARTWYCHWSTANIE.

Trochę nie w smak była mu wizja męczeńskiej śmierci na krzyżu, lecz przy odrobinie szczęścia i odpowiednich działaniach marketingowych ludzkość już zawsze będzie rozpamiętywać Wielką Ofiarę Mesjasza-Zbawiciela. Przy ździebku wyobraźni i pomysłowości człowiek stworzy rytuał karmienia się nawzajem ciałem i krwią Odkupiciela pod jakże symboliczną postacią chleba i wina.

Używając telepatii, jedynej zdolności wrodzonej, a nie nabytej w pakiecie cudów, Jezus wezwał do siebie Piotra – najstarszego i najbardziej rozgarniętego ze wszystkich apostołów. Objaśnił mu plan działania, poinstruował o szczegółach „trzykrotnego zaparcia się nim kur zapieje” i wybrał żołnierskie ucho, które miało zostać odcięte Piotrowym mieczem podczas obławy w ogrodzie oliwnym. Dokładnie opowiadał o teatrze z Faryzeuszami i Herodem w rolach głównych oraz o przystankach podczas drogi krzyżowej, nazywanych później stacjami. Następnie polecił wezwać Judasza przed swoje Boskie oblicze. Judasz szlochał straszliwie nad okrutnym losem Mistrza. Prosił, wręcz błagał na kolanach Pana i Pasterza rodzaju ludzkiego, by oszczędził mu wiecznego potępienia i haniebnego losu zdrajcy, by nie skazywał na stanie się wiekuistym symbolem zdrady, tchórzostwa i zakłamania. Pan jednak był nieugięty. Plan wymagał ofiar.

Tymczasem Piotr zadumał się nad jakże zmyślną i szczwaną strategią – chwytem marketingowym Króla Niebieskiego i nucąc pod nosem „Panie dobry jak chleb…” trenował precyzyjne cięcia świeżo naostrzonym mieczem na zielonych głowach soczystych arbuzów.

h

Wielki Come Back by Artur Kuchta

h

Grób był pusty, bez dwóch zdań. Pozostał tylko rzucony na ziemię całun, którym owinięto zwłoki. Piotr wszedł pierwszy, mijając ucznia, stojącego u wejścia do groty. Na twarzy tamtego malował się niepokój i strach, pomieszany z odrobiną niedowierzania w to, co widzi.

Dopiero teraz Piotr zrozumiał Jego słowa. Dotarło do niego, co miał na myśli mówiąc o powstaniu z martwych. Alleluja! Ucieszył się, mając świadomość, że już niedługo znowu ujrzy swojego mentora.

Nagle do jego uszu doszedł jakiś hałas, dochodzący z ciemnego kąta jaskini. Spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył Go.

– Mistrzu – wyszeptał z nabożną czcią, godną najwierniejszego z wyznawców. – Wróciłeś do nas!

– Mózg. – Usłyszał w odpowiedzi, a jego oczom ukazał się niedawno zmarły. W jednej chwili zdał sobie sprawę, czym jest Zmartwychwstanie.

h

 Mesjasz by Paulina Kuchta

h

Tak wielu z nas czeka. Tak wielu żyje ze świadomością, że musi umrzeć. Ale On powstał z martwych. Po trzech dniach, cud. Jezus Zbawiciel zmartwychwstał! – wykrzykiwał w ekstazie tłum. – Radujmy się, Alleluja!

– Jezus? No raczej nie. Johnny mam na imię. Przykro mi.

Zapadła niezręczna cisza.

– Kim jest Jezus? Za kogo mnie bierzecie?

– No, za Mesjasza! Syna Odkupiciela! To Ty, Panie!

Zaczynam się ich bać, znowu będą za mną łazić, będę musiał ich uczyć, a na końcu i tak będzie „Ukrzyżuj Go!’’. Potem obudzę się po trzech dniach i będę myślał tylko o tym jak zapolować na ich mózgi. Ale wtedy pojawi się Światłość i trafię do domu. Zawsze to samo, w jakimkolwiek jestem świecie.

– Ojcze, nie dam rady!

– Dasz radę Synu.

– Wiem, że jesteś wielkim fanem Romero, ale z tym, że pozwalasz bym stał się zombiakiem to już gruba przesada. A co jeśli zjem mózgi wszystkich moich uczniów? Kto napisze Ewangelię? Pomyślałeś chociaż o tym?

– Ewangelia napisze się sama, to są słowa Boże. Poza tym lepiej przygotuj się, bo w przyszłym tygodniu mam w planach zbawienie Alfa Centauri…

– Tylko nie Alfa Centauri, chcesz zbawić kanibali? A co ze mną?

– Jest w Ewangelii napisane, że staniesz się pokarmem. A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między Nami. A potem go zjedli. Chyba tak to leciało.

– A nie czasem Bierzcie i  jedzcie, to jest bowiem Ciało Moje?

– Fakt, zmieniłem trochę, żeby było bardziej poetycko. Ale nie martw się, odrodzisz się znowu. Inne światy też czekają na Zbawiciela.

Wszystkie cytaty pochodzą z „Biblii w obrazkach”, którą autorka dostała w prezencie na Pierwszą Komunię. Mogą się one różnić od oryginalnych, bowiem od tamtej pory minęło już parę lat i mogła co nieco zapomnieć. Oprócz rzeczonej książki, dostała też rower i kalkulator, ale one nie pojawiły się w tekście.

h

Wskrzeszenie by Karol Mitka

h

Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. A właściwie na ostatni przewód.

Gigantyczny stalowy słup sterczący z dachu zamkowej wieży bezlitośnie rozcinał brzuchy burzowych chmur. Ciągnące się od niego kable szczelnie oplatały leżącą na kamiennym ołtarzu nagą postać. Brodaty mężczyzna wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Głębokie rany kłute na nadgarstkach i stopach nie pozostawiały wątpliwości co do tego, kim jest.

Enrico Frankenstein ze zniecierpliwienia zacierał ręce. Tak, to właśnie on miał stać się godnym następcą pogardzanego przez wszystkich przodka!

Wiktor stworzył jedynie nic nie warte, tępe bydlę, pozszywane z kawałków zwłok pederastów, gwałcicieli i morderców. Enrico poszedł dwa albo nawet trzy kroki dalej. Postanowił wskrzesić samego Mesjasza!

Po latach tułaczki i poszukiwań, w jaskini pod Palestyną odnalazł świętego Gralla. Z krwi zaschniętej na ściankach naczynia pobrał materiał genetyczny i za pomocą materializatora molekularnego idealnie odtworzył ciało Jezusa. Teraz wystarczyło tylko tchnąć w nie życie…

Mijały dni, mijały tygodnie. I nic się nie działo. Pioruny biły w antenę, a prąd o niewyobrażalnej sile stopniowo zwęglał świętego trupa. Enrico wpadł w czarną rozpacz. Rwał sobie włosy z głowy tak intensywnie, że w końcu wyłysiał. Z niedożywienia schudł prawie dwadzieścia kilo, chroniczna sraczka zniszczyła mu żołądek.

Bezustannie miotał się koło maszynerii, regulował parametry, przestawiał przewody, na chybił trafił wciskał migotające guziki. Czasami po nocach opracowywał szczegółowy system ich stopniowego załączania. Na próżno.

Pewnego deszczowego wieczoru nastąpił przełom. Jezus, bardziej przypominający spalony skwarek niż istotę ludzką, z trudem usiadł na łóżku. Jego gałki oczne już dawno eksplodowały pod wpływem elektrowstrząsów, a mimo tego rozejrzał się po komnacie.

Frankenstein oniemiał z wrażenia. Stał niczym nastrzykany wspomagaczami kutas gwiazdy porno, nie mogąc wydusić z siebie nawet jednego słowa. Zbawiciel zbliżył się do naukowca posuwistym krokiem i położył mu na głowie zwęglone dłonie. Wymamrotał kilka słów po aramejsku i uśmiechnął się tajemniczo. Dwa wdechy i wydech później pofrunął pod sufit, gdzie zniknął w oślepiającym blasku.

Zszokowany Frankenstein potrzebował kilku godzin, żeby dojść do siebie. Analizował w pokrytej sadzą łepetynie, gdzie popełnił błąd i co właściwie przyczyniło się do sukcesu całego przedsięwzięcia. Zrozumiał, gdy spojrzał na kalendarz. Była Niedziela Zmartwychwstania. Wynikało z tego, że nie miał prawa przypisywać sobie żadnych zasług. Ot, po prostu historia zatoczyła koło, a co powinno się wypełnić, zostało wypełnione.

Zrozpaczony Enrico poczłapał do kibla. Przez cały dzień majstrował przy maszynie, nie mając nawet czasu odcedzić kartofelków. Teraz przemożny ból pęcherza zmusił go do nadrobienia tej zaległości. Stanął nad muszlą i opuścił gacie. To, co ujrzał, zmroziło go do szpiku kości. W mig odszyfrował tajemniczy uśmiech Jezusa. Uśmiech satysfakcji, uśmiech triumfu, uśmiech zemsty…

Zamiast jąder, pod członkiem Frankenstein wisiały dwie bajecznie kolorowe pisanki.

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: