polskie centrum bizarro

„Metamorfozy” by Grzegorz Gajek

In Książka, Opowiadania, Patronat on Kwiecień 5, 2013 at 6:00 am

sen brat śmierciBez odrobiny przesady można stwierdzić, że Grzegorz Gajek jest starym niedobroliterkowym wyjadaczem. Czy więc kogokolwiek zdziwi to, że paskudna ekipa z przyjemnością (i jednogłośnie!) przegłosowała objęcie jego najnowszej pozycji patronatem? Zbiór jedenastu opowiadań Grzegorza, opatrzony wyjątkowo poetyckim tytułem Sen brat śmierci, można już bezpłatnie pobrać pod poniższym adresem:

http://wydaje.pl/e/sen-brat-smierci

Każdy z zebranych tekstów jest małym arcydziełkiem grozy, ale jeśli ktoś się jeszcze waha czy warto (nie przewidujemy, nie przewidujemy…), albo po prostu ma ochotę na natychmiastowe lekturzenie, wystarczy przewinąć w dół. Oto przed Państwem…

h

Metamorfozy

h

We śnie ulotnym zbłądziłem na manowce mar. Przespałem moją stację i oto inne, jakieś obce miasto wokół mnie wyrasta. Tną stalową zasłonę nieba betonowe drapacze chmur, wyszczerzają się antenami, iglicami obleganymi przez czarne ptaki bez skrzydeł. Tory zalewa asfalt, z niego wynurzają się wyspy szarych płyt, ronda zataczają kręgi, rozpina się tramwajowa trakcja. Wokoło mnie pęcznieje ponure miasto.

Wysiadłem.

Samochody przemykały obok mnie, wznosiły się na białych skrzydłach. Czułem, że dom daleko – daleko ciepłe schronienie mego łóżka – lecz miejsce wydało mi się znajome. Ulice te same, co w latach dzieciństwa, tylko jakby nabrzmiałe i dziwnie splątane.

Ruszyłem przed siebie w gęstniejącym mroku, szlakiem wyznaczanym blaskiem latarń. Poznałem, że zbliżam się do parku – miejsca tylu niewinnych dziecięcych igraszek. Park ten ciągnął się za moją starą szkołą, pomyślałem więc, że tam zajdę. Nie miałem pojęcia, która godzina, wiedziałem wszak, że w dzień czy w nocy, na portierni z tyłu budynku zawsze pali się światło. Błąkając się wśród czarnych drzew, jego blasku szukałem.

Szkoła nic się nie zmieniła. Biały budynek na czarnej wyspie asfaltu wśród kobierca zeschłych i gnijących liści.

Stanąłem przy płocie.

Ta część budynku, która oto malowała się przed moimi oczami, była znacznie starsza niż ta, w której odbywały się lekcje i – kiedyśmy byli dziećmi – nikt z nas do niej chodził. Wiedziałem, że mieści się tam dawna biblioteka i jakieś pokoje, w których bywał tylko dyrektor.

Przechadzając się wzdłuż płotu, który od moich szkolnych czasów porósł gęsty bluszcz, spostrzegłem nagle małą, zaśniedziałą klamkę wystającą spomiędzy liści. Nacisnąłem na nią i moim oczom ukazał się obrys metalowej furtki. Zafascynowany, skorzystałem z odkrytego wejścia i po cichu przemknąłem pod okienko portierni. Leniwie sączył się z niego migotliwy, błękitny blask. Ostrożnie zajrzałem do wnętrza.

Pokoik, ku memu zdziwieniu, był prawie pusty. Z szarych, gołych ścian sterczały tu i ówdzie przewody, na podłodze nie było dywanu ani posadzki. Tylko dwa telewizory, zwrócone przodem ku sobie, sterczały samotnie pośrodku pomieszczenia. Na jednym leciał jakiś program – ktoś wyglądał ciekawie z ekranu, jakby oglądał telewizję. Drugi stał do mnie tyłem.

Zdziwiony, postanowiłem wejść do budynku i rozejrzeć się nieco w poszukiwaniu starego portiera. Drzwi były otwarte i wyszedłem przez nie wprost na potrójną klatkę schodową. Zszedłem na dół. Z otaczającego mroku wyłoniły się ciasne korytarze szatni. Długo błądziłem wśród boksów, porozdzielanych siatką pomalowaną na zielono, widząc gdzieniegdzie odpryski, spod których wyłaniała się starsza, czerwona farba. Nie zdawałem sobie nigdy sprawy, że ta część szkoły może być taka rozległa.

Ostatecznie dotarłem do szkolnej łaźni.

W nozdrzach poczułem wilgoć i ten charakterystyczny zapach stęchlizny i chloru. Podeszwy moich butów zapiszczały na śliskiej posadzce. Rozejrzałem się za włącznikiem

i zapaliłem światło.

Jarzeniówki rozbłyskują niepewnie, jedna po drugiej. Mdła żółć ścieka z sufitu, wbełtuje się w mrok. Przed moimi oczami wyłaniają się seledynowe kafelki – brudne, miejscami spękane. Wśród nich, gdzieniegdzie, chciwie wsysają światło czarne płytki, rozrzucone jak karaczany w całkiem przypadkowych miejscach. Po obu stronach przejścia rdzawe odpływy wody kolejno rozdziawiają swe paszcze, nad nimi wyrastają przypleśniałe, ceratowe zasłony, unoszą się i nabrzmiewają wulgarnie główki pryszniców, spluwające mdławą zawiesiną.

Idę po śliskim gruncie, wśród narastającego wokół mnie wstrętu. Przyglądam się toaletom zbrązowiałym i zżółkłym od uryny, które bulgotem przyjmują moją obecność. Na moich oczach okrywa je mech; zasłony natrysków twardnieją, łykowacieją, prysznicowe rzygacze chropowacieją, obracają się w kamień. I oto już jestem w ponurym ogrodzie.

Wtem moich uszu dochodzi szum bieżącej wody. Z zaciekawieniem zaglądam za jedną z zasłon. W pierwszej chwili w me nozdrza uderza smród potu i łoju – smród starego portiera. Lecz zamiast jego nalanej twarzy porośniętej brodą i opasłego brzuszyska, ukazuje mi się czarny karaczan. Jego napęczniały odwłok lśni w rozbryzgach cieknącej wody. Twarde, chitynowe odnóża chroboczą na kafelkach wystających gdzieniegdzie spośród mchu.

– To pan? – pytam.

– Ano ja – odpowiada i obraca ku mnie czułki. – My się znamy?

– Chodziłem tu do szkoły…

– Ach… absolwent! – cieszy się karaluch. – Zawsze mi miło, gdy tu wracacie.

– Taa… – mruczę, zbity nieco z tropu. – Ale… co… się panu stało?

– A… to… – teraz on jest zmieszany. – Widzisz, takie tera czasy. Bieda, zło, korupcja… Rozumiesz? A najgorsze, że przyszedł tu ten… Janusz… ten, dwulicowy. Człowiek się musi zmienić, rozumiesz… dostosować, proszejacię, bo czasy się zmieniają. Taki lepiej być karaczanem. Ale…! Mówiłem o tym Januszu. Otóż, proszejacię, rozumiesz, przyszedł tu pewnego razu i mówi, że on lepiej by tę robotę wykonywał ode mnie. Więc mu ja, proszejacię, pokazuję… a, nici! Klamka u nas szeroka, ciężka, więc chwytam ją oburącz, prę, ciągnę. I oto zaczynają się lekcje, rozbrzmiewają dzwonki. Otwiera się młodość i dorosłość zarazem, dziewczęta po raz pierwszy dają chłopcom przystęp do swych ust, otwierają im swe serca i uda, pękają wrota dziewictwa, niewinności, rozpoczynają się miłości, szaleństwa młodości. Otwieram drzwi schadzkom i szybkim razom w toaletach szkolnych. Daję początek kipiący młodością, radością, werwą. Zaczynam wszystko, co piękne. Otwieram drzwi nauce, ideałom, pędowi do wiedzy, szczęściu! Patrz tera – mówię ja mu – jaką wielką pracę wykonuję ja, portier, jak wspaniały, jak wielki początek daję.

On – nawet nie spojrzał. Wzruszył tylko, rozumiesz, ramionami, płaszczyk na bok odrzucił. Unosi ręce, a wrota jak nie hukną, jak się nie rozewrą z trzaskiem! Tłoczą się, pchają gromady uczniów, potrącają nawzajem, szturchają. Rozpoczyna się przemoc, otwiera, proszejacię, kariera, bałamuctwo, kłamstwo – proszejacię, drzwi do trupiarni się otwierają. Teraz uda dziewczęce przemoc rozwiera, przemoc rozrywa ich dziewictwo. Już nie szaleństwo, już szał się zaczyna! Początek to był tak potężny, tak wielki i głośny, że szkoła zadrżała w posadach. Tu, w tych progach już, zaczęły się wojny, zaczęła nienawiść… zaczęły wielki czyny i zmiany.

A ja, cóż mogłem…? Wobec czegoś tak wielkiego musiałem ustąpić, odejść w cień. Musiałem się skurczyć, stwardnieć, w karaczana obrócić.

Wyrzekłszy te słowa, skulił się jakoś, zmalał jeszcze bardziej i, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć lub zrobić, spłynął wraz z wodą do ścieku. Ja zaś – nie mogąc zrobić nic lepszego – ruszyłem dalej.

Podziemnymi korytarzami musiałem – tak mi się zdaje – opuścić szkołę. Słyszałem, że znajdowało się kiedyś takie przejście prowadzące do katakumb pobliskiego kościoła. Czy jednak tam zaszedłem? Nie wiem… Znalazłem się w jakiejś pełnej półmroku sali, której końców nie było widać. Wokół mnie stały alabastrowe rzeźby kobiet – jakby tancerek zastygłych w ruchu. (Czy była to jakaś kolekcja dyrektora? A może proboszcza? – Nie wiem.) Postąpiłem krok przed siebie i wnet w figury wstąpiło życie. Ich skóra zaczęła mięknąć,  różowieć, rozgrzewać się wewnętrznym ciepłem, ich białe piersi uniósł oddech, opiął zwiewny materiał, ich włosy wzburzyły się w ruchu.

Stanąłem jak wryty i zaraz one też zamarły – w połowie tańca. Ruszyłem się ponownie i na nowo otoczył mnie szelest lekkich szatek, chichot czerwonych usteczek. A kiedym tak kroczył pośród tych ciał młodych, gorących, wirujących w pląsach – nagle z jakiegoś nieznanego mi dotąd zakamarka pamięci odezwało się wspomnienie. Zrozumiałem, że przekraczam właśnie przedsionek kazamatów Mistrza Zegarków.

W tym lochu nic nie było stałe i niezmienne, wszystko trwało w ciągłym ruchu.

W miejscu ścian huczały potężne tłoki, podłogi wirowały, poruszane zębatymi kołami, nad głową trzeszczały i strzelały sprężyny, gdzieś przesypywał się piach, gdzieś płynęła woda,

a wszędzie – wisiały zegary. Przeróżne: mechaniczne, elektryczne, duże, małe, piszczące, dzwoniące, z kukułkami i z dzwonkami. Niektóre były ogromne, misternie skonstruowane, z modelami planet, znakami zodiaku, symbolami miesięcy i lat.

Mieszkał tam tylko jeden człowiek, a nazywał się Salwador. Był to jegomość wysoki, chudy, z nawoskowanym wąsem i w fioletowym płaszczu. Nosił on ze sobą torbę pełną gipsowych odlewów męskich członków. Jego głównym zajęciem było wtykanie tychże odlewów między koła zębate. Gdy to czynił, maszyna zmieniała swój bieg. Niegdyś – kto wie, jaką przedziwną myślą zwiedziony – wydobył z otchłani swej torby dwa członki szczególnie okazałe, aż pękate, i z nieukrywaną fascynacją wepchnął oba naraz między tryby. Machina zgrzytnęła, stęknęła… a chaosu, jaki zapanował potem, wręcz nie da się opisać. Kuranty wszystkich zegarów zaczęły zgodnie dzwonić, sprężyny strzelać, tłoki pękać, kółka spadać z osi. Podłogi runęły na ściany, słupy pary wypchnęły sufity wysoko w górę, bojlery zaczęły się topić od gorąca, a ich zawartość krzepnąć w kamienne bryły. Wskazówki na cyferblatach pomykały jedne do tyłu, inne do przodu, jeszcze inne na boki, a wreszcie – poczęły stawać w miejscu. Cała machina się naprężyła, zaparła, zebrała w sobie, nadęła, poczerwieniała z wysiłku… i być może pękłaby w końcu, rozpadła się, może zawaliłyby się lochy, gdyby oba gipsowe fallusy nie skruszyły się na czas.

Po tym wypadku Salwador zaprzestał eksperymentów, pilniej za to wykonywał swe inne zadania. Zwłaszcza oddawał się zbieraniu zużytych zegarów. One bowiem od ciągłej pracy rozgrzewały się straszliwie i z czasem zaczynały topić, robić się gumiaste i rozciągliwe; myliły bieg minut i godzin, a nieraz rozlewały się po posadzce. Zatem jedyny mieszkaniec ponurego przybytku pracowicie sprzątał czasomierze i zastępował wciąż nowymi.

Gdy przekroczyłem progi kazamatów, otoczył mnie zewsząd miarowy klekot mechanizmów zegarowych. Cyk-cyk-cyk-ting! cyk-cyk-cyk-ting! Niespodziewanie wszystkie zaczęły bić godzinę. W korytarzach rozległ się nieprawdopodobny jazgot, a potem równie niespodzianie zapadła cisza. I znów tylko cyk-cyk-cyk-ting…!

Popatrzyłem po cyferblatach. Na każdym widniała inna godzina, na żadnym – pełna. Zrozumiałem wtedy, że te zegary wybiły moją godzinę.

Kiedym tak stał, przyglądając się biegnącym po tarczach wskazówkom lub zmieniającym się na wyświetlaczach cyfrom – z półmroku wyłonił się Salwador. W dłoni trzymał gipsowy odlew raczej niewielkiego penisa, pomimo wyraźnej erekcji. Spoglądając to na niego, to na mnie, chichotał sam do siebie.

– Wejdź – rzekł w końcu. – Jesteś następny, numerze pięćdziesiąty pierwszy.

– Następny? – zdziwiłem się, lecz on się odwrócił i ruszył przed siebie. Pobiegłem za nim. – Poczekaj! Czy zobaczę mistrza zegarków? Czy on czeka na mnie?

Stanął i obejrzał się na mnie ponad wysokim kołnierzem swego fioletowego płaszcza.

– Czekał na ciebie, a teraz jesteś u niego – odparł enigmatycznie. – Wyobrażałeś sobie, że co? Że jest człowiekiem, tak? Owszem, był… Ale tak dawno, że nikt nie może tego już pamiętać. Kiedyś był wynalazcą, najpotężniejszym umysłem ludzkości. Tworzył wspaniałe urządzenia, potrafił zapanować nad pogodą, nad żywiołami, dać ludziom skrzydła i skrzela, zrzucić okowy grawitacji, zaprzeczyć prawom fizyki, zadać kłam matematyce, nawet wydłużyć życie… Lecz wszechświat wiecznie mu uciekał, rozszerza się wszak w nieskończoność z nieprawdopodobną prędkością – a jego myśl wciąż go goniła. Im więcej wiedział, tym więcej chciał poznać. Chciał ogarnąć wszechrzeczy, ogarnąć je sobą i uporządkować, jednak tego nie potrafił… Nie potrafił też zmienić ludzkich dusz. Wiecznie prześladował go nieskończenie zazdrosny Bóg Ojciec, odsuwając wciąż dalej wszechwiedzę, której tamten już niemalże dosięgał koniuszkami palców.

Sfrustrowany, zbuntował się przeciwko swemu twórcy. Postanowił stworzyć się od nowa i w sobie zamknąć cały świat – nowy świat, lepszy świat! Zaczął rozbudowywać swoje ciało, wyposażać je w liczne elementy, niszczyć stare. Zaczął rozdzielać i rozprzestrzeniać swój umysł – rósł i rósł, aż przemienił się w ten tytaniczny mechanizm, który widzisz wokół siebie. Stał się prawdziwym demiurgiem – konstruktorem trybów wszechrzeczy, tym który wprawił je w ruch.

Powiedziałem, że jest tu nadal… Ale czy jest? Sam się począł i sam zrodził, czyż jednak jest sobą w istocie? Czy nie rozpłynął się w ogromie swego dzieła? Czy jego wola, która wprawiła w ruch te wszystkie koła zębate nadal nimi obraca, czy raczej kręcą się już same? Tego – nie dowiem się nigdy…

Wyrzekłszy te słowa, ponownie odwrócił się ode mnie i rozpłynął w mroku. Ruszyłem za nim, próbując go dogonić, lecz zniknął mi z oczu. Zagubiony wśród korytarzy ciągle zmieniających swe położenie, sądziłem, że nigdy już nie wydostanę się z tego lochu. Lecz wtem na mojej drodze stanął mały, czarny kot.

Patrzył na mnie chwilę, przekrzywiając łebek to na jedną, to na drugą stronę. W istocie dziwny to był kot. Miał olbrzymie, niebieskie oczy w kształcie migdałów, przecięte w połowie wąskimi szparkami źrenic. Te oczy zajmowały połowę jego pyska, który też nie był normalny, tylko jakoś wyciągnięty, z długim nosem – bardziej jakby ludzki, niż być powinien. W ogóle cała głowa tego stworzenia zdawała się nie przystawać do drobnego, kociego ciałka; była za duża.

Przyjrzawszy mi się uważnie, zwierzak obrócił się i machnął ogonem, jakby chciał pokazać, żebym szedł za nim. Nie mając żadnej lepszej alternatywy, ruszyłem jego śladem i po chwili doszliśmy do jakiejś większej, kulistej komnaty. Kot, nie zastanawiając się wiele, skoczył na ścianę. Skoczyłem za nim i wnet ściana stała się podłogą. Wyszliśmy okrągłymi drzwiami i – ku memu zdziwieniu – znaleźliśmy się na suficie. Nad naszymi głowami wisiały spokojnie jakieś fotele i stoliki, a niedaleko mnie stał żyrandol.

Szliśmy tak dłuższy czas, a mój przewodnik wyraźnie nic sobie nie robił z zachodzących wokół nas obrotów świata. Byliśmy jakby zawieszeni w przestrzeni, do której nie należeliśmy i wyraźnie parliśmy przed siebie, aby się z niej wydostać.

W końcu, po ładnych paru godzinach marszu, kot przystanął. Obrócił głowę wokół jej własnej osi, na chwilę tylko zatrzymując ją, gdy była zwrócona ku mnie. Jego pysk wydłużył się wtedy jeszcze bardziej i przez chwilę zamajaczyło na nim coś niby uśmiech. Następnie jego szyja zaczęła się wydłużać i pęcznieć, jakby obrastała grzywą, aż sięgnęła sufitu – albo przynajmniej tego, co mi się sufitem wydawało, gdyż w tym sześciennym pomieszczeniu wszystkie boki były identyczne. Dotknął nosem jednego punktu i wnet ściana w tym miejscu się otworzyła. Kot machnął na mnie ponaglająco ogonem, więc posłusznie przewędrowałem na sufit i przelazłem przez otwór, który zamknął się tuż za moimi plecami.

Z początku nie miałem pojęcia, gdzie się znalazłem. Otaczała mnie ciemność i tylko słyszałem ledwie uchwytny szmer wody. Zaraz jednak wokoło zaczęło się robić jaśniej i zobaczyłem najpierw trawiastą równinę, potem niewielki strumyk, potem wyspę pośrodku niego, a w końcu – Ją, siedzącą na wyspie.

Była piękna. Miała jasne włosy, oczy lazurowe, sypiące jaskrawe iskierki, skórę delikatną, białą, niemal nierzeczywistą. Drobne piersi zasłaniała ramieniem, a szczupłe uda trzymała blisko siebie. Gdy mnie ujrzała, po jej policzkach rozpłynął się różowy rumieniec; uśmiechnęła się jednak.

Zachęcony tym uśmiechem, podchodzę więc do Niej i klękam. Jej zwiewne palce dotykają mojej głowy, bawią się moimi włosami, głaszczą policzki, w końcu – zachęcają, abym się zbliżył. Czując jej delikatne ciepło, całuję jej różane usta. Splatają się nasze gorące oddechy, tak jak splatają się nasze rozgorączkowane ramiona. Przyciąga mnie do siebie i trzyma blisko, jak najbliżej – i ja trzymam ją, żeby mi nie uciekła, żeby nie znikła.

Jej biała szyja i piersi różowieją pod deszczem moich pocałunków, i czuję, jak jej skóra staje się jeszcze bardziej eteryczna, aksamitna – jej dotyk pieści moje usta i policzki. Jednocześnie czuję, że sam twardnieję, powoli, od dołu. I wnet wpijamy się stopami w żyzną glebę, kora zaczyna biec w górę po naszych splecionych łydkach, przytulonych do siebie udach, złączonych biodrach, nasze ramiona obrastają bluszczem, zrastają się ze sobą na zawsze, z mojego chropawego ciała wyrastają twarde konary, które pokrywają niczym puch jej delikatne, różowe kwiaty. I tak staliśmy się jednym, kwitnącym drzewem pachnącej jabłoni, jednym drzewem o dwóch zrośniętych pniach i splątanych ze sobą korzeniach. Nasze drzewo wyrosło wysoko w górę, wybujało i ujrzałem je, gdym się obudził w pociągu, przegapiwszy swoją stację i swój sen.

Jak się zapewne domyślasz, Drogi Czytelniku, oto osiąga swój kres moja historia. A jak się zakończy, na czym stanie? – zapytasz mnie. Otóż zakończy się tak, jak każda dobra historia powinna – śmiechem. Śmiechem wcale nie wesołym, a opętańczym i pustym. Tak, bo śmiałem się cały czas, jak wariat błądząc po krainach moich snów. Śmiałem się z Ciebie, a teraz Ty śmiej się ze mnie. Śmiej się ze wszystkiego, co kazałem Ci zobaczyć, usłyszeć, poczuć, a ja będę się śmiał z tego, żeś to mimo wszystko zobaczył, usłyszał i poczuł. Bo cóż innego nam pozostaje wobec wiecznych i nigdy nie kończących się przemian tego świata?

h
Advertisements
  1. Niedawno „ubliżyłem” Gregowi wpisem, że „niemal robi konkurencję Łukaszowi Orbitowskiemu”… cofam „niemal”…:) Świetnie napisane.

  2. Również najmilej łechtam autora – bardzo dobry tekst 🙂 Zaraz ściągnę to i owo, a najlepiej wszystko – z serwera oczywista.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: